NOWOŚCI
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Agniecha poleca. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Agniecha poleca. Pokaż wszystkie posty

środa, 3 stycznia 2018

1244. Dunkierka, reż. Christopher Nolan

     Gdy fan produkcji Christophera Nolana słyszy o tym, że jego ulubiony twórca kina zabiera się za realizację kolejnego przedsięwzięcia- zamiera z uśmiechem na ustach. Gdy dodatkowo okazuje się, że tematem przewodnim filmu jest „Operacja Dynamo” ratująca brytyjskich żołnierzy z Dunkierki w trakcie II wojny światowej, uśmiech zaczyna rozrastać się od ucha do ucha. Oczywistym bowiem staje się, że to będzie coś! I nie było szansy na pomyłkę, bo przecież ten człowiek, w duecie z geniuszem muzycznym- Hansem Zimmerem, może stworzyć jedynie kolejny epicki film, w dodatku o charakterze wojennym, a jego tytuł jest prosty i wszystkim znany, bo to „Dunkierka”.
Źródło: Galapagos Films
     Rok 1940, żołnierze wycofują się z okupowanej przez Niemcy Francji. Wśród nich jest młody Tommy (Fionn Whitehead), któremu jako jedynemu z oddziału udaje się przetrwać zasadzkę wroga i dotrzeć na plażę Dunkierki skąd odbywać się ma ewakuacja alianckich żołnierzy. Nie jest to jednak łatwe przedsięwzięcie z uwagi na krążące niemieckie bombowce, które skutecznie dziesiątkują wojska i jednostki pływające. Rząd podejmuje decyzję wysłania cywilnych łodzi na ratunek żołnierzom. Na jednej z nich jest ojciec (Mark Rylance) z jednym z synów i jego przyjacielem, którzy nie cofną się przed niczym, aby wypełnić swoją misję. Nawet jeżeli na ich morskiej ścieżce stanie kilku odratowanych żołnierzy. Za sukcesem ewakuacji kryją się również piloci myśliwców (Tom Hardy, Jack Lowden), starający się ochronić ocalałych przed kolejnymi ostrzałami i bombami.
     Nie przepadam za produkcjami wojennymi z kilku powodów. Za dużo ludzi tam ginie, za dużo dzieci tam ginie, no i czasem zdarzy się, że zginie jakiś pies lub inne niewinne stworzenie. Praktycznie z tych samych powodów lubię oglądać tego typu produkcje, wtedy odzywa się lekki sadomasochizm, który każe mi oglądać i płakać jak bóbr. Oczywistym jest, że takie filmy zawsze będą wzruszające, podniosłe i patetyczne. Najnowsza produkcja Christophera Nolana też do takich należy- choć jest może mniej łzawa. Nie oznaczało to jednak, że nie przyszło mi bronić się od niej rękami i nogami. A tu proszę, obejrzałam nawet więcej niż raz i wciąż mi się podobało. Wzięcie sobie na temat pracy „Operację Dynamo” to strzał w dziesiątkę. Zachwycająca jest bowiem solidarność Brytyjczyków w obliczu takiej sytuacji. Pomysłowe i godne podziwu.
Źródło: Galapagos Films
Jeszcze lepszym okazało się zrealizowanie filmu w takiej formie, w jakiej uczynił to Nolan i nie jestem w stanie stwierdzić, czy jakikolwiek twórca poradziłby sobie z tym tak, jak uczynił to on. W końcu ma te swoje „nolanowskie” zagrania z obrazów, które są tak bardzo dla niego typowe, jak gigantyczne wybuchy w produkcjach Michaela Baya. Nolan za to lubi się bawić czasem stopniując tym samym napięcie do granic możliwości, nie mówiąc już o totalnym chaosie, który rozgrywa się w kluczowym momencie. Typowe. 
     Fabuła to tak naprawdę trzy różne ścieżki, widziana z trzech różnych perspektyw opowieść o wyzwoleniu brytyjskich żołnierzy z plaży Dunkierki. Każda z nich to zupełnie inne emocje do przetrawienia- czy to z punktu widzenia żołnierza, który pragnie wydostać się spod oblężenia, czy od strony ratującego żołnierzy cywila, czy pilota myśliwca chroniącego żołnierzy. Wydarzenia świetnie się przeplatają, tworzą spójną całość, ale w momencie rozegrania ostatecznych scen ciężko jest ogarnąć kto, co i gdzie. Z drugiej zaś strony jest to świetne zagranie, bo do końca nie wiadomo co się wydarzy. Całość jest jednakże bardzo stonowana, dość statyczna, niby coś się dzieje, ale płynie to tak monotonnie, że bez większych ekscesów. Dzięki temu skupić się można na prawdziwych walorach tego filmu. A z pewnością należą do nich emocje, które niesie ze sobą ta historia. Uczucia osaczenia, klaustrofobii i beznadziei- każda z możliwych, doświadczanych na froncie. Bez względu na to, czy działasz na lądzie, na wodzie, czy w powietrzu- emocje zawsze będą niezmienne.
Źródło: Galapagos Films
     Najlepszym co mogło przydarzyć się temu obrazowi, poza zatrudnieniem do reżyserii Christophera Nolana, to zaangażowanie Hansa Zimmera, do skomponowania ścieżki muzycznej. Rzadko kiedy ma się okazję doświadczyć czegoś podobnego podczas filmu. Muzyka jest tutaj tak intensywna, że dominuje nad wszystkim innym. Wyznacza emocje wraz z każdym kolejnym uderzeniem. Buduje napięcie, wskazuje gdzie masz napiąć mięśnie, a gdzie możesz liczyć na nadzieję. Muzyka zbudowała cały ten film! No dobrze, może nie cały, bo sporą rolę odegrały tutaj również i zdjęcia. Świetnie ujęcia, jeszcze lepiej zmontowane. Scena z tonącego statku jest chyba lepsza od ujęcia na Titanica. Bardzo dobrze się na to patrzyło. A jak jeszcze ma się świadomość, że całe efekty tego filmu były jak najbardziej realistyczne, bo statki wojenne odrestaurowane, a wojska na plaży to nie kolejne piksele z komputera, tylko niesamowite makiety, to zyskuje to na jeszcze większym znaczeniu. Gdzie nie spojrzeć tam zachwyt!
     „Dunkierka” to film z bardzo okrojonymi dialogami. Aktorzy więc muszą się bardzo postarać, aby być dostrzeżeni nie tylko przez widza, ale również i krytyka. Cała ekipa spisała się na medal, ale oczywiście jest kilka perełek, takich jak człowiek na moście, znany również jako Kenneth Branagh. Stoi i jest takim ojcem dla tych wszystkich czekających na ratunek żołnierzyków. Mówi chyba najwięcej spośród bohaterów tego filmu. Z drugiej strony prezentuje się również postać tajemniczego ojca, granego przez Marka Rylance'a. Tak bardzo oddany sprawie, tak bardzo ślepy na wszystko inne. Jednocześnie godne podziwu, a zarazem przerażające. No i na sam finał człowiek latające w masce przez większość filmu, który dostarcza sporo emocji, walcząc do ostatniej minuty. Do tego cała rzesza aktorów wspierających, dorównująca królujących im.
Źródło: Galapagos Films
     Najnowszy obraz Christophera Nolana, to pod pewnymi względami arcydzieło. Tak wyjątkowego filmu uzbrojonego w tak potężne działa jak kompozycje muzyczne Hansa Zimmera i zniewalające zdjęcia Hoyte'a Van Hoytema, rzadko można uświadczyć. „Dunkierka” to opowieść o odwadze, ale też i paraliżującym strachu. Dzięki różnym perspektywom, widz ma szansę na jeszcze większe zaangażowanie się w historię. Trzeba przyznać, że i bez tego nie jest to specjalnie trudne, bo przejmująca i dynamiczna muzyka, w połączeniu z osaczającymi zdjęciami robią już spektakularne wrażenie. Nie jest to może arcydzieło fabularne, ale z pewnością prezentuje kolejny skrawek nieznanej historii, dając możliwość zrozumienia i poczucia się jak bohaterowie tamtej misji. Jest się czym zachwycać, to z pewnością!

Ocena: 8/10
Recenzja filmu DVD „Dunkierka” - dystrybucja Galapagos Films
Film dostępny jest również w wersji Blu Ray oraz 4K.

Oryginalny tytuł: Dunkirk / Reżyseria: Christopher Nolan / Scenariusz: Christopher Nolan / Zdjęcia: Hoyte Van Hoytema / Muzyka: Hans Zimmer / Obsada: Fionn Whitehead, Mark Rylance, Cillian Murphy, Kenneth Branagh, Tom Hardy, Tom Glynn-Carney, Jack Lowden, Harry Styles / Kraj: USA, Wielka Brytania, Francja, Holandia / Gatunek: Dramat wojenny
Premiera kinowa: 13 lipca 2017 (Świat) 21 lipca 2017 (Polska)
Premiera DVD: 18 grudnia 2017

piątek, 10 listopada 2017

Książka #469: Arsen, aut. Mia Asher


   Nigdy nie sądziłam, że jakaś książka będzie potrafiła rozedrzeć mnie na strzępy. Nigdy nie spodziewałam się, że będę płakać jak dziecko i tylko siłą woli powstrzymywać się od autentycznego zanoszenia się od płaczu. To niesamowite, że są powieści, które dotykają najwrażliwszych tematów, ubierają je w nasycone erotyzmem sceny, a przy okazji całkowicie obdzierają czytelnika z emocji. Właśnie ta niełatwa sztuka udała się Mii Asher, spod której pióra wyszedł „Arsen”, czyli opowieść o jednej z najbardziej nieszczęśliwych historii miłosnych, jaką miałam okazję czytać w swoim życiu.

     Poznali się we wczesnej młodości i od razu zakochali się po uszy. Teraz po 11 latach Cathy i Ben są szczęśliwym małżeństwem. Do pełni szczęścia brakuje im jednak jednego- ukochanego dziecka, które wciąż nie chce z nim pozostać z nimi na tyle długo, aby w końcu mogli trzymać je razem w ramionach. Cathy czuje, że każde kolejne poronienie coraz bardziej oddala ją od jej ukochanego męża, więc kiedy znowu zachodzi w ciążę obawia się, że jego utrata położy kres wszystkiemu. Jednakże to co następuje całkowicie ją przerasta, a z otępienia wyrwać może ją nie jej idealny mąż, a ten drugi- niebieskooki, blond przystojniak o imieniu Arsen, który pożerał ją wzrokiem od chwili, gdy tylko się poznali.
     Emocje, emocje i jeszcze raz emocje. Przy lekturze „Arsena” towarzyszą nam wręcz nieustępliwie. Różnego rodzaju, o różnym natężeniu, ale jakie to były emocje. Emocje, które wyciskały łzy z oczu z niemocy, z oczekiwania, a nawet nienawiści. Łzy nad niedolą każdego z bohaterów, nawet tych, których nie darzymy do końca sympatią, a jednak wzbiera w nas litość nad nimi. Gdyby była to zwykła historia osadzona w teraźniejszości, to myślę, że nie dałaby aż takiego kopa w żebra. Owszem, opowieść o niepowodzeniach Cathy przy donoszeniu dzieci, przy poronieniach, oczywiście jak najbardziej jest przejmująca, w szczególności, gdy samemu jest się matką. Jednakże tak naprawdę to jej rozpacz i rozpacz Bena determinują całą tą tragedię. Nawet nie tyle rozpacz Bena, co miłość jaką potrafi obdarzyć Cathy nawet w tak straszliwej chwili. To jest tak piękne a zarazem bolesne, że nie da się przejść obok tego obojętnie. Każda kobieta zazdrościć jej będzie takiego męża. Faceta, z którym można porozmawiać i poważnie i lubieżnie. Faceta, który będzie płonął na nasz widok, a my płonąć będziemy na jego. Faceta, który będzie się martwił i troszczył o nas w każdej sekundzie naszego życia, nawet gdy damy mu w twarz i będziemy strasznymi zołzami. Całość zyskuje na jeszcze większej tragiczności, gdy ta teraźniejszość zestawiana jest z przeszłością. Z tymi wszystkimi uroczymi chwilami, gdy Cathy i Ben się poznali, gdy doświadczali swojego pierwszego razu, zaręczali się, i tak dalej. Fascynacja tą miłością jest obezwładniająca, dlatego w obliczu dalszych wydarzeń... ciężko jest nie płakać i nie chcieć zamknąć się w samotności, aby móc przetrawić to, co ta Cathy właściwie wyprawia!
     Gdzieś pomiędzy tymi koszmarnymi dramatami rozgrywa się romans. Romans, w którym pełno jest erotyzmu, wulgarności, zachłanności i pasji. Może nawet uwielbienia. Romans, który działa niczym wybawienie, który pomaga zapomnieć, a także oddychać. To jest niesamowite ile kobiecie dać może taka odskocznie. Niekiedy może ją uratować, innym razem zniszczyć i to nie tylko osobę zdradzającą, ale przede wszystkim zdradzaną. A gdy zdradzanym jest ideał, a podejrzenia i ból, które wywołują w jego oczach, w jego twarzy... nie da się nie płakać. Co z tego, że romans jest płomienny. Co z tego, że każda kobieta zapłonie zaczytując się w tych bardzo barwnych i jakże realistycznych opisach wszystkich figlów, których Cathy doświadczała z Arsenem. Wszystko to mogłoby zachwycać, mogłoby nawet podniecać, ale co z tego... skoro przejmujemy się cały czas Benem. Skoro Cathy się nim nie przejmuje, to my musimy martwić się za nią. Nie cieszy to tak, jak powinno. Dławi nas to niemalże tak samo jak główną bohaterkę. Mnie przynajmniej dławiło. Te niesamowite wrażenia nietypowego utożsamiania się z bohaterką towarzyszyły mi przez całą lekturę. Cały ten ból, cała fascynacja, ale jednocześnie kotłująca się z tyłu głowy myśl, że to jest złe. Z jednej strony nie trudno jest zrozumieć powody Cathy, ale z drugiej... przecież Ben jest idealny! Więc jeszcze łatwiej jest ją znienawidzić, tak jak ona sama siebie nienawidzi.
    Dawno już nie zagłębiłam się w taką historię, która wywołałaby we mnie tak wiele emocji, a one pozostawałyby żywe jeszcze przez kilka dni. Zachwycające jest to jak wiele dają tej powieści powroty do przeszłości. Mia Asher buduje niesamowitą historię miłosną, idealną parę, którą pokochają wszyscy. Do tego pojawia się też ten drugi, ze swoją własną historia, z nieszczęśliwą miłością, która na swój sposób obezwładnia i jest hipnotyzująca. „Arsen” to powieść niezwykła, pokazująca całe spektrum emocji, jakie może odczuć czytelnik podczas lektury. Od zauroczenia, poprzez współczucie, aż po nienawiść do bohaterów (Cathy... dlaczego!?)- długa jest to droga, bardzo wyboista, a niekiedy ognista. Takich właśnie chwil z książką oczekuję i świecie... życzę sobie takich emocji jeszcze więcej!

Ocena: 6/6
Recenzja dla wydawnictwa Szósty zmysł!


Tytuł oryginalny: Arsen: A Broken Love Story / Tłumaczenie: Iga Wiśniewska / Wydawca: Szósty Zmysł / Gatunek: romans / ISBN 978-83-65830-39-5 / Ilość stron: 512 / Format: 143x205mm
Rok wydania: 2013 (Świat), 2017 (Polska)

Premiera: 15 listopada 2017


piątek, 4 sierpnia 2017

1233. Logan, reż. James Mangold

     Kiedy siedemnaście lat temu (tak, 17 lat!) rozpoczęła się filmowa przygoda z „X-Menami” żaden fan nie spodziewał się, że obraz ten doczeka się tak wielu kontynuacji, przedkontynuacji, a także historii pobocznych. Wszyscy cieszyli się na myśl, że powstaną filmy z ich ulubionym mutantem- Wolverinem. Wszyscy potem płakali po kątach, gdy tytuły te nie sprostały ich oczekiwaniom. Postawiono wszystko na jedną kartę i idąc w ślad za świetnie przyjętym „Deadpoolem” przyznali „Loganowi” czerwony znaczek- rzucając w niego wulgaryzmami i brutalnością zyskując przy tym... niemalże arcydzieło!
Źródło: Showtimes.com
     Rok 2029. Ludzie nie pamiętają już o istnieniu mutantów. Jednostki, które przetrwały chowają się po kątach, aby spokojnie dożyć starości. Logan (Hugh Jackman) robi co może, aby uzbierać pieniądze potrzebne do godnego życia dla niego i jego mentora Charlesa Xaviera (Patrick Stewart). Chwyta się każdego zlecenia, chcąc czym prędzej zrealizować swój cel, gdyż stan profesora pogarsza się z dnia na dzień stanowiąc zagrożenie nie tylko dla niego samego, ale również dla ludzi znajdujących się wokół niego. W trakcie jednego ze zleceń poznaje małą meksykańską dziewczynkę imieniem Laura (Dafne Keen), nie spodziewając się, że na zawsze odmieni jego życie. Nie będzie to jednak sielanka, bowiem w drogę za nią rusza armia ulepszonych i świetnie wyszkolonych najemników dowodzonych przez Pierce'a (Boyd Holbrook), która nie cofnie się przed niczym, aby ją odzyskać.
     Są takie filmy, które trzeba przetrawić zanim cokolwiek się o nich powie szerzej. Są takie filmy, z którymi trzeba się przespać, żeby umysł poukładał to, co właśnie zostało mu zaserwowane. Czasem trzeba ogarnąć swoje wrażenia i zazwyczaj trzeba na to niewiele czasu. Jednakże w przypadku „Logana” sprawa jest tak samo wyjątkowa, jak wyjątkowy jest ten film. Potrzeba było niemalże pół roku i aż trzech seansów, aby zebrać się w sobie i sklecić kilka słów na temat tego dlaczego ten film staje się jednym z najbardziej ulubionych. Najnowszy film, a przy tym ostatni z udziałem Logana pod postacią Hugh Jackmana, to zupełne inne spojrzenie na całą serię o mutantach. Pewnie powodem jest to, że bardzo często zapomina się o nich, tak jak i zapomniał o nich świat stworzony w tym filmie. Tutaj nie chodzi już o żadne z xmenowskiej mocy, nie chodzi o dziwaczne starcia między mutantami Xaviera, a wyznawcami Magneto. Ta produkcja to niesamowicie surowy, bardzo przejmujący i niezwykle dramatyczny obraz starości. Starości oprószonej siwizną, trawionej chorobą, ale również marzeniami. Ta produkcja przedstawia, że to nie jest świat dla starych mutantów. A jednocześnie ukazuje, że starość nie oznacza końca naszego życia, bo nawet i w tym przygnębiającym czasie mogą spotkać nas niespodzianki, które na nowo tchną w nas życie. 
Źródło: Showtimes.com
Poza tą dozą dramatyzmu, który niejednokrotnie doprowadza do łez nie brakuje tutaj i licznych scen, które stanowią idealną równowagę dla rozważań na temat schyłku życia. Napędzane dynamizmem, a także zielonym specyfikiem od Alkali, przepełnione są pazurami z adamantium wbijającymi się w ciało, czy odcinającymi kolejne członki ludzkiego ciała. Twórcy nie szczędzili tutaj brutalności, a krew, ręce i nogi latały wszędzie. Natchnione gniewem i zwierzęcym zewem wielokrotnie nawoływały do pierwszych spotkań widza z Wolverinem, kiedy to był napędzanym furią zawadiaką i najemnikiem.
      „Logan” jest ostatnim filmem o mutantach, w którym zobaczymy Hugh Jackmana. Sam aktor chciał godnie pożegnać się z postacią, będącą jego życiem od niespełna dwóch dekad. Okazało się to być naprawdę idealnym pożegnaniem i jednocześnie zakończeniem pewnej epoki w produkcjach z serii „X-Men”. Sam Jackman stworzył tu najlepszego Wolverine'a w całej swojej karierze, jak i chyba najlepszą rolę jaką kiedykolwiek wykreował. Był zaangażowany, pełen pasji, gniewu, współczucia, miłości- stał się kwintesencją samego Logana. Zmierzył się ze swoją przeszłością, zmierzył się ze swoją młodością i pogodził z tym, że nie jest już tym samym Hugh Jackmanem, ani tym samym Wolverinem co wtedy, gdy zaczynał tę podróż. Zdecydowanie dał z siebie wszystko, co stanowiło wisienkę na udziale w tych filmach. Tak chciał, aby go zapamiętano i tak właśnie go zapamiętamy. Na wspomnienie tej roli będzie nam się kręciła łezka w oku, tak jak to błądziła w naszych oczach podczas całego seansu. Równie wspaniałą rolą poszczycić się może Patrick Stewart. Wraz z Jackmanem przez lata tworzyli wyjątkowy duet opierający się na przyjaźni, ale również na pewnego rodzaju relacji ojca z synem. To wszystko znajduje odbicie w tym, co serwują nam także i przy najnowszym filmem. Ich relacja jest poruszająca, pełna wyrzeczeń, ale i szacunku. Nie zdarzyłoby się to, gdyby nie było między nimi chemii i gdyby oboje nie byli genialnymi aktorami. Stewart tym razem objawił nam się jako człowiek kruchy, chory, którego umysł uznany został za broń masowego rażenia. Obarczony wyrzutami sumienia stał się postacią wręcz tragiczną. Okazał się być więc idealnym uzupełnieniem dla zamkniętego w sobie Logana.
Źródło: Showtimes.com
     Naprzeciw tej paradzie staruszków wychodzi młoda dziewczyna, a w zasadzie dziewczynka. Przepełniona gniewem, ale nie chęcią zemsty. Pragnąca jedynie odnaleźć swoje miejsce w świecie zupełnie jej nieznanym. Bierze z życia pełnymi garściami i szybko chłonie wiedzę. Relacja jaką Laura ma z Loganem to typowy przykład patologicznej rodziny, ale także i w tej patologii jest metoda. Zarówno jeden staruszek, jak i drugi, stają się jej mentorami. Chronią ze wszystkich sił i starają się pomóc w odnalezieniu swojej drogi. Dafne Keen stała się genialną Laurą. Stała się takim drugim Wolverinem, tylko że w znacznie mniejszym i bardziej kobiecym wydaniu. Sama furia i dzikość, której próżno będzie szukać w przyszłych jej filmach.
     Teksańskie opuszczone tereny, od których aż bije przygnębieniem stały się idealnym tłem na pożegnanie z Loganem. Nie można prosić o bardziej surową atmosferę, gdy doda się do tego muzykę Marco Beltramiego. Wraz ze zdjęciami Johna Mathiesona daje to niezapomniane, emocjonujące przeżycie, przy których jeszcze bardziej odczuwamy otaczającą bohaterów samotność. Bardzo dobrze się to ogląda, a słucha jeszcze przyjemniej.
Źródło: Showtimes.com
      Najnowsze spojrzenie na postać najbardziej charakternej postaci z drużyny X-menów pokazuje, że nawet bohaterów ostatecznie dotknie nieunikniona ręka starości. Zważywszy na problem postaci zarysowany już na początku seansu jej koniec może być tylko jeden. To jednak nie przeszkodziło w pełni odczuwać każdą minutę „Logana”. Całkowicie inne spojrzenie na marvelowskie, xmenowskie kino, w końcu dojrzałe i przyprawiające o przygnębienie, gdzie pokazuje się superbohatera jako zwykłego człowieka, a nie tylko maszynę do zabijania. Wielopłaszczyznowość fabuły, która bawi, przeraża, a także doprowadza do łez sprawia, że każdy fan tego dzikiego mutanta będzie usatysfakcjonowany tak godnym pożegnaniem. Rewelacyjnie zagrany, cudownie rozbrzmiewający w uszach i pomimo swojej surowości, i brutalności niesamowicie piękny film!

Ocena: 9/10

Oryginalny tytuł: Logan / Reżyseria: James Mangold / Scenariusz: James Mangold, Michael Green, Scott Frank / Zdjęcia: John Mathieson / Muzyka: Marco Beltrami / Obsada: Hugh Jackman, Patrick Stewart, Dafne Keen, Stephen Merchant, Boyd Holbrook, Richard E. Grant, Elizabeth Rodriguez, Eriq La Salle / Kraj: USA, Kanada, Australia / Gatunek: Dramat, Akcja, Sci-Fi
Premiera kinowa: 17 lutego 2017 (Świat) 03 marca 2017 (Polska)

sobota, 22 lipca 2017

1231. Deszczowa piosenka, reż. Stanley Donen, Gene Kelly

     Zanim powstało przebojowe „Moulin Rouge”, „Chicago”, czy nawet „Dźwięki muzyki” na świecie królował tylko jeden film, uznawany za najbardziej roztańczony i rozśpiewany, który bardzo szybko stał się wyznacznikiem w kategorii musicalu- „Deszczowa piosenka”. Film ten w reżyserii Stanleya Donena oraz Gene'a Kelly, zdobywał listy przebojów, a dziewczyny podkochiwały się w Donie Lockwoodzie. Po sześćdziesięciu latach obraz wciąż jest żywy, gdzie jego motywy wykorzystywane są we współczesnych musicalach, a piosenki przerabiane są do woli. Pewne jest, że od czasu premiery tego widowiska świat nie zobaczył już więcej tak fascynującego w tym gatunku.
Źródło: Galapagos Films
     Don Lockwood i Lina Lamont (Gene Kelly, Jean Hagen) są gwiazdami kina niemego. Choć powszechnie traktowani są jak para Lockwood skrycie nie przepada za swoją koleżanką z planu. Podczas powrotu z premiery najnowszego filmu Don pada ofiarą fanów, a z opałów pomaga mu wyjść urocza młoda aktorka- Kathy Selden (Debbie Reynolds). Kiedy ta krytycznie wyraża się o jego aktorstwie, Don nie może myśleć o niczym innym, jak Kathy. Pech chce, że wytwórnie hollywoodzkie są zmuszone udźwiękowić swoje filmy. Don zaczyna martwić się nie tylko to, czy w dźwięku będzie wypadał równie przekonująco, jak dotychczas, ale czy widownia nie ogłuchnie od piskliwego głosu jego ekranowej towarzyszki. Wraz ze swoim przyjacielem Cosmo Brownem (Donald O'Connor) wymyślają genialny plan uniknięcia porażki i przerabiają film kostiumowy na musical.
     Film o filmie to dość powszechnie stosowany dziś patent. Jednakże „Deszczowa piosenka” czasowo i fabularnie wbija się w ten czas, kiedy świat kina przechodził prawdziwą rewolucję. Przejście z kina niemego na udźwiękowiony przyczyniło się do upadku kariery większość ówczesnych aktorów, bowiem na wierzch wyszły wszelkie dotychczasowo ukryte wady, jak chociażby kiepskie brzmienie głosów, a nawet brak umiejętności aktorskich. To właśnie z takimi problemami borykają się bohaterowie filmu, bowiem aktor gra nie tylko ciałem, mimiką, ale również swoim głosem i dialogami. Jednakże, produkcja ta pokazuje przede wszystkim trudy tworzenia takiego nowego dzieła, w szczególności, kiedy coś robi się po raz pierwszy. Trudno jest więc uniknąć przekomicznych wpadek, jak chociażby słuchanie bicia serca gwiazdy ze względu na umieszczony mikrofon, z czym borykano się nie tylko w filmie, podczas występu Liny, ale również na planie filmu przy okazji partii tanecznych Debbie Reynolds. Muszę się skrycie przyznać, że zdjęcia do „Walecznego kawalera” przyprawiły mnie o atak śmiechu, w szczególności, gdy doszło do dyskusji na temat krzaka i umieszczonego tam mikrofonu [link http://www.youtube.com/watch?v=OTFCctdiS04]. Oj tak, kręcenie filmu przyprawiało wszystko o ból głowy, ale przynajmniej oglądający miał z tego nie lada frajdę. Przy okazji nawiązuje się tutaj również i do dubbingowania postaci, co było powszechnie stosowane na początku istnienia filmów dźwiękowych, choć teraz stosowane jest jedynie w filmach animowanych. Najzabawniejsze jest to, że choć w fabule filmu to Reynolds podkłada głos za Hagen to w rzeczywistości, przy partiach wokalnych to właśnie Hagen dubbingowała Reynolds. Nie mniej, film ten obrazuje nie tylko ewolucję w świecie kina, ale również wśród aktorów, którzy bojąc się o swoje kariery sięgali po dramatyczne środki, bądź zwyczajnie odpuszczali. W tej historii nie brakuje jednak opowieści o miłości, jej prawdziwości i zadziorności. O tym, jak bardzo różni ludzie lgną do siebie i jak ważne jest wsparcie drugiej osoby.
Źródło: Galapagos Films
     „Deszczowa piosenka” to niekwestionowane widowisko pełnych ekspresji układów, no i przede wszystkim muzyki. Gene Kelly wraz z Donaldem O'Connorem wywijają nogami i biodrami lepiej niż wielu współczesnych tancerzy. Cóż się dziwić, w końcu obaj od dawna mieli do czynienia z tańcem. Patrząc na nich nogi same nam tańczą. Mamy przy tym sporo zabawy, bo jakżeby inaczej. Bez względu na to, czy jest to nadzwyczajny musicalowy taniec, czy popis umiejętności stepowania, jest na co popatrzeć. Najwięcej barw i różnorodności gwarantuje nam scena do „Broadway melody”, gdzie Kelly tańczy i tańczy i tańczy i tak przez kilkanaście minut. Trochę tutaj baletu, trochę stepowania i wszystkiego po trosze, i można nawet powiedzieć, że trochę to meczy. Autorami muzyki, która wiernie towarzyszyła wszystkich choreografią, ale też i podkreślała charakter chwili są Nacio Herb Brown oraz Lennie Hayton. Natomiast jedynie trzy utwory ze wspaniałej „Deszczowej piosenki” rozbrzmiewają w naszych uszach do dziś. Pierwszy z nich to oczywiście tytułowe „Singin' in the Rain”, które usłyszymy w filmie trzy razy w całkowicie różnych aranżacjach. Jednakże to ta śpiewana przez Gene'a Kelly robi największe wrażenie [link], a wszystko ze względu na przeradosne wykonanie! Kolejnym pełnym dynamizmu, wygłupów i humoru Donalda O'Connora wykonaniem jest „Make 'Em Laugh” [link]- jak sam tytuł nawet wskazuje. No i w końcu, choć nie tak na końcu świetny utwór w wykonaniu całej trójki głównych bohaterów „Good Morning” [link]. Nie oznacza to jednak, że pozostałe aranżacje są kiepskie, oj nie. Zwyczajnie, ta trójka w radosnych podskokach i uśmiechem na twarzy pozostała w kulturze, już na zawsze!
       Aktorsko film radzi sobie całkiem nie najgorzej. Szczytem geniuszu to nie jest, role są aż nadto przerysowane, ale przecież o to tutaj chodzi. Najważniejsze, że tańczyć potrafią. Najważniejsze, że śpiewać umieją. Resztą nikt się nie przejmuje. Biel zębów Gene'a Kelly jest obezwładniająca. Sam facet jest niesłychanie przystojny, nawet jeżeli bezsensownie szczerzy się do ekranu. W dodatku przekonujący uwodziciel, na którego bardzo przyjemnie się patrzy. Jego kolega Donald O'Connor był jedną z tych zabawniejszych postaci w filmie. Dostarczał sporo rozrywki, w szczególności, że sam nie najgorzej się prezentował. Wśród żeńskich ról Debbie Reynolds spisała się na medal. Jednakże jej postać była zbyt delikatna, można nawet rzec, że nudna. Dlatego też to właśnie na Jean Hagen skupiała się nasza uwaga, która nie dość, że miała bardzo... wyrazistą barwę głosu, to dodatkowo nie grzeszyła bystrością, czy delikatnością. Obsada miała zarówno dobre, jak i złe momenty, ale prawda jest taka, że to dzięki nim odczuwaliśmy radość przez cały seans.
Źródło: Galapagos Films
      Każda minuta „Deszczowej piosenki” udowadnia, że w pełni zasługuje na miano najlepszego musicalu wszech czasów. Nie tylko pozytywnie nastraja, nawet i na deszczową pogodę, ale rozprawia o trudach przeobrażenia kina niemego w dźwiękowy. Świetni aktorzy wprowadzali tu nie tylko białe uśmiechy, ale sporo emocji i humoru. Jednakże to właśnie na dźwiękowej i wizualnej atrakcyjności film wznosi się na wyżyny. Obraz ten pełen porywających układów i wciąż żywych piosenek żywych opowiada trochę o miłości, a trochę o drugiej stronie takiego giganta jakim jest Hollywood. Można więc powiedzieć, że nie tylko jest to najlepszy film w swoim gatunku, ale również i najlepszy na poprawę nastroju!

Ocena: 9/10

Oryginalny tytuł: Singin' in the Rain / Reżyseria: Stanley Donen, Gene Kelly / Scenariusz: Betty Comden, Adolph Green / Zdjęcia: Harold Rosson / Muzyka: Nacio Herb Brown, Lennie Hayton / Obsada: Gene Kelly, Donald O'Connor, Debbie Reynolds, Jean Hagen, Millard Mitchell, Douglas Fowey, Rita Moreno / Kraj: USA / Gatunek: Musical, Komedia, Romans
Premiera: 27 marca 1952 (Świat) 05 października 2012 (Polska na DVD)

sobota, 18 marca 2017

Książka #436: Zwariowane pojazdy, aut. Artur Gulewicz

     Tradycyjne pojazdy to już przeżytek. Samochody jeżdżące na drogach, samoloty latające po niebie to coś co wkrótce odejdzie w niepamięć. Teraz, dzięki Arturowi Gulewiczowi, przyszła pora na „Zwariowane pojazdy”. Nietypową książkę, która będzie nie lada atrakcją dla każdego, nie tylko dla maluchów.
     Najnowsza propozycja od wydawnictwa Nasza Księgarnia jest niezwykłą publikacją, która pozwala na niemalże dowolne łączenie elementów. Dzięki niej możemy nie tylko nadawać znanym nam środkom lokomocji nowe cechy, ale również i przeznaczyć je na całkowicie zaskakujący cel. Pora rozpocząć przygodę nie z tej ziemi, gdzie z lokomotywy stworzymy taksówkę, która będzie woziła pasażerów nie tylko po miejskich drogach, ale nawet i nad naszym nieboskłonem.
     Genialna książka, która będzie frajdą dla każdego kto weźmie ją w rękę. Przedstawia całkiem alternatywny świat, możliwy do stworzenia przez dowolnego czytelnika. Wszystko uzależnione jest jedynie od ludzkiej kreatywności, ale też, niestety, od ilości stron. Jest więc idealną odskocznią dla dzieci, bowiem zabawa może zająć im długie godziny. Tutaj nie ma rzeczy niemożliwych. Przykładowo dołożymy do taksówki ogon samolotu i już będzie mogła spełniać swój cel w górach. Oczywiście, można pójść też tradycyjnym torem szukając po kolejnych stronach odpowiednich elementów, aby złożyć konkretną i bardziej logiczną, realną całość.
     Praca z tą publikacją jest niezwykle prosta. Przybiera ona formę kartonowych stron pociętych na trzy części. Każdy z kartoników zawiera jeden rodzaj pojazdu począwszy od samolotu, przez amfibię, na nieznanym obiekcie latającym skończywszy. Znajdziemy na nich również działania, takie jak ratowanie ludzi, czy kołowanie. Ostatecznym celem przypisanie jest im konkretnego miejsca, a do wyboru mamy planetę, wieś, czy peron. Możemy przekładać kartoniki w nieskończoność, aż coś wpadnie nam w oko. Zabawy jest przy tym co niemiara, nie tylko z dopasowywaniem, ale już na etapie przekładania kolejnych elementów. W szczególności ci najmniejsi będą mieli z tym dużo frajdy, bo przecież jeszcze nie ogarniają co powinno iść z czym w parze, tudzież... trójkącie. Rysunki są bardzo proste, nie ma tutaj żadnych wymysłów. Proste linie, prosta kolorystyka, bardzo proste i czytelne linie liter. Całość bardzo czytelna i niezwykle kolorowa. Z pewnością przykuje wzrok każdego, ale pobudzi również i najmłodszych poszukiwaczy zabaw.
     „Zwariowane pojazdy” już od pierwszego spojrzenia przykuwa uwagę gwarantując wiele godzin niesamowitej rozrywki. W pełni spełnia te oczekiwania, dając nam szansę na rozbudowywanie naszej kreatywności i pobudzenie wyobraźni. Bardzo prosta w swojej trwałej oprawie, a przy tym zasypująca kolorami, zainteresuje i sprawi, że trudno będzie się od niej oderwać. Szkoda jedynie, że twórca nie sięgnął po bardziej wymyślne pojazdy, czy bardziej wyszukane miejsca. Możliwości wyboru mogłoby być wtedy o wiele, wiele więcej. Nie mniej, książka spełnia swoje zadanie już nawet w takim kształcie, w jakim ją dostajemy. Pozostaje jedynie siąść i rozpocząć najbardziej zwariowaną przejażdżkę w życiu.


Ocena: 6/6
Recenzja dla wydawnictwa Nasza Księgarnia!

nk.com.pl

Tytuł oryginalny: Zwariowane pojazdy / Ilustracje: Artur Gulewicz / Wydawca: Nasza Księgarnia / Gatunek: dziecięce / ISBN 978-83-10-13157-7 / Ilość stron: 18 / Format: 190x300mm
Rok wydania: 2017 (Polska)

środa, 21 grudnia 2016

Książka #425: Zanim się pojawiłeś, aut. Jojo Moyes

     Prawdziwy bestseller, którego popularność ciężko jest pojąć. Jakiś czas temu przeszła praktycznie bez echa, a fanów znalazła wśród miłośników dramatycznych historii romantycznych. Wystarczyło jednak, aby prawa do ekranizacji wykupiła znana wytwórnia, obsadziła w głównych rolach przystojniaka i ślicznotkę z „Gry o tron”, aby znowu z hukiem podbijała rynek i to w dodatku z filmową okładką. I bardzo dobrze! Bowiem dzięki tej reanimacji jeszcze więcej osób sięgnie po rewelacyjną Jojo Moyes i jej druzgocącą powieść „Zanim się pojawiłeś”.
     Louise Clark jest wyjątkową kobietą o specyficznym guście jeżeli chodzi o doborze ubioru. Prowadzi spokojne życie w rodzinnym domu, w którym pomieszkuje również jej dorosła siostra z synkiem, a także dziadek, którymi opiekują się rodzice. Fundamenty jej mało ambitnego świata zaczynają się walić, kiedy traci wieloletnią posadę w kawiarni. Zmuszona do poszukiwania nowego zajęcia trafia do zamożnej i dystyngowanej rodziny Treynorów. Pomimo braku doświadczenia zawodowego zostaje przyjęta jako opiekunka do ich syna- Williama, który został sparaliżowany w wyniku wypadku. Na jej barkach spoczywa ogromny ciężar, musi zrobić wszystko, aby poprawić mężczyźnie humor i przywrócić mu chęć do życia.
     To dopiero była przejmująca historia. Fabuła odrobinę za bardzo podobna do opowieści Sparksa, w szczególności do jednej z nich „Jesienna miłość”. Jednakże tutaj lista celów, rzeczy do zrobienia przed śmiercią, przybiera bardziej formę mapy szczęścia, które mają przywrócić młodemu mężczyźnie wiarę w siebie i swoje nowe życie. Czy jest to jednak możliwe, kiedy aktywny, czerpiący z życia pełnymi garściami przystojny mężczyzna zostaje na łasce bądź niełasce innych ludzi? Często obcych ludzi? Czy komuś, którego świat ograniczony został do wózka można poszerzyć horyzonty? Ciężko jest spoglądać na to ze strony osoby, która nie zna tego problemu. Jednakże wraz z postępem wydarzeń z poznawaniem postaci można zmienić swoje nastawienie do wielu rzeczy, także do decyzji tejże postaci. Początkowo wydaje się, że „Zanim się pojawiłeś” to historia typowo miłosna. Szybko jednak przekonamy się, że bardziej dotyczy ludzkiej niepełnosprawności i to bardziej jej ciemnej strony, tej dotkniętej chorobą, tej muszącej polegać na innych, tej zamkniętej w sobie... Dobrze jednak, że wraz z pojawieniem się Lou w życiu Willa ten świat znowu nabiera kolorów, nie jest ograniczony jedynie do szarości. I to jest piękne! Z prawdziwą radością zaczytujemy się w kolejnych pomysłach dziewczyny, jak urozmaicić życie młodego Treynora, choć łezka nie raz się kręci w oku, kiedy doświadczamy również jej niepowodzeń. Czy jednak można zalewać się przy tej powieści łzami, tak jak zarzekają się niektóre czytelniczki? Owszem można, ale jeżeli tego nie robicie, to nie pędźcie do psychiatry, że coś jest z wami nie tak. Każdy odnajduje w tej powieści coś innego, co może go poruszyć. Drobne gesty, które Will czyni w stronę Lou- jak chociażby zakup rajstop, również potrafią być ujmujące i poruszające. Dla innych punktem kulminacyjnym będą wakacje życia, wielkie wyznanie Lou i wielkie rozdarcie serc- nie tylko jej, ale i wielu czytelniczek. Jeszcze inni uronią łezkę u finału ich wspólnej podróży, która obezwładnia.
     Autorce można zarzucić bardzo wiele, między innymi brak wrażliwości objawiającej się poparciem decyzji Williama, której doszukują się co niektórzy. A może wręcz przeciwnie- chodziło tu bardziej o próbę zaprezentowania tego ze strony osoby poszkodowanej. Może celem było jeszcze większe uwrażliwienie człowieka na takie tragedie, bo może jedna osoba podniesie się po takim wypadku, ale inna zdecydowanie się poddaje i nic nie będzie można na to poradzić poza okazywaniem wsparcia i cieszeniem się wspólnymi chwilami. Oczywiście, ciężko sobie wyobrazić sytuację, w której ktoś odrzuca wszystko, co mu się oferuje na skutek trzymania się swojej przeszłości, swojego wygodnego życia. Taki jest właśnie Will Treynor. Można powiedzieć, że taki lekkoduch, człowiek sukcesu, który niestety skończył w nieciekawy sposób. Wobec jego osoby zestawia się uroczą Louise, która dwoi się i troi, żeby tylko polepszyć jego żywot. Oczywiście, za sprawą pieniędzy rodziny Treynorów (ach, to nowobogackie życie). Z łatwością można jednak dostrzec jak wielkiej przemianie ulega sama dziewczyna. Rozbudził się w niej zmysł organizacji, ale przede wszystkim zmieniło się podejście do życia. Niegdyś od razu odmówiłaby zabiegów pielęgnacyjnych, ale praca przy Willu sprawiła, że wreszcie dojrzała i stała się odpowiedzialna. Ostatecznie, znajomość ta dała jej to również potężnego kopa do działania! I to jest chyba najbardziej niesamowita ze zmian. Nauczyła się korzystać z życia i w końcu zrozumiała, że ma prawdo z niego korzystać i zadbać o siebie samą! Ta dwójka świetnie się razem dogadywała. Niby takie przeciwieństwa, a jednak idealnie się zazębiały. Ich wzajemne przekomarzanie się było przeurocze i trzeba przyznać, że nie trzeba było mieć wystawionego jak na tacy typowych miłosnych gestów, aby zrozumieć co połączyło tę dwójkę. Początkowa przyjaźń przerodziła się w coś więcej i może to tak bardzo boli!
     „Zanim się pojawiłeś” jest dość zaskakującą powieścią. Daleko jej do typowych romansów, które przesłodzą aż nas zemdli. Jej wielobarwność jest zachwycająca. Fabuła w ciekawy sposób skupia swoją uwagę na niemalże każdym z bohaterów idealnie kreując ich charakter. Fajnie jest więc niekiedy poczytać o aktualnych wydarzeniach z perspektywy innych postaci. Nie mniej, najważniejsi są tutaj Lou i Will, którzy grają pierwsze skrzypce i grają w naszych sercach. Szybko zakochujemy się w nich samych, więc z prawdziwą trwogą śledzimy, w jaką stronę zmierza ta historia. Wielokrotnie wzrusza, często również bawi, ale przede wszystkim zmusza do refleksji i to nie tylko nad własną wrażliwością, ale przede wszystkim moralnością! Autorka szokuje, gdyż serwuje nam nietypowy happy end. Happy end, który jednym złamie serca, drugich zbulwersuje, a u innych będzie bodźcem do działań!

Ocena: 6/6

Tytuł oryginalny: Me Before You / Tłumaczenie: Dominika Cieśla-Szymańska / Wydawca: Świat Książki / Gatunek: melodramat / ISBN 978-83-8031-588-4 / Ilość stron: 382 / Format: 135x215mm
Rok wydania: 2012 (Świat), 2016 (Polska)

poniedziałek, 12 grudnia 2016

Książka #424: November 9, aut. Colleen Hoover

     Rzadko spotyka się powieści wyjątkowe. W szczególności, gdy chodzi o romanse. Jednakże jeżeli spojrzymy na książki Colleen Hoover możemy być pewni, że ich wybór będzie jak najbardziej trafiony. W każdym przypadku. Jej niebanalne opowieści trafiają prosto w serce i nie inaczej jest z jej najnowszą propozycją o tajemniczym tytule “November 9”.
      9 listopada to dzień, w którym życie nastoletniej gwiazdy telewizji- Fallon O’Neil, dramatycznie się zmieniło. Pożar, w którym ucierpiała odebrał jej nie tylko karierę aktorską, ale również pewność siebie pozostawiając po sobie blizny nie tylko na jej skórze, ale i duszy. Kiedy dwa lata później, w rocznicę traumatycznego wydarzenia, spotyka się z ojcem na obiedzie nie spodziewa się, że jej życie znowu zaliczy niespodziewany zwrot. Wszystko za sprawa tajemniczego chłopaka, który chcąc jej pomóc w rozmowie z ojcem udaje jej chłopaka. Ten związek na niby szybko nabrałby realnego kształtu, gdyby nie to, że dziewczyna opuszcza Los Angeles chcąc robić karierę w Nowym Jorku. Pomimo tego, że świetnie się dogadują z Benem dziewczyna pragnie poznać siebie i nie ma zamiaru zakochiwać się zanim nie skończy 23 lat. Zawierają więc pakt, że nie będą się ze sobą kontaktować przez pięć najbliższych lat, ale ten jeden dzień w roku będą spędzać razem, a Ben będzie to upamiętniał w książce, do powstania której zainspirowała go Fallon.
      Cóż to jest za urocza historia, pomimo tego, że “November 9” początkowo zaskakuje prostotą. Wydaje się, że historia niczym nas nie uwiedzie, ale już po chwili przekonujemy się w jak wielkim byliśmy błędzie. Opowieść jest to o miłości i można by zacząć krzyczeć, że znowu te same sflaczałe i mdłe banały, których nie ustrzegą się liczne powieści tej kategorii. Jednakże ten kto zna twórczość Colleen Hoover wie, że nie będzie miał do czynienia z nijaką historią ani wyblakłymi bohaterami. To co wyróżnia tę akurat opowieść to przede wszystkim tajemniczość. Niby wydaje nam się, że wszystko jest oczywiste i w zasadzie nie ma nad czym gdybać, aż tu nagle zaskoczenie, niespodziewany zwrot w akcji. I to nie jeden. Takie nieoczywistości powinno nieść za sobą więcej lektur. Niektórych rzeczy nie da się jednak obejść więc finał łatwo da się przewidzieć, ale na szczęście droga ku niemu jest bardzo wyboista. Nie raz złamane zostanie nasze serce, a traumatyczność przeżyć nie da nam pójść spać dopóki nie skończymy czytać. Nie ważne, że od ostatniej strony dzieli nas nieco ponad 50 kartek a zegarek uparcie sygnalizuje, że pora spać. Po prostu się nie da!
     Nie jest to zwyczajna opowieść, gdzie dwójka młodych ludzi zakochuje się w sobie, od tak, bo może. Świetna jest tutaj baza ich relacji, bodziec do działania, jakim jest pożar, w którym ucierpiała Fallon i który zniszczył jej aktorską karierę. To świetna podstawa do stworzenia czegoś więcej niż typowe love story. Dzięki temu wydarzeniu buduje się całą otoczkę, gdzie istotna jest wiara w siebie i walka z wewnętrznymi demonami. To ciągle odbudowywanie pewności siebie i przekładanie tego na swoją przyszłą karierę. Druga sprawa to koncept fabularny. Wprowadzenie układu, którego zasadą jest zero kontaktu przez pięć lat poza tym jednym dniem, 9 listopada- czysta magia, a przy okazji rewelacyjny patent na zbudowanie zachwycającego napięcia. Zastanawiamy się nie tylko nad tym, czy tej dwójce tak na sobie zależy, że będą na siebie czekać te pięć lat i pamiętać o tym jednym dniu. Rozmyślamy też nad tym, czy my sami bylibyśmy gotowi na coś takiego, gdybyśmy znali daną osobę niecały dzień.
      Colleen Hoover świetnie radzi sobie z budowaniem napięcia. Również seksualnego. Tutaj flirty zyskują innego wymiaru. To coś na zasadzie ubóstwiania partnera. Czuć te iskry wypadające z kartek, do tego stopnia, że obawiamy się, czy książka czasem się nie zajmie. Bije z nich nie tylko miłość i uwielbienie, ale również delikatność niczym dotyk piórka. Wszystko po, to aby za chwilę wbić nam nóż w plecy, bo przecież takich rzeczy się nie robi ludziom, którzy zakochali się w bohaterach.
      Fallon i Ben to wręcz idealna para. Nie tylko razem, ale również osobno. Młodzi ludzie ze sporym bagażem doświadczeń więc cechuje ich nieskrywana mądrość. Inteligencja daje im możliwość prowadzenia genialnych rozmów- zabawnych, ale i niegłupich. Dzięki temu tak uwielbiamy, gdy ta dwójka łączy się 9 listopada. Ona jest niesamowicie silną kobietą, prawdziwym wzorem do naśladowania. On z kolei najlepszym motywatorem na świecie i do tego niesamowicie czułym. Takich mężczyzn bierze się na mężów. Choćby i tych urojonych, wykreowanych jedynie na łamach książki. I tak samo jak tę dwójkę ciągnie do siebie, tak samo i nas do nich ciągnie. To niesamowite!
      Książka idealna! Szkoda, że więcej tytułów nie można określić tym mianem, ale dzięki temu dostrzegamy takie perełki jak “November 9”. Oczywiście, można przyczepić się lekkiego surrealizmu w tej historii, bo przecież niewielu zakochuje się w kimś w ciągu kilku godzin i czeka rok na kolejne spotkanie bez żadnego kontaktu, ale ta historia jest tak piękna, że trudno się od niej oderwać. Opowieść wywołująca tak wiele emocji i to w tak krótkim czasie, którą pragnie się skończyć jak najszybciej, a jednocześnie nie chce się z nią rozstać. Niesamowici bohaterowie, tak ludzcy i tak dojrzali pomimo młodego wieku, w których z łatwością się zakochujemy i chcemy się z nimi przyjaźnić. Takich powieści nam trzeba, a Colleen Hoover zawsze nam takie dostarcza!

Ocena: 6/6
Recenzja dla wydawnictwa Otwarte!

otwarte.eu

Tytuł oryginalny: November 9 / Tłumaczenie: Piotr Grzegorzewski / Wydawca: Otwarte / Gatunek: romans / ISBN 978-83-7515-143-5 / Ilość stron: 336 / Format: 136x205mm
Rok wydania: 2015 (Świat), 2016 (Polska)