NOWOŚCI
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przygoda. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przygoda. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 6 stycznia 2019

1254. Iniemamocni 2, reż. Brad Bird

      Uwielbiam kino superbohaterskie, ale to... jakoś mnie nie bierze. Minęło prawie milion lat od premiery pierwszego filmu. No prawie, bo tak naprawdę to 14, a jakby to wieki temu było. Z niewiadomych przyczyn tytuł powraca na ekrany- może za sprawą nowej fali fascynacji nad superbohaterami? Brad Bird znowu próbuje swoich sił, ze skutkiem raczej przeciętnym. Cokolwiek miał na myśli „Iniemamocni 2” w ogóle nie spełniają swojej tajemnej przesłanki. 
Źródło: Galapagos Films

     Po latach życia w ukryciu, bohaterowie znowu mają szansę walczyć w blasku fleszy. Orędownikiem sprawy zostaje Helena Parr znana również jako Elastyna (Dorota Segda), ku niepocieszeniu Pana Iniemamocnego (Piotr Fronczewski), który w czasie, gdy ona ratuje świat, on paraduje po mieszkaniu opiekując się dzieciakami. Te również rwą się do walki, chociaż rodzice mocno stopują rozwój ich zdolności. Do czasu! Kiedy pojawia się nowe zagrożenie zawracające w głowie nawet największym bohaterom, okazuje się, że to właśnie ci mniej znaczący mogą więcej zdziałać.

     W końcu w świecie „Iniemamocnych” nadchodzi czas kiedy bohaterowie znowu będą mogli działać legalnie. Jedyne co muszą zrobić, to udowodnić światu, że są potrzebni. Zadanie z pozoru całkiem proste, całkowicie realne do wykonania, bo przecież świat zawsze potrzebuje bohaterów. A jednak coś musi pójść nie tak, wiadomo. W końcu zawsze istnieją jakieś przesłanki, żeby działać wbrew dobru. Zawsze znajdą się powody do bycia złym i nikczemnym, i te, które pojawiają się tutaj są całkowicie uzasadnione. Aczkolwiek... dokąd to wszystko prowadzi? Do tego, żebyśmy podążali żądzą zemsty? Najwyraźniej, choć należy pamiętać, że karma wraca. Fabuła nie zaskakuje w tym względzie, niestety. W dodatku drugi film Brada Birda powiela schemat poprzedniego, bo znowu musi być zły, znowu ktoś z rodziny musi być w tarapatach i znowu ten najmniej oczywisty bohater musi pomóc. Szkoda. W dodatku, choć to film akcji, dość mało porywające są wszelkie dynamiczne sceny. Pościgi? Są! Sceny walki? Ależ oczywiście! Nie mniej, na mnie o wiele większe wrażenie zrobiło opiekowanie się małym Jack Jackiem i wszelkie urokliwe sceny z jego udziałem. Choć sama nie rozumiem, jak mogę uznawać walkę superbohaterskiego niemowlaka z szopem za coś uroczego. Jest tu jednak coś co przykuwa uwagę już na samym początku. Pamiętacie scenę zamykającą pierwszy film? Otóż drugi właśnie od niej się zaczyna. Fajnie więc, że Bird postanowił kontynuować rozpoczęty wątek- to raczej rzadkość w szczególności, gdy od tej chwili- w czasie rzeczywistym, mija ponad dekada. Takie zabiegi zawsze będę pochwalać, bo idealnie łączą w całość dwa różne filmy. Ten w dodatku świetnie się rozwija- rzutując zarówno na młodych superbohaterów, jak i na dynamikę całego obrazu. Choć niestety, ale w niektórych aspektach daje to odmienne od oczekiwanych skutki.
Źródło: Galapagos Films

      W całym filmie podoba mi się zmiana jaka następuje w bohaterach. Rodzice nie tylko zamieniają się rolami, ale ta zamiana pomaga im również zrozumieć siebie wzajemnie. W dodatku, jak to zwykle bywa w bohaterskim świecie- stając w obliczu ogólnoświatowej tragedii, sygnowanej ewentualną stratą któregokolwiek z członków rodziny, dochodzi do wielkich obrotów w myśleniu, co wychodzi na dobre wszystkim. Najciekawiej z tego wszystkiego ogląda się zmianę w dzieciach, które dostają wiatru w skrzydła i pragnąc działać jeszcze bardziej skoro już zostali superbohaterami i mają eleganckie wdzianka- czerwień i czerń są tak bardzo twarzowe, że ochy i achy. Pomija się tutaj aspekty dorastania młodego Dasha, a skupia bardziej na nastoletnich problemach Violet, no bo przecież wiadomo, że nie ma nic gorszego niż miłosne dramaty nastolatków. A co z małym Jack Jackiem? Ewidentnie rozwija się prawidłowo. Na tyle prawidłowo, na ile mogą rozwijać się bobasy obdarzone supermocami. Urocza istotka, w szczególności w duecie z zachwycającą Edną, której głosu użyczyła zjawiskowa Kora, świętej pamięci.

      Coś jest w tym filmie takiego, co skutecznie mnie od niego odpycha. Jest to jedna z tych produkcji Disneya, do której nie lubię powracać, a przecież jest o superbohaterach. Zastanawiam się, czy problemem tutaj nie jest sama animacja. Choć ciekawa, dla mnie prezentuje się dość bezkształtnie. Nie jest to typowy Disney, ale podobne cechy noszą wszystkie filmy, przy których majstruje Pixar. Produkcje Disneya zawsze prezentowały się w wersji rysowanej, a tutaj przychodzi animacja komputerowa 3D i tak średnio mnie to kręci. Oczywiście, film jest bardzo dobrze zrealizowany- fajnie się to ogląda od strony wizualnej. Bardzo dużo jest tutaj zmiennych, wiele ciekawych postaci, przy których istotne jest uwydatnienie charakterystycznych cech, i to się udaje. Nie jest to jednak moja bajka i nie będzie u mnie hitem. Przyznać jednak muszę, że zamiana zamku Disneylandu na charakterystycznym nieboskłonie na wersję „Iniemamocnych” jest genialnym elementem, który nadaje produkcji indywidualność.
Źródło: Galapagos Films

     „Iniemamocni 2” nie staną na mojej filmoteczce na honorowym miejscu wśród ulubionych filmów. Jest to bardzo przeciętny film, który rzuca widza ze skrajności w skrajność. Z jednej strony jest bardzo przewidywalny w popychaniu fabuły w schematyczność, aby za chwilę czymś zadziwić, co pozwoli zapomnieć o mankamentach produkcji. Z drugiej strony potrafi zanudzić pomimo tego, że bohaterowie szaleją na ekranie, ale przy tym potrafi na swój sposób zaintrygować. Poza tym próbuje być bardzo przyziemny, ale jednocześnie nie chce zapomnieć o tym, że przecież jest superbohaterski. Mnie to nie ujęło, mój mały jest chyba za młody jeszcze na takie filmy, ale być może starsi młodzi odnajdą w tym zainteresowanie i bodziec do fascynacji superbohaerskim kinem.

Ocena: 5/10
Recenzja filmu DVD „Iniemamocni 2” - dystrybucja Galapagos Films

Oryginalny tytuł: The Incredibles 2 / Reżyseria: Brad Bird / Scenariusz: Brad Bird / Zdjęcia: Mahyar Abousaeedi, Erik Smitt / Muzyka: Michael Giacchino / Polski dubbing: Piotr Fronczewski, Dorota Segda, Karolina Gruszka, Borys Wiciński, Sonia Bohosiewicz, Grzegorz Małecki, Piotr Gąsowski, Kora / Kraj: USA / Gatunek: Animacja, Przygodowy

Premiera kinowa: 05 czerwca 2018 (Świat) 13 lipca 2018 (Polska)
Premiera DVD: 28 listopada 2018

niedziela, 11 listopada 2018

Książka #492: Kraina opowieści. Zaklęcie życzeń, aut. Chris Colfer

     Wszyscy wychowaliśmy się na baśniach braci Grimm, co prawda w może mniej drastycznej formie, ale jednak. Wszyscy wiemy kim jest Czerwony Kapturek, Śpiąca Królewna, czy Królewna Śnieżka. A gdybyśmy mieli okazję naprawdę ich poznać? Co byśmy zrobili, gdybyśmy stali się jednym z bohaterów ich historii? Czy baśnie, to tak naprawdę bohaterowie i złoczyńcy, czy może racja leży gdzieś pośrodku? Na te wszystkie i wiele innych pytań odpowiedzi stara się znaleźć sam Chris Colfer w swojej debiutanckiej powieści „Kraina opowieści. Zaklęcie życzeń”. Tak, to ten sam młody człowiek, którego pokochały miliony nastolatek, i nie tylko, za rolę uroczego i rozśpiewanego Kurta Hummela w serialu „Glee”.

       Rodzinę Bailey'ów dotyka straszliwa tragedia, kiedy tracą ukochanego ojca i męża. Kiedy matka stara się wiązać koniec z końcem, bliźniaki- Alex i Conner, dzielnie starają się uczęszczać do szkoły i jak najbardziej wspierać mamę w zaistniałych okolicznościach. Kiedy ta znowu niespodziewanie musi stawić się w pracy, dzieci trafiają pod opiekę babci, która wróciła z dalekiej podróży i z podarkami. Alex i Connerowi trafia się egzemplarz Krainy opowieści, którą znają niemalże na wylot, kiedy to wraz z ojcem zagłębiali się w kolejne baśnie. Pewnego popołudnia niespodziewanie lądują w jej wnętrzu, gdzie zaczynają podążać śladami swoich ulubionych bohaterów.

     Każdy z nas zna baśnie, każdy chciałby poznać ich bohaterów. Zapewne niejedna zachwycała się kryształowymi pantofelkami Kopciuszka, a inna urokliwym Księciem z bajki. Pewnie znalazłoby się sporo osób chcących posiadać magiczną fasolę Jasia, ale już niekoniecznie chciałoby się spotkać oko w oko z czarownicą z piernikowej chatki. Baśnie mają bowiem swoje blaski i cienie, i tak jak to w realnym życiu często spotykamy bohaterów, jak i złoczyńców. Równowaga musi być. Bliźniaki Bailey mają tą nierealną możliwość spotkania swoje ulubione postaci z baśni, ale przede wszystkim poznania ich życia po „żyli długo i szczęśliwie”. Co, gdyby królestwo Śpiącej Królewny wciąż nie potrafiło się wybudzić? A gdyby tak Złotowłosa była poszukiwanym zbiegiem, Śnieżka spodziewała się dziecka, a Czerwony Kapturek był rozkapryszonym dziewuszyskiem? Czy nie byłoby zaskakującym, gdyby zła Królowa potrafiła kochać i miała całkiem realne i sensowne powody na zniszczenie Śnieżki? Nie jest to jednak bardziej zaskakujące niżeli Książę z bajki, który to przydomek niesie trzech innych książąt będących braćmi. Naprawdę genialnym pomysłem jest kontynuowanie wątków zaczętych w baśniach, przez lata nikt nie opowiedział nam „ciągu dalszego”. Jednakże to co zachwyca najbardziej to konstrukcja całej powieści, która przybiera postać niesamowitej podróży po fanty. Poszukiwanie i zbieranie najbardziej charakterystycznych elementów z konkretnych bajek? Dlaczego nie! Choć momentami dobija pewna schematyczność działań, naciąganie do granic możliwości konkretnych wydarzeń, to jednak da się przejść obok tego obojętnie, gdy stajemy przed nowymi odkryciami. Historia jest oczywiście bardzo przewidywalna, ale w sumie dostarcza sporo rozrywki. Co zaskakujące, jest bardzo wciągająca- na upartego można by przeczytać ją w ciągu jednego dnia pomimo prawie półtysięcznej liczby stron.

       Bardzo dobrze, że autor potraktował większość baśniowych postaci jako tło dla całej historii, w końcu to nie one były tutaj najważniejsze. Istotniejszym było zaserwowanie dzieciakom swoistej terapii po utracie ojca. Nie tylko na nowo mogły się z nim zjednoczyć poprzez opowieści, w które razem potrafili się zagłębiać, ale dodatkowo odkryli jego mądrości, dzięki czemu mogli poczuć się sobie bliżsi. Ta historia miała nauczyć ich bycia rodzinom, załatania wszystkich ran i choć momentami było to dla nich bolesne, to jednak ostatecznie przyniosło im ukojenie, którego potrzebowali. Alex i Conner to takie typowe nastolatki, będące swoimi całkowitymi przeciwieństwami, a jednocześnie idealnie się uzupełniający. On był tym niefrasobliwym, który chcąc chronić siostrę potrafił rzucić tomiszczem przez pół sali lekcyjnej w głowę nauczycielki, a ona była największym z możliwych kujonem w dziedzinie baśni. On symbol luzu, a ona wyrzutek społeczny. Chris Colfer po raz kolejny udowadnia, że jest ponad wszelkimi podziałami i potrafi do tej samej postawy przekonać ludzi.

     Wydawnictwo Młodzieżówka to debiutujący na polskim rynku wydawniczym. W dodatku robi to z ogromnym przytupem za sprawą świetnej powieści dla młodzieży prosto zza oceanu. Lektura „Kraina opowieści. Zaklęcie życzeń” to było dla mnie niesamowite przeżycie. Znowu poczułam się jak za czasów „Harry'ego Pottera”, gdy to mogłabym przeczytać jedną książkę ciągiem. Ciężko jest się bowiem oderwać od przygód Alex i Connera, bo szczerze się przyznam, że za dziecka niejednokrotnie pragnęłam być bohaterką takiej baśniowej opowieści. Świetnie się to czyta, naprawdę wciąga. Historia niespotykana, bo w końcu ktoś odważył się opowiedzieć ciąg dalszych baśniowych losów ulubionych postaci. Niejednokrotnie rozśmieszająca, wywołująca wzruszenie, ale również i strach. Pomaga zrozumieć, że nie wszystko jest czarno-białe, że zawsze istnieje też druga strona medalu. Jest to przede wszystkim powieść rodzinna, pokazująca jak wielką wartością jest miłość. Każdy powinien po nią sięgnąć, bez względu na wiek, przede wszystkim jeżeli jest sympatykiem baśniowego świata.

Ocena: 6/6
Recenzja dla wydawnictwa Młodzieżówka!

Tytuł oryginalny: The Land of Stories. The Whishing Spell / Tłumaczenie: Agnieszka Hałas / Ilustracje: Brandon Dorman / Wydawca: Młodzieżówka / Gatunek: przygodowe / ISBN 978-83-65830-41-8 / Ilość stron: 452 / Format: 140x200

Rok wydania: 2018 (Polska), 2012 (Świat)

sobota, 13 października 2018

1252. Han Solo. Gwiezdne Wojny - historie, reż. Ron Howard

     „Hana Solo” od samego początku skazywano na porażkę. W zasadzie, tak jak w ogóle całą serię „Gwiezdne Wojny – historie”. Ba, nawet ja uważałam to za niepotrzebny zapychacz, bo sama- jako wzrokowiec, bardziej lgnę do właściwej sagi niż do tych osobnych opowieści. W końcu, ileż można oglądać Gwiezdne Wojny? Czy to już nie przesadne napawanie się franczyzą? Lubię być jednak zaskakiwana, tak jak wszyscy sympatycy kina. A Ronowi Howardowi udało się mnie zaskoczyć, ponownie! Udało mu się stworzyć godną rozrywkę bez rozrywającego uszy „pił-pił-pił”. 
Źródło: Galapagos Films

     Han (Alden Ehrenreich) szaleje sobie po galaktyce podbierając jej mieszkańcom najrozmaitsze wartościowe przedmioty. Podczas jednej z akcji zostaje zdemaskowany wraz ze swoją partnerką Qi-rą (Emilia Clarke), a po bardzo długiej ucieczce ostatecznie zostają rozdzieleni. Po trzech latach walki dla Imperium nadarza się okazja uratowania ukochanej z rąk wroga. Tym sposobem trafia pod skrzydła Becketta (Woody Harrelson) i jego ekipy- przemytników, pracujących dla największych złoczyńców galaktyki. Liczy na to, że zyski z tej pojedynczej akcji pomogą mu wrócić do domu i uwolnić dziewczynę. Los bywa jednak przewrotny i nic nie jest takim jak tego oczekiwał.

     Osobiście, bardzo szanuję treści zawarte w filmach serii „Gwiezdne Wojny- historie”, bowiem idealnie uzupełniają dobrze znane tytuły z sagi. Spokojnie można potraktować to jako ciekawostki, a także odpowiedzi na gnębiące nas od wielu lat pytania. No bo, czy ktoś nie zastanawiał się nad genezą przyjaźni Hana Solo i Chewbacki? A tak w ogóle to czemu Han Solo, a nie Han Kowalski? Czy Solo to w ogóle nazwisko, czy tylko określenie stanu Hana? No i oczywiście jak wyglądało przejęcie Sokoła Millenium? Kilka pytań, które zadawaliśmy sobie podświadomie, ale nigdy nie wymawialiśmy ich na głos, bo i nad czym tu rozmyślać. I wtem oto pojawia się taki „Han Solo” ze swoją historią, którą wielu uważało za niepotrzebną- ze mną na czele, a jednak dała kilka odpowiedzi, ale z drugiej strony pozostawiła nas z wieloma pytaniami.
Źródło: Galapagos Films

     Nadal będę się jednak upierać, że to jest zapychacz pomiędzy kolejnymi premierami sagi, bo pomimo powyższych plusów, to tak naprawdę niewiele film wnosi poza najzwyklejszą w świecie rozrywką. Spełnia przy tym wszystkie przesłanki tego gatunku, bo jest i motyw przyjaźni po grób, która zaczyna się w dość specyficzny sposób, miłości i złamanego serca przepełnionego uczuciem zdrady, a także cała masa najrozmaitszych akcji zapierających dech w piersi naszpikowana zaskoczeniami i wielkim „coooo?!”. Z pewnością jest to propozycja bardzo wciągająca, nawet dla ludzi, którzy nie lubią przemytniczych akcji tak, jak ja. Scena w pociągu wymiata i sprawia, że nawet mąż, który nie lubi Gwiezdnych Wojen będzie oglądał to z charakterystycznym napięciem i zafascynowaniem, niepozwalającym nawet na skorzystanie z toalety. Nie są to już tylko walki na „pił-piłki”, wymachiwania świetlnymi latarkami, ale dostarczający wrażeń spektakl starcia dobrych i złych, gdzie poświęca się życia dla obcych ludzi, zwierząt, a nawet i robotów. Może to być wzruszające, oczywiście dla tych, którzy dysponują takim poziomem wrażliwości.
Źródło: Galapagos Films

     Szkoda, że tak mało uwagi poświęca się więc samym bohaterom, bo Han Solo jest tylko jakimś chłopakiem z przeszłością- nie wiadomo jaką. Qi-ra to jego młodzieńcze marzenie po transformacji, a w tej roli totalnie przeciętna Emilia Clarke, która mogłaby zostać na zawsze Daenerys Targaryen. Beckett symbolizujący oddanie, ale też i kawał szui. Zdecydowanie najwięcej humoru wniosła tu najmniej ludzka postać- robota L3. Dowcipna w nonszalancki sposób, taki lekko upośledzony, bo całkowicie oderwany od prawdy. No, ale to w końcu „Gwiezdne Wojny”. W każdym filmie musi się znaleźć robot z charakterem, którego pokochają miliony. Jest też cała masa innych postaci, których przyszłość znamy bądź nie, a tak naprawdę nie wiemy jak toczą się ich losy do tego czasu. Co jest też dość dziwne, jak na tego rodzaju prequel.

      Pomimo wszystko, bardzo przyjemnie patrzy się na tę produkcję. Nie jest wizualnie nachalna, nie jest naszpikowana zbędnym CGI, które razi w oczy i poddaje w wątpliwość to, co na ekranie. Tak jak i w przypadku „Rogue One” animacja jest niczym delikatne dotknięcie pędzlem, widoczne jest w subtelny sposób, bez przesadzania w którąkolwiek ze stron. Wszystkie sceny dopracowane, scenografie jak z pejzażu- nic tylko zachwycać się nad spokojem niektórych z nich i poczuć się prawie jak na wakacjach, o ile oczywiście na pierwszym planie nie szaleje bitwa na śmierć i życie. Całości dopełnia muzyka, w której nutach wybrzmiewają znane nam już dźwięki z poprzednich filmów, wciąż jednak utrzymuje swój indywidualny charakter.
Źródło: Galapagos Films

      „Han Solo. Gwiezdne Wojny – historie” to film, na który świetnie uzupełnia kultową sagę. Nie jest nachalny i raczej z uśmiechem podchodzi do wielu kwestii. Wydaje się być gdzieś z boku całych tych wydarzeń mających miejsce w przyszłości przez swoje otoczenie, a przy tym jest bardzo wczesnym zalążkiem rebelii. Wygląda bardzo ładnie, brzmi też nie najgorzej, a historie poboczne, które się tutaj rozrywają dają idealne dopełnienie całości. Całości, która jest genialną rozrywką całkowicie absorbującą widza- o dziwo! Nie ma szans na nudę, nie ma na nią czasu. Tutaj trzeba ratować galaktykę- kiedyś, bo na razie trzeba się skupić na bohaterach.

Ocena: 7/10
Recenzja filmu DVD „Han Solo. Gwiezdne Wojny - Historie” - dystrybucja Galapagos Films

Oryginalny tytuł: Solo. A Star Wars Story / Reżyseria: Ron Howard / Scenariusz: Lawrence Kasdan, Jonathan Kasdan / Zdjęcia: Bradford Young / Muzyka: John Powell / Obsada: Aldenn Ehrenreich, Emilia Clarke, Woody Harrelson, Joonas Suotamo, Donald Glover, Paul Bettany / Kraj: USA / Gatunek: Przygodowy, Sci-fi

Premiera kinowa: 10 maja 2018 (Świat) 25 maja 2018 (Polska)
Premiera DVD: 05 września 2018 

wtorek, 19 czerwca 2018

1249. Coco, reż. Lee Unkrich, Adrian Molina

     Do jednych trzeba dojrzeć, a inne trzeba obejrzeć kilka razy, aby zakochać się po uszy. Oczywiście, pomaga w tym również dobra historia i genialny podkład muzyczny. Z tych powodów wiadomym było, że animacja „Coco” opowiadająca o jednej z najpiękniejszych meksykańskich tradycji, a ostatecznie zdobywczyni Oscara za najlepszą animację ubiegłego roku, będzie niewiarygodnym sukcesem. Twardziele płaczą, antymuzyczni zaczynają tańczyć, a ci co dotychczas nie mieli z tym problemu bliscy są załamania nerwowego. Najnowsza produkcja duetu Unkrich & Molina to emocjonalny rollercoaster, na który na długo zapada w pamięć. 
Źródło: Galapagos Films

     Miguel (Michał Rosiński) pochodzi z przeklętej rodziny. Wiele lat temu jego prapraprababkę i praprapradziadka rozdzieliła muzyka- ona chciała poświęcić się ich córeczce Coco, a on wolał poświęcić się muzyce. Od tamtej pory jego rodzina zajmuje się produkcją butów i chyba jako jedyna w Meksyku całkowicie separuje się od muzyki. Oczywiście, poza Miguelem, bo ten mały chłopiec kocha muzykę i swoją gitarę, a pasję tę zawdzięcza wielkiemu muzykowi Ernesto de la Cruzowi (Bartosz Opania). Kiedy w dniu meksykańskiego dnia zmarłych chłopiec odkrywa kto jest jego praprapradziadkiem postanawia wziąć udział w konkursie talentów. Niestety, niefortunny zbieg wydarzeń sprawia, że Miguel trafia do świata zmarłych i tam poznaje resztę swojej rodziny, a spotkanie to odmieni jego życie na zawsze.

     Aby w pełni zakochać się w „Coco” wystarczą dwa seanse. Wtedy zaczynamy dostrzegać znacznie więcej ponad tą przytłaczającą warstwą wizualną. To właśnie animacja jest tym elementem, który dostrzegamy od razu i który trafia do nas najbardziej. Pełnia kolorów, bardzo kontrastowych, momentami bardzo krzykliwych, dodatkowo urozmaiconych światłem. Pięknie to wygląda, ale prawdziwą moc, która w tym tkwi dostrzegamy dopiero za drugim razem. Przy pierwszym jest to szok, totalne oszołomienie wywołane oczopląsem od nadmiaru wrażeń kolorystycznych. Ciężko zauważyć coś więcej pod tą tęczową produkcją, pomarańczowością kwiatów aksamitek, pstrokatością strażników i bladymi licami kościotrupów. Nie trudno jednak docenić piękno, które w tym tkwi, bo przecież takie jest właśnie meksykańskie święto zmarłych- pełne mocy, światła i koloru.
Źródło: Galapagos Films

Film duetu Unkrich i Molina przedstawia nam tradycję meksykańską nie tylko od strony kolorystycznej. Dias de Muertos to zupełnie inny rodzaj święta niż nasz Dzień zmarłych. To zdecydowanie bardziej kolorowe, bardziej radosne i żywe święto. „Coco” przenosi nas do tej tradycji, w której tworzy się ołtarzyki w domach układając potrawy na stołach, dekoruje się groby zmarłych i zaprasza do wspólnego posiłku ich dusze. Oczywiście, animacja bardzo wiernie oddaje zamysł, ale dodatkowo cudownie interpretuje to, co w niej najważniejsze. Miguel ma rzadką możliwość poznania swoich bliskich i poczucia prawdziwej mocy, jaka tkwi w rodzinnej miłości. Poznaje podwaliny jego rodzimej tradycji, rozumiejąc każdy jej symbol- nawet ten ze zdjęciami bliskich na domowych otłarzykach. Twórcy bardzo sprytnie wykorzystali akurat ten element rytuału, otwierając drzwi dla swojej wyobraźni i rozbudzając ciekawość widza.

Temu najważniejszemu wątkowi towarzyszy również dramat rodzinny, który poróżnił kochających się ludzi, a którego powodem była nie tyle miłość do muzyki, co raczej chora ambicja. Wprowadzenie elementu grozy, do tej jaskrawej animacji całkowicie odmieniło charakter tej opowieści. Widać zdecydowane przejście pomiędzy beztroską, a czyhającym złem, które przychodzi znienacka. Nie mniej, wprowadza sporo zamieszania, a przede wszystkim jeden z najgenialniejszych twistów w historii animacji. Oczywiście, większość się tego spodziewała- wystarczyło wyłapać szczegóły z rozmów, ale i tak... „whooooaaaaaaaaaa!”. I wtedy się zaczyna....
Źródło: Galapagos Films

     … zaczyna się robić naprawdę melancholijnie, oczy nam się pocą i w ogóle szkoda gadać. Przepięknie zanimowane wspomnienia w połączeniu z niezwykle uroczym wykonaniem piosenki „Pamiętaj mnie”- trudno jest się nie rozkleić. I choć meksykańskie rytmy „Un Poco Loco”, „La Llorona” oraz „Corazon” wpadają w ucho i wprawiają w ruch stopy, to jednak pod względem emocjonalnym nic nie przebija „Pamiętaj mnie”. W szczególności, że sterroryzowano nas nią kilkakrotnie, w tym dwa razy w najbardziej odpowiednich do tego momentach, gdy chcemy wypłakać sobie oczy. To bardzo naładowany miłością utwór, który pokazuje prawdziwą moc miłości oraz wspomnień. Rozchwianie emocjonalne gwarantowane!

Wypowiadają się o animacjach za każdym razem powtarzam, że jeżeli dubbing to tylko w takich produkcjach. Nie mamy wtedy uczucia, że głos nie pasuje do konkretnej osoby. Muszę przyznać, że jeżeli chodzi o dobór obsady do polskiej wersji „Coco”, to spisano się tutaj znakomicie. W szczególności, że wszystkie piosenki wykonywali aktorzy! Tak, wiem... szczęka na kolanach! Michał Rosiński spisał się chyba lepiej niż oryginalny Miguel- świetnie! Wrażenia mojej mamy bezcenne: „To Kulesza? Poważnie?!”. Kilka razy, ale jest i to jaka... prawdziwa Meksykanka z charakterkiem. Do tego wszystkiego Maciej Stuhr, który zaczyna dzielnie kroczyć śladami ojca w kwestii dubbingowania filmów i jest jednym z najbardziej rozpoznawalnych głosów w animacjach zaraz za swoim ojcem – Jerzym Stuhrem, oraz Jarosławem Boberkiem.
Źródło: Galapagos Films

     Mało jest takich animacji dla dzieci, które traktują o czymś. Zazwyczaj są to historie z historią raczej banalną, jakich wiele w dzisiejszych czasach. Natomiast „Coco” wnosi coś nowego, daje poznać zupełnie inny świat wraz z jego najciekawszą z tradycji. Oczywiście, wszystko to doprawione odrobiną grozy, ale przede wszystkim tonami słodkości, od której aż niedobrze się robi. Jest to jednak potrzebne dla tej historii i to czyni ją jeszcze bardziej wyjątkową, i emocjonującą. Produkcja Unkricha i Moliny to feeria barw i niesamowitych kompozycji muzycznych Michaela Giacchino. Wszystko podsycone meksykańskimi rytmami i kolorami. Jest żywo, jest zabawnie, jest przede wszystkim... bardzo uczuciowo, bo takiego ciepła i pozytywnych emocji po zakończeniu seansu już dawno nie doświadczyłam ze strony animacji dla dzieci.

Ocena: 8/10
Recenzja filmu DVD „Coco” - dystrybucja Galapagos Films

Oryginalny tytuł: Coco / Reżyseria: Lee Unkrich, Adrian Molina / Scenariusz: Adrian Molina, Matthew Aldrich / Muzyka: Michael Giacchino / Dubbing polski: Michał Rosiński, Maciej Stuhr, Bartosz Opania, Agata Kulesza, Ewa Szykulska, Tomasz Błasiak, Marian Opania, Paweł Wawrzecki, Teresa Lipowska / Kraj: USA / Gatunek: Animacja, Familijny, Przygodowy

Premiera kinowa: 20 października 2017 (Świat) 24 listopada 2017 (Polska)
Premiera DVD: 09 maja 2018

niedziela, 13 maja 2018

1248. Gwiezdne Wojny: Ostatni Jedi, reż. Rian Johnson

     Kiedy myślę sobie o sadze Gwiezdne Wojny, myślę o moim tacie. Tacie, który jest tak zagorzałym fanem, że zabrał swoją 14 letnią córkę do kina na wznowioną wersję Nowej nadziei (P.S. pierwszy i jedyny raz, gdy zasnęłam w kinie!). Nigdy nie byłam szczególnym sympatykiem tej serii, ale gdy pojawiały się pierwsze odsłony nowych trylogii ulegałam fascynacji. Tak było z Mrocznym widmem, tak było też z Przebudzeniem mocy. Jednakże wraz z kolejnymi filmami mocy brakowało mi coraz bardziej. I też sposobem, wraz z Ostatnim Jedi zaliczyłam kolejny spadek mocy.
Źródło: Galapagos Films

     Cała Galaktyka czeka na powrót jej ostatniej nadziei, wielkiego rycerza Jedi- Luke'a Skywalkera (Mark Hamill). Ten za to odpoczywa sobie na małej wysepce, otoczony całą rzeszą drobnych porgowych potworków, licząc na to, że cały wszechświat zapomniał o jego istnieniu. Na miejscu pojawia się Rey (Daisy Ridley), która nie ma zamiaru odpuścić, licząc nie tylko na możliwość opanowania swojej mocy, ale również na pomoc w walce z wrogiem. Tymczasem ostatni z Rebeliantów próbują uciec przed flotą Nowego Porządku, prowadzonego przez bezwzględnego Snoke'a (Andy Serkis) i jego ucznia Kylo Rena (Adam Driver).

     Patrząc na kolejne filmy z serii Gwiezdne Wojny mam wrażenie, że robią się coraz głupsze. Przynajmniej od kiedy wpadły w ręce Disneya. Oczywiście, nigdy nie był to za specjalnie wybitny film, ale niósł za sobą pewną mądrość, dostarczał widzom wiele radości. Dalej tak jest, ale dodatkowo jest naszpikowany bezmyślnymi wstawkami, które rzutują na odbiór całości, jako spójnego i logicznego obrazu. Wiele humorystycznych scen było zwyczajnie nie na miejscu, a może bardziej... nie wypadały naturalnie w wykonaniu konkretnych postaci. Dla równowagi inne skutecznie rozśmieszały, czy zwyczajnie wywoływały pozytywne emocje. Logika jednak potężnie siadała, a płynność przejść między niektórymi sekwencjami daleka była od ideału. Nic nie było tak dobijającego, jak zabawa pewnej postaci w superbohatera rodem z filmów Marvela. Rozbrajająco wyglądała również chwila, która mogłaby być zakończeniem filmu, aż tu nagle... po co kończyć, skoro jeszcze trochę można poszaleć. Logiczne były tutaj powody, szkoda tylko, że nie udało się tego lepiej przeprowadzić. W zasadzie to każda scena ma większy bądź mniejszy wpływ na fabułę filmu- choć z pozoru wydaje się być tylko marnowaniem czasu i przedłużaniem akcji na siłę. Ostatecznie albo sieje się zalążek nowych bohaterów, albo przegania pod mur starych. Nie jest jednak tak, że Ostatni Jedi to zlepek bezmyślnych scen, które aż się proszą o przeróbkę na memy w internecie. W końcu trzeba zrozumieć rozterki Kylo Rena i jego niezwykłą relację z Rey, trzeba wkręcić się w myślenie Ruchu Oporu, czy zrozumieć istnienie Jedi. Dlatego też produkcja Johnsona ma w zanadrzu kilka przepięknie nakręconych, dobrze zagranych i przede wszystkim zaskakujących scen. 
Źródło: Galapagos Films

     Gwiezdne Wojny to nie obraz, o którym łatwo można zapomnieć. Nawet o szkaradnym koszmarku, za jaki uznawano Mroczne Widmo, wciąż się opowiada. Ostatni Jedi nie jest absolutnie żadnym paskudztwem, to jeden z piękniejszych wizualnie filmów tej sagi. Obraz Johnsona może poszczycić się przede wszystkim pięknymi lokalizacjami. Cudownie kontrastowe- biało czerwone połacie jednej z planet zapierają dech. Z drugiej strony mamy miejsca pełne przepychu w zestawieniu z całkowicie osobliwymi, acz przestronnymi terenami. Do tego wszystkiego dochodzą również bardzo dopracowane istotki. Porgi stały się maskotką filmu, z tymi swoimi wyłupiastymi oczkami i ciałkami świnki morskiej skrzyżowanej z sówką. Zachwyca każdy malutki kryształek przytwierdzony do kryształowych ciałek kryształowych lisków, które tak wspaniale się mieniły. A czy końskie lamy nie wzbudzały jak najbardziej pozytywnych emocji? Gdyby ktoś nie uważał tego za wystarczająco piękne, to nie zapominajmy, że film serwuje nam również kilka genialnie wyglądających scen. Walka w gabinecie Snoke'a, czy też starcia w kosmosie... Rey w tajemniczej grocie, co na myśl przywodziło Incepcję. Świetna zabawa nie tylko grafiką komputerową, ale przede też kamerą, dała w efekcie coś spektakularnego. Łatwo zatracić się w tej wizualnej feerii, która dodatkowo zyskuje w towarzystwie muzyki Johna Williamsa. Ojciec muzyki do całej serii Gwiezdnych Wojen, do całej serii Harry Potter, i da się tutaj wyczuć nuty zarówno tej pierwszej, jak i drugiej. Nuty dynamiczne, nuty złowrogie i nuty całkowicie lekkie. Wszystko przeplata się dając nam przepiękny koncert.

     Chyba nigdy nie przyzwyczaję się do nowych bohaterów. Wciąż odczuwam lekki dyskomfort na myśl o darzeniu większą sympatią roboty niżeli ludzi. Tutaj dodatkowo dochodzą jeszcze urocze porgi. Trudno jednak pokochać bohaterów, którzy lecą przez przestrzeń kosmiczną, próbują rozwalić wszystko co się rusza, lub zwyczajnie ściągają koszulki w nieodpowiednich momentach. No bo serio... skoro w pierwszym filmie Kylo Ren ściągnął maskę (meh!), w drugim koszulę (ych!), to czy należy się obawiać, że w trzecim pozbawi się go spodni? Czy na tym będzie się opierała groza finału trylogii? Oczywiście, nie ciuchy świadczą o aktorstwie, ale ostatecznie może to skutecznie utrudniać odbiór. Do tego wszystkiego mamy bohaterów, którzy nie pojawiają się z jakichś ważnych powodów, no chyba tylko po to, aby zaprezentować dziwaczność wyborów po utracie siostry, czy też całować ledwo poznanych facetów, gdy w tle umiera wolność. Dawne postaci powracające z różnych rejonów też za specjalnie nie zachwycają swoim udziałem. Lekko bawią, lekko poruszają w nas sentymentalizm, ale ostatecznie nic fascynującego to nie powoduje. 
Źródło: Galapagos Films

     Za każdym razem, gdy wskakuję na seans Gwiezdnych Wojen oczekuję prawdziwych emocji- moich, nie bohaterów. Jednakże Ostatni Jedi ledwo poruszył we mnie tę dziecięcą nutę, która ekscytuje się science fiction, walkami i uroczymi kosmitami. Być może wynika to z wieku, być może powodem jest niekończąca się ilość odcinków serialu, który nie chce się skończyć. Wciąż jednak łudzę się, że jest to kwestia zbyt dużej ilości niedoróbek, przy tej wersji zdarzeń będę obstawać. W końcu ileż można znieść takich żartów z logiki. Rozumiem- sci-fi, tutaj nie musi być realnie, ale... nie przesadzajmy. Tej jednej sceny nie jestem w stanie przeboleć i moja dłoń znów ląduje na czole, w trakcie kolejnego seansu. Szczęśliwie- jest na co popatrzeć, a patrzenie nie boli, i za to chwała niech będzie twórcom. Znowu jest satysfakcjonująco, jedynie, a mogło być przecież powalająco. Film zostawia nas z wielkimi nadziejami na przyszłość, otwiera bardzo wiele różnych furtek, że teraz z niecierpliwością wyczekiwać będziemy finału. Może wtedy moc znowu się przebudzi!

Ocena: 5/10
Recenzja filmu DVD „Gwiezdne Wojny: Ostatni Jedi” - dystrybucja Galapagos Films



Oryginalny tytuł: Star Wars: The Last Jedi / Reżyseria: Rian Johnson / Scenariusz: Rian Johnson / Zdjęcia: Steve Yedlin / Muzyka: John Williams / Obsada: Mark Hamill, Carrie Fisher, Adam Driver, Daisy Ridley, John Boyega, Oscar Isaac, Andy Serkis, Domhnall Gleeson, Laura Dern, Benicio del Toro / Kraj: USA / Gatunek: Sci-Fi, Przygodowy

Premiera kinowa: 09 grudnia 2017 (Świat) 14 grudnia 2017 (Polska)
Premiera DVD: 23 kwietnia 2018

czwartek, 19 października 2017

1240. Piraci z Karaibów: Zemsta Salazara, reż. Joachim Rønning, Espen Sandberg

     Martwi głosu nie mają i patrząc po piątej już odsłonie Piratów z Karaibów trzeba stwierdzić, że także i norwescy reżyserzy- twórcy m.in. przebojowego serialu „Marco Polo” nie powinni go mieć. Seria o przygodach Jacka Sparrowa, kapitana Jacka Sparrowa powinna skończyć się na pierwszym filmie. Z bólem serca przetrwaliśmy trzy tytuły z udziałem żwawej ekipy, ale gdy zabrakło w obsadzie Blooma i Knightley produkcja straciła serce. Ekipa Rønning i Sandberg próbują odbudować zgliszcza... niestety, z marnym skutkiem, bo nawet zatrudnienie takiej gwiazdy jak Javier Bardem nie przyniosło „Zemście Salazara” zamierzonego sukcesu.
Źródło: Galapagos Films
     Jack Sparrow (Johnny Depp), kapitan Jack Sparrow, znowu powraca. Tym razem zapijaczony pirat porzuca swój ukochany kompas, który pozwalał odnaleźć mu „szczęście”. Chwilę później z Diabelskiego Trójkąta uwalnia się stary wróg- kapitan Salazar (Javier Bardem), który wraz ze swoją umarłą załogą wyrusza w pogoń za znienawidzonym piracie, aby dokonać zemsty. Tymczasem Jack obiecuje potomkowi jego wiernych przyjaciół odnaleźć legendarny Trójząb Posejdona, mającego władzę nad morzami, który ponoć ma pomóc wyzwolić go spod klątwy Latającego Holendra. W ich wyprawie towarzyszy im niezwykła kobieta, przez jednych uznawana za czarownicę, a drugich wspaniałą uczoną.
     Można by zadawać pytania, na coż kręcą tyle tych filmów? Prawda jest taka, że zawsze znajdą się tacy, którzy połaszczą się na kolejne przygody Jacka Sparrowa. Ja zdecydowanie do nich należę, pomimo tego, że opinie nie były zbyt zachęcające. Ostatnie dwie produkcje spod pirackiej bandery zdecydowanie pokazują, że ta seria bez Turnera i Swan w ogóle nie ma racji bytu. Twórcy uznali najwyraźniej, że Jack Sparrow wystarczy, bo w końcu on jest tym najzabawniejszym w swoim zapijaczonym wizerunku. Rzeczywistość okazała się brutalna i najwyraźniej w świecie coś przestało tutaj grać. „Zemsta Salazara” to kolejny już tzw. zmarnowany tytuł, który oferował wielkie nadzieje, pokazywał, że będzie się dużo i fajnie dziać, a w konsekwencji dostajemy zwyczajny zapychacz czasu, który nie jest też do końca rozrywką. No chyba, że wyłączy się myślenie i zapomni o tym, że kiedykolwiek oglądało się trzy poprzednie filmy z całkiem fajnymi czarnymi charakterami. Z drugiej zaś strony, po co o nich pamiętać, skoro nawet i truposze mają serca, bo w końcu kiedyś byli ludźmi, więc wiadomo, że kilka filmów później musi dojść do jakiegoś pokrętnego zwrotu akcji, który dał nam dodatkowe atrakcje do seansu.
Źródło: Galapagos Films
Żeby nie było, obraz Rønninga i Sandberga ma swoje ciekawe momenty, do których z pewnością należy scena otwierająca nadająca zupełnie nowe znaczenie wyrażeniu „napad na bank”. Fajnie, że zombiastyczną załogę Czarnej Perły biegającą pod wodą zamienioną na taką, co stąpa sobie wartko po wodzie. Idealnym jednak elementem, które rzucił całkiem nowe światło na cały ten seans było jego zakończenie. Daje to nowe nadzieje, choć z drugiej strony może być też zamknięciem idealnym! Natomiast całkowitą przesadą było starcie na oceanie, nie mówiąc o tym, że wciąż nie rozumiem zależności „kompas-Salazar”. Albo mnie coś ominęło, albo ten scenariusz jest głupi i ma dziury. Totalnie dziwacznym pomysłem było dopowiedzenie do historii Barbossy, mniejsza z tym, że sprawa całkowicie do przewidzenia. Tego, czego najbardziej tu jednak brakuje... to oczywistej logiki scenariusza, no i przede wszystkim poczucia humoru nadającego lekkości całej strukturze. Oglądało się przyjemnie, ale jakoś tak... kanciasto.
     Przerażające jest w „Zemście Salazara” to, że efekty komputerowe utknęły na etapie pierwszego filmu. Znowu mamy żywe truposze, które z jednej strony wyglądają zachwycająco, a z drugiej widać tam spore niedopracowanie, które czyni z nich raczej karykatury ich samym, aniżeli przerażające potwory. Fajnie prezentuje się sam kapitan Salazar, choć można było bardziej go dopucować. Za to pięknie prezentował się Diabelski Trójkąt. Miał w sobie tę całą grozę i mrok.
Źródło: Galapagos Films
Reszta to powtórki z rozrywki. Znowu zabawy z morzem i od razu w Mesjasza, jakieś gigantyczne poczwary, które chcielibyśmy odzobaczyć i to bardziej ze względu na okropność realizacji niżeli ich przerażające oblicza. Szkoda, szkoda, bo historia i jej oprawa naprawdę miały potencjał. A tak to pozostaje nam jedynie zachwycać się kultowym już utworem przewodnim skomponowanym przez Klausa Badelta, na tle tych mało wyróżniających się kompozycji Geoffa Zanelliego.
     Przy kolejnych filmach w ramach tej samej serii najbardziej boli to, jak psuje się ukochana postać. Kapitan Jack Sparrow to persona, której mamy już po prostu przesyt. Kreacja Johnny'ego Deppa była genialna na etapie pierwszego, dwóch pierwszych filmów. Potem zaczęło się dziać coś niedobrego, a „Zemsta Salazara” pokazała, że Sparrow całkowicie stracił serce. Przestał już bawić, a jego wygłupy zaczęły bardziej irytować. Jego maniera stała się już nazbyt wymuszona, a tym samym ciężko jest polubić go na nowo po dłuższej przerwie. Nie na takiego Jacka Sparrowa czekaliśmy, nie na takiego! Do tego Barbossa, czyli sam Geoffrey Rush, który też postanowił przestać być człowiekiem, którego wszyscy nienawidzą. Stracił pazura, a tym samym stracił to, za co pokochaliśmy go przy „Czarnej Perle”. Javier Bardem całkiem nieźle sobie radził na ekranie, ale przyznać trzeba, że jego dykcja – ciężko stwierdzić czy faktyczna, czy jedynie odebrana, pozostawiała wiele do życzenia. Koniec końców bardziej sobą męczył i denerwował niż wzbudzał większe emocje.
Źródło: Galapagos Films
     „Piraci z Karaibów: Zemsta Salazara” nie utrzymuje poziomu pierwszych filmów, pomimo tego, że fabularnie bardzo do nich nawiązuje. Wszystko wskazuje na to, że Johnny Depp stracił już serce do Jacka Sparrowa, a także i my nie bawimy się już tak dobrze jak kiedyś. Film okazał się być bardzo przewidywalny, wymusza na widzu konkretne emocje i paradoksalnie całkowicie mu je odbiera. Nie ma tutaj, niestety, wartkich akcji, a te kilka fascynujących scen nie zbudują całego filmu. Świetnie było zobaczyć trio Depp, Rush i Bardem na jednym ekranie, ale nawet ta odrobina hiszpańskiej krwi nie zdoła wywindować najnowszej produkcji Rønning i Sandberg. Dobrze by było, abyśmy na tym poprzestali przeżywanie przygód z karaibskimi piratami, bo choć i tak obejrzelibyśmy kolejne, to i tak zakończy się to klapą.

Ocena: 4/10
Recenzja filmu DVD „Piraci z Kraibów: Zemsta Salazara” - dystrybucja Galapagos Films

Oryginalny tytuł: Pirates of Carribean. Dead Men Tell No Tales / Reżyseria: Joachim Rønning, Espen Sandberg / Scenariusz: Jeff Nathanson / Zdjęcia: Paul Cameron / Muzyka: Geoff Zanelli / Obsada: Johnny Depp, Javier Bardem, Geoffrey Rush, Brenton Thwaites, Kaya Scodelario, Kevin McNally, Golshifteh Farahani / Kraj: USA, Australia / Gatunek: Przygodowy, Fantasy
Premiera kinowa: 11 maja 2017 (Świat) 26 maja 2017 (Polska)
Premiera DVD: 27 września 2017

czwartek, 21 września 2017

1238. Kong: Wyspa Czaszki, reż. Jordan Vogt-Roberts

     Swoje pierwsze kroki na wielkim ekranie stawiał w 1933 roku. Od tamtej pory siał zamęt i zniszczenie w Nowym Jorku, bowiem to tam upatrzył sobie wysoką Empire State Buidling, gdzie zabierał na małe randez-vous urocze blondyneczki. Jednakże wraz z XXI wiekiem wielki goryl z tajemniczej wyspy dokonuje wielkich zmian w ludzkim światopoglądzie, bo nie dość, że stracił głowę dla szatynki, to w dodatku nie dał się zaciągnąć na zamurowany ląd. Jordan Vogt-Roberts, obiecujący reżyser młodego pokolenia, zabiera nas w niesamowitą podróż po najcudowniejszych zakątkach świata, abyśmy mogli na własne oczy zobaczyć sekrety, które „skrywa” nasza planeta w najnowszym filmie „Kong: Wyspa Czaszki”.
http://www.wbep.pl/
Źródło: Warner Bros.
     Czasy Zimnej Wojny, kiedy to Stany Zjednoczone walczyły o władzę z Rosją. Chcąc ubiec swoich rywali Rząd amerykański postanawia wysłać ekipę badaczy na nowo odkrytą wyspę, aby móc szczycić się tym, co tam odnajdą. Wyprawie przewodzi agent Bill Randa (John Goodman), który wraz z najlepszym tropicielem- kapitanem Jamesem Conradem (Tom Hiddleston), fotoreporterką wojenną (Brie Larson), a także ekipą żołnierzy dowodzoną przez podpułkownika Packarda (Samuel L. Jackson) dostają się na wyspę, która dotychczas pozostawała niewidoczna dla ludzkiego oka. Jednakże już na starcie badania geologiczne zamieniają się w walkę o przetrwanie, gdy podróżnikom przyjdzie stawić czoło mitycznym stworzeniom zamieszkującym wyspę, a także... ich królem!
     Po filmie „Kong: Wyspa Czaszki” spodziewać można się było wszystkiego. Jednakże biorąc pod uwagę to, co dostawaliśmy do tej pory, niewielu raczej oczekiwało takiego fantastycznego filmu, przy którym można się znakomicie bawić. Owszem, twórcy nie unikają klasycznego problemu z przewidywalnością scenariusza, jednakże rozrywka jaką dostarczają zdecydowanie rekompensuje wszelkie mankamenty. Powracamy do początków wielkiego potworasa. W końcu wiemy skąd się wziął i dlaczego był tak bardzo wzburzony przez większość swojego filmowego życia. Nadal nie pojmujemy sentymentu do kobiet, bo jakoś ciężko jest to podciągnąć pod matczyną problematykę- ze względu na rozbieżność rozmiarów, ale kto tam zrozumie goryla. Świetnie za to pokazuje się schematyczność działania określonych typów bohaterów- zawsze jakiś teoretycznie niczego nieświadomy odkrywca, zawsze jakiś wybawiciel dzięki któremu spora część ekipy przetrwa starcie z drapieżnikiem, tudzież zabójczymi Czaszkołazami (nazwa głupia, ale fajnie brzmi!), no i zawsze też trzeba w takich rozgrywkach upchać narwańca, który ma ochotę zrównać z ziemią całą wyspę, bo głupia duże coś zabiło mu żołnierzy. Oczywiście, ten ostatni typek ma ciekawą psychologiczną postawę, którą osobiście lubię nazwać mianem zboczenia zawodowego, czy też swoistego pracoholizmu. Na szczęście, dzięki materiałom znajdującym się nawet na wydaniu DVD poznamy wyciętą scenę, która jeszcze dokładniej wyjaśnia takie pokrętne zachowanie Packarda wobec Chapmana.
http://www.wbep.pl/
Źródło: Warner Bros.
Bardzo fajnym pomysłem okazało się rozdzielenie ekipy podróżników, z czego każdy mierzył się z innymi „problemami”, ale ostatecznie wszyscy stanęli przed jednym- wynośmy-się-stąd-w-cholerę problemem. Standardowo w filmie przygodowym bohaterowie sami muszą się prosić o dodatkowe atrakcje przywołujące widza o mikro zawały serca, więc rozrywka jest tutaj zapewniona począwszy od humoru, przez gigantyczne napięcie, aż na wzruszeniach kończywszy. Dlatego tak wspaniałym jest tutaj załączenie dodatkowego wątku, który czai się pobocznie, pomimo tego że jest jednocześnie otwarciem, co i zakończeniem całego obrazu. 
     Wiele wcieleń króla Konga widzieliśmy dotychczas. Jedne były bardziej straszne, inne mniej śmieszne, a ten spod skrzydeł Jordana Vogt-Robertsa jest po prostu najbardziej realistyczną istoto człekopodobną jaka stąpała po ekranie kinowym. Jest to najlepiej wykreowany Kong, z jakim przyszło mi się zapoznać. Nie dość, że wygląda dostojnie, to w dodatku zachowania ma jednocześnie ludzkie oraz zwierzęce. Z pewnością ekipa, która pracowała nad ostatecznym wyglądem Konga przez półtora roku nie zmarnowała tego czasu. Zdecydowanie można powiedzieć, że jest to najbardziej realistyczna małpa w kinie, oczywiście poza tymi żywymi małpami. Oddano każdy jej ruch i rzeczywiście wygląda jak żywa. Dodatkowo je zachowania, jej delikatność wobec Weaver, drapieżność wobec innych bestii, czy zacięta rywalizacja względem Packarda- czynią ją najbardziej ludzką z ludzkich małp.
http://www.wbep.pl/
Źródło: Warner Bros.
     Pamiętać trzeba jednak, że „Wyspa Czaszki” to nie tylko Kong. Król bowiem chroni równowagę tej wspaniałej pływającej skały przed okrutnymi istotami. Potwory najrozmaitsze od wodnych bawołów, przez gigantyczne pająki o odnóżach mylących się z bambusami dopóki nie przebiją nam gardła, aż po dziwaczne jaszczurki o jęzorach tak długich, że nie ma przed nimi ucieczki. Aż przykre, że zamieszkują tak specjalne. A są to miejsca niezwykle cudowne, bowiem zdjęcia robiono zarówno w australijskich lasach, jak i wietnamskich dżunglach. Ukazują całe piękno tych miejsc, jednocześnie podsycając klimat całej opowieści. Bardzo dużym atutem tego obrazu są same zdjęcia i zabawa kamerą. Można wręcz powiedzieć, że wykorzystano możliwości scen do samego końca. Dlatego tak bardzo genialne są wszystkie ujęcia Konga na tle zachodzącego słońca, ale największe wrażenie robi pierwszy atak i ujęcia z wewnątrz śmigłowca. Genialna zabawa, genialnie zrealizowane zdjęcia i świetna perspektywa nadająca realności. Dzięki takim zabiegom widz o wiele szybciej angażuje się w całą historię i staje się uczestnikiem wyprawy. Takie rzeczy tylko w kinie, o ile kogoś nie kręcą faktyczne wyprawy!
     Po swoich przygodach w filmie „Thor” nie wydaje się, aby ktokolwiek lepiej nadawał się do roli tropiciela jak sam Tom Hiddlestone w towarzystwie swojego brytyjskiego akcentu. Na ekranie towarzyszy mu ostatni z możliwych wyborów, który okazuje się być bardzo trafionym, czyli sama zdobywczyni Oscara Brie Larson. Duet bardzo zgrany, świetnie się dogadujący i rewelacyjnie wyglądający razem na ekranie. Pobić ich może jedynie duet Brie-Kong. Znowu cudownie jest zobaczyć Johna Goodmana w jakimś całkiem ciekawym filmie i to w nawet zaskakującej roli. Jednakże ciepło niezmiennie od niego bije więc chyba pozostaje moim filmowym faworytem na wiele wiele lat. Samuel L. Jackson oczywiście bez większych zaskoczeń. Standardowo narwany, standardowo hałaśliwy i standardowo rozwalę-ci-zaraz-łeb. Rola wręcz stworzona dla niego, ale jak sobie człowiek pomyśli, że tym wojskowym mógłby zostać sam J.K. Simmons i przypomni sobie jego rolę w „Whiplash” to stwierdzi, że mogłoby to być minimalnie lepszym wyborem.
http://www.wbep.pl/
Źródło: Warner Bros.
     Zaskakujące w „Kong: Wyspa Czaszki” jest to, że przyjemnie się patrzyło na ten film. Pomimo tak wielu pokracznych pokrak, które zobaczyliśmy na ekranie, pomimo wielu absurdów, które z łatwością można byłoby wyśmiać trzeba stwierdzić, że jest to rasowe kino przygodowe z nutką romansu i grozy w tle. Przede wszystkim jest to bardzo dobrze zrealizowany obraz, który na długo zagości w pamięci. Nie stanowi może zbyt wielkiego pola do rozważań, ale nie jest to główny cel blockbusterów. Nie oznacza to jednak, że nie zwraca uwagi na problematyki osamotnienia potworów, czy też żołnierzy naznaczonych piętnem wojny. Zdecydowanie faworyt do obejrzenia nawet z całą rodziną o każdej porze dnia i nocy. W szczególności, że majestatyczny i z pozoru groźny Kong wzbudza jak najbardziej przyjacielskie uczucia.

Ocena: 6/10
Recenzja filmu DVD "Kong: Wyspa Czaszki" - dystrybucja Galapagos Films
Film dostępny na DVD, Blu-Ray, a także w wersji Blu-Ray 3D oraz 4K HD. 

galapagos.com.plOryginalny tytuł: Kong. Skull Island / Reżyseria: Jordan Vogt-Roberts / Scenariusz: Max Borenstein, Dan Gilroy, Derek Connolly / Zdjęcia: Larry Fong / Muzyka: Henry Jackman / Obsada: Tom Hiddleston, Samuel L. Jackson, Brie Larson, John C. Reilly, John Goodman, Corey Hawkins, Tian Jing, John Ortiz / Kraj: USA, Kanada, Chiny, Wietnam, Australia / Gatunek: Przygodowy, Fantasy
Premiera kinowa: 28 lutego 2017 (Świat) 10 marca 2017 (Polska)
Premiera DVD: 30 sierpnia 2017

sobota, 26 sierpnia 2017

Książka #463: Harry Potter i Przeklęte dziecko, aut. John Tiffany, Jack Thorne


   Harry Potter to pewna epoka, która wydawała się zakończyć dawno temu. Jednakże rok 2016 był rokiem wielkich powrotów klasyków, a już od dłuższego czasu słychać było o pomyśle stworzenia przedstawienia scenicznego, będącego kontynuacją przygód małego czarodzieja. Nie każdy Potteromaniak ma okazję jechać do Londynu na sztukę, ale dzisiejszego dnia każdy może poznać jej fabułę poprzez książkę “Harry Potter i Przeklęte dziecko”.

     Czas Harry’ego Pottera w Hogwarcie już dawno się skończył, ale jego historia pozostaje żywa. Daje się to we znaki jego synowi, Albusowi Severusowi, który właśnie rozpoczyna naukę w szkole Magii i Czarodziejstwa. Ku zaskoczeniu wszystkich bardzo szybko zaprzyjaźnia się z synem Malfoya i obaj chłopcy trafiają do Slytherinu. Problemy w komunikacji z ojcem i chęć dorównania jego świetności sprawiają, że chłopak posuwa się do czynu, który na zawsze może odmienić nie tylko ich życie, ale również zmienić losy całego świata.
     Gdy kończy się historia taka jak “Harry Potter” każdy fan potrzebuje swojego domknięcia. Można powiedzieć, że “Insygnia Śmierci” miały przecież zadowalający finał, ale jednocześnie otworzyły furtkę do możliwości kontynuowania magicznych przygód Potterów i ich przyjaciół. Trudno z tego nie skorzystać, więc kwestią czasu było aż ktoś złapie haczyk. Szkoda tylko, że najpierw powstała sztuka. Szkoda, że tekstu nie napisała Rowling. Szkoda, że tak bardzo naciągana jest ta historia, ale…
     Nie zmienia to faktu, że jest to kolejna książka ze świata Pottera, a dla sentymentalnego i utęsknionego fana tylko tyle wystarczy, aby pokochać ją całym sercem od pierwszego spojrzenia na okładkę. Przymyka się więc oko na fabułę opierającą się o tę z jednego z wcześniejszych tomów, która momentami zaczyna drażnić. Docenić można jednak te oczywiste rozważania o tytule “Co by było gdyby…”. Ciekawie jest w końcu poczuć świat, gdyby wydarzenia z ostatniego tomu potoczyły się inaczej. Dostajemy odpowiedzi na pytania, które z pewnością nie raz kłębiły nam się w głowie a my po prostu baliśmy się je zadać. Przy okazji stawia się czytelnika przed standardowym dylematem moralnym, czy zmieniłby jedno wydarzenie ze swojego życia, gdyby tylko miał taką możliwość. W dodatku pojawia się tu tajemnica “Przeklętego Dziecka”. Kto nim jest i jak bardzo nabruździ w życiu bohaterów? Oczywiście odpowiedź nie jest tak oczywista jak się narzuca czytelnikowi, a i samo rozwikłanie tej zagadki nie jest szczególnie porywające.
     Ta książka pokazuje jak ważne jest zauważanie i słuchanie swoich dzieci. To przede wszystkim problemy z komunikacją, ciągłe niedomówienia i kłótnie o nic doprowadzają do podziału rodziny, a dzieci szukają wtedy sposobów na udowodnienie swojej wartości. Oczywiście, w realnym świecie nikt nie zrobi tego co Albus Severus i Scorpius, ale i tak może być dramatycznie.
     Książka, która zmienia się z prozy pisanej w coś na wzór dramatu, tudzież scenariusza nie jest całkiem chybionym pomysłem. Dzięki temu czyta się zgrabnie i szybko, choć z początku trudno jest się przyzwyczaić do zmian bohaterów i lektura idzie dość topornie. Podział na akty, sceny. Mamy tu nawet didaskalia, a na końcu rozpiskę obsady. Prawie jak napisy końcowe.
   Uznałabym, że “Harry Potter i Przeklęte Dziecko” to względnie udana książka. Dzięki niej możemy znowu poczuć smak magii i zagrożenia, a także spojrzeć na ulubionych bohaterów dzieciństwa z innej perspektywy. Jednakże za mało tu przygody w przygodzie a za dużo naciągania fabuły pod konkretne pomysły. Brak w tym serca J.K. Rowling, brak humoru i takiej swoistej lekkości. Nie mniej, sentyment pozostaje więc i miłość pozostaje niezmienna.

Ocena: 5/6

Tytuł oryginalny: Harry Potter and the Cursed Child / Tłumaczenie: Piotr Budkiewicz, Małgorzata Hesko-Kołodzińska / Wydawca: Media Rodzina / Gatunek: fantasy, przygodowe / ISBN 978-83-8008-227-4 / Ilość stron: 368 / Format: 135x205mm
Rok wydania: 2016 (Świat) 2017 (Polska)