NOWOŚCI
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą superbohater. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą superbohater. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 17 lutego 2019

Książka #495: Piorun, aut. Angel Payne

     Dawno już nie czytałam powieści z tego gatunku, który niegdyś pochłaniałam tytuł za tytułem. Zatem, gdy tylko pojawiła się propozycja nieznanej mi autorki Angel Payne od wydawnictwa Edipresse od razu podjęłam decyzję o lekturze. W szczególności, że w grę wchodził wątek romansu z szefem- moim ulubionym! Jednakże nic nie wskazywało na to, że opowieść otrze się o inny ulubiony motyw w popkulturze. Dlaczego więc „Piorun” nie zostanie moją ulubioną książką?

     Reece Richards jest bogatym i rozpieszczonym przez ojca młodym mężczyzną, którego życia diametralnie się zmienia podczas jednej z jego romantycznych eskapad. Teraz jest właścicielem jednego z najprężniej rozwijających się hoteli w Los Angeles, w którym na nocną zmianę zatrudnia się urocza Emma. Tych dwoje od razu łączy nić porozumienia, a ich igraszki zyskują zupełnie niespodziewanej dla nich obojga mocy. Dla Reece'a to nowość móc otworzyć się przed kobietą, a dla Emmy zaskakującym będzie drugie oblicze jej szefa.

     Zapomniałam już jak prosta jest konstrukcja powieści tego kalibru. Co niektórzy nazywają takie twory pornografią na papierze i wcale mnie to nie dziwi. Szczątkowa lub zerowa fabuła i masa stron ociekających seksem... no i świetnie! Komuś to przeszkadza? Takim typem literatury jest również i „Piorun”. Powieść całkowicie pozbawiona przekazu, za to będąca idealną rozrywką. W końcu kino superbohaterskie to nie jest studium psychologiczne nad wyborami wybranych postaci i ich dramatycznym życiem. A jednak książka Angel Payne wyróżnia się na tle innych w swoim gatunku. Czytając blurba na końcu książki, gdy to sama główna bohaterka opowiada o swoich początkach znajomości ze swoim ukochanym, zwracając się do niego określeniem per „superbohater” nikt nie spodziewa się, że gra serio będzie się toczyć o superbohatera. I to nie byle jakiego, a takiego który dostarczy Wam elektryczność do domów i do Waszych majtek oraz rozpędzi się w okamgnieniu, co z jednej strony może być zaletą a z drugiej wadą- w zależności od tego pod jakim kątem na to spojrzeć. I zasadniczo problemy pojawiają się tutaj takie same jak u każdego superbohatera, czyli wielki dylemat czy porzucić ukochaną chcąc ją chronić przed ewentualnymi zwyrolami, którzy chcąc dopaść jego dopadną ją, czy po prostu cieszyć się uroczą miłością obfitującą w serduszka i jednorożce z cukrzycą wymiotujące tęczą. Wybór tak ciężki, jak miażdżenie człowieka siłą zelektryzowanego umysłu. Sama elektryczność superbohaterska podąża w dość zadziwiającą stronę dodając nieziemskich doznań, a autorce idealnie udaje się odzwierciedlić domniemany stan poprzez słowo pisane.

     Jednakże poza tymi superbohaterskimi elementami znajdującymi się w „Piorunie”, nie ma tutaj nic takiego, co mogłoby przykuć uwagę lub w zasadzie wyróżnić ten tytuł na tle innych. Jest cała masa łóżkowych scen, ale w gruncie rzeczy nie jest to coś specjalnie wymyślnego, fantazyjnego- no może poza jedną z pierwszych scen. Później nawet i ta cząstka zostaje zepchnięta na dalszy plan, tylko po to, aby udowodnić, że ze zwierzęcego seksu może się wziąć coś więcej, prawdziwa miłość pełna czułości, miłych słów i całej masy słodkiej czekolady. W konsekwencji staje się to mega nużące i zniechęcające, ale i tak trzyma to przy życiu, a w zasadzie przy książce, czytelników, który wciąż mają nadzieję na więcej doznań.

     Bohaterowie to nie jest jakiś szczyt możliwości pisarskiej. Dziewczyna niby niezależna, niby taka dziarska, a jednak jej potrzeby sprowadzają się do pierwotnych żądz. Do tego klasyczny przypadek kobiecych fantazji, czyli romans z szefem i zabawy w miejscu pracy. Dość banalne, tak jak i sama Emma. Z kolei Reece... ucieleśnienie seksu i tajemniczości. Mężczyzna o dwóch twarzach i dwóch życiach. Czuły, zachłanny, spragniony. Typowy przystojniaczek w typowych lekturach erotycznych. W prawdziwym świecie takie rzeczy się nie zdarzają.

     Rozdarcie podczas lektury „Pioruna” jest chyba już czymś normalnym wśród czytelniczek. Z jednej strony to całkowity pornos na papierze, bez wkładu w nasze życiorysy, a z drugiej strony dostarcza tyle zabawy i emocji, że trudno się oderwać od tego banału. Nieistotne, że ten schemat znamy już z dziesięciu innych powieści tego pokroju. Istotnym jest to, że wciąż zagłębiamy się w nie z wypiekami na twarzy i uśmiechem na ustach. Romans z szefem? Któż o nim nie marzy! Romans z superbohaterem? Wiadomo, nigdy się nie zdarzy. Książkę polecam dla oderwania się od szarej rzeczywistości, ale nie spodziewajcie się wiekopomnego arcydzieła światowej literatury.

Ocena: 2/6
Recenzja dla wydawnictwa Edipresse Polska!

Tytuł oryginalny: Misadventures with a Super Hero / Tłumaczenie: Agnieszka Myśliwy / Wydawca: Edipresse Polska / Gatunek: erotyk, romans / ISBN 978-83-8117-652-1 / Ilość stron: 296 / Format: 135x215mm

Rok wydania: 2019 (Polska) 2017 (Świat)

niedziela, 6 stycznia 2019

1254. Iniemamocni 2, reż. Brad Bird

      Uwielbiam kino superbohaterskie, ale to... jakoś mnie nie bierze. Minęło prawie milion lat od premiery pierwszego filmu. No prawie, bo tak naprawdę to 14, a jakby to wieki temu było. Z niewiadomych przyczyn tytuł powraca na ekrany- może za sprawą nowej fali fascynacji nad superbohaterami? Brad Bird znowu próbuje swoich sił, ze skutkiem raczej przeciętnym. Cokolwiek miał na myśli „Iniemamocni 2” w ogóle nie spełniają swojej tajemnej przesłanki. 
Źródło: Galapagos Films

     Po latach życia w ukryciu, bohaterowie znowu mają szansę walczyć w blasku fleszy. Orędownikiem sprawy zostaje Helena Parr znana również jako Elastyna (Dorota Segda), ku niepocieszeniu Pana Iniemamocnego (Piotr Fronczewski), który w czasie, gdy ona ratuje świat, on paraduje po mieszkaniu opiekując się dzieciakami. Te również rwą się do walki, chociaż rodzice mocno stopują rozwój ich zdolności. Do czasu! Kiedy pojawia się nowe zagrożenie zawracające w głowie nawet największym bohaterom, okazuje się, że to właśnie ci mniej znaczący mogą więcej zdziałać.

     W końcu w świecie „Iniemamocnych” nadchodzi czas kiedy bohaterowie znowu będą mogli działać legalnie. Jedyne co muszą zrobić, to udowodnić światu, że są potrzebni. Zadanie z pozoru całkiem proste, całkowicie realne do wykonania, bo przecież świat zawsze potrzebuje bohaterów. A jednak coś musi pójść nie tak, wiadomo. W końcu zawsze istnieją jakieś przesłanki, żeby działać wbrew dobru. Zawsze znajdą się powody do bycia złym i nikczemnym, i te, które pojawiają się tutaj są całkowicie uzasadnione. Aczkolwiek... dokąd to wszystko prowadzi? Do tego, żebyśmy podążali żądzą zemsty? Najwyraźniej, choć należy pamiętać, że karma wraca. Fabuła nie zaskakuje w tym względzie, niestety. W dodatku drugi film Brada Birda powiela schemat poprzedniego, bo znowu musi być zły, znowu ktoś z rodziny musi być w tarapatach i znowu ten najmniej oczywisty bohater musi pomóc. Szkoda. W dodatku, choć to film akcji, dość mało porywające są wszelkie dynamiczne sceny. Pościgi? Są! Sceny walki? Ależ oczywiście! Nie mniej, na mnie o wiele większe wrażenie zrobiło opiekowanie się małym Jack Jackiem i wszelkie urokliwe sceny z jego udziałem. Choć sama nie rozumiem, jak mogę uznawać walkę superbohaterskiego niemowlaka z szopem za coś uroczego. Jest tu jednak coś co przykuwa uwagę już na samym początku. Pamiętacie scenę zamykającą pierwszy film? Otóż drugi właśnie od niej się zaczyna. Fajnie więc, że Bird postanowił kontynuować rozpoczęty wątek- to raczej rzadkość w szczególności, gdy od tej chwili- w czasie rzeczywistym, mija ponad dekada. Takie zabiegi zawsze będę pochwalać, bo idealnie łączą w całość dwa różne filmy. Ten w dodatku świetnie się rozwija- rzutując zarówno na młodych superbohaterów, jak i na dynamikę całego obrazu. Choć niestety, ale w niektórych aspektach daje to odmienne od oczekiwanych skutki.
Źródło: Galapagos Films

      W całym filmie podoba mi się zmiana jaka następuje w bohaterach. Rodzice nie tylko zamieniają się rolami, ale ta zamiana pomaga im również zrozumieć siebie wzajemnie. W dodatku, jak to zwykle bywa w bohaterskim świecie- stając w obliczu ogólnoświatowej tragedii, sygnowanej ewentualną stratą któregokolwiek z członków rodziny, dochodzi do wielkich obrotów w myśleniu, co wychodzi na dobre wszystkim. Najciekawiej z tego wszystkiego ogląda się zmianę w dzieciach, które dostają wiatru w skrzydła i pragnąc działać jeszcze bardziej skoro już zostali superbohaterami i mają eleganckie wdzianka- czerwień i czerń są tak bardzo twarzowe, że ochy i achy. Pomija się tutaj aspekty dorastania młodego Dasha, a skupia bardziej na nastoletnich problemach Violet, no bo przecież wiadomo, że nie ma nic gorszego niż miłosne dramaty nastolatków. A co z małym Jack Jackiem? Ewidentnie rozwija się prawidłowo. Na tyle prawidłowo, na ile mogą rozwijać się bobasy obdarzone supermocami. Urocza istotka, w szczególności w duecie z zachwycającą Edną, której głosu użyczyła zjawiskowa Kora, świętej pamięci.

      Coś jest w tym filmie takiego, co skutecznie mnie od niego odpycha. Jest to jedna z tych produkcji Disneya, do której nie lubię powracać, a przecież jest o superbohaterach. Zastanawiam się, czy problemem tutaj nie jest sama animacja. Choć ciekawa, dla mnie prezentuje się dość bezkształtnie. Nie jest to typowy Disney, ale podobne cechy noszą wszystkie filmy, przy których majstruje Pixar. Produkcje Disneya zawsze prezentowały się w wersji rysowanej, a tutaj przychodzi animacja komputerowa 3D i tak średnio mnie to kręci. Oczywiście, film jest bardzo dobrze zrealizowany- fajnie się to ogląda od strony wizualnej. Bardzo dużo jest tutaj zmiennych, wiele ciekawych postaci, przy których istotne jest uwydatnienie charakterystycznych cech, i to się udaje. Nie jest to jednak moja bajka i nie będzie u mnie hitem. Przyznać jednak muszę, że zamiana zamku Disneylandu na charakterystycznym nieboskłonie na wersję „Iniemamocnych” jest genialnym elementem, który nadaje produkcji indywidualność.
Źródło: Galapagos Films

     „Iniemamocni 2” nie staną na mojej filmoteczce na honorowym miejscu wśród ulubionych filmów. Jest to bardzo przeciętny film, który rzuca widza ze skrajności w skrajność. Z jednej strony jest bardzo przewidywalny w popychaniu fabuły w schematyczność, aby za chwilę czymś zadziwić, co pozwoli zapomnieć o mankamentach produkcji. Z drugiej strony potrafi zanudzić pomimo tego, że bohaterowie szaleją na ekranie, ale przy tym potrafi na swój sposób zaintrygować. Poza tym próbuje być bardzo przyziemny, ale jednocześnie nie chce zapomnieć o tym, że przecież jest superbohaterski. Mnie to nie ujęło, mój mały jest chyba za młody jeszcze na takie filmy, ale być może starsi młodzi odnajdą w tym zainteresowanie i bodziec do fascynacji superbohaerskim kinem.

Ocena: 5/10
Recenzja filmu DVD „Iniemamocni 2” - dystrybucja Galapagos Films

Oryginalny tytuł: The Incredibles 2 / Reżyseria: Brad Bird / Scenariusz: Brad Bird / Zdjęcia: Mahyar Abousaeedi, Erik Smitt / Muzyka: Michael Giacchino / Polski dubbing: Piotr Fronczewski, Dorota Segda, Karolina Gruszka, Borys Wiciński, Sonia Bohosiewicz, Grzegorz Małecki, Piotr Gąsowski, Kora / Kraj: USA / Gatunek: Animacja, Przygodowy

Premiera kinowa: 05 czerwca 2018 (Świat) 13 lipca 2018 (Polska)
Premiera DVD: 28 listopada 2018

środa, 26 września 2018

1252. Avengers: Wojna bez granic, reż. Anthony Russo, Joe Russo

     My, fani Marvela, 10 lat czekaliśmy na ten dzień. Od chwili, gdy było wiadomo, że „Iron Man” dał początek serii filmów, ekranizacji kultowych komiksów, z fascynacją wyczekiwaliśmy kolejnych zapowiadanych tytułów, prezentujących nowych bohaterów i odkrywających nowe sekrety tego uniwersum. I oto nadszedł ten czas, kwintesencja tej dekady przygotowań, która daje początek nowemu, brutalnie kończąc z tym, co znane było nam dotychczas. Tego, co nadeszło nikt się nie spodziewał, bo bracia Russo wraz z „Wojną bez granic”, z nieskrywaną satysfakcją, wyrwali nam serca z piersi. Wyrwali je również i mnie.
Źródło: Galapagos Films

    Statek z ocalałymi po upadku Asgardu przemierzając kosmos w poszukiwaniu nowego domu zostaje zaatakowany przez Thanosa (Josh Brolin) i jego dzieci, którzy przeszukują wszechświat w poszukiwaniu kamieni nieskończoności. Ci, którzy przeżyli pierwsze starcie ostatkiem sił wysyłają przebywającego na statku Hulka (Mark Ruffalo), aby ostrzegł drużynę Avengers na ziemi o nadejściu wroga. Bohaterowie ponownie łączą siły, szukając pomocy na całym świecie, aby opracować plan powstrzymania zbliżającej się katastrofy. Tymczasem Strażnicy Galaktyki pod przewodnictwem Star-Lorda (Chris Pratt) odnajdują dryfującego w przestrzeni Thora (Chris Hemsworth) i pomagają mu zdobyć broń, która jako jedyna ma szansę pokonać Thanosa. 

     Czekaliśmy na tę chwilę. Czekaliśmy na to, aż w końcu przybędzie Thanos, o którym tak długo się gada, i zrobi niemałą poruchawę. W końcu poznaliśmy genezę Kamieni nieskończoności, i zobaczyliśmy je wszystkie w jednym miejscu, w jednym czasie. Przy okazji doświadczyliśmy też spektrum ich możliwości, wydawałoby się, że pełne spektrum, ale coś kołacze mi się z tyłu głowy myśl iż to nie wszystko na co stać te błyskotki.
Źródło: Galapagos Films

Sześć pięknie mieniących się kamyczków, takie niepozorne, a cały wszechświat o nie walczy. Wszystkie wyrwane siłą z rąk ich opiekunów bo jak wiemy Thanos się nie patyczkuje. Ta istota to niezwykle zacięta persona, która ma cel, w jej mniemaniu niezwykle światły, i nie cofnie się przed niczym, aby wypełnić swoje przeznaczenie. Przed niczym. Poświeci wszystko, co dla niego ważne, wszystko co dla niego ukochane. Z jednej strony bardzo przerażający w swojej skuteczności, a z drugiej... tkwi w nim coś takiego, co porusza serce. Niezwykle wzruszająca jest geneza jego nietypowej relacji z Gamorą, który to wątek świetnie uwidoczniono dzięki wyprawie na Vormir. Jedna z najpiękniejszych i najbardziej wzruszających scen w całym filmie. 

     „Avengers: Wojna bez granic” to nie tylko opowieść o kamykach, które mogą zniszczyć połowę wszechświata. To nie tylko historia walki dobrych mróweczek z wielkim złem, bo nie wszystko jest tutaj czarno-białe. Nowy film od braci Russo przede wszystkim traktuje o odwadze i oddaniu. Te dwa elementy zawsze pojawiają się w filmach superbohaterskich, bo nie każdy ma na tyle siły, aby stoczyć walkę z kosmitami, żarłocznymi potworami, czy zabójczymi maszynami. Tutaj wszystko wydaje się kumulować, dochodzi do niesamowitego katharsis, które przynosi oczyszczenie, ale i nie tylko. Przeżywamy jeden zwrot akcji za drugim, jedno zaskoczenie przechodzi w drugie, a każda kolejna minuta filmu przynosi kolejną niepowetowaną stratę, która rozdziera nasze serca.
Źródło: Galapagos Films

Dla zwykłego człowieka będzie to zwykły film, ale dla prawdziwego fana Marvela będzie to niewiarygodne przeżycie. Przez te wszystkie lata zdążyliśmy się zżyć z postaciami, które podawało nam Studio. Nawet te będące z nami dopiero od roku, czy dwóch również stały się nam bliskie, bo zwyczajnie je polubiliśmy. Razem z nimi śmialiśmy się, walczyliśmy, czuliśmy smutek i upokorzenie, a nawet i miłość. Fascynowaliśmy się kolejnymi konfliktami pomiędzy nimi, serce radowało nam się na narodziny niezwykłych miłości, a także nietypowych relacji. Dochodziło do spotkań niezwykle egocentrycznych, ale i genialnych umysłów, miłośników muzyki lat 80tych i tych, którzy nie rozumieją co to w ogóle jest. To wszystko generowało wiele przezabawnych sytuacji, które stanowiły dobrą odskocznię i dawały rozluźnienie przed nadejściem nieuchronnego. Genialnym pomysłem było połączenie dwóch światów- wojowników prosto z ziemi oraz wojowników kosmosu. Świetne zderzenie, które idealnie się uzupełniło sprawiając, że „Wojna bez granic” to film lekki, ale i przygnębiający zarazem. Jeden z najlepszych w całej serii.
Źródło: Galapagos Films

     Najnowszy film braci Russo to nie tylko emocjonalny rollercoaster uzbrojona licznymi nawiązaniami do poprzednich filmów. Obraz ten to przede wszystkim fascynujące dzieło artystyczne, które kładzie swoich poprzedników na łopatki. Oczywiście, można było jeszcze bardziej dopracować Thanosa, żeby wyglądać bardziej realistycznie, można było lepiej wypracować walkę w Wakandzie, czy nawet bardziej wygładzić walkę z Ebony Maw, jednakże reszta filmu mocno to rekompensuje. Wszystkie zdjęcia na Vormirze... dzieła sztuki. Nic tylko drukować i robić z tego fototapetę na ścianie. Pomysłowo potraktowano również Nidavellir, planeta wyglądała pięknie i majestatycznie, no i jej cel istnienia również jak najbardziej słuszny i pożyteczny. Nowy tytuł „Avengers” prezentuje się zdecydowanie najlepiej ze wszystkich dotychczasowych. Zabawa zdjęciami i formami toczy się na różnych płaszczyznach, w różnych przestrzeniach, więc nie ma szansy na wizualną nudę. W szczególności, gdy dochodzimy do kulminacyjnego punktu filmu. Oczywiście, można było inaczej to rozegrać, wymyślić całkiem inny sposób na prezentację tego wydarzenia. Wciąż nie rozumiem dlaczego Russo wybrali akurat tę formę, choć podobnoż dla nich nich jest ona dosadna, aczkolwiek niebrutalna.

W tym wszystkim mamy oczywiście miejsce również na charakteryzację, bo przecież zamiana Josha Brolina w Thanosa to coś naprawdę spektakularnego, ale i jego dzieci wyglądały zjawiskowo. Ja osobiście najbardziej upodobałam sobie duet Proxima Midnight- Corvus Glaive, przypasowała mi ta stylizacja. Wszystko wygląda pięknie, bardzo efektowne, ale w sumie epickość to coś, czego nigdy nie brakowało filmom kuźni Marvela. Cudownie się na to patrzy, bo to bajka dla oczu.
Źródło: Galapagos Films

     Najnowszy film MCU, najnowszy tytuł z serii „Avengers”, to epickie i niezwykle szokujące wydarzenie. Emocje po seansie nie opadają i choć wydarzenia całego filmu zapowiadały konkretny kierunek w jakim pójdzie akcja, tak dowierzaniu nie ma końca nawet i na kilka tygodni po obejrzeniu filmu. Pozostawia on po sobie pewną pustkę, pewną chęć obejrzenia na nowo wszystkich tytułów z ostatniej dekady tego uniwersum, a nawet pragnienie ponownego sterroryzowania swojej duszy „Wojną bez granic”. To z pewnością bardzo wyjątkowy film, który łączy w sobie wszystko to, co powinien zawierać ten gatunek- miejsce na radość, miłość, a nawet i nienawiść. Tę produkcję bardzo łatwo można pokochać za jej nieszablonowość, za jej charakter, za jej pasję, ale równie szybko, tak jak to bywa z każdą miłością, może nam złamać serca. Z pewnością powrócę do tego filmu i z pewnością ponownie uzbroję się w paczkę chusteczek!

Ocena: 9/10
Recenzja filmu DVD „Avengers: Wojna bez granic” - dystrybucja Galapagos Films

Oryginalny tytuł: Avengers. Infinity War / Reżyseria: Anthony Russo, Joe Russo / Scenariusz: Christopher Markus, Stephen McFeely / Zdjęcia: Trent Opaloch / Muzyka: Alan Silvestri / Obsada: Robert Downey Jr., Chris Hemsworth, Mark Ruffalo, Chris Evans, Scarlett Johansson, Benedict Cumberbatch, Chris Pratt, Tom Holland, Chadwick Boseman, Zoe Seldana, Tom Hiddleston, Paul Bettany, Josh Brolin / Kraj: USA / Gatunek: Akcja, Sci-fi 

Premiera kinowa: 23 kwietnia 2018 (Świat) 26 kwietnia 2018 (Polska) 
Premiera DVD: 05 września 2018

czwartek, 29 marca 2018

1246. Thor: Ragnarok, reż Taika Waititi

     Zbliża się wojna ostateczna, wojna ponad podziałami, wojna gdzie będą ginąć ulubieńcy, a znienawidzeni będą na szczycie. Zanim to jednak nastąpi możemy nacieszyć oczy przepięknym Ragnarokiem, w którym to Thor odegra kluczową rolę. Za najnowszy film o asgardzkich poczynaniach boga piorunów wziął się sam Taika Waititi, który udowodnił już nie raz, że dysponuje ponadprzeciętnym poczuciem humoru. Nie powinno nas więc dziwić, i nie dziwi oczywiście, że stworzył taki zaskakujący film, w którym magia, apokalipsa i humor łączą się z dźwiękami elektronicznymi muzyki z lat 80tych. Uwaga, oto nadciąga wyjątek od superbohaterskiej reguły, a na imię mu „Thor: Ragnarok”!
Źródło: Galapagos Films

     Thor (Chris Hemsworth) wraca do Asgardu po kolejnej niebezpiecznej misji. To co zastaje na miejscu przechodzi jego najśmielsze pojęcia- jego ojciec (Anthony Hopkins) wprowadza całkowicie beztroski tryb życia, ciesząc swoich podwładnych teatralnym hołdem dla jego syna- Lokiego (Tom Hidlestone). Bóg piorunów od razu demaskuje Lokiego, zmuszając go do zabrania go w miejsce przebywania ich ojca- na Ziemię. Docierają jednak za późno, a wraz z odejściem staruszka nadchodzi coś złowieszczego- ich wygnania siostra imieniem Hela (Cate Blanchett), która królowała obok ich ojca zanim jeszcze się urodzili. Teraz domaga się zadośćuczynienia- tronu i podległości wszystkich światów.

     Nic tak nie cieszy serca geeka, jak udany film z jego ulubionej kuźni. Stwierdzając, że „Thor: Ragnarok” to film rewelacyjny, nie będziemy musieli doszukiwać się przesady. To rzeczywiście jeden z najlepszych filmów od Marvela ostatnich lat, dorównywać mogą mu jedynie „Strażnicy Galaktyki”- niestety. To zdecydowanie inny rodzaj filmu niż dotychczas nam prezentowano. To zupełnie inny gatunek Thora! Nie jest tak lukrowo jak dotychczas, nie jest tak jaskrawo, jak dotychczas. Taika Waititi pokazuje całkowicie odmienione oblicze boga piorunów, a jak wiemy ma ich bardzo wiele- to jednak najlepiej podeszło pod preferencje fanów, gdyż film zbiera znakomite opinie w sieci. Może to za sprawą świetnej akcji, może za sprawą rewelacyjnych postaci, a może to po prostu przez uderzenie w nostalgiczne punkty widzów, którzy z sentymentem spoglądają wstecz do lat 80tych.
Źródło: Galapagos Films

      Fabuła nie należy do specjalnie banalnych, choć w zasadzie ciężko o bardziej okrojony wątek niż wywlekanie na wierzch sekretów rodzinnych i ponowne przywoływanie wygnanych postaci. W końcu w czym bogowie nordyccy są lepsi od zwykłych śmiertelników? Też mogą mieć podobne problemy. Poza tym jest to całkiem spory misz-masz lokalizacyjny i tematyczny. Trochę tutaj o gladiatorach i walkach na arenie, trochę o przetrwaniu w straszliwej nędzy. Za chwilę pojawia się motyw ambicji, a także walki z demonami przeszłości. Wszystko po to, aby powrócić do Asgardu i... nie da się tego zdania skończyć bez spoilerów. Panuje tutaj lekki chaos, ale na szczęście ma jakieś sensowne podwaliny, które spajają wszystko w całość. Tym fundamentem jest ratowanie świata przed Helą, a ta- jak pokazuje, nie cofnie się przed niczym, aby osiągnąć swój cel. Tym samym dzięki niej przeżywać będziemy mikrozawały, chwile rozpaczy (no bo przecież... jak to?!), ale też niezapomnianych efektów. Hela porządnie miesza w historii, a trzeba przyznać, że Cate Blanchett w tej roli spełnia się idealnie. Jest bezwzględna, ale niesamowicie piękna.

Jednakże nowy „Thor” to tak naprawdę ciągła rozrywka, nie ma co się tutaj doszukiwać większej głębi. Nafaszerowany licznymi gagami i humorem sytuacyjnym sprawia, że widz bardzo dobrze się bawi. Niestety, momentami niektóre żarty wydają się nie na miejscu, inne wypadają dość nienaturalnie i choć z uśmiechem przyjmujemy komentarz Korga odnośnie relacji Thor-Mjolnir, tak ten odnośnie Surtura w Asgardzie niekoniecznie. Wszyscy jednak zgodnie śmieją się podczas wizyty Thora u Surtura, przedstawienia w Asgardzie, sztuczki Thora i Lokiego z kategorii „Ratunku!”, no i oczywiście z genialnych, choć odrobinę odchylniętych postaci Korga i Grandmastera. Starzy wyjadacze również nie szczędzą nam chwili radości.
Źródło: Galapagos Films

Genialnym jest pojawienie się tutaj zupełnie innego superherosa, Avengera i nie mówię tutaj jedynie o Hulku- choć jego rola jest o wiele bardziej znacząca niż można by oczekiwać (scena z nalotem na psa... śmiać się można przez pięć minut, a potem jeszcze kolejne na każde wspomnienie o tym upadku!). Cudownie patrzy się na pogłębiającą się relację „najmocniejszego z Avengerów” z blondaskiem, choć nie tak bardzo głęboką i wyjątkową więź jaką miał Thor z Mjolnirem (jak to zauważyła postać Korga). Całkiem odświeżającym było zobaczenie w filmie Doktora Strange, któremu raczej nie po drodze do świata Asgardczyków, a tu proszę- dostarczył całej gamy rozrywki dla widza, a także ponadprzeciętnych wrażeń Lokiemu.

     Nie da się nie oceniać filmu Marvela bez komentarza odnośnie warstwy wizualnej, a nie ma co- efekciarstwo tutaj mamy pierwszorzędne. Wszystko bardzo realistyczne, dopracowane w najmniejszych szczegółach, a te dotyczące samego Ragnaroku wzbudzają ogromny zachwyt. Nic jednak nie przebija tych wyjątkowych ujęć, gdzie zobaczyć można starcia Heli z Walkiriami. To się nazywa idealne wykorzystanie slow-motion, a do tego ta animacja... pięknie i opływowo. Sakaar to zupełnie inna para kaloszy. Wszędzie walają się śmieci- przynajmniej w tej superbiednej części planety, natomiast ta należąca do elity- wygląda całkiem kolorowo i sympatycznie- wiadomo, kontrast musi być dla wyłapania szerszego kontekstu. Wszystko ma taki retro styl. Do tego idealnie pasuje muzyczka elektroniczna prosto z lat 80tych. Aż noga sama chodzi na dźwięki kompozycji Marka Mothersbaugha. Świetnie się to komponuje- znowu na zasadzie kontrastów, bo gdzie do takiego kosmicznego filmu, tak bardzo przyziemna muzyka. A jednak się sprawdza! Łatwo można to powiązać ze „Strażnikami Galaktyki” i to pewnie dlatego są to jedne z najbardziej wyjątkowych i niebanalnych filmów kuźni Marvela. 
Źródło: Galapagos Films

     Z każdym kolejnym filmem Marvela uważamy, że jest lepszy od poprzedniego. Jednakże w serii o Thorze jest to teza potwierdzona, bo każdy kolejny, osobny jego film jest lepszy od poprzedniego. Taika Waititi wprowadził sporo zmian wraz z „Thor: Ragnarok”. Nie dość, że całkowicie odmienił wizerunek filmu, to w dodatku przeprowadził metamorfozę tytułowej postaci. Swoje macki maczał w tym sam Stan Lee, który musi pojawić się oczywiście w każdej marvelowej produkcji. Z pewnością jest to bardzo efektowny obraz. Bardzo dużo się tu dzieje i dzieje się naprawdę pięknie. Aż łezka kręci się w oku na wspomnienie tych zjawiskowych zdjęć i stylizacji. Waititi przemyca do scenariusza odrobinę swojego poczucia humoru- lekkiego, odświeżającego, na tyle, że każdy będzie się dobrze bawił. Produkcja nie zagwarantuje nam wycieczek emocjonalnych i sesji terapeutycznych, ale wprowadzenie rozmaitych i bardzo ciekawych postaci, i wrzucenie ich w wir niezwykłych wydarzeń wzbudza sporo fascynacji. Nie ma czasu na nudę, jest za to czas na zabawę!

Ocena: 9/10
Recenzja filmu DVD „Thor: Ragnarok” - dystrybucja Galapagos Films

Oryginalny tytuł: Thor: Ragnarok / Reżyseria: Taika Waititi / Scenariusz: Craig Kyle, Christopher Yost, Eric Pearson / Zdjęcia: Javier Aguirreasarobe / Muzyka: Mark Mothersbaugh / Obsada: Chris Hemsworth, Tom Hiddleston, Cate Blanchett, Anthony Hopkins, Idris Elba, Jeff Goldblum, Tessa Thompson, Karl Urban, Mark Ruffalo, Benedict Cumberbatch / Kraj: USA / Gatunek: Fantasy, Przygodowy

Premiera: 10 października 2017 (Świat) 25 października 2017 (Polska)
Premiera DVD: 14 marca 2017 

niedziela, 5 listopada 2017

1241. Wonder Woman, reż. Patty Jenkins

     Superbohaterski świat aż roi się od pięknych heroin. Przynajmniej na komiksowym papierze, gdyż w filmowym uniwersum wciąż jest ich zdecydowanie za mało, a u DC to już w ogóle. Dlatego też, gdy przy okazji filmu „Batman v. Superman” na horyzoncie pojawia się Wonder Woman, wszyscy od razu przerzucili się na fanowanie tej przepięknej bohaterce. Już wówczas wiedziano, że Amazonka imieniem Diana doczeka się osobnego filmu, a kiedy w końcu się pojawił... cały świat maniaków filmowych wstrzymał oddech.
Źródło: Galapagos Films
     Piękna, rajska wyspa Themiscyra od czasu stworzenia przez boga bogów Zeusa zamieszkiwana jest przez plemię Amazonek. Diana jest jedynym dzieckiem pośród nich, dzieckiem samej królowej Hippolity (Connie Nielsen), która pod czujnym okiem najlepszego dowódcy szkolona jest na najlepszą wojowniczkę na wyspie. Kiedy dorasta u brzegu wyspy pojawia się mężczyzna- kapitan Trevor (Chris Pine), którego ratuje z opresji. Gdy wraz za nim przybywa rzesza Niemców, Amazonka (Gal Gadot) dowiaduje się o toczącej się na całym świecie wielkiej wojnie. Uważając, że za wszystkim stoi bóg wojny imieniem Ares postanawia wyruszyć wraz z kapitanem na pole bitwy, aby odnaleźć winowajcę. Nie spodziewa się, że znajdzie tam o wiele więcej, a przy okazji stanie się legendą wzniecającą ogień w sercach.
     Wonder Woman jest dla DC tym samym, czym dla Marvela jest Kapitan Ameryka. Oba filmy to superbohaterskie kino rozrywające się w czasach wojennych. Kiedy sobie to uzmysłowiłam ogarnęło mnie lekkie przerażenie, gdyż ta kombinacja w ogóle mi nie podchodzi. Niestety, starcie dwóch całkiem odmiennych światów, czyli kina wojennego z naszpikowaną efektami przygodówką, to coś co totalnie się dla mnie gryzie i traci na autentyczności. Tym sposobem zamiast zabawiać, „Wonder Woman” stała się dla mnie rozrywką nijaką, wręcz nużącą- przynajmniej na pewnym etapie.
Źródło: Galapagos Films
Wspaniale jest obserwować kształtującą się legendę, która jednoczy serca i rozpala w nich chęć do walki. W trakcie tworzy się całkiem ciekawa fabuła, spokojnie mogącą uzupełniać, czy też nadawać inny sens prawdziwej historii. Obraz, jak to obraz wojenny, nie raz okazuje się być wstrząsający. Szokuje brutalnością, ale przynajmniej nie mydli oczu. I to byłoby fajne, gdyby nie to, że cały czas przed naszymi oczami widnieje przepiękna wyspa i chyba najlepiej rozegrana scena walk w tym filmie! 
Jednakże po całym tym całkowicie przyziemnym fragmencie nagle dostajemy po głowie czymś całkowicie metafizycznym. Oczywiście, można było oczekiwać takowego rozwoju sytuacji, takowego finału, ale... serio?! Zamknięcie, ostateczna rozgrywka, całkowicie odbiega od klimatu reszty filmu. Scena nakręcona tak słabym CGI, że aż oczy od tego bolały. Diana skakała niczym Lara Croft w swojej najlepszej rozgrywce na starych komputerach. Sama scena naładowana patosem, zbędnymi dialogami, które aż się prosiły, aby przywalić im samolotem prosto w twarz. Nie mniej, wszystkie urywki, w których to Wonder Woman biegnie, skacze, wywija lassem, krzyżuje przedramiona, czy po prostu powiewa swoją kusą spódniczką, to urywki, na które czekamy przez resztę czasu podczas seansu.
Źródło: Galapagos Films
     Nie ma jednak co narzekać, no dobra... starcie z bossem było do bani, ale sama Wonder Woman jest naprawdę niezwykłą postacią. Urzeka swoją nieporadnością, kiedy to próbuje ogarnąć prawa rządzące w rzeczywistym, pozawyspowym świecie. Przy tym wzbudza możliwie największą sympatię nie tylko innych bohaterów, ale również wśród widzów. Jest charyzmatyczna i niesamowicie odważna. Da się ją lubić i właśnie takich bohaterów nam potrzeba. Oczywiście, jest też bardzo głupiutka- z początku, co Gal Gadot dodatkowo podkreślała. Niekiedy jej mimika twarzy jest przekomiczna. Nie mniej, jest niesamowicie piękna i ludzie od castingu nie mogli lepiej wybrać. Jest wręcz stworzona do tej roli, choć trochę kaleczy ją aktorsko. Liczę jednak, że się rozwinie. Ciekawą postacią mógłby być też Chris Pine AKA Kapitan Trevor, gdyby nie to, że jest tak paskudnie przystojny, że aż nie da się na niego patrzeć. Kończy więc jako mocno przesadzona postać. Chciał być dobry, aż za bardzo.
Źródło: Galapagos Films
Jednakże największym zawodem jest kreacja David Thewlisa. Ciężko jest uwierzyć w to, jaka rola przypadła mu w udziale. Naprawdę. Totalny niewypał, jak dla mnie. Serio, do takiej roli wybrać kogoś takiego. Z wąsem. Z totalną mimozą na twarzy. Wiem, że udawało mu się odgrywać całkiem ciekawe akcje, ale... NIE! Totalnie nie ten klimat, totalnie nie ta dynamika i mimika. 
     Na „Wonder Woman” bardzo przyjemnie się patrzy. Poza tymi niektórymi wpadkami wizualnymi to ujęcia są bardzo piękne. Najpiękniejsza jest ta część kręcona na wyspie, a na lokalizacje wybrano włoskie wybrzeże Amalfi. Wszystko po to, aby oddać jej rajski charakter. Zadanie zrealizowane w pełni. Wojenny świat też jest nie najgorszy. Cudowny Londyn wraz ze swoją XX wieczną stylizacją, a także makabryczne pola bitewne, które zachwycają surowością, a śmierć dało się wyczuć na kilometr. Scenografie przepiękne, jest się czym pozachwycać. Całości dopełniają interesujące kompozycje Gregsona-Williamsa. Aczkolwiek nic nie przebija motywu przewodniego naszej bohaterki, który aż wbija w fotel i ma w sobie ten amazoński pazur. 
Źródło: Galapagos Films
     Superbohaterski, kobiecy film Patty Jenkins ma w sobie wszystko to, co powinno mieć kino akcji. „Wonder Woman” jest wybuchowa, zawadiacka, ale też okraszona humorem i emocjami. Zaskakujące, że w takim tytule pojawić może się wątek romantyczny. Jeszcze bardziej zaskakuje osadzenie historii w czasach wojennych. Seourowy klimat z pola bitwy mocno się gryzie z komputerową efektownością typową dla kina superbohaterskiego. To zdecydowanie nie moja bajka, a jednak przyjemnie spędza się czas przy tym filmie. A czas ten upływa w wyczekiwaniu na boga wojny, uroczych uśmiechów i kolejnych dynamicznych podskoków cudownej Wonder Woman. 

Ocena: 6/10
Recenzja filmu DVD „Wonder Woman” - dystrybucja Galapagos Films

Oryginalny tytuł: Wonder Woman / Reżyseria: Patty Jenkins / Scenariusz: Allan Heinberg / Zdjęcia: Matthew Jensen / Muzyka: Rupert Gregson-Williams / Obsada: Gal Gadot, Chris Pine, Danny Huston, David Thewlis, Connie Nielsen, Robin Wright, Said Taghmaoui, Ewen Bremner, Lucy Davis, Elana Anaya / Kraj: USA, Wielka Brytania, Włochy, Chiny, Hongkong, Kanada, Nowa Zelandia / Gatunek: Akcja, Fantasy, Sci-Fi
Premiera kinowa: 15 maja 2017 (Świat) 02 czerwca 2017 (Polska)
Premiera DVD: 11 października 2017

piątek, 4 sierpnia 2017

1233. Logan, reż. James Mangold

     Kiedy siedemnaście lat temu (tak, 17 lat!) rozpoczęła się filmowa przygoda z „X-Menami” żaden fan nie spodziewał się, że obraz ten doczeka się tak wielu kontynuacji, przedkontynuacji, a także historii pobocznych. Wszyscy cieszyli się na myśl, że powstaną filmy z ich ulubionym mutantem- Wolverinem. Wszyscy potem płakali po kątach, gdy tytuły te nie sprostały ich oczekiwaniom. Postawiono wszystko na jedną kartę i idąc w ślad za świetnie przyjętym „Deadpoolem” przyznali „Loganowi” czerwony znaczek- rzucając w niego wulgaryzmami i brutalnością zyskując przy tym... niemalże arcydzieło!
Źródło: Showtimes.com
     Rok 2029. Ludzie nie pamiętają już o istnieniu mutantów. Jednostki, które przetrwały chowają się po kątach, aby spokojnie dożyć starości. Logan (Hugh Jackman) robi co może, aby uzbierać pieniądze potrzebne do godnego życia dla niego i jego mentora Charlesa Xaviera (Patrick Stewart). Chwyta się każdego zlecenia, chcąc czym prędzej zrealizować swój cel, gdyż stan profesora pogarsza się z dnia na dzień stanowiąc zagrożenie nie tylko dla niego samego, ale również dla ludzi znajdujących się wokół niego. W trakcie jednego ze zleceń poznaje małą meksykańską dziewczynkę imieniem Laura (Dafne Keen), nie spodziewając się, że na zawsze odmieni jego życie. Nie będzie to jednak sielanka, bowiem w drogę za nią rusza armia ulepszonych i świetnie wyszkolonych najemników dowodzonych przez Pierce'a (Boyd Holbrook), która nie cofnie się przed niczym, aby ją odzyskać.
     Są takie filmy, które trzeba przetrawić zanim cokolwiek się o nich powie szerzej. Są takie filmy, z którymi trzeba się przespać, żeby umysł poukładał to, co właśnie zostało mu zaserwowane. Czasem trzeba ogarnąć swoje wrażenia i zazwyczaj trzeba na to niewiele czasu. Jednakże w przypadku „Logana” sprawa jest tak samo wyjątkowa, jak wyjątkowy jest ten film. Potrzeba było niemalże pół roku i aż trzech seansów, aby zebrać się w sobie i sklecić kilka słów na temat tego dlaczego ten film staje się jednym z najbardziej ulubionych. Najnowszy film, a przy tym ostatni z udziałem Logana pod postacią Hugh Jackmana, to zupełne inne spojrzenie na całą serię o mutantach. Pewnie powodem jest to, że bardzo często zapomina się o nich, tak jak i zapomniał o nich świat stworzony w tym filmie. Tutaj nie chodzi już o żadne z xmenowskiej mocy, nie chodzi o dziwaczne starcia między mutantami Xaviera, a wyznawcami Magneto. Ta produkcja to niesamowicie surowy, bardzo przejmujący i niezwykle dramatyczny obraz starości. Starości oprószonej siwizną, trawionej chorobą, ale również marzeniami. Ta produkcja przedstawia, że to nie jest świat dla starych mutantów. A jednocześnie ukazuje, że starość nie oznacza końca naszego życia, bo nawet i w tym przygnębiającym czasie mogą spotkać nas niespodzianki, które na nowo tchną w nas życie. 
Źródło: Showtimes.com
Poza tą dozą dramatyzmu, który niejednokrotnie doprowadza do łez nie brakuje tutaj i licznych scen, które stanowią idealną równowagę dla rozważań na temat schyłku życia. Napędzane dynamizmem, a także zielonym specyfikiem od Alkali, przepełnione są pazurami z adamantium wbijającymi się w ciało, czy odcinającymi kolejne członki ludzkiego ciała. Twórcy nie szczędzili tutaj brutalności, a krew, ręce i nogi latały wszędzie. Natchnione gniewem i zwierzęcym zewem wielokrotnie nawoływały do pierwszych spotkań widza z Wolverinem, kiedy to był napędzanym furią zawadiaką i najemnikiem.
      „Logan” jest ostatnim filmem o mutantach, w którym zobaczymy Hugh Jackmana. Sam aktor chciał godnie pożegnać się z postacią, będącą jego życiem od niespełna dwóch dekad. Okazało się to być naprawdę idealnym pożegnaniem i jednocześnie zakończeniem pewnej epoki w produkcjach z serii „X-Men”. Sam Jackman stworzył tu najlepszego Wolverine'a w całej swojej karierze, jak i chyba najlepszą rolę jaką kiedykolwiek wykreował. Był zaangażowany, pełen pasji, gniewu, współczucia, miłości- stał się kwintesencją samego Logana. Zmierzył się ze swoją przeszłością, zmierzył się ze swoją młodością i pogodził z tym, że nie jest już tym samym Hugh Jackmanem, ani tym samym Wolverinem co wtedy, gdy zaczynał tę podróż. Zdecydowanie dał z siebie wszystko, co stanowiło wisienkę na udziale w tych filmach. Tak chciał, aby go zapamiętano i tak właśnie go zapamiętamy. Na wspomnienie tej roli będzie nam się kręciła łezka w oku, tak jak to błądziła w naszych oczach podczas całego seansu. Równie wspaniałą rolą poszczycić się może Patrick Stewart. Wraz z Jackmanem przez lata tworzyli wyjątkowy duet opierający się na przyjaźni, ale również na pewnego rodzaju relacji ojca z synem. To wszystko znajduje odbicie w tym, co serwują nam także i przy najnowszym filmem. Ich relacja jest poruszająca, pełna wyrzeczeń, ale i szacunku. Nie zdarzyłoby się to, gdyby nie było między nimi chemii i gdyby oboje nie byli genialnymi aktorami. Stewart tym razem objawił nam się jako człowiek kruchy, chory, którego umysł uznany został za broń masowego rażenia. Obarczony wyrzutami sumienia stał się postacią wręcz tragiczną. Okazał się być więc idealnym uzupełnieniem dla zamkniętego w sobie Logana.
Źródło: Showtimes.com
     Naprzeciw tej paradzie staruszków wychodzi młoda dziewczyna, a w zasadzie dziewczynka. Przepełniona gniewem, ale nie chęcią zemsty. Pragnąca jedynie odnaleźć swoje miejsce w świecie zupełnie jej nieznanym. Bierze z życia pełnymi garściami i szybko chłonie wiedzę. Relacja jaką Laura ma z Loganem to typowy przykład patologicznej rodziny, ale także i w tej patologii jest metoda. Zarówno jeden staruszek, jak i drugi, stają się jej mentorami. Chronią ze wszystkich sił i starają się pomóc w odnalezieniu swojej drogi. Dafne Keen stała się genialną Laurą. Stała się takim drugim Wolverinem, tylko że w znacznie mniejszym i bardziej kobiecym wydaniu. Sama furia i dzikość, której próżno będzie szukać w przyszłych jej filmach.
     Teksańskie opuszczone tereny, od których aż bije przygnębieniem stały się idealnym tłem na pożegnanie z Loganem. Nie można prosić o bardziej surową atmosferę, gdy doda się do tego muzykę Marco Beltramiego. Wraz ze zdjęciami Johna Mathiesona daje to niezapomniane, emocjonujące przeżycie, przy których jeszcze bardziej odczuwamy otaczającą bohaterów samotność. Bardzo dobrze się to ogląda, a słucha jeszcze przyjemniej.
Źródło: Showtimes.com
      Najnowsze spojrzenie na postać najbardziej charakternej postaci z drużyny X-menów pokazuje, że nawet bohaterów ostatecznie dotknie nieunikniona ręka starości. Zważywszy na problem postaci zarysowany już na początku seansu jej koniec może być tylko jeden. To jednak nie przeszkodziło w pełni odczuwać każdą minutę „Logana”. Całkowicie inne spojrzenie na marvelowskie, xmenowskie kino, w końcu dojrzałe i przyprawiające o przygnębienie, gdzie pokazuje się superbohatera jako zwykłego człowieka, a nie tylko maszynę do zabijania. Wielopłaszczyznowość fabuły, która bawi, przeraża, a także doprowadza do łez sprawia, że każdy fan tego dzikiego mutanta będzie usatysfakcjonowany tak godnym pożegnaniem. Rewelacyjnie zagrany, cudownie rozbrzmiewający w uszach i pomimo swojej surowości, i brutalności niesamowicie piękny film!

Ocena: 9/10

Oryginalny tytuł: Logan / Reżyseria: James Mangold / Scenariusz: James Mangold, Michael Green, Scott Frank / Zdjęcia: John Mathieson / Muzyka: Marco Beltrami / Obsada: Hugh Jackman, Patrick Stewart, Dafne Keen, Stephen Merchant, Boyd Holbrook, Richard E. Grant, Elizabeth Rodriguez, Eriq La Salle / Kraj: USA, Kanada, Australia / Gatunek: Dramat, Akcja, Sci-Fi
Premiera kinowa: 17 lutego 2017 (Świat) 03 marca 2017 (Polska)

niedziela, 2 lipca 2017

1228. LEGO® Batman: Film, reż. Chris McKay

     Najprawdziwszy z najprawdziwszych filmów o Batmanie ostatnich lat. Postać wiekowa dzięki komiksom i jakże licznym filmom, który wzniosły ją na wyżyny popularności. Gdy pojawił się gościnnie w filmie „LEGO® Przygoda” widownia oszalała i zaczęła podnosić głosy, co by było gdyby. To dało bodziec dla twórców, którzy dali Mrocznemu Rycerzowi osobny film „Lego® Batman: Film”. Inny niż wszystkie, bowiem będący jednocześnie hołdem dla zamaskowanego mściciela i jednym wielkim dowcipem.
Źródło: Galapagos Films
      Batman (Krzysztof Banaszyk) od wielu lat strzeże ulic miast Gotham. Jego największym wrogiem jest sam Joker (Waldemar Barwiński), dla którego największym upokorzeniem jest chwila, gdy jego mroczny rywal uzmysławia mu, że nie traktuje go jako zagrożenie. Następnego wieczoru Bruce Wayne udaje się na galę pożegnalną komisarza Gordona, gdzie poznaje jego piękną córkę Barbarę (Ewa Prus), która ma zająć miejsce ojca. Chce ona diametralnie zmienić politykę działania policji w Gotham, a także skończyć z pomocą ze strony Batmana. Kiedy jednak na imprezie nieproszenie pojawia się Joker z całą bandą zbirów wydaje się być znowu potrzebny, tak bardzo, że ucieka mu z głowy fakt o adopcji młodego chłopca z sierocińca imieniem Dick (Stefan Pawłowski).
     Tylu Batmanów, tylu reżyserów, tylu twórców, aby w końcu dostać postać z prawdziwego zdarzenia. Na przestrzeni lat nikt nie potraktował Nietoperza tak jak zrobiła to ekipa Chrisa McKaya. I nie mowa tutaj o wystrzałowej wizualizacji przy pomocy klocków LEGO. Mowa tu o prezentacji postaci i jej historii. Mowa tu o człowieku, który nocą jest superbohaterem. Jak nauczył nas „Spiderman”- wielka moc to wielka odpowiedzialność. Zazwyczaj większość bohaterów kończy sama. O tego rodzaju samotności mówi nowa animacja LEGO. Uczucie osamotnienia, które na swój sposób zostaje wyśmiane przez twórców- wizja Batmana w swojej jaskini, czy chociażby to ujmująca impreza u Supermana. Po raz pierwszy w całej historii batmanowskiej zostajemy zaangażowani w relacji tego mrocznego superbohatera i wręcz współczujemy mu. To już nie jest tylko historia, gdzie pełno jest nawalanek, najrozmaitszych gadżetów, czy dystyngowanych rozmów z lokajem-opiekunem Alfredem. Na pewnym poziomie jest to nietypowe kino dramatyczne, troszczące się o relacje międzyludzkie i samych ludzi. Walczące o swoje ambicje i stawiając dobro innych ponad swoje własne. Oczywiście, jest to ukłon do każdego Batmana w historii, a także jego relacji z Jokerem, bo w każdym medium ta dwójka musi się ze sobą spotkać. Rozbrajające jest również nawiązanie do ostatnich, jak i nadchodzących tytułów z wytwórni Warner Bros. związanych z uniwersum DC. Twórcy chcieli się pobawić przy tym filmie, tak jak to robili zapewne nie raz klockami LEGO i to zdecydowanie znajduje odzwierciedlenie w tym co zrobili.
Źródło: Galapagos Films
     Totalnym szałem przy zabawie z klockami jest tworzenie własnych opowieści. Z tych historii rodzą się postaci, a tych tutaj... była cała masa. Przytłaczająca wręcz ilość! W filmie pojawili się nie tylko arcywrogowie Batmana ze wszystkich możliwych filmów, ale również inni złoczyńcy, którzy rozwalają system. Jak stwierdzili sami twórcy spełnili tym swoje najskrytsze marzenia, rozważania, które chyba każdy kiedyś miał typu- kto by wygrał w starciu Batman kontra Voldemort. Bardzo ciekawy pomysł na wprowadzenie tak wielu złoczyńców do jednego filmu, lepiej nie dało się tego wykombinować. Zaskakujące jest to jak wiele dziwactw się tutaj pojawiło, bo jak jeszcze Voldzia można by ogarnąć, tak wizja Velociraptora z „Jurrasic Park”, czy rekina ludojada ze „Szczęk” trochę rozbraja. Akurat tego jest już tutaj za dużo. Dochodzi do tego, że w pewnym momencie nie jesteśmy w stanie ogarnąć co w ogóle rozgrywa się na ekranie. Dobra jest z tego zabawa, ale tylko zabawa.
     Natomiast świetnie wprowadzona zostaje tutaj postać Robina, który jest chyba najbardziej genialną postacią tego filmu poza Batmanem. Uroczy chłopaczek z historią i jakże niesamowitą radością z życia, pomimo tego co przyniósł mu los. Z drugiej strony... chyba każdy byłby podekscytowany, jakby zaadoptował go miliarder, czy Batman! A już każdy byłby zachwycony, gdyby mógł pomagać mu w misjach. No dobra, może prawie każdy. Dzięki niemu film nabiera zupełnie innego charakteru i nie pozostaje to oczywiście bez wpływu na najważniejszą postać. Sam Batman... co tu dużo o nim mówić. Świetny komik, który boi się „wężoklaunów” (Tak! One naprawdę istnieją! Nieee...?). Człowiek o dobrym sercu, w którym niezmiennie, od wielu lat, drzemie mrok. Przy tym ma niesamowitą charyzmę, choć to też może zasługa czarującego uśmiechu i tej złowieszczej barwy głosu. Bez względu na to, czy przemawia głosem Willa Arnetta, czy Krzysztofa Banaszyka.
Źródło: Galapagos Films
    Pod względem animacji ta produkcji wygląda trochę inaczej niż „LEGO® Przygoda”. Tam niemalże wszystko było w klockach- ogień, tumany pustynnego piachu, czy woda. Tutaj z kolei postawiono na bardziej realistyczne rozwiązania. I choć ogień przy płonących samochodach, czy lawa wciąż pozostały mocno sklockowane, tak wszelkie dymne atrakcje, czy wiązki czarodziejskie i potworyczne wyglądały już typowo- jak to mają w zwyczaju przy innych filmach. Nie jest to wadą, ale z pewnością jest pewnym odchyleniem od naszych oczekiwań i tego czym zachwycaliśmy się przy okazji poprzedniego filmu „LEGO”. Natomiast zachwyca tutaj zabawa kolorami i światłem. Animacja została tak dopracowana, że wygląda niezwykle realistycznie. Korzystano tutaj z animacji poklatkowej, przy konsultacjach z ekipą od klocków LEGO. To oni nadali pierwotny kształt produkcji, która później została dopieszczona w najmniejszych szczegółach przez specjalistów od CGI oraz oświetleniowców. Po otrzymaniu postaci w fizycznej formie robili im najrozmaitsze zdjęcia, aby zobaczyć jak będzie padać światło, jak będzie się zachowywać przy tych pokracznych wygibasach. „Lego® Batman: Film” jest niczym jedna neonowa reklama, gdzie dużo jest wybuchów, rozbłysków i innych genialnych wizualizacji. Jest do czego przykleić oko i pod tym względem można śmiało stwierdzić, że wypada lepiej od poprzednika.
Źródło: Galapagos Films
     Gdy mówią o jakimś filmie, że jest najlepszym w uniwersum, najlepszym ze wszystkich remake'ów, czy najlepszym z danego gatunku, to aż ma się ochotę zaśmiać dystrybutorom w twarz. Jednakże „Lego® Batman: Film” spełnia wszystkie obietnice, które nam złożono. Jest to obraz, który zdecydowanie inaczej traktuje Batmana ze wszystkich filmów z udziałem tej postaci. Nie dość, że wygląda rewelacyjnie pod względem wizualnym, nie dość że uatrakcyjnia odbiór świetnie dobraną muzyką, to w dodatku jest rewelacyjnym dramatem o samotności superbohatera i człowieka w ogóle ukrytej pod toną genialnego poczucia humoru, które rozbawi każdego. Owszem, może za dużo tutaj tych wszystkich bandziorów, w końcu „Transformers 3” legło w gruzach po takim przeładowaniu, ale Chris McKay wraz zresztą ekipy udowadniają, że jeżeli potraktuje się tytuł z szacunkiem do danego bohatera, to nawet takie wpadki nie stoją na drodze w osiągnięciu sukcesu.

Ocena: 8/10
Recenzja filmu DVD „Lego® Batman: Film” - dystrybucja Galapagos Films
Film dostępny również na Blu-Ray, Blu-Ray 3D (także w Steelbooku) oraz 4K Ultra HD.

Oryginalny tytuł: The Lego® Batman Movie / Reżyseria: Chris McKay / Scenariusz: Seth Grahame-Smith / Muzyka: Lorne Balfe / Dubbing polski: Krzysztof Banaszyk, Józef Pawłowski, Marek Barbasiewicz, Ewa Prus, Waldemar Barwiński, Justyna Kowalska, Michał Konarski, Stefan Pawłowski, Katarzyna Makuch, Mirosław Zbrojewicz, Artur Dziurman / Kraj: USA, Dania / Gatunek: Animacja, Komedia, Przygodowy

Premiera kinowa: 01 lutego 2017 (Świat) 09 lutego 2017 (Polska)
Premiera DVD: 14 czerwca 2017