NOWOŚCI
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą o zwierzakach. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą o zwierzakach. Pokaż wszystkie posty

środa, 4 września 2019

Książka #507: Żółwik z oceanu. Tuli Tuli opowiada, kto gdzie mieszka, aut. Zofia Stanecka

     W dobie XXI wieku, gdzie coraz mniej ludzi sięga po książki, coraz rzadziej sięgają po nie także dzieci. Wydaje się, że kluczowym elementem dla przykucia uwagi małego czytelnika jest po prostu stworzenie uroczej postaci. Mając taki twór możemy dziecku przekazać praktycznie wszystko. Dlaczego więc nie połączyć przyjemnego z pożytecznym? Zofia Stanecka szlifuje przepis na sukces w literaturze dziecięcej, wprowadzając do świata najmłodszych Tuli Tuliego, który przemierza świat i opowiada o znaleziskach. „Żółwik z oceanu” to pierwszy bohater urokliwej serii edukacyjnej dla maluchów.

     Tuli Tuli jest małym, przyjacielskim duszkiem, wędrującym po całym świecie dbając o niego każdego dnia. Podczas jednej ze swoich wypraw zagląda do oceanu, gdzie śledzi poczynania małego żółwika pikina. Mały duszek towarzyszy mu od chwili poczęcia, aż po wyprawy po niezbadanym dotychczas oceanie. Tam żółwik spotyka wielu przyjaciół, ale też i wrogów. Musi walczyć o przetrwanie, ale też znaleźć czas na zabawę i naukę.

     Książeczki dla dzieci typu „Żółwik z oceanu” to prawdziwe złoto wśród literatury tej kategorii. Za jej sprawą można przekazać najmłodszym ogromną wiedzę, ale też i naukę. Zaskakującym jest to, w jakim kierunku to biegnie, ale tak naprawdę umysły trzeba naprawiać już od najmłodszych lat. 

Tym, co rzuca się w oko od samego początku jest nietuzinkowa forma tej opowieści. Śmiało można stwierdzić, że jest to książka przyrodnicza dla dzieci. Owszem, pojawia się w niej duszek opiekuńczy, ale tak naprawdę zdradza wiele sekretów z oceanicznych głębin. Poznamy w jaki sposób z małego jajeczka powstaje uroczy żółwik. Tuli Tuli opowie nam również o różnych gatunkach innych oceanicznych istot. Jakoś wcześniej nie zdawałam sobie sprawy, że jest tak wiele gatunków żółwi. Zdradzi co zagraża pikinom, a także...co zagraża całemu morskiemu ekosystemowi. To naprawdę bardzo dobry pomysł uzmysłowić dziecku, że to właśnie ludzie są największym zagrożeniem dla życia morskiego, ale i nie tylko. Z jednej strony całkowicie rozbrajające jest pojawienie się na karcie książki różnego rodzaju śmieci zanieczyszczających oceany, a z drugiej świetnym jest wpajanie takich podstaw i właściwych postaw wśród dzieci. Za to wielkie brawa! Ponadto każde zdanie napisane jest w sposób bardzo prosty, aby z jeszcze większą łatwością mogło trafić do najmłodszych.

     Kolejną zaletą jest z pewnością warstwa wizualna tej publikacji. Plusem jest to, że całość stanowi zlepek tekturowych stronic. Uwielbiam to w książeczkach dla dzieci. W szczególności, gdy mają zaokrąglone kanty więc oczywistym jest, że maluchy nie zrobią sobie krzywdy. Niebywałe jest natomiast to, jak bardzo jest ona kolorowa. W zasadzie to nie powinno być to dla nas zaskoczeniem, bo podobnoż ocean słynie ze swojej różnorodnej kolorystyki. Nieoczekiwanym jest natomiast to, że nie przybiera to karykaturalnego wyrazu. Nie ma mowy o przesadzie. Prawdopodobnie spowodowane jest to tym, że nie cała książka jest taka pstrokata, a zaledwie te stronice, które faktycznie sięgają dna oceanu. Magdalena Kozieł-Nowak zadbała o szczegóły. Potrafi uchwycić cechy charakterystyczne różnych żółwi, aby pokazać ich całkowitą odmienność od siebie. Dodatkowo nie boi się skupić uwagi na straszydle, czy wyrysować odpadków sztucznych niszczących wody oceanów. Sam żółwik pikin jest naprawdę przeuroczy, jak wszystkie małe żółwiki, które nie wiedzą jeszcze na czym ten morski świat stoi. Bardzo przyjemnie patrzy się na te opływowe kształty.

     Na tym etapie pozostaje już tylko wyczekiwać z utęsknieniem kolejnych książeczek z serii „Tuli Tuli opowiada, kto gdzie mieszka”. Jeżeli przyszłe publikacje będą tak bardzo udane jak ta, będą tak sprytnie łączyć ze sobą naukę, urok i zabawę, to myślę, że będzie to jedna z najciekawszych serii dziecięcych jaka mogła przydarzyć nam się na rynku wydawniczym. Barwna, moralizatorska, ale nie w ten nachalny sposób, a do tego skrywająca mądrość w bardzo prostych historyjkach. Polecić mogę z czystym sumieniem, zarówno dla dzieci, jak i rodziców.

Ocena: 6/6
Recenzja dla wydawnictwa Nasza Księgarnia!

Tytuł oryginalny: Żółwik z oceanu. Tuli Tuli opowiada, kto gdzie mieszka / Ilustracje: Magdalena Kozieł-Nowak / Wydawca: Nasza Księgarnia / Gatunek: dziecięce / ISBN 978-83-10-13483-7 / Ilość stron: 40 / Format: 205x250mm

Rok wydania: 2019 (Polska)

środa, 4 lipca 2018

Książka #482: Zwierzoobjaśniarka. Wynalazek, który zmienił świat, aut. Sergio Olivotti

     Czytanie niektórych książek sprawia nam ogromną przyjemność. Inne pomagają wzbogacić słownictwo, a jeszcze inne... denerwują nas swoją obecnością na rynku. Wśród tych ostatnich najgorszym gatunkiem są te, które obiecują gruszki na wierzbie a wychodzi coś zupełnie innego. To dokładnie ta sama sytuacja, gdy oglądamy zapowiedź jakiegoś filmu i wszystkie najlepsze fragmenty zawarte są właśnie w tej zapowiedzi. Znacie to, prawda? Niestety, ale „Zwierzoobjaśniarka” jest czymś bardzo podobnym. Co z tego, że według włoskiego pisarza i rysownika Sergio Olivottiego jest to coś wielce odkrywczego, skoro tak naprawdę nie mamy okazji tego doświadczyć.

     Przed wieloma wieloma laty żył sobie wymyślony człowieczek o wymyślonym imieniu Bonawentura Karczoch. Miał on wielkie ambicje, wielkie pomysły i jeszcze większe projekty. Kiedy po wielu trudach wpadł na najgenialniejszy w świecie pomysł wynalezienia przyrządu do rozumienia zwierząt jego wymyślone słupki popularności skoczyły w górę. Teoretycznie ten wynalazek funkcjonuje do dziś, w naszych głowach- zwany intuicją.

     Nie lubię kiedy książka obiecuje coś czym nie jest. Ewentualnie to kwestia dwuznaczności i tak naprawdę nie naprowadzenia czytelnika czego może spodziewać się po książce. Okazuje się bowiem, że „Zwierzoobjaśniarka. Wynalazek, który zmienił świat” to nie jest tak naprawdę zwierzoobjaśniarka, a jedynie opowieść o zwierzoobjaśniarce. Wielką jest to bolączką kiedy oczekujemy zabawnej lektury, innowacyjnej wręcz, która na swój zabawny sposób pokaże nam w jaki sposób rozmawiać, a w zasadzie rozumieć swoich zwierzęcych pupili. W końcu, wszystkie znaki na niebie i ziemi pokazywały, że tak właśnie będzie. No, ale... okazuje się, że to tylko zlepek wymyślonych bzdur o wymyślonym ludziku, który stworzył wymyślony przyrząd do komunikacji. Szkoda, bardzo szkoda. Oczywiście, jest to pewien sposób na książkę i też należy mieć talent, aby wpaść na taki pomysł, ale niewiele to wnosi do naszego życia. Nie dość, że musimy brać margines bezpieczeństwa, to jeszcze na nas spocznie obowiązek wyjaśnienia dziecku, któremu książkę tę przeczytamy, że pomimo tego iż wskazuje się tutaj istnienie Zwierzoobjaśniarki, to takie urządzenia naprawdę nie istnieje. W końcu, każde dziecko chciałoby mieć taki gadżet- choćby nawet tonę ważył. Książka imituje prawdziwą genezę powstania wynalazku- przesłanki, dla których go stworzono, jest też trochę nowinek o życiu wynalazcy, no i oczywiście, ostatecznie, to na co czekaliśmy całą publikację, czyli mała próbka jego działania. Bardzo mała. Za mała. Niestety.

     Przyznać jednak trzeba, że bardzo rzadko można spotkać na rynku tak piękną książkę. W zasadzie to wydanie jest dość schematyczne. Twarda oprawa, normalne papierowe stronice. Jednakże to co zawierają, to jest zdecydowanie warte uwagi każdego. Najpiękniejsze we wszechświecie rysunki Sergio Olivottiego, zachwycają! Szkice konstrukcji utrzymane w bardzo steampunkowym charakterze. Dodatkowo najrozmaitsze zwierzęta o najróżniejszych cechach charakterystycznych, każdy z innej bajki. Wszystko wygląda jakby potraktowano je sepią, bowiem nie ma tutaj wyrazistych kolorów- minują żółcie, pomarańcze, beże i brązy. Aby dodatkowo podkreślić ten klimat publikacji nie skorzystano ze zwyczajnej czcionki typu Arial. Ma swój unikatowy charakter, a dzięki jej dużemu formatowi jest bardzo czytelna.

     Patrząc na „Zwierzoobjaśniarkę” można przyczepić się do bardzo wielu jej elementów. Najbardziej boli fakt, że książka jest zupełnie czymś innym niż miała być. Nie oczekiwałam wykładu na temat genezy tego wynalazku, ale czegoś dla dzieci, co faktycznie odpowie na potrzebę kontaktu ze zwierzętami. Z tego też powodu, choć napisana czytelnym, łatwym językiem szybko stała się po prostu nużąca. Nie pomogły tutaj nawet spektakularne ilustracje, nad którymi można się zachwycać godzinami. Dlatego też, jeżeli ktoś lubi mieć w jednym miejscu portfolio utalentowanego grafika, to zdecydowanie powinien sprawić sobie prace Sergio Olivottiego wraz ze „Zwierzoobjaśniarką”.

Ocena: 3/6
Recenzja dla wydawnictwa Nasza Księgarnia!

Tytuł oryginalny: Lo Zooblatore. L'invenzione che cambiò la storia / Tłumaczenie: Joanna Wajs / Ilustracje: Sergio Olivotti / Wydawca: Nasza Księgarnia / Gatunek: dziecięce / ISBN 978-83-10-13345-8 / Ilość stron: 80 / Format: 165x230mm

Rok wydania: 2018 (Polska) 2016 (Świat)

piątek, 22 września 2017

Książka #464: Wanda Chotomska dzieciom, aut. Wanda Chotomska


   Jedno z najbardziej rozpoznawalnych nazwisk literatury dziecięcej w Polsce. Wanda Chotomska to jedna z najznakomitszych polskich poetek, autorek piosenek, czy spektakli scenicznych. To ona stworzyła kultowych Jacka i Agatkę, których po dziś wspominają nasi rodzice. Dzięki wydawnictwu Nasza Księgarnia magia utworów autorki rozrosnąć się może na jeszcze młodsze pokolenia, które już od maleńkości zapoznawać się będą ze zbiorem przepełnionym twórczością tej pisarki- „Wanda Chotomska dzieciom”.

     Publikacja ta to nie jedynie rytmiczne wierszyki, które dzięki prawidłowej intonacji zaintrygują każdego potencjalnego słuchacza. Książka ta, to praktycznie przegląd wszystkim form twórczych autorki, bowiem znajdziemy tutaj również krótkie opowiadania, piosenki, limeryki, a nawet sceniczne wystąpienia. Dzięki temu każdy z czytelników pozna Wandę Chotomską od każdej strony, a przy okazji dowie się czegoś o literaturze.
     „Wanda Chotomska dzieciom” to niezwykła pozycja w biblioteczce waszego dziecka. Pięknie się prezentuje, ma cudowną oprawę, ale przede wszystkim... rewelacyjną treść. Ta inteligentna kobieta przekazuje wiele nauk za sprawą swojej twórczości, a co za tym idzie trafia nie tylko do dzieci, ale też i dorosłych czytelników. Czyni to głównie za sprawą rymów, do których ma niebywały talent. U niej nawet i najbardziej skandaliczne połączenia wydają się być skrojone na miarę. W całym tym zbiorze każdy odnajdzie coś dla siebie. Bez względu na to, czy gustujemy w bardziej zwierzęcych utworach, czy jesteśmy zaintrygowani tańcem, a może instrumentami muzycznymi... wszystko to znajdziemy w tej książce. Dla zachowania ładu i składu podzieloną ją więc na podgrupy, gdzie każda z części traktuje o czymś innym. Większość utworów ma charakter czysto rozrywkowy- bawi, wzrusza. Inne natomiast próbują przekazać nam pewną mądrość, ukierunkować na właściwe zachowania. Najbardziej intrygujące jest chyba drugie dno scenicznego spektaklu odnośnie Śpiącej Królewny. Teoretycznie każdy z nas jest tego świadom, acz z drugiej strony Chotomska rzuca nam morałem prosto w twarz. Na szczególną uwagę zasługuje również „Mikołaj”, w którego wciela się sama autorka i zwraca się ze stron swojej książki bezpośrednio do czytelnika. Bardzo mile puszcza do nas oczko, dzięki czemu treść staje się jeszcze bardziej przystępna. Przyjemnie prezentują się również opowiadania, gdzie króluje wyobraźnia i dowolność interpretacyjna. Tutaj najbardziej zachwyca „Leonek i Lew”, który teoretycznie traktuje o zwyczajnej dziecięcej zabawie, a jednak potrafi zaprezentować prawdziwą odwagę. Jednakże nie ma co traktować wszystkiego na poważnie, bo nawet i w swoich prozach autorka nie może zapomnieć o miłości do rymowania. Także również i w nich odnajdziemy ulubione wierszyki, które powtarzało i powtarzać będzie każdego dziecko.
Źródło: Nasza Księgarnia
     To na co nie trudno zwrócić uwagę podczas zapoznawania się z „Wanda Chotomska dzieciom” to zdecydowanie najcudowniejsze w świecie rysunki. Ich autorem jest sam Artur Gulewicz, który specjalizuje się w odzwierciedlaniu treści książki dla dzieci, a który pracował przy „Zwariowanych pojazdach”. Jednakże jego aktualne dzieło, to zupełnie inny świat. Pełen rozmazanych linii, pełen kanciastych kształtów. Trochę tu ładu, a trochę chaosu, a to wszystko zależy od charakteru konkretnego utworu. Jedną z najciekawszych prac jest z pewnością ta do „Hipopotam”, gdzie prozaiczne, wręcz dziecięce ilustracje przykryte zostają błotnistymi kropkami. Jednakże to dopiero przy „Pan Listopad” ilustrator pobawił się formą łącząc zdjęcia z rysunkami. Tym samym uzyskał zaskakujący, ale jakże świetny efekt. Z każdej ze stron bije pełne spektrum kolorystyczne, co z pewnością przykuwa uwagę. A wszelkie krągłości, kanciki, czy rozmycia, jak najbardziej dodają uroku całej publikacji. Oby więcej takich kreacji!
     Zbiór twórczości od Wandy Chotomskiej to książka zaiste wyjątkowa. Mowa tu o ptakach, dziecięcej wyobraźni, czy starczej niedołężności. Książka zachwyca pomysłami na łączenie słów we wspaniałe, wpadające w ucho rymowanki, które pozostają w pamięci na wiele lat- o czym przekonać mogły się starsze pokolenia. „Wanda Chotomska dzieciom” to nie tylko zbiór życiowych mądrości, czy zabawnych historyjek. Książka ta to również pole do popisu dla ilustratora, który w każdą ze stron tchnął życie i nadał historii wyjątkowego charakteru. Każdy kto stanie się posiadaczem tej publikacji nie będzie zawiedziony, a wręcz przeciwnie. Będzie do niej powracał i po stokroć, a wraz z nim jego dzieci. I dzieci jego dzieci. Wspaniała i godna polecenia dla każdego!

Ocena: 5/6
Recenzja dla wydawnictwa Nasza Księgarnia!

Tytuł oryginalny: Wanda Chotomska dzieciom / Ilustrator: Artur Gulewicz / Wydawca: Nasza Księgarnia / Gatunek: dziecięce / ISBN 978-83-10-13251-2 / Ilość stron: 288 / Format: 165x215mm
Rok wydania: 2017 (Świat)

wtorek, 13 czerwca 2017

Książka #447: Gizelle. Moje życie z bardzo dużym psem, aut. Lauren Fern Watt

     Świat dzieli się na trzy typy ludzi- tych, którzy kochają psy, tych, którzy wolą koty, a także takich co mają gdzieś istoty żywe i robią im krzywdę na każdym kroku. Osobiście należę do tej pierwszej grupy i cieszę się, że są na tym świecie tacy ludzie jak Lauren Fern Watt. Młoda kobieta, która przed 20stką poznała swoją najlepszą przyjaciółkę i była z nią w jej najpiękniejszych chwilach. W końcu napisała książkę o ich wspólnych przygodach, nadając jej tytuł „Gizelle. Moje życie z bardzo dużym psem”.

      Gdy Lauren miała 19 lat matka, która sama przed sobą nie chciała się przyznać do problemu alkoholowego, sprawiła jej uroczego szczeniaka. Dała jej na imię Gizelle, na część księżniczki Disneya, która trafiła ze swojego bezpiecznego bajkowego świata prosto do miejskiej rzeczywistej dżungli. Szybko się okazało, że suczka będzie gigantycznym psem, jak to mają w zwyczaju mastify angielskie, gdy już jako 3-miesięczny szczeniak ważyła 22kg. Lauren i Gizelle były niemalże nierozłączne. Dziewczyna zabrała swojego psiaka nawet do Nowego Jorku, gdzie przeniosła się zaraz po skończeniu college'u. Kiedy na psią towarzyszkę spadła straszliwa diagnoza, Lauren postanowiła spełnić jej największe marzenia.
     „Gizelle. Moje życie z bardzo dużym psem” jest jedną z takich książek, że od razu staje się oczywiste- wypłaczemy sobie na niej oczy. Oczywiście ci, którzy choć odrobinę lubią zwierzaki, bo bezduszne zwyrodnialce będą się naśmiewać nawet z takiej historii. Jednakże, zanim spadnie na nas straszliwa trauma, którą odczuwać będziemy wraz z bohaterką i jednocześnie autorką musimy wpierw pokochać ten duet. Jak można tego nie poczuć kiedy jest się z dziewczynami od pierwszej ich wspólnej chwili. Cieszymy się każdą ich radością i smucimy każdą tragedią. Na szczęście tych drugich było bardzo niewiele, dzięki czemu możemy nauczyć się dokładnie tego samego co Lauren- radości z życia. Tę młodą kobietę i jej ukochanego psa połączyła niesamowita więź. Więź, której pozazdrości im każdy, a niewielu ma szansę doświadczyć- bez względu na to czy z psem, czy z człowiekiem. Jest to rewelacyjny przykład na terapeutyczną moc psiaków, których bezwarunkowa miłość dodaje nam skrzydeł i motywuje do zmian, do stawania się lepszymi. Lauren, piękna i młoda o wielu marzeniach i niekoniecznie wysokiej wierze w siebie. Sporo przeżyła podczas tych wspólnych lat z Gizelle i z zawziętością odhaczała kolejne punkty z listy rzeczy do zrobienia. Mieszkanie? Praca? Mężczyzna przy boku? Najlepsza przyjaciółka? Wszystko jest! Jednakże dopiero, gdy przychodzi do realizacji marzeń suczki odczuwamy prawdziwą moc tej powieści. To nie tylko siła jaką znalazła w sobie Lauren, aby w końcu dorosnąć i inaczej spojrzeć na swoje życie, ale również i przepiękna siła więzi z Gizelle, które odmieniła jej życie i dała moc do działania.
     Nie mniej, na pewnym etapie historii, a w zasadzie przez zdecydowaną większość uwaga zdecydowanie bardziej skupia się na Lauren. Oczywiście, psiak istnieje w jej życiu i nie daje o sobie zapomnieć, ale z drugiej strony nie poświęca się jej aż tak dużo uwagi. Można by oczekiwać, że miłość do Gizelle będzie się aż wylewać z każdej kartki... Jednakże odmiana ma przyjść dopiero później. Rozsądnym jest wzięcie pod uwagę, że skupia całej uwagi na relacjach z psem mogłoby być na dłuższą matę męczące, dlatego też Fernie inaczej poprowadziła tę historię. Dzięki temu mamy w niej niemalże wszystko, czego można oczekiwać od powieści obyczajowych i rasowych wyciskaczy łez. Trudno będzie to przyznać, ale książki o zwierzętach lubią wyciskać łzy, a „Gizelle” sprawia, że zalewamy się nimi jeszcze na długo przed pożegnaniem.
     Czytanie książek opartych o wydarzenia prawdziwe jest o tyle fajne, że można się spokojnie odnaleźć w rzeczywistości w jakiej rozgrywa się akcja. Jeśli jest to jeszcze książka biograficzna lub autobiograficzna, a autor uraczy nas jakimiś smaczkami, to wykorzystując moc internetu można odnaleźć właściwe elementy układanki. Lauren odsyła nas do swojego Instagrama, a przy okazji bombarduje nas solidną dawką zdjęć, dzięki czemu poznać można zarówno ją, jak i Gizelle, a dodatkowo można zobaczyć te niesamowite proporcje, przez które nazywa swojego psiaka „minicooperem”. Urocze.
     „Gizelle. Moje życie z bardzo dużym psem” to naprawdę wyjątkowa historia. Niepozorna dziewczyna i jej przyjaciółka, zdecydowanie należąca do tych, co przytłaczają swoimi gabarytami. Połączyła je niezwykła więź, a teraz czytelnicy mogą poczuć tę magię wraz z nimi. Ta powieść to również rzesza wspaniałych ludzi, których ta dwójka spotkała na drodze, ale przede wszystkim jest to ciepła opowieść, która nie boi się wyrwać ludziom serca i utopić ich we własnych łzach. Łatwo jest pokochać duet Lauren- Gizelle, łatwo jest cierpieć wraz z nimi, łatwo jej wraz z nimi się śmiać i bawić. Zdecydowanie warta uwagi historia, która wzruszy każdego.

Ocena: 5/6
Recenzja dla wydawnictwa HarperCollins Polska!
harpercollins.pl
Tytuł oryginalny: Gizelle's Bucket List. My Life with a Very Large Dog / Tłumaczenie: Dorota Stadnik / Wydawca: HarperCollins / Gatunek: obyczajowe, biografie / ISBN 978-83-276-2936-4 / Ilość stron: 208 / Format: 195x205mm
Rok wydania: 2017

piątek, 24 marca 2017

Książka #437: Atlas przygód zwierząt, aut. Emily Hawkins, Rachel Williams

 
     Po pełnej przygód wyprawie po atrakcjach największych miast całego świata przyszła pora na wycieczkę przyrodniczą w trakcie której zobaczymy najbardziej i najmniej rozpoznawalne zwierzęta, jakie żyją na naszym globie. „Atlas przygód zwierząt” to pomysł autorek licznych książeczek dla dzieci, opowieści o dinozaurach i o podwodnych krainach. Zrealizowana we współpracy z utalentowaną ilustratorką pracującą przy tworzeniu innych atlasów to kolejna z propozycji dla najmłodszych poszukiwaczy przygód.

      Konstrukcja książki jest bardzo prosta, jak każdego jednego atlasu- mapa świata, mapa kontynentu i ewentualne mapy państw z rozpisanymi miastami. W publikacji autorek Emily Hawkins i Rachel Williams kończymy na tych drugich rodzajach mapek, a tam zamiast miast znajdziemy zwierzęcy wysyp. Kiedy już dowiemy się jakie osobniki spotkać można w jakim kraju, możemy przejść do bliższego zapoznania się z niektórymi z nich, aby naszą przygodę zwieńczyć małym testem z tego jak wiele wyciągnęliśmy z tej przyrodniczej wyprawy.
     Książka oferuje całą masę przygód, niczym biuro podróży czekając na wybranie przez nas kontynentu, tudzież kraju, który pragniemy odwiedzić. Dla ułatwienia podjęcia decyzji niektóre z nich zebrane zostały w czytelny spis treści z podziałem kontynentalnym. I tak dla przykładu w Afryce będziemy mogli popływać z sardynkami, a w Azji czekać będzie na nas okazja wspinaczki górskiej z pandami wielkimi. Dla spragnionych ekstremalnych wrażeń idealna może być wyprawa do Ameryki Południowej, gdzie można zaryzykować zjedzenie obiadu wraz z anakondą. Szkoda jedynie, że autorki same podejmują z czytelnika decyzję o jakich zwierzętach chciałby poczytać więcej. Może zamiast szukania nowego domu z pszczołami miodnymi wolelibyśmy zmieniać wygląd z traszką marmurkową. Albo syczeć i wyć z diabłami tasmańskimi, a nie budować z altannikami. W końcu w prawdziwym atlasie również nie mamy map przypadkowych krajów. Powinny znaleźć się tutaj wszystkie wymienione na mapie zwierzęta. Proste. Ostatecznie, zazwyczaj wybierane są te już nam znane, o których prawią najrozmaitsze animacje, zamiast przybliżyć nam te bardziej chronione gatunki, o których świat już dawno zdążył zapomnieć.
Źródło: Nasza Księgarnia
      Treść jest jak najbardziej przystępna, w dodatku wypisana sporą i bardzo czytelną czcionką. Ma sporą wartość edukacyjną, bo dzięki niej możemy się dowiedzieć więcej o zwierzętach, o których wydawało nam się, że wiemy już niemalże wszystko. Możemy sięgnąć dalej niż moglibyśmy przypuszczać. Zobaczymy układy tańców godowych rajskich ptaków, poznamy znaki szczególne pomagające odróżnić płeć łosia, a także dowiemy się, że panda za noworodka wygląda niczym różowa świnka. Jest tutaj cała masa ciekawostek, bardzo krótkich ciekawostek, które nie przemęczą, a z łatwością zapadną w pamięć. Brakuje tu odrobiny lekkości, odrobiny humoru.
      Niestety, nawet ilustracje są zdecydowanie za poważne, ale przynajmniej przedstawiają rzecz taką jaka jest. Linie są proste, choć nie trudno dostrzec tu figlarność rysowniczki. Wkrada się lekka asymetria, nawet wręcz niedbałość o szczegóły, ale tak naprawdę nikt na to uwagi nie zwraca. Powodem tego jest wielobarwność każdej ze stron. Gdy już zanurzamy się w poszczególne kraje na nasze wycieczki, to pochłonie nas cała paleta barw- żywych, jak najbardziej energetyzujących. Wszystko po to, aby dać nam porządnego kopa do działania i chęci poznania świata. Udaje się to. Nie jest to jakaś spektakularna oprawa, nie wywołuje zbytnich „ochów” i „achów”, ale przynajmniej nie poraża kanciastością, czy nieumiejętnością doboru barw.
      „Atlas przygód zwierząt” być może nie jest wymarzoną publikacją dla najmłodszych dzieci. Nie spotkamy tutaj fikuśnych anakond uśmiechających się do nas serdecznie, ani niesfornych dzięciołów pukających nas w głowę prosto z kartek książki. Brakuje tutaj pewnej konsekwencji, a przede wszystkim treści powiązanej zresztą przyrodniczej oferty turystycznej. Nie mniej, dzięki wspólnej pracy trzech utalentowanych kobiet otrzymujemy atlas, który zabierze nas w nieznane krainy, prosto do mniej bądź bardziej znanych gatunków zwierząt. A z takimi nietrudno o sporo atrakcji, które zajmą wiele godzin.


Ocena: 4/6
Recenzja dla wydawnictwa Nasza Księgarnia!

nk.com.pl

Tytuł oryginalny: Atlas przygód zwierząt / Tłumaczenie: Maria Pstrągowska / Ilustracje: Lucy Letherland / Wydawca: NaszaKsięgarnia / Gatunek: dziecięce / ISBN 978-83-10-13162-1 / Ilość stron: 88 / Format: 272x370mm
Rok wydania: 2017 (Polska)

wtorek, 3 stycznia 2017

1218. Gdzie jest Dory, reż. Andrew Stanton

      Rybich bohaterów przebojowej animacji “Gdzie jest Nemo?” stworzył 13 lat temu. Andrew Stanton do serca wziął sobie sympatię milionów widzów z całego świata i ponownie wziął do ręki eleganckie rybki akwariowe i rzucił je w wielki oceaniczny świat, aby znowu mogły przeżyć morskie przygody. Jednakże “Gdzie jest Dory” daleko do poprzednika, choć nawet i on nie wywoływał we mnie większego entuzjazmu.
Źródło: Galapagos Films
      Dory (Joanna Trzepiecińska), urokliwa niebieska rybka z brakiem pamięci krótkotrwałej miała cudowne dzieciństwo. Szkoda tylko, że niewiele z niego pamięta- zapomniała nawet o swoich rodzicach. Gdy jednak pewnego dnia wpada jej do głowy swobodne wspomnienie sprzed lat kurczowo trzyma się go z jednym postanowieniem- musi odnaleźć swoich rodziców. Liczy na to, że ponowna wyprawa za ocean wraz z Marlinem (Rafał Sisicki) i jego synem Nemo (Karol Kwiatkowski) przyniesie odpowiednie rezultaty i znowu będzie mogła spędzać czas w płetwach swoich rodziców.
      Nigdy nie przepadałam za kontynuacjami od Disneya. Klasyka powinna zostać klasyką i bez sensu odświeżać ją dowalając kolejne filmy, które zaburzają obraz całości. Dziwne więc, że powstał sequel “Gdzie jest Nemo”, który zauroczył, ale serca mojego nie podbił. Nie jest jednak zaskoczeniem, że skupia się na światełku poprzednika, czyli mega komicznej i fantastycznej Dory, która intryguje także i tym razem. Wkupuje się w nasze serca z łatwością bowiem mamy tutaj zaserwowany największy rozmiękczacz na świecie, czyli bobaskową rybkę. Czy jest coś bardziej słodkiego i uroczego niż pyzaty główny bohater mówiący słodkie bobasowe rzeczy?  Nawet jeżeli jest rybą? Ano, nie ma! Zabawna i słodka za młodu wciąż taką pozostaje. I tyle w temacie Dory, bo reszta jest dobrze znana z pierwszego filmu. Ciągłe zapominalstwo rybci odchodzi trochę na dalszy plan, co odrobinę zadziwia. Najwyraźniej wspomnienie rodziców stało się jakąś magiczną kotwicą dla reszty. A może po prostu za mocno się uderzyła w głowę i piąta klepka wskoczyła na właściwe miejsce. Wygłupom nie ma tutaj końca, aczkolwiek nie jest to w większości przypadków aż tak zabawne. Choć trzeba przyznać, że udawanie śledzia było intrygujące. Nie ma tutaj też i większych zwrotów w akcji, choć poszukiwanie rodziców i swojego dawnego domu przybrało dość ciekawy obrót. Nie mniej, bez zachwytów. 
Źródło: Galapagos Films
      Wciąż jest to piękna animacja. Pełno tu niezwykłych kolorów, których nazw zapewne nie znamy. Wielobarwność morskich stworzeń jest ujmująca, istna plątanina, od której po dłuższym czasie bolą oczy. A same stworzonka… nigdy nie przestanie mnie zadziwiać pomysłowość artystów pracujących dla Disneya i Pixara. Morskim żyjątkom daje się bardzo dużo charakteru i nawet takich bohaterów jak ośmiornica, czy wieloryb można polubić. Przy takich filmach ciężko o realność, ale takie fałszerstwo jestem w stanie zaakceptować. Z takimi odgłosami morskich otchłani cudownie zgrała się muzyka skomponowana przez Thomasa Newmana. Przyjemnie się tego słucha.
      Dubbing do filmu również dobrze się spisał. Znowu usłyszymy Joannę Trzepiecińską, która z pełnym zaangażowaniem i przy świetnej zabawie daje charakternego kopa niezwykłej rybce jaką jest Dory. Niestety, Globisza zastąpił Rafał Sisicki, którego Marlin brzmi zaskakująco podobnie! Kajetan niestety zdążył dorosnąć, więc nie mógł już użyczyć głosu małemu Nemo, ale dzielnie zastępuje go młody kolega Kwiatkowski, który mógłby być jego głosowym bliźniakiem. Wśród nowych bohaterów mamy Hanka ośmiornicę, a wraz z nim charakterystyczny głos Ferdka Kiepskiego aka Andrzej Grabowski. A także i Annę Cieślak, dzięki której dobrze bawiliśmy się w towarzystwie ślepawej wielorybnicy. 
Źródło: Galapagos Films
      Tytuł “Gdzie jest Dory” nie urzekł mnie na tyle, aby chcieć do niego wracać. Więcej emocji wywołał seans krótkometrażowego “Pisklaka”, którego odnajdziemy na płycie DVD z filmem. Sama Dory jest postacią arcy ciekawą,  taką gwiazdą wśród rybek, ale nie udaje się na tym zbudować kolejnego wielkiego hitu. Mnie przynajmniej to nie przekonuje. Pomimo tego, że jest to wartościowe kino o poszukiwaniu siebie i rodziny.  Fajnie się ogląda, bo jest to dobra rozrywka, w dodatku przyjemna dla oka i dla ucha, ale momentami strasznie trąci banałem a niekiedy nawet i nudą.


Ocena: 6/10
Recenzja filmu DVD „Gdzie jest Dory” - dystrybucja Galapagos Films
Film dostępny zarówno na DVD, jak i Blu-Ray


Oryginalny tytuł: Finding Dory / Reżyseria: Andrew Stanton / Scenariusz: Andrew Stanton / Zdjęcia: Jeremy Lasky / Muzyka: Thomas Newman / Dubbing polski: Joanna Trzepiecińska, Rafał Sisicki, Karol Kwiatkowski, Andrzej Grabowski, Anna Cieślak, Rafał Cieszyński, Ewa Błaszczyk, Marek Barbasiewicz, Krzysztof Stelaszyk, Zbigniew Zamachowski, Rudi Schubert / Kraj: USA / Gatunek: Animacja, Przygodowe, Familijne, Komedia
Premiera kinowa: 08 czerwca 2016 (Świat) 17czerwca 2016 (Polska)
Premiera DVD i Blu-ray: 23 listopada 2016

czwartek, 1 grudnia 2016

1214. Fantastyczne zwierzęta i jak je znaleźć, reż. David Yates

      Kiedy zamknęliśmy ostatnią stronę powieści “Harry Potter i Insygnia Śmierci”, gdy obejrzeliśmy ostatnią sekundę drugiej części filmu, wiedzieliśmy, że skończyła się pewna ważna dla nas epoka. Jednakże dziś na półkach księgarń możemy znaleźć kolejny tom o przygodach znanego czarodzieja, a na ekranach kin spin-off o tytule “Fantastyczne zwierzęta i jak je znaleźć”. David Yates znowu staje za kamerą, aby poszerzyć granicę uniwersum Harrego Pottera, ale przede wszystkim na nowo rozbudzić w nas miłość do tego magicznego świata!
Źródło: Warner Bros.
      Newt Skamander (Eddie Redmayne) przybywa do Ameryki z tajemniczą walizką. Nikt nie wie, co za niezwykłości się w niej kryje poza nim samym. Przynajmniej do czasu, gdy na jego drodze nie staje sympatyczny niemag imieniem Jacob Kowalski (Dan Fogler), ubiegający się o kredyt na otwarcie cukierni. Przypadkowo wchodzi w posiadanie walizki, a gdy ją otwiera na ulice Nowego Jorku wydostają się magiczne zwierzęta. Zaczynają one siać zamęt w mieście, co wzbudza zainteresowanie lokalnego Magicznego Kongresu, ale również i mugolskich obywateli. Newt wraz z nowym kompanem i dopiero co poznaną pracownicą kongresu (Katherine Waterston) wyrusza na łowy, ale gdy w dziwnych okolicznościach ginie człowiek oskarżycielskie spojrzenia skupiają się na młodym czarodzieju obwiniając go o przywiezienie do ich kraju dawno niewidzialnej i niezwykle mrocznej istoty.
      Film, który pięknie się ogląda. Film, który początkowo wydaje się być o niczym. W końcu jego fabuła skupia się na człowieku znanym nam z opowieści o Harrym Potterze jedynie z książki, która pojawia się w tej historii, a którą wydał. Niby nic specjalnego, ma to głównie charakter wprowadzający do dalszych wydarzeń- taką przynajmniej warto mieć nadzieję, więc przez większość czasu nic konkretnego się nie dzieje. Akcja jest zdecydowanie zbyt monotonna, choć Yates próbuje zbudować element suspensu wokół postaci Salemian. Przez cały ten czas prób wkręcania nas w klimat opowieści- co oczywiście nie jest zbyt trudne, twórcy zasypują nas dowcipami, wrzucają postaci, które z łatwością uwodzą swoim urokiem nie tylko nas, ale również siebie nawzajem (najwyraźniej film bez wątku romantycznego, to film stracony), ale przede wszystkim dają bardzo dużo czasu na zapoznanie się ze światem magicznym lat 20 i to w dodatku ze światem magicznym w rzeczywistości amerykańskiej. Wszystko po to, aby doprowadzić nas do punktu ostatecznego, w którym to wydaje nam się jakbyśmy oglądali 3-godzinny seans.
Źródło: Warner Bros.
Atmosfera się zagęszcza, akcja nabiera rozpędu- niby jest faktycznie dynamicznie, ale te ostatnie pół godziny wydaje się wlec w nieskończoność. Zdecydowanie za bardzo zostaje to przeciągnięte, najwyraźniej po to, aby ostatecznie stoczyć walkę dobra ze złem- typowo! Nie mogę jednak powiedzieć, że było to nieefektowne- wręcz przeciwnie. Było tak zjawiskowo piękne, tak niesamowicie niepokojące, że trudno było nie siedzieć jak na szpilkach z łomoczącym sercem i wielkim przestrachem na myśl o tym, co lada chwila może się wydarzyć. Ostatecznie dochodzi do pewnego ciekawego twistu, którego nikt się nie spodziewał. Nie tylko z powodu rozwikłania zagadki, o której nie mieliśmy pojęcia, że jakaś w ogóle jest, ale przede wszystkim z uwagi na pojawienie się twarzy, której nie oczekiwaliśmy zobaczyć w tym filmie.
      Najistotniejsze jednak w “Fantastycznych zwierzętach” są jednak zwierzęta. Choć w zasadzie to bardzo często się o nich zapomina. Rewelacyjne jest miejsce ich pobytu, a jaka zabawa przy ich odkrywaniu… Najwięcej frajdy dostarcza chyba Niuchacz, czyli miłośnik błyskotek przypominający krecika. Nie przepuści żadnej okazji, więc niezły z niego kleptoman. W zasadzie cały ten zamęt to jego sprawka! Swoim wyglądem z pewnością najbardziej zachwyca Żmijoptak. Jak sama nazwa wskazuje jest to krzyżówka żmii i ptaka. Cudownie wygląda i jest na tyle zmiennokształtny, że z łatwością dopasowuje się do przestrzeni, w której akurat się znajduje. Gdy do tego dodamy jeszcze uroczego Nieśmiałka przypominającego kiełkujący krzaczek, który… chyba po prostu ma nas doprowadzić do cukrzycy swoją słodkością, to mamy ekipę naprawdę nie z tej Ziemi, a to nawet nie połowa fantastycznego zwierzęcego arsenału kryjącego się w magicznej walizce Skamandera. Każde ze stworzeń wykonane jest w naprawdę unikalny sposób, ale to wciąż mają wygląd potterowski, czyli utknęły na początku XXI wieku i ciężko im technologicznie ruszyć naprzód. W sumie jest w tym szaleństwie metoda, bowiem jeszcze lepiej odczuwa się to magiczne uniwersum. Od razu widać, że tęskniliśmy za czarodziejami i światem Harry’ego Pottera. Pomimo tego, że akcja rozgrywa się w latach 20stych bardzo łatwo wyczuć tę niesamowitą atmosferę- zarówno podczas zwiedzania siedziby MACUSA, jak i podczas przypatrywania się zwierzętom, no i oczywiście przy objawieniu się mrocznej siły. To ostatnie zjawisko było naprawdę spektakularne. Oglądanie tego w 3D musiało naprawdę dać po twarzy!
Źródło: Warner Bros.
      Ten film powinien mieć chyba tytuł “Fantastyczne zwierzęta i jak znaleźć dzięki nim przyjaciela”. Co tam magiczne istoty, ludzie się liczą! A w tym filmie najważniejszy jest jeden- Jacob Kowalski i Dan Fogler, który sprawił, że ta postać jest do zakochania. To po prostu niesamowite jak drugoplanowa rola może zdominować cały film. To przez Foglera się śmialiśmy, to przez niego poczuliśmy chemię na ekranie i to przez niego spociły się nam oczy. Jego reakcje na świat magiczny kwitowane nerwowym podśmiechiwaniem to coś niemożliwie uroczego. To jaki świetny duet tworzy z Alison Sudol, która jest równie urocza i niewinna, to kolejna niesamowita rzecz. Nie ma możliwości, aby ten film tak oczarował widza bez niego. Wszystko dlatego, że Eddie Redmayne gra wciąż tę samą rolę. Jego Newt ma w sobie coś ze Stephena Hawkinga i coś z Einara Wegenera. Przykre. Colin Farrell nie mógł być chyba bardziej denerwujący. Natomiast niespodziewany gość zdecydowanie pasował do swojego stanowiska. Ezra Miller zaskakuje swoim wizerunkiem, a także niepokojem, który wywołuje. Jest w nim coś przerażającego.
Źródło: Warner Bros.
      Nie można uznać “Fantastycznych zwierząt” za nieudane, wręcz przeciwnie. W końcu to świat Harry’ego Pottera. Magia aż kipi z ekranu, a jednocześnie obraz zachowuje sporo realności. Początkowo oczywiście fabuła wydaje się zmierzać donikąd, trudno wyczuć się sens tej opowieści, ale szczęśliwie wszystko nabiera charakteru i wątpliwości znikają w niebyt- choć niektóre wątki wydają się wepchnięte do filmu na siłę. Fascynujący jest przegląd magicznych stworzeń, z których każdy jest inny i wywołuje inne emocje. W połączeniu z ciekawymi, charakternymi postaciami, a także licznymi niespodziankami- także wizualnymi i dźwiękowymi, dostarczonymi przez twórców bez problemu możemy zanurzyć się w ten magiczny świat Nowego Jorku z początków XX wieku.

Ocena: 8/10

Oryginalny tytuł: Fantastic Beasts and Where to Find Them / Reżyseria: David Yates / Scenariusz: J.K. Rowling / Zdjęcia: Philippe Rousselot / Muzyka: James Newton Howard / Obsada: Eddie Redmayne, Katherine Waterston, Dan Fogler, Alison Sudol, Ezra Miller, Samantha Morton, Jon Voight, Colin Farrell / Kraj: USA, Wielka Brytania / Gatunek: Familijny, Fantasy, Przygodowy
Premiera: 12 października 2016 (Świat) 14 października 2016 (Polska)

poniedziałek, 26 września 2016

1211. Księga dżungli, reż. Jon Favreau

      Wszystkie klasyczne animacje Disneya przechodzą ostatnimi czasy wielką metamorfozę. Angażuje się najchętniej oglądane gwiazdy światowego ekranu nie po to, aby podkładały głosy znanym wszystkim postaciom, a żeby zagrały je w prawdziwym filmie aktorskim! Po racjonalnych wyborach z udziałem istot ludzkich trochę zaskakującym wydaje się być urzeczywistnienie animowanych wersji postaci z „Księgi dżungli”. Jednakże dzięki specom od animacji komputerowej klasyczne postacie z poczytnej powieści Rudyarda Kiplinga nabrały zupełnie nowego wymiaru.
Źródło: Galapagos Films
     Mały ludzki chłopiec przyprowadzony do wspaniałej dżungli przez czarną panterę nazywaną Bagheerą znajduje schronienie w watasze wilków z samcem alfa- Akelą. Nadaje mu się imię Mowgli i od tamtej pory jest najbardziej pokracznym, choć jednym z najlojalniejszych członków stada. Gdy po kilku latach na jego ślad trafia siejący postrach tygrys Shere Khan, który pragnie dostać chłopca w swoje szpony, Bagheera postanawia odprowadzić go do najbliższej wioski ludzi, gdzie będzie bezpieczny. Po drodze Mowgli spotyka osobliwych przyjaciół i doświadcza różnych przeżyć nie wiedząc, że jego koci wróg zrobi wszystko, aby ludzkie szczenię wpadło wprost w jego sidła.
     „Księga dżungli” nigdy nie należała do moich najulubieńszych animacji Disneya. W zasadzie... nie mieściła się nawet w pierwszej dziesiątce. Wszystko przez bardzo banalną fabułę, która czyniła rysunkowy pierwowzór bajką o niczym. Z tego też powodu po dziecięcym zawodzie nigdy nie powróciłam do tego tytułu, jednakże tak wiele pozytywnych opinii o najnowszym filmie Jona Favreau skłoniłoby do seansu nawet najbardziej zagorzałego przeciwnika.
Fabularnie niewiele uległo zmianie. Nadal pozostaje to ta sama ckliwa opowieść o lojalności i chęci przynależności do „stada”. Dość to takie... żadne i bez charakteru. Sceny, które denerwowały wcześniej wciąż to robią tylko w zupełnie nowym wymiarze. To co nudziło, nadal wywołuje te same emocje- mam na myśli m.in. akcję z królem Louiem, więc nawet wielokrotne powiększenie bohatera małpiej akcji, a także wprowadzenie rozróby na miarę filmu „2012” nie sprawiło, że można by piać z zachwytu. Pomimo wszystko fajnie, że obraz oferuje szerokie spektrum emocji i nie tylko nudzi, ale poza tym potrafi też świetnie budować napięcie. Nie można też nie wspomnieć o humorze w wykonaniu uzależnionego od miodziku Baloo- to te chwile kiedy naprawdę można się odprężyć i cieszyć z produkcji, bowiem powraca beztroski klimat. Szkoda tylko, że finał jest rozczarowujący. Nie ze względu na odejście od znanego nam zamknięcia, a raczej z powodu kierunku, w którym podążył.
Źródło: Galapagos Films
     Pewne jest jednak to, że film koniecznie trzeba obejrzeć, ale z zupełnie innego powodu niż historia. Bowiem tworząc go postawiono na zupełnie unikatową formę animacji. Cały film to tylko jeden człowiek, kilka rekwizytów i cała masa komputerowej iluzji. To niesamowite jakim sprzętem dysponujemy w dzisiejszych czasach, że potrafi stworzyć coś z niczego i jeszcze tak bardzo to urzeczywistnić. Bo czy ktokolwiek podczas seansu pomyślał, że patrzy na sztuczne liście indyjskiej dżungli? Za to właśnie kochamy kino, za magię, której nam dostarcza. Jeśli jeszcze zobaczymy film w 3D (jakimś cudownym sposobem), to będziemy mogli poczuć jakbyśmy naprawdę przyjechali do dżungli. Każdy jeden liść na każdej jednej palmie, każda jedna kropla deszczu- wszystko wygenerowane bądź zmodyfikowane komputerowo. Inną sprawą są zwierzęta- to raczej oczywiste, że nikt nie wytrenowałby pantery, aby tak przytulała się do dziecka lub niedźwiedzia, żeby dał małemu pływać po rzece na swoim brzuchu. Cóż... mieć świadomość ich animacji to jedno, ale zobaczyć jak to wygląda w filmie to zupełnie coś innego. Każdy ten egzotyczny zwierzak wygląda nie tylko zjawiskowo, ale tak bardzo realnie jakbyśmy oglądali film przyrodniczy. Oczywiście, twórcy wzorowali się na prawdziwych zwierzętach, aby jeszcze bardziej urzeczywistnić postacie. Trzeba przyznać, że efekt jest zachwycający. Zasadniczo to już na etapie załączenia płyty DVD można było być pewnym, że film będzie bardzo udany pod względem wizualnym, bowiem już samo intro zachwycało budową, a także i muzyczną oprawą Johna Debneya.
Źródło: Galapagos Films
     W filmie pojawiają się postaci bardzo dobrze wszystkim znane, a reprezentujące różne oblicza egzotycznej dżungli. To przede wszystkim niesforny, acz bardzo bystry Mowgli, a w tej roli debiutujący- choć jakoś dziwnie znajomy z twarzy Neel Sethi. Ciężko jest mu teraz wróżyć większą karierę aktorską, ale potencjał jest. Tutaj jednak przytłoczony został przez rewelacyjne zwierzęce postaci. Cudowny Bagheera, czyli wielki opiekun w wersji polskiej mówiący bardzo przyjemnym głosem Jana Peszka, który przede wszystkim intryguje swoim wyglądem. Zabawowy, całkowicie wyluzowany misiek zbierający miodek na zimę bez zimy, czyli Baloo to synonim beztroski. Chyba ciekawej brzmi w polskiej wersji w wykonaniu Jerzego Kryszaka. Sporym problemem jest hipnotyzujący wąż Kaa, który najwyraźniej stał się kobietą i niestety... był tak samo beznamiętny jako Scarlett Johanson, jak i Anna Dereszowska. Nie można było tego bardziej wysssssyczeć? Już Harry Potter w „Komnacie tajemnic” miał lepsze syczenie w rękawie. Niebezpieczny Shere Khan był świetnym postrachem nie tylko z wyglądu, ale i z brzmienia zarówno głosem Idrisa Elby, jak i Jana Frycza. Aczkolwiek ten pierwszy ma większą moc. Z kolei dubbingowanie małpiego i jakże chciwego króla Louiego lepiej wyszło Christopherowi Walkenowi. Bardzo sobie cenię zabawy głosowe Piotra Fronczewskiego, którego potrafię rozpoznać w każdej animacji, ale barwa Walkena bardziej pasowała do szalonej małpy rasy King Kong, najwyraźniej. Serio... co to za małpa?!
Źródło: Galapagos Films
     Każdy kto choć raz widział „Księgę dżungli” wie, czego można się spodziewać, więc nie ma opcji o żadne rozczarowanie. Jest to ta sama historia, ale technicznie podkręcona do granic możliwości. Dalej królują te same ukochane piosenki, w lekko odświeżonej formie, a także symbolizm zwierzęcych postaci. Nadal bawią nas pełne radości sceny z misiem Baloo frustruje zachłanność Louiego, a Bagheera jest wzorem do naśladowania. Schematy pozostały te same, ale jak to teraz wygląda... Jeżeli wszystkie filmy animowane zdominowane przez florę i faunę będą się tak prezentować, to ja chcę więcej tej magii, tej zieleni i pojedynczego włosa na sierści wilka, czy tygrysa. I choćby dla cudowności jaką zapewnili spece od efektów trzeba to zobaczyć. Wówczas pewnym jest, że zobaczyliście już w kinematografii zobaczyliście już chyba wszystko, a takich wrażeń nie tylko się nie zapomina, ale też i nie żałuje.

Ocena: 7/10
Recenzja filmu DVD „Księga dżungli” - dystrybucja Galapagos Films


Oryginalny tytuł: The Jungle Book / Reżyseria: Jon Favreau / Scenariusz: Justin Marks / Na podstawie: powieści Rudyarda Kiplinga „Księga dżungli” / Zdjęcia: Bill Pope / Muzyka: John Debney / Dubbing polski: Bernard Lewandowski, Jan Peszek, Jerzy Kryszak, Jan Frycz, Lidia Sadowska, Artur Żmijewski, Anna Dereszowska, Piotr Fronczewski / Kraj: USA / Gatunek: Przygodowy
Premiera kinowa: 04 kwietnia 2016 (Świat) 15 kwietnia 2016 (Polska)
Premiera DVD: 31 sierpnia 2016

Film dostępny na DVD, Blu-Ray oraz Blu-Ray 3D