NOWOŚCI
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą podróż w czasie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą podróż w czasie. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 31 grudnia 2017

Wyzwanie: 24 książki, które mam na półce dłużej niż rok - edycja 2017

     Każdy książkoholik w pewnym momencie dostrzega, że proporcja pomiędzy ilością nabywanych książek, a ilością przeczytanych tytułów zaczyna się zdecydowanie wydłużać. W pewnym momencie do każdego zaczyna docierać, że nie starczy mu życia na przeczytanie całej swojej biblioteczki. W szczególności, gdy w danym roku sięgamy po nowe tytuły, a nie spoglądamy w stronę wołających nas z półki tomiszczy, zalegających od wielu lat.
Z tym problemem borykałam się również i ja. Dlatego też pierwszym krokiem ku lepszemu samopoczuciu stało się przejrzenie książek na regale i zastanowienie się, czy rzeczywiście mam je ochotę przeczytać, czy nie uległam chwilowemu zachwytowi, gdy zobaczyłam wyprzedaż za 10zł, a może po prostu jestem już „za duża” na takie lektury.
     Kolejnym i ostatnim krokiem ku uszczupleniu mojej biblioteczki stało się wyzwanie Kasiek z bloga "Z pasją o dobrych książkach". Jego celem było przeczytanie w 2017 roku 24 książek, które mam na półce dłużej niż rok. Jestem zachwycona tym, że udało mi się osiągnąć swój cel. I to przed czasem! A pomiędzy tymi starociami znalazłam również czas na przeczytanie kilku nowości. Duma mnie rozpiera.
     Już na starcie postanowiłam wybrać tytuły, którym przyjrzę się w tym roku. Niektóre wybory były oczywiste, inne niekoniecznie. A jeszcze inne ewoluowały zamieniając się na miejsca z innymi. Jednakże wiecie jak to mówią... „co się odwlecze...”. Przyjdzie na nie czas w nowym roku, bo nie mam zamiaru osiadać na laurach. Ewentualnie trochę zmniejszę tę ilość.
Ten rok był bardzo różny. Oczywistym stało się, że nie ogarnę tak wielu recenzji. Dlatego też o części poczytać możecie osobno, ale tutaj zbiorczo przedstawię Wam moje ogólne i bardzo skrócone wrażenia po lekturze. Zdradzę Wam także inne sekrety związane z tymi książkami.
  1. Lawendowy pokój, aut. Nina George / na półce od 2014 roku
Wybór nie był oczywisty, ale zapoznałam się wcześniej (jak zawsze od tyłu) z „Księgą snów”, którą otrzymałam do recenzji. Bardzo ciekawa była to lektura. Jednakże ten tytuł w ogóle do mnie nie przemówił. Nie potrafiłam złapać klimatu już od pierwszych stron i naiwnie czekałam na większą fascynację. Nudziłam się niczym mops, a jedną stronę czytałam po dziesięć razy. Nie zaiskrzyło, więc powieść porzuciłam, obiecując sobie, że już nigdy więcej nie sięgnę po powieści Niny George.
  1. Wayward Pines. Bunt, aut. Blake Crouch / na półce od 2015 roku
W czasie moich wakacji nad polskim morzem w 2015 roku przeczytałam pierwszy tom. Miałam zamiar czytać kolejne, ale pojawiło się wiele innych rzeczy w moim życiu. Postanowiłam powrócić do tej serii i byłam zachwycona. „Bunt” może nie do końca spełnił moje oczekiwania, ale zdecydowanie był bardzo wciągający. To ten typ powieści, które bardzo szybko się czyta.
  1. Wayward Pines. Krzyk, aut. Blake Crouch / na półce od 2015 roku
Ta powieść była odrobinę inna niż poprzedniczka. Bardziej mordercza, bardziej krwawa, bardziej brutalna. Innymi słowy- zachwycająca. Nie pożałowałam ani przez chwilę, że zdecydowałam się na towarzyszenie bohaterom w ich dalszych losach w Wayward Pines. W szczególności, że tak dużo się działo. Książka zdecydowanie dla ludzi o mocniejszych nerwach.
  1. Słodkie kłopoty, aut. Susan Mallery / na półce od 2013 roku
O tej książce pisałam szerzej. Sięgnęłam po nią z powodów całkiem oczywistych- czytałam poprzednie części i chciałam w końcu zakończyć tę serię. Powieść to typowe romansidło, pełne pasji i wzruszeń. Mnie się podobało. Idealna, żeby odstresować się w szpitalu.
  1. Losing Hope, aut. Colleen Hoover / na półce od 2015 roku
I tak jak poprzednio. Książka, która jest kontynuacją innej książki, choć tak naprawdę jest innym spojrzeniem na te same wydarzenia. Ciekawe podejście do historii, ale jak dla mnie całkowicie zbędny zabieg. Owszem, fajnie spojrzeć oczami faceta na związek, ale... po co? Nadal było przejmująco, bo w końcu fabuła się nie zmienia. Jak dla mnie, do przeczytania raz.
  1. Bez skazy, aut. Sara Shepard / na półce od 2012 roku
Kupiłam, bo zakochałam się w serialu. Pierwszy tom przeczytałam podczas wspomnianych wakacji 2015 roku w podróży nad morze. Całkiem fajnie się czytało, ale trąciło banałem. Niestety, drugi tom okazał się być pod tym względem jeszcze gorszy. Zdecydowanie bardziej polecam serial. To ten jeden wyjątek od reguły, gdy ekranizacja jest lepsza od powieści- przynajmniej w moim mniemaniu. Nie inaczej jest z tym tytułem. Jest po prostu nudno. Do przeczytania i zapomnienia, niestety.
  1. Zakręceni, aut. Emma Chase / na półce od 2015 roku
Trudno jest nie zauważyć pewnej tendencji w moich wyborach. Tutaj kolejny sequel ciekawej powieści. Tym razem o zabarwieniu erotycznym. I oczywiście, jest ostro i gorąco. Jednakże trochę to przypomina tendencję zmierzchową, gdzie najpierw jest pięknie ładnie, potem przychodzi kryzys, bo-mam-taki-kaprys i znowu wielki powrót. Trochę przewidywalne, ale nie oznacza to, że wciąż nie jest zabawnie. To wciąż jest wielki plus tej powieści.
  1. Zapomniane, aut. Cat Patrick / na półce od 2012 roku
Szczerze? Już nawet nie pamiętam o czym była ta książka. Przypadek? Kupiłam dawno temu w Empiku, bo miałam fazę na paranormalne romanse. Teraz nawet nie kojarzę, czy faktycznie tam jakowyś był. Wypisz wymaluj z gatunku „przeczytaj i zapomnij”. A chyba nie o to chodzi w książkach.
  1. Podwieczność, aut. Brodi Ashton / na półce od 2014 roku
Uwielbiam klimaty mitologii w powieściach. W końcu Percy Jackson... No, ale ta cała Ashton... w ogóle mnie to nie wzięło. Nudna, fabuła ślamazarnie się wlecze. Muszę jednak przyznać, że zakończenie było zaskakujące, ale ja się nie dam nabrać na te słodkie obietnice rewelacji w kolejnym tomie i zrywam z zamiarem kontynuacji lektury.
  1. Endgame. Wyzwanie, aut. James Frey / na półce od 2015 roku
O tak! Tę książkę czytałam w szpitalu po operacji. Bardzo wciągająca z genialną koncepcją na prezentację fabuły. Świetna historia, naprawdę przejmująca i stopniująca napięcie. Koniec świata? No dajcie spokój, oczywistym było, że na to polecę! Świetnie się czyta, bo w końcu jest bardzo pomysłowa.
  1. Nigdy nie gasną, aut. Alexandra Bracken / na półce od 2014 roku
Oto mamy przykład książki, z której się wyrasta. „Mroczne umysły” mnie zachwyciły. Tak bardzo czekałam na kontynuację i co? I nic. Trochę się wynudziłam, ale stwierdziłam dobra, skończę już tę serię skoro mam ją na półce.
  1. Po zmierzchu, aut. Alexandra Bracken / na półce od 2015 roku
I tak oto trafiłam do finału, gdzie pełno było akcji, pełno powodów do wzruszeń. Czy te tomy przejściowe zawsze muszą tak człowieka wymęczyć, zanim dadzą się w pełni nacieszyć serią? Oczywiście, i tak uważam, że jest to jeden z najbardziej zaprzepaszczonych pomysłów, w szczególności, że w trakcie lektury ma się wrażenie deja vu. Szkoda, że koniec końców nie jest to nic oryginalnego.
  1. Gwiazd naszych wina, aut. John Green / na półce od 2013 roku
Zakochałam się w filmie, więc musiałam przeczytać książkę. W końcu! Jestem nią urzeczona, równie mocno jak ekranizacją. Naprawdę przejmująca historia, która chce nas chyba utopić we własnych łzach. Sympatyczni bohaterowie o moim ulubionym, sarkastycznym poczuciu humoru, których nie sposób nie pokochać. Zdecydowanie warto do niej powracać!
  1. Papierowe miasta, aut. John Green / na półce od 2014 roku
Zachwycona pierwszą książką musiałam przeczytać kolejną. I jakiż był mój zawód, gdy emocje były całkowicie odmienne. Aż ciężko uwierzyć, że to ten sam autor. Owszem, jest to historia całkiem ciekawa, ale... tak nudnie opowiedziana. Zmarnowany potencjał, jak dla mnie. A szkoda. Zaledwie jedna fajna scena i bohaterka, której nie da się lubić. Niestety.
  1. Golem, aut. Edward Lee / na półce od 2013 roku
W końcu musiałam przeczytać coś krwawego, a ta książka nie była specjalnie grubaśna. Moja pierwsza od tego autora. Aż samo się prosiło. Momentami obrzydliwa, ale w bardzo niewielkim stopniu. Chwilami intrygująca, ale szczerze mówiąc to te okultystyczne przeplatanki z przeszłością odrobinę za bardzo nużyły. Nic rewelacyjnego, raczej też do zapomnienia.
  1. Robokalipsa, aut. Daniel H. Wilson / na półce od 2012 roku
Kupiłam ją na promocji u Znaka, za 10zł bodajże. Tylko dlatego, że miał być film. Choć w sumie też z powodów czysto osobistych, bo przecież kocham roboty. Książka okazała się być takim samym zawodem jak „World War Z”. Nie przepadam za reportażową powieścią, bo nie potrafię się w nią wciągnąć. Tutaj było tak samo. Kilka przeplatających się ze sobą historii, które były mniej bądź bardziej ciekawe, czy wciągające. Pokazujące różne podejścia do robotyki, czy to od strony czysto romantycznej, czy wojskowej. Chyba nie muszę mówić, która bardziej do mnie przemawiała.
  1. Nigdy i na zawsze, aut. Ann Brashares / na półce od 2012 roku
Gdy przychodzi mi napisać o tej książce mam wrażenie, że pomieszało mi się kilka tytułów. Opowieść o podróży w czasie, a w zasadzie życiu ponad czasem. Pomysł na fabułę cudowny i wykorzystany również całkiem zgrabnie, ale mnie po prostu nie biorą historyczne powieści. Złapałam się na tym, że czekałam tylko na powroty do przyszłości, choć muszę przyznać- budowanie tej opowieści od setek lat zrobiło na mnie wrażenie. Wzruszająca historia, to na pewno.
  1. Player One, aut. Ernest Cline / na półce od 2012 roku
Tytuł znalazł się na mojej liście, gdyż jest jednym z najdłużej przeze mnie posiadanym. To po pierwsze. Poza tym... ekranizacja już wkrótce więc trzeba było się przygotować. W sumie nie będę za bardzo marudzić porównując film do pierwowzoru, bo już niewiele z niego pamiętam. Historia miała być mega i rzeczywiście pomysł intrygował. Na pomyśle się skończyło, bo niestety później bardziej się męczyłam z czytaniem niż czerpałam z tego przyjemność. Jak dla mnie wiało nudą. Szkoda.
  1. Olśnienie, aut. Aime Agresti / na półce od 2013 roku
Powieść, którą dostałam od męża na dzień kobiet. Sama chciałam. To jeden z tych tytułów, który długo mi zalegał, a byłam pewna, że się z nim rozstanę jak już przeczytam. I po jej przeczytaniu tak to się skończyło. Uwielbiam paranormalne historie więc oczywistym było, że musiałam przeczytać. Fascynują mnie klimaty elitarne, więc uważałam, że mi się spodoba. I spodobała. Względnie. Wszystko owiane tajemnicą, teoretycznie, bo gdybym nie wiedziała jaki ma być charakter tej historii, to pewnie bym się go nie domyśliła czytając. Szkoda jedynie, że rozwiązanie tajemnicy nie było jakimś wielkim WOW! Finał jak zawsze wzbudził największe emocje, ale to i tak za mało, aby zapamiętać na dłużej tę opowieść.
  1. Kobieta w czerni, aut. Susan Hill / na półce od 2013 roku
Kolejna zekranizowana opowieść. Tym razem obiecałam sobie, że nie obejrzę filmu dopóki nie przeczytam książki. W końcu będę mogła zwolnić półkę zarówno z książki, jak i filmu. Spodziewałam się czegoś... bardziej! Bardzo ślamazarna historia opierająca się o zwierzenia dziwacznego człowieczka o jego jeszcze dziwniejszej wizycie w dziwnym domu. Nic specjalnego. Jak dla mnie bez klimatu, o dziwo. Zakończenie jednak... pamiętliwe! Ponoć inne niż w filmie.
  1. Krzyk aniołów, aut. Stephen Nassise / na półce od 2013 roku
Powieść, którą porzuciłam. Jest mi tym bardziej żal, że dostałam od siostry na Gwiazdkę. Tym bardziej mi smutno, że oczekiwałam czegoś na miarę książkowego „Supernatural”. Jednakże jak zaznaczałam na Goodreads, że zaczynam czytać okazało się, że jest to kolejny tom serii. Ta myśl zawładnęła moim umysłem, który od razu nastawił się na to, że się nie wciągnie. Nie wciągnęłam się więc szybko rzuciłam ją w kąt. Szkoda.
  1. 11 cięć, praca zbiorowa / na półce od 2013 roku
Zbiór opowiadań, najstarszy jaki posiadam, a którego nie przeczytałam. I jak to zwykle ze zbiorami wygląda- jedna historia jest ciekawsza, inna niekoniecznie. Mamy tu opowieści bardziej krwawe, bardziej psychologiczne. Do mnie oczywiście przemawiają te pierwsze, gdzie bohaterami są zabójcze futra, czy ogromny głód. Inne szokują, jak romantyczna dyniowa historia. Na samo wspomnienie w mojej głowie pojawia się wielkie zszokowanie poprzez uśmiech! W większości są to jednak przeciętne opowiadania.
  1. Eleonora & Park, aut. Rainbow Rowell / na półce od 2015 roku
Kupiona na wyprzedaży w Biedronce. Tak! Tam też kupuję książki. Wiele dobrego o niej słyszałam i sama też mogłabym wiele dobrego napisać. Książka dla młodzieży, całkowicie przesiąknięta młodzieżowymi emocjami. Historia, której nie życzę żadnemu nastolatkowi- no ewentualnie poza poznaniem takiej miłości jak nasza rudowłosa. Uroczy romans, od którego aż ciepło robi się na sercu. Wszystko za pomocą porozumiewawczych spojrzeń i drobnych gestów. Cudnie!
  1. Dziesięć płytkich oddechów, aut. K.A. Tucker / na półce od 2014 roku
Książkę zdobyłam na moich pierwszych targach książki w Krakowie. Zaintrygowała mnie, bo swego czasu dużo się o niej mówiło i to w wielu superlatywach. Mnie również się spodobała, ale obawiam się, że również szybko o niej zapomnę. Historia jakich wiele, więc w sumie szybko domyśliłam się, co i jak. Zwykła opowieść o dziewczynie dochodzącej do siebie po straszliwym wypadku, w którym straciła najbliższych. Intrygujące jest otoczenie w jakim porusza się dziewczyna, a chłopak, którego spotyka w pralni rozpala policzki do czerwoności. 

środa, 28 września 2016

Książka #416: Osobliwy dom Pani Peregrine, aut. Ransom Riggs

     Ostatnimi czasy powracam do koncepcji „Najpierw książka, potem film”. Tak było w przypadku „Zanim się pojawiłeś”, a później „Piątej fali”. Zbliżająca się premiera najnowszego filmu jednego z moich ulubionych reżyserów- Tima Burtona, zachęciła mnie do pochwycenia w ręce tytułu, który od kilku lat stał na półce nieporuszony, no ewentualnie przesunięty na skutek reorganizacji biblioteczki. Tym sposobem w końcu rozpoczęłam lekturę „Osobliwego domu Pani Peregrine”, który ani na chwilę nie zachwycił mnie tak, jak sporej części czytelników.
     Dzieciństwo Jacoba Portmana było bardzo wyjątkowe za sprawą dziadka Abe'a, który to raczył go niewiarygodnymi opowieściami o przygodach jakie przeżywał i poznanych przyjaciołach po ucieczce z wojennej Polski na Wyspy Brytyjskie. Kiedy jednak chłopiec dorósł, a staruszek zniedołężniał wszystko wydawał się być jedynie opowiastkami na dobranoc. Do czasu, gdy dziadek ginie w dziwnych okolicznościach, a Jacobowi wydaje się, że widział coś czego nie powinien. Aby otrząsnąć się ze straszliwej tragedii postanawia podążyć za ostatnimi słowami ukochanego dziadka i wyrusza na Wyspy licząc na spotkanie z jego przyjaciółmi. Jednakże to co tam spotyka... wydaje się być co najmniej osobliwe.
     Książka Ransoma Riggsa jest dość specyficzna. Na tym wyrażeniu mogłabym w zasadzie poprzestać, bo to co wydarzyło się na łamach „Osobliwego domu Pani Peregrine” jest nie tylko pokraczne, ale dla mnie chwilami irytujące. Trzeba przyznać, że sięgając po książkę stylizowaną na starowinkę nie spodziewałam się takiej lektury. Miałam nadzieję na potężną dawkę emocji, przede wszystkim sporo grozy, a wyszła z tego jakaś pokraczna przygodówka, przyrównywana do współczesnego- jeżeli nawet nie wojennego „Harry'ego Pottera”. Fabuła jest tak strasznie pokręcona, że momentami ciężko o lepszą spójność. Nachodzi na siebie bardzo wiele wątków i na pewno jest tu sporo dziur, których nie potrafię wyłapać w tym chaosie. Historie o osobliwościach z przeszłości są idealną bazą na zbudowanie fajnej opowieści grozy. W szczególności, że losy dziadka kończą się tak a nie inaczej, a chłopiec boryka się ze straszliwą stratą, z którą ewidentnie nie potrafi sobie poradzić. Co jednak otrzymujemy? Skoki w czasie... pętle czasowe... wątki romantyczne. Serio?! Idealny koszmar legł w gruzach robiąc się zdecydowanie zbyt ckliwy i faktycznie przybierając znamiona literatury przygodowej. Przez wydarzenia zupełnie zapominamy o „ułomnościach” bohaterów, a tym samym odbiera się jedyny element suspensu. Znikąd pojawia się również rozwiązanie zagadki, o której istnieniu nie miało się zielonego pojęcia. Akcja komunikacyjna pomiędzy Panią Peregrine a Abe'm wydaje się czymś na miarę wymiany listownej poprzez skrzynkę przy domu nad jeziorem, bo jak inaczej to wytłumaczyć? Pewnie tak samo, jak totalnie niedojrzałe zachowanie Jacoba. Można zrozumieć jego poczucie lojalności i ewentualną obawę przed światem zewnętrznym skoro już wie, jak się rzeczy mają, ale decyzje, które podejmuje są bardzo... zaskakujące. Bardzo to wszystko było dziwne i aż nadto frapujące.
    Nie można odmówić tej książce klimatu. Jednakże... gdyby nie specyficzna oprawa i cała masa enigmatycznych zdjęć, to prawdopodobnie niewiele dałoby się wyczuć z tej odrobinki grozy, którą dysponuje powieść. Lepiej nie patrzeć na te fotografie nocą, bo wzbudzają autentyczny dyskomfort, a ich wizerunek potrafi utknąć w głowie na wiele godzin, a nawet dni. Te oryginalne prace idealnie wkomponowano w postępującą fabułę, nadając realizmu całej publikacji, zupełnie jakby była faktycznym przekładem wspomnień młodego Jake'a.
     Szczerze muszę przyznać, że po lekturze „Osobliwego domu Pani Peregrine” lekko opadła mi fascynacja zbliżającym się filmem. Znając koncepcję fabularną, a także ekstrawagancję Tima Burtona całkiem uzasadnione stają się obawy, czy facet po prostu nie przedobrzy. Powieść czyta się straszliwie topornie, ze względu na zbyt przydługi wstęp i ślamazarny rozwój wydarzeń. Klimat zdecydowanie ma, a także dość osobliwych bohaterów. Lektura wzbudza skrajne emocje, niekiedy nawet potrafi zaintrygować i zbudować ciekawe napięcie, aczkolwiek niektóre wątki są mocno rozczarowujące, a brak wyjaśnień co do niektórych elementów, czy chociażby decyzje bohaterów są mocno skandaliczne. Szkoda, bo zapowiadało się super, a wyszło coś przeciętnego. Jedynie te niepokojące fotografie czynią powieść czymś faktycznie osobliwym.

Ocena: 4/6

Tytuł oryginalny: Miss Peregrine's Home For Peculiar Children / Tłumaczenie: Małgorzata Hesko-Kołodzińska / Wydawca: MediaRodzina / Gatunek: fantasy / ISBN 978-83-7278-646-3 / Ilość stron: 400 / Format: 135x205mm
Rok wydania: 2011 (Świat), 2012 (Polska)

piątek, 6 listopada 2015

1194. Kraina jutra, reż. Brad Bird

     Cóż też człowiek miał na myśli tworząc taki film, jak „Kraina jutra”. Zapewne spodziewał się, że uda mu się połączenie kina familijnego z nutą fantastyki naukowej. Po twórcy takich hitów jak „Iniemamocni”, „Ratatuj”, czy „MI: Ghost Protocol” oczekiwałoby się, że jego najnowszy twór będzie niczym lekki powiew świeżości w kinie dla młodych widzów. Niestety, film nie spełnia oczekiwań ani fabularnych, ani też do końca wizualnych, co jest jeszcze bardziej zaskakujące, zważywszy na to, że nie jest to obraz lat 90tych. 
Źródło: Galapagos Films
     Gdy był małym dzieckiem, Frank trafił do niezwykłej krainy, krainy przyszłości. Przebywał tam przez wiele długich lat w towarzystwie uroczej Atheny (Raffey Cassidy), aż do pewnego tajemniczego dnia, w którym wszystko się zmieniło, a on sam przestał być potrzebny. Po wielu długich latach pod jego drzwiami staje nastolatka o wysokiej inteligencji i zamiłowaniu do technologii- Casey (Britt Robertson). To właśnie ona została wybrana, jako ta, która może wszystko odmienić. Razem wyruszają więc do świata przyszłości, aby raz na zawsze rozwikłać sekret sprzed lat i stawić czoła niebezpieczeństwom.
     Film, który wzbudza całkowicie skrajne emocje. W końcu jest to bardzo ciekawy film dla młodych widzów i w ogóle- dla całej rodziny, ale fabuła jest bardzo dziwnie poprowadzona, a cały obraz przeładowany jest dość specyficznym klimatem prastarych produkcji fantastycznych. „Kraina jutra” to opowieść o typowym świecie przyszłości sterowanym przez tajemniczą machinę, pozwalającą przewidzieć każdy ruch. Jednakże prawdziwą gratką nie jest sam fakt istnienia tego świata, ale sposób w jaki można się do niego dostać. I tak oto w ręce bohaterów trafiają intrygujące znaczki, idealnie dopasowane do ich DNA, więc kiedy tylko ich dotkną to właśnie oni znajdą się duchem w przyszłości. Niestety, tylko oni- tak więc inni ludzie będą uważać ich za wariatów snujących się w dziwaczny sposób, niczym lunatycy. Trzeba jednak uważać, bo istnieje zagrożenie dla życia, kiedy to chodząc niczym we śnie uderzymy w ścianę, spadniemy ze schodów, czy pójdziemy w głąb jeziora. Oczywiście, sytuacje te przysparzają sporo wybuchów niekontrolowanego śmiechu, ale tylko dlatego, że szczęśliwie się kończą te wypadki- jak to w filmach. W normalnym świecie już dawno złamalibyśmy sobie kręgosłup, wpadlibyśmy na nóż lub utopilibyśmy się we wspomnianym jeziorku. Wiadomo, jak to w filmach Disneya- wszystko musi być tak bardzo familijne, tak bardzo cukierkowe i tak bardzo szczęśliwe. I nie byłoby w tym nic złego, gdyby nie przesada, która się tutaj wkradła. Wymieszanie filmu dla rodziny, dość pokracznego romansu z robotem, no i oczywiście nieciekawą wizją przyszłości, to coś co mocno gryzie się ze sobą dając pewien abstrakt w stylu takich filmów science fiction, jak „Pluto Nash”. Z jednej strony potrafi to zaciekawić, ale z drugiej mocno nadwyręża psychikę. 
Źródło: Galapagos Films
     „Kraina jutra” daje bardzo wiele możliwości, aby wykorzystać do maksimum efekciarstwo i całą gamę sprzętu, jakim tylko dysponować mogą filmowcy. Wszystko jest piękne, smukłe i tak bardzo cybernetyczne. Zachwycają krajobrazy, rozbrajają niektóre z architektonicznych rozwiązań- największe wrażenie robi chyba wieloczęściowy basen (!), a czymże byłby film sci-fi, gdyby nie gigantyczne roboty. Niestety, wszystko to jest tak... groteskowe, że wygląda to szalenie nienaturalnie. Zmechanizowanym robotom ciężko do Transformerów, a fantastycznej krainie do Asgardu. Wszystko jest tutaj eleganckie, ale też i lekko abstrakcyjne, niczym w „Zathurze”. To bardzo podobny typ technologii zastosowanej w kinie, gdzie niby wszystko jest fajne, ale jednak mocno nienaturalne. Przynajmniej na tyle, na ile pozwala grafika komputerowa, bo trudno o realność rzeczy nieistniejących. Dzieciaki pewnie będą zachwycone, ale jeżeli już to nietypowymi gadżetami, a tych tutaj sporo. Zresztą... nawet i starsi widzowie będą mieć uciechę z przyszłościowych gadżetów a'la James Bond.
     Niesamowita jest to rzecz, kiedy George Clooney próbuje być jednocześnie zabawny i prorodzinny. Prawdopodobnie jego potomkowie przyszłości zadowoleni z jego występu w takim filmie jak „Kraina jutra”. Trzeba sobie jednak uzmysłowić, że to nie to samo co Angelina Jolie w roli Diaboliny. Postać Franka jest bowiem całkowicie bez wyrazu. Ginie przytłoczony zrobociałą Raffey Cassidy, a także całą masą gadżetów i efekciarstwa. Zaskakująco słaby występ. A myślałam, że tylko Britt Robertson stanie pod obstrzałem mojej złośliwości, gdyż dziewczyna jest irytująca od czasu, gdy pierwszy raz zobaczyłam ją w serialu telewizyjnym. Przez wiele lat nie udało jej się zaskarbić mojej sympatii, a jej głupiutka, choć niby mądra rola w tym filmie w ogóle nie podchodzi. Z jednej strony ma być tą inteligentną, ale z drugiej te zachowania w stylu pięciolatki są mocno niepokojące. Może taka to była postać, w której Robertson sprawdziła się doskonale.
Źródło: Galapagos Films
     Najnowsza propozycja od Brada Birda, to film zdecydowanie dla każdego, kto nie liczy na zbyt ambitne kino. Jest to typowy odmóżdżacz, przy którym możemy spędzić miło czas i to w dodatku całą rodziną. „Kraina jutra” gwarantuje rozrywkę na dobrym poziomie, tego akurat przyczepić się nie można. Aczkolwiek dziwny klimat, który utrzymuje się przez cały seans, a także infantylne zachowania bohaterów mocno gryzą się z ich wizerunkami, a tym samym kaleczą całą produkcję. Całość względnie dynamiczna, choć nawet nie ma co próbować zagłębiać się w logikę scenariusza. Najważniejsze, że jest na co popatrzeć- a jest, bez względu na to w jakiej jakości mamy to podane. Mogło być o wiele lepiej, a tak to wyszła kolejna „Zathura” tylko, że 2015 roku.

Ocena: 5/10
Recenzja DVD „Kraina Jutra” - dystrybucja Galapagos Films

Oryginalny tytuł: Tomorrowland / Reżyseria: Brad Bird / Scenariusz: Brad Bird, Damon Lindelof / Zdjęcia: Claudio Miranda / Muzyka: Michael Giacchino / Obsada: Britt Robertson, George Clooney, Raffey Cassidy, Hugh Laurie, Tim McGraw, Kathryn Hahn, Keegan-Michael Key, Chris Bauer / Kraj: USA / Gatunek: Familijny, Sci-Fi
Premiera: 09 maja 2015 (Świat) 29 maja 2015 (Polska)

Film dostępny w sprzedaży w wersji DVD oraz Blu-Ray

sobota, 10 października 2015

SZORTy #19: Przeznaczenie, Kapitan Ameryka. Zimowy Żołnierz, Gość

Oryginalny tytuł: Predestination | Reżyseria: Michael Spierig, Peter Spierig | Scenariusz: Michael Spierig, Peter Spierig | Obsada: Ethan Hawke, Sarah Snook, Noah Taylor | Kraj: Australia | Gatunek: Thriller, Sci-Fi
Premiera: 08 marca 2014 (Świat) 26 listopada 2014 (Polska na DVD)
Ocena: 8/10

     Bracia Spierig znowu stają za kamerą. Po wampirzej przygodzie zabierają się za bardziej czasowy temat- podróży w czasie. Ich ekranizacja opowiadania Roberta A. Heinleina, która przybrała tytuł „Predestination” jest jednym z najbardziej inteligentnych i przede wszystkim szokujących filmów roku 2014.
     Ethan Hawke pracuje dla tajemniczej agencji zajmującej się przeciwdziałaniem przestępstwom i atakom terrorystycznym.
     Ciężko jest cokolwiek napisać o filmie, którego każdy element zależy od drugiego. Problemem jest zaprezentowanie fabuły w taki sposób, aby nie zdradzić tej wielkiej pokrętnej idei, która szokuje każdego, który zderzył się z tym filmem. Faktem jest, że takiego związku przyczynowo-skutkowego nikt by się chyba nie spodziewał, a braciom Spierig należą się wielkie oklaski za logiczną i przede wszystkim spójną fabułę, która nie okazała się klapą. Połączenie wszystkich wątków, ale też montaż zdjęć tworzą świetny klimat. Z początku bowiem nic nie zapowiadało na taki rozwój wypadków, w zasadzie można byłoby powiedzieć, że wiało nudą i nic dobrego to nie wróży, aczkolwiek odkrywanie kolejnych fragmentów układanki sprawiało, że szczęka coraz niżej opadała. Najciekawsze jest to, że obraz potrafi zaintrygować widza- wiedząc, że coś musi się kryć za tym małym wywodem wprawia w ruch trybiki w głowie i tym sposobem szybko można ogarnąć, o co tak naprawdę toczy się stawka. Genialna historia dająca wczuć się w tragizm sytuacji i smutek postaci, cudownie pokręcona, ale nie dająca o sobie zapomnieć przez bardzo długi czas.

Oryginalny tytuł: Captain America. The Winter Soldier | Reżyseria: Anthony Russo, Joe Russo | Scenariusz: Christopher Markus, Stephen McFeely | Obsada: Chris Evans, Samuel L. Jackson, Scarlett Johansson, Robert Redford, Sebastian Stan, Anhony Mackie, Cobie Smulders | Kraj: USA | Gatunek: Akcja, Sci-Fi
Premiera: 13 marca 2014 (Świat) 24 marca 2014 (Polska)
Ocena: 5/10

    Jeżeli ktokolwiek pomyślał, że „Captain America. Pierwsze starcie” jest filmem nijakim to z pewnością nie widział jeszcze drugiej odsłony opowieści o klasycznym bohaterze Ameryki. Kolejna produkcja od Marvela nie powala, a wszystko zrzucić można nie tylko na wykonanie, ale przede wszystkim postać Chrisa Evansa.
     Po wydarzeniach w Nowym Jorku agencja TARCZA nie ma się najlepiej. Choć Steve Rogers daje z siebie wszystko na placu boju, infiltracja agencji sprawia, że jego trud wydaje się być daremny. Wraz z Nickiem Furym i agentką Romanoff stara się odnaleźć prawdziwego wroga. Nie wie jednak, że ma on mocnego zawodnika pod postacią Zimowego Żołnierza.
     Najnowszy film z Kapitanem Ameryką nie należy do najbardziej udanych. W moim mniemaniu jest chyba jednym z najgorszych jakie powstały, aczkolwiek wynikać to może z mojej ogólnej niechęci do tego marvelowskiego superbohatera. Chris Evans w ogóle nie ogarnia tej roli, jest chyba najbardziej wyblakłą, bezpłciową postacią EVER! „Zimowy Żołnierz” to jednakże fajne połączenie z historią pierwszego filmu i choć od czasu w jakim ulokowana jest fabuła mija wiele lat, to są smaczki, które świetnie się sprawdzają. Ciężko jest natomiast uporządkować tę wielopłaszczyznową opowieść. Z jednej strony atak na TARCZĘ, z drugiej zaś polityczna intryga, która zadowoli miłośników tego typu filmów. Dla mnie oznacza to jedynie nudną, ciężkostrawną papkę, będącą bardziej męczarnią niżeli przyjemnością. Pojawia się kilka zaskoczeń, pamiętnych zwrotów fabularnych, kilka spektakularnych scen akcji, które chwilami potrafią przykuć uwagę i zainteresować, ale ogólnie nie jest to w stanie przyćmić uczucia znużenia i beznadziejności odczuwanego przez większość seansu. 
 
Oryginalny tytuł: The Guest | Reżyseria: Adam Wingard | Scenariusz: Simon Barrett | Obsada: Dan Stevens, Maika Monroe, Brendan Meyer, Sheila Kelley, Leland Orser, Lance Reddick | Kraj: USA | Gatunek: Thriller, Akcja
Premiera: 17 stycznia 2014 (Świat) 31 października 2014 (Polska)
Ocena: 5/10

     Człowiek, którego ulubionym zajęciem jest straszenie swoich widzów wraz ze swoim kumplem scenarzystą- Simonem Barrettem, wyrusza w kolejną podróż po swojej chorej wyobraźni. Bawiąc się koncepcją wojskowości, amerykańskiego patriotyzmu tworzy „Gościa”, którego nikt nie chciałby mieć w swoim domu.
     Rodzina Petersonów traci swojego ukochanego syna i brata na jednej z misji wojskowych. Po niedługim czasie od jego śmierci na progu ich domostwa staje mężczyzna twierdzący, że jest jego bardzo bliskim przyjacielem. Bardzo silny i chętny do pomocy realizuje obietnicę złożoną ich synowi. Jednakże żaden z członków rodziny nie wie jak wielki sekret skrywa ich gość.
     Produkcja być może jest dość niebanalna. Historia wydaje się z pozoru mocno przyziemna, tak bardzo amerykańska z tym swoim patriotyzmem. W tym spokoju, pod warstwą dobroci i życzliwości, rodzi się jednakże coś zgoła odmiennego, coś co całkowicie zmienia obraz i pozostawia spory niesmak. Po co w klimatycznej opowieści, która z dramatu przeradza się w thriller- jakiś wątek pseudo psychopatyczny, w którym najważniejsze zdają się być niecne zamiary wojska. Wszystko przybiera dość absurdalny wygląd i choć wielu zachwyca się prześmiewczym charakterem wobec filmów klasy B, to mnie osobiście w ogóle to nie przekonuje. Całość wypada bardzo słabo, pokracznie. Aczkolwiek jest tutaj jeden nie taki mały, ale delikatnie umięśniony blond plusik. Dan Stevens, człowiek o twarzy mogącej zapowiadać jedynie mimotyczne role romantyczne, tutaj totalnie dał się porwać historii i swojemu bohaterowi. Wyszło nad wyraz dobrze, przekonująco i tak bardzo... hipnotyzująco.

poniedziałek, 9 czerwca 2014

1131. Na skraju jutra, reż. Doug Liman

Oryginalny tytuł: Edge of Tomorrow
Reżyseria: Doug Liman
Scenariusz: Christopher McQuarrie, Jez Butterworth, John-Henry Butterworth
Na podstawie: powieści Hiroshiego Sakurazaki „All You Need Is Kill”
Zdjęcia: Dion Beebe
Muzyka: Christophe Beck
Kraj: USA, Australia
Gatunek: Sci-Fi, Akcja
Premiera: 28 maja 2014 (Świat) 06 czerwca 2014 (Polska)
Obsada: Tom Cruise, Emily Blunt, Brendan Gleeson, Bill Paxton, Jonas Armstrong, Tony Way, Kik Gurry, Franz Drameh, Dragomir Mrsic, Charlotte Riley

     Podróże w czasie są jednym z najbardziej fascynujących, najbardziej dochodowych, a co za tym idzie najczęściej wykorzystywanych motywów jakie pojawiają się we współczesnym kinie science fiction. Gdy dodamy do tego inwazję obcych, mamy klasykę gatunku. Co jednak wyjdzie, gdy połączymy te wszystkie elementy z motywem „Dnia Świstaka”? Najnowszy, porywający film Douga Limana o tytule „Na skraju jutra”, który właśnie zagościł na ekranach polskich kin.

czwartek, 5 czerwca 2014

1129. X-Men: Przeszłość, która nadejdzie, reż. Bryan Singer

Oryginalny tytuł: X-Men: Days of Future Past
Reżyseria: Bryan Singer
Scenariusz: Simon Kinberg
Zdjęcia: Newtom Thomas Sigel
Muzyka: John Ottman
Kraj: USA, Wielka Brytania
Gatunek: Akcja, Sci-Fi
Premiera: 10 maja 2014 (Świat) 23 maja 2014 (Polska)
Obsada: Hugh Jackman, James McAvoy, Michael Fassbender, Jennifer Lawrence, Nicholas Hoult, Peter Dinklage, Patrick Stewart, Ian McKellen, Halle Berry, Ellen Page, Shawn Ashmore, Omar Sy, Peter Evans

 
 
  
     Nie ma nic fajniejszego niżeli dobrze poprowadzona kontynuacja naszej ukochanej serii. „X-meni” ze stajni Marvela są tutaj idealnym przykładem, a Bryan Singer, który odpowiadał za ich filmowe narodziny odwalił kawał porządnej roboty. Kiedy jednak w 2011 roku na świecie pojawił się prequel w reżyserii Matthew Vaughna wszyscy uświadomili sobie, że nic już nie będzie takie jak kiedyś. Teraz na ekran powracają nasi ukochani bohaterowie, ze świeżością Vaughna, ale przede wszystkim miłością Singera. Tak powstał „X-men: Przeszłość, która nadejdzie”, całkowicie zwalający z nóg i uzmysławiający, jak bardzo tęskniliśmy za naszymi mutantami!

wtorek, 25 marca 2014

1114. O północy w Paryżu, reż. Woody Allen

Oryginalny tytuł: Midnight in Paris
Reżyseria: Woody Allen
Scenariusz:
Woody Allen
Zdjęcia: Darius Khondji, Johanne Debas
Muzyka: Stephane Wrembel
Kraj: USA, Hiszpania
Gatunek: Komedia romantyczna, Fantasy
Premiera: 11 maja 2011 (Świat) 26 sierpnia 2011 (Polska)
Obsada: Owen Wilson, Rachel McAdams, Marion Cotillard, Michael Sheen, Kathy Bates, Adrien Brody, Carla Bruni, Corey Stoll, Kurt Fuller, Mimi Kennedy, Tom Hiddleston, Alison Pill
     Swoją przygodę z twórczością Woody'ego Allena rozpoczęłam dość późno, bo dopiero od filmu „Wszystko gra”. Z „Vicky Cristina Barcelona” zabrał nas do słonecznej Hiszpanii wraz z piękną Scarlett Johansson. Trzy lata później kolejnym miejscem jego filmowych wojaży staje się jedno z najromantyczniejszych miasta świata- Paryż. Nagrodzony Oscarem i Złotym Globem za najlepszy scenariusz roku 2011- „O północy w Paryżu”, podbił serca widzów całego świata nie tylko francuskim klimatem, ale również pełnymi literackich i artystycznych geniuszy latami 20stymi.

wtorek, 11 lutego 2014

Książka #302. Poza czasem, aut. Alexandra Monir

Tytuł oryginalny:Timeless
Seria: Poza czasem #1
Gatunek: romans, fantasy
Wydawca: Jaguar
Rok wydania: 2011 (Świat), 2014 (Polska)
Tłumaczenie: Natalia Mętrak
ISBN 978-83-7686-107-4
Ilość stron: 288     Format: 140x205mm
Kup książkę: L&L

    Podróże w czasie od dawien dawna pojawiają się w literaturze światowego formatu. Pisał o nich już sam Julius Verne, gdy to wsadził swojego bohatera w „Wehikuł czasu”. Jednakże motyw ten coraz częściej wykorzystywany jest w literaturze romantycznej i świetnie się przy tym sprawdza, czego dowodzi tytuł „Zaklęci w czasie”autorstwa Audrey Niffenegger. A co gdyby uczucie połączyło dwójkę ludzi, których dzieli cały wiek i nie mogący w żaden sposób być razem? Taki schemat to specyfika literatury młodzieżowej dzisiejszych czasów, a także i skrócona fabuła debiutanckiej powieści młodej piosenkarki i autorki tekstów- Alexandry Monir, o tytule „Poza czasem”.
     Michele Windsor to dla wielu zwyczajna nastolatka, jednakże dla jej przyjaciółek, którą znajdą prawdę jest kimś znacznie więcej – dziedziczką szlachetnego rodu Windsorów. Wychowywana samotnie przez matkę jest z nią bardzo zżyta, dlatego też traumatyczną jest dla niej wieść o jej śmierci. Michele zostaje odesłana do swoich dziadków, którzy przed laty zniszczyli związek jej matki i ojca, zaginionego w tajemniczych okolicznościach, którego nigdy nie miała okazji poznać. W nowym domu zachwyca się wspaniałościami architektury i przepychem, choć w nowej szkole trzyma się z dala od rozpieszczonych nastoletnich dziedziców wielkich elit. Wtedy odnajduje tajemniczy klucz, który w zetknięciu z pamiątką z przeszłości przenosi ją do niej. Tak właśnie trafia do 1910 roku, gdzie poznaje swoich przodków, a także przystojnego Phillipa Walkera, który od kiedy była mała odwiedzał ją we snach.
     Połączenie banalnego romansu z fantastyką i do tego historycznymi wątkami wydaje się być przerostem formy nad treścią. Na pozór sprawia to wrażenie przeładowania fabuły, w której łatwo można się poplątać. Jednakże Alexandra Monir daje przepis na to jak z tego wybrnąć, a kluczem do sukcesu staje się wrodzona skromność. W powieści „Poza czasem”znaleźć można wszystko to czego dusza zapragnie. Barwi bohaterowie? Są! Niemożliwa do spełnienia miłość? Jest! Science fiction pod postacią skoków w czasie? Jest! No i do tego co? Oczywiście... odrobina historii rodziny z niesamowitym rodowodem i... muzyka! To ostatnie nie jest takie szokujące zważywszy na to, czym zajmuje się autorka. Na strony książki przelewa teksty swoich piosenek, sprawnie łącząc je z wymagającymi tego wątkami. Najważniejsze, że wszystko to ma w sobie smak, nie ma tutaj przeładowania i pchania na siłę czegoś, co tutaj nie pasuje, tworząc coś na kształt karykatury powieści. Być może dziwne jest to, że takie rozwiązania się tutaj sprawdzają, ale istotne jest, że mają silną podstawę, jaką jest ogólny sens fabuły. W końcu jest to nie tylko historia o nastolatce i jej miłości do człowieka z zupełnie innej epoki, ale przede wszystkim o dziewczynie szukającej swoich korzeni, chcącej zbadać przeszłość swojej szlachetnej rodziny oraz zaginięcia swojego ojca. Ciekawym doświadczeniem jest towarzyszenie jej podczas tych niezwykłych podróży, gdzie może przez chwile pobyć ze swoimi babciami i prababciami. Któż nie chciałby przeżyć tego samego. Autorka wprowadza tutaj odrobinę suspensu. Nie do końca wiadomo, co za tajemnicę skrywają dziadkowie dziewczyny i niestety, na etapie pierwszego tomu pozostają nam jedynie nasze własne domysły. Wystarczająco rozbudza nasze zainteresowanie, aby sięgnąć po kolejny tom. W szczególności, że na dokładkę serwuje taki obrót spraw, że czytelnik nie wie, co ze sobą począć. Takie zawieszenie w przestrzeni aż prosi się o czym prędszą publikację kolejnego tomu!
    Cała ta otoczka, w której toczy się życie Michele Windsor jest powalająca. Podróż w czasie tak wyraziście nakreślona, że i my mamy wrażenie przeniesienia się do przeszłości wraz z bohaterką. Sceny romantyczne są tak zmysłowe, że trudno jest nie czytać książki z rozpalonymi policzkami. Oczywiście, nie brak jest tutaj banałów, ale od tego nie jest wolna żadna książka romantyczna, natomiast nie jest to głupia opowiastka dla młodzieży. Co prawda, momentami język mógłby być dojrzalszy, ale i tak mogłoby to wyglądać znacznie gorzej. To co jednak najbardziej rozbudza wyobraźnię to opisy wszystkich wnętrz, w których pojawia się nasza główna bohaterka. Biją po oczach naszego umysłu swoim pięknem i blaskiem. Każda zamieniłaby swoje lokum na podobne pałace.
     Bohaterowie są typowi dla tego gatunku. Młoda dziewczyna chcąca odnaleźć siebie i niesamowicie przystojny chłopak, który traci dla niej głowę. Jak zawsze wszystko jest przeciwne, a oni jak zawsze walczą o siebie wzajemnie. Jednakże postępujący czas jest tutaj bardzo widoczny i aż łza kręci się w oku na myśl o przewidywalnej przyszłości. Szczęśliwie nie jest tak, że postacie z drugiego planu próbują rozbić w drobny mak emocje i więzi łączące czytelników z pierwszoplanowymi. Na szczęście!
     Pisząc o książce, której rozpowszechnieniem zajęło się wydawnictwo Jaguar nie można nie wspomnieć o jej genialniej oprawie. Solidna budowa, ale przede wszystkim PRZEPIĘKNA OKŁADKA! Piękniejszej dawno już nie widziałam. Wszystko w tak enigmatycznych barwach, kojarzących się ze steampunkowymi czasami. Zegar odmierzający czas, piękna dziewczyna, ale przede wszystkim wykonanie zdjęcia, które zostało wybrane na okładkę jest nieskazitelne. Człowiek patrzy się w nią jak zaczarowany. Wewnątrz również ozdobniki, które z kolei troszkę kłócą się z efektem stworzonym przez front. Nie mniej, jest to jedna z najfajniej wydanych powieści od tegoż wydawnictwa.
     „Poza czasem”niekoniecznie powala każdego fabułą, jednakże jest idealną odskocznią od coraz bardziej mdlących opowieści dla młodzieży. Wychodzi poza utarte schematy, zaskakuje kierunkiem, w którym podąża. Świetnie łączy w sobie kilka skrajnych gatunków literackich, nie tworząc przy tym chaosu. Bohaterów da się lubić, nawet i pokochać, bo po tak wielu przejściach ciężko przejść obok nich obojętnie. Z pewnością debiutancka powieść pióra Alexandry Monir jest idealną propozycją na rozluźnienie i przeniesienie się do początku XIX wieku, gdzie światem rządziły tradycje i dobre obyczaje. Gdzie odmienność była zakazana, a liczył się status. Piękna historia na problematycznym gruncie, ale przede wszystkim zachwycająca!
Ocena: 5/6
Książkę przeczytałam dzięki Wydawnictwu Jaguar!
wydawnictwo-jaguar.pl