NOWOŚCI
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą familijne. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą familijne. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 19 czerwca 2018

1249. Coco, reż. Lee Unkrich, Adrian Molina

     Do jednych trzeba dojrzeć, a inne trzeba obejrzeć kilka razy, aby zakochać się po uszy. Oczywiście, pomaga w tym również dobra historia i genialny podkład muzyczny. Z tych powodów wiadomym było, że animacja „Coco” opowiadająca o jednej z najpiękniejszych meksykańskich tradycji, a ostatecznie zdobywczyni Oscara za najlepszą animację ubiegłego roku, będzie niewiarygodnym sukcesem. Twardziele płaczą, antymuzyczni zaczynają tańczyć, a ci co dotychczas nie mieli z tym problemu bliscy są załamania nerwowego. Najnowsza produkcja duetu Unkrich & Molina to emocjonalny rollercoaster, na który na długo zapada w pamięć. 
Źródło: Galapagos Films

     Miguel (Michał Rosiński) pochodzi z przeklętej rodziny. Wiele lat temu jego prapraprababkę i praprapradziadka rozdzieliła muzyka- ona chciała poświęcić się ich córeczce Coco, a on wolał poświęcić się muzyce. Od tamtej pory jego rodzina zajmuje się produkcją butów i chyba jako jedyna w Meksyku całkowicie separuje się od muzyki. Oczywiście, poza Miguelem, bo ten mały chłopiec kocha muzykę i swoją gitarę, a pasję tę zawdzięcza wielkiemu muzykowi Ernesto de la Cruzowi (Bartosz Opania). Kiedy w dniu meksykańskiego dnia zmarłych chłopiec odkrywa kto jest jego praprapradziadkiem postanawia wziąć udział w konkursie talentów. Niestety, niefortunny zbieg wydarzeń sprawia, że Miguel trafia do świata zmarłych i tam poznaje resztę swojej rodziny, a spotkanie to odmieni jego życie na zawsze.

     Aby w pełni zakochać się w „Coco” wystarczą dwa seanse. Wtedy zaczynamy dostrzegać znacznie więcej ponad tą przytłaczającą warstwą wizualną. To właśnie animacja jest tym elementem, który dostrzegamy od razu i który trafia do nas najbardziej. Pełnia kolorów, bardzo kontrastowych, momentami bardzo krzykliwych, dodatkowo urozmaiconych światłem. Pięknie to wygląda, ale prawdziwą moc, która w tym tkwi dostrzegamy dopiero za drugim razem. Przy pierwszym jest to szok, totalne oszołomienie wywołane oczopląsem od nadmiaru wrażeń kolorystycznych. Ciężko zauważyć coś więcej pod tą tęczową produkcją, pomarańczowością kwiatów aksamitek, pstrokatością strażników i bladymi licami kościotrupów. Nie trudno jednak docenić piękno, które w tym tkwi, bo przecież takie jest właśnie meksykańskie święto zmarłych- pełne mocy, światła i koloru.
Źródło: Galapagos Films

Film duetu Unkrich i Molina przedstawia nam tradycję meksykańską nie tylko od strony kolorystycznej. Dias de Muertos to zupełnie inny rodzaj święta niż nasz Dzień zmarłych. To zdecydowanie bardziej kolorowe, bardziej radosne i żywe święto. „Coco” przenosi nas do tej tradycji, w której tworzy się ołtarzyki w domach układając potrawy na stołach, dekoruje się groby zmarłych i zaprasza do wspólnego posiłku ich dusze. Oczywiście, animacja bardzo wiernie oddaje zamysł, ale dodatkowo cudownie interpretuje to, co w niej najważniejsze. Miguel ma rzadką możliwość poznania swoich bliskich i poczucia prawdziwej mocy, jaka tkwi w rodzinnej miłości. Poznaje podwaliny jego rodzimej tradycji, rozumiejąc każdy jej symbol- nawet ten ze zdjęciami bliskich na domowych otłarzykach. Twórcy bardzo sprytnie wykorzystali akurat ten element rytuału, otwierając drzwi dla swojej wyobraźni i rozbudzając ciekawość widza.

Temu najważniejszemu wątkowi towarzyszy również dramat rodzinny, który poróżnił kochających się ludzi, a którego powodem była nie tyle miłość do muzyki, co raczej chora ambicja. Wprowadzenie elementu grozy, do tej jaskrawej animacji całkowicie odmieniło charakter tej opowieści. Widać zdecydowane przejście pomiędzy beztroską, a czyhającym złem, które przychodzi znienacka. Nie mniej, wprowadza sporo zamieszania, a przede wszystkim jeden z najgenialniejszych twistów w historii animacji. Oczywiście, większość się tego spodziewała- wystarczyło wyłapać szczegóły z rozmów, ale i tak... „whooooaaaaaaaaaa!”. I wtedy się zaczyna....
Źródło: Galapagos Films

     … zaczyna się robić naprawdę melancholijnie, oczy nam się pocą i w ogóle szkoda gadać. Przepięknie zanimowane wspomnienia w połączeniu z niezwykle uroczym wykonaniem piosenki „Pamiętaj mnie”- trudno jest się nie rozkleić. I choć meksykańskie rytmy „Un Poco Loco”, „La Llorona” oraz „Corazon” wpadają w ucho i wprawiają w ruch stopy, to jednak pod względem emocjonalnym nic nie przebija „Pamiętaj mnie”. W szczególności, że sterroryzowano nas nią kilkakrotnie, w tym dwa razy w najbardziej odpowiednich do tego momentach, gdy chcemy wypłakać sobie oczy. To bardzo naładowany miłością utwór, który pokazuje prawdziwą moc miłości oraz wspomnień. Rozchwianie emocjonalne gwarantowane!

Wypowiadają się o animacjach za każdym razem powtarzam, że jeżeli dubbing to tylko w takich produkcjach. Nie mamy wtedy uczucia, że głos nie pasuje do konkretnej osoby. Muszę przyznać, że jeżeli chodzi o dobór obsady do polskiej wersji „Coco”, to spisano się tutaj znakomicie. W szczególności, że wszystkie piosenki wykonywali aktorzy! Tak, wiem... szczęka na kolanach! Michał Rosiński spisał się chyba lepiej niż oryginalny Miguel- świetnie! Wrażenia mojej mamy bezcenne: „To Kulesza? Poważnie?!”. Kilka razy, ale jest i to jaka... prawdziwa Meksykanka z charakterkiem. Do tego wszystkiego Maciej Stuhr, który zaczyna dzielnie kroczyć śladami ojca w kwestii dubbingowania filmów i jest jednym z najbardziej rozpoznawalnych głosów w animacjach zaraz za swoim ojcem – Jerzym Stuhrem, oraz Jarosławem Boberkiem.
Źródło: Galapagos Films

     Mało jest takich animacji dla dzieci, które traktują o czymś. Zazwyczaj są to historie z historią raczej banalną, jakich wiele w dzisiejszych czasach. Natomiast „Coco” wnosi coś nowego, daje poznać zupełnie inny świat wraz z jego najciekawszą z tradycji. Oczywiście, wszystko to doprawione odrobiną grozy, ale przede wszystkim tonami słodkości, od której aż niedobrze się robi. Jest to jednak potrzebne dla tej historii i to czyni ją jeszcze bardziej wyjątkową, i emocjonującą. Produkcja Unkricha i Moliny to feeria barw i niesamowitych kompozycji muzycznych Michaela Giacchino. Wszystko podsycone meksykańskimi rytmami i kolorami. Jest żywo, jest zabawnie, jest przede wszystkim... bardzo uczuciowo, bo takiego ciepła i pozytywnych emocji po zakończeniu seansu już dawno nie doświadczyłam ze strony animacji dla dzieci.

Ocena: 8/10
Recenzja filmu DVD „Coco” - dystrybucja Galapagos Films

Oryginalny tytuł: Coco / Reżyseria: Lee Unkrich, Adrian Molina / Scenariusz: Adrian Molina, Matthew Aldrich / Muzyka: Michael Giacchino / Dubbing polski: Michał Rosiński, Maciej Stuhr, Bartosz Opania, Agata Kulesza, Ewa Szykulska, Tomasz Błasiak, Marian Opania, Paweł Wawrzecki, Teresa Lipowska / Kraj: USA / Gatunek: Animacja, Familijny, Przygodowy

Premiera kinowa: 20 października 2017 (Świat) 24 listopada 2017 (Polska)
Premiera DVD: 09 maja 2018

sobota, 10 czerwca 2017

1226. Vaiana: Skarb oceanu, reż. Ron Clements, John Musker

     Wytwórnia Disneya wypuściła na świat najrozmaitsze historie z różnorakich stron świata. Opowieści kosmiczne, o indiańskiej duszy, czy pięknych księżniczek z najbardziej rozpoznawalnych klasycznych baśni, to nic wobec mitologicznych wierzeń starych plemion. Niesamowity duet reżyserski Clements- Musker, którzy sprezentowali małym widzom „Małą Syrenkę”, „Aladyna”, czy „Planetę skarbów”, teraz wyruszają w tereny Oceanii, aby sięgnąć po jej dobrodziejstwa- kulturę, muzykę i mitologię, i stworzyć swój najnowszy hit, „Vaianę: Skarb oceanu”.

Źródło: Galapagos Films
     Młoda dziewczyna imieniem Vaiana (Weronika Bochat) jest jedną z potomkiń dawnego ludu, który przed wieloma laty odkrywał nowe lądy podczas wypraw morskich. Córkę wodza od małego fascynowało morze, ale ojciec skutecznie udaremniał jej wszelkie z nim kontakty. Po tym jak potężny półbóg Maui (Igor Kwiatkowski) skradł serce jednej z wysp oceanu- Té Fiti, uznane zostało za skrajnie niebezpieczne do jakiejkolwiek żeglugi. Niestety, rodzinna wyspa Vaiany znajduje się w niebezpieczeństwie, a dziewczyna nie cofnie się przed niczym, aby ją uratować. Dlatego też odnajduje łódź i wyrusza w ocean na poszukiwanie Mauiego, licząc na to, że pomoże jej zwrócić serce bogini Té Fiti, aby na świat mogły powrócić jasność i urodzaj.
     Kolejny film od Disneya, kolejna niesamowita historia i kolejna silna księżniczka. „Vaianie” daleko jest do klasycznych animacji, które budowały nasze systemy wartości, gdy byliśmy dziećmi. Teraz, idąc z duchem czasu, animacje pomagają tworzyć nowe hierarchie wartości, a przede wszystkim poznawać nowe kultury. Najnowszy film Clementsa i Muskera jest tutaj idealnym do tego przykładem. Nie tylko prezentuje nowy typ księżniczki- niezależnej i odważnej, ale przede wszystkim buduje historię, w której szacunkiem darzy się dziedzictwo kulturowe. Z pozoru opowieść wydawać się może nazbyt banalna, w końcu cóż w niej takiego wyjątkowego poza zwykłymi i niezwykłymi przygodami, które spotkać mogą na oceanie każdego korsarza. Tutaj jednak te wszystkie wydarzenia bardzo dobrze budują postać dając jej nowe doświadczenia i wzbogacając wiedzę. Subtelnie pokazują, że kobieta nie potrzebuje mężczyzny, żeby sobie poradzić, a już na pewno nie półboga (!), ale wciąż powinna umieć przyjąć pomoc, gdy wie, że jej potrzebuje. Morskie wojaże uczą Vaianę nie tylko sztuki dyplomacji, ale również i przekształcają jej świat. Odnajduje w sobie odwagę i zdolność do poświęcenia dla dobra sprawy. Tacy bohaterowie zawsze są godni, aby ich naśladować.
Źródło: Galapagos Films
     Z drugiej zaś strony film niesie za sobą pewną mądrość, a nawet i może być dobrą pomocą naukową w przypadku zbierania wiedzy o dawnych plemionach Oceanii. Twórcy fabułę zbudowali na zagadkowej tysiącletniej przerwie w odkrywczej działalności tamtejszych mieszkańców. Nie bez wpływu pozostają tu również ich wierzenia, które dały życie boskiej postaci Mauiego. „Vaiana” to jednak nie tylko opowieści rodem z Nowej Zelandii, ale przede wszystkim kultura tamtejszych regionów. Ekipa filmowa wybrała się na wyprawę po wyspach, aby poznać tamtą roślinność, tradycję- innymi słowy tamto życie, aby jak najlepiej przenieść to do filmu. Dzięki współpracy z wspaniałymi animatorami udało im się oddać piękno, zieleń i wielobarwność okolic Tahiti, a nawet odrobinę je podkręcić. Również na Tahiti podejrzeli ludowe tańce, które wspaniale ubarwiają produkcję już od pierwszych jej chwil. Jeszcze większą magię buduje najbardziej klimatyczna muzyka, jaka powstać mogła w animacji. Takiego muzycznego fenomenu u Disneya nie było od czasu „Pocahontas”. Tak bardzo przesiąkniętej kulturą polinezyjską muzyki dawno nie słyszał świat. Efekt ten udało się uzyskać genialnej ekipie - Markowi Mancina i Lin-Manuelowi Mirandzie, którzy przy współpracy z Opetaia Foaʻi, wokalistą zespołu Te Vaka wykonującego muzykę świata, stworzyli bardzo radosne, bardzo polinezyjskie, gorące kompozycje. Poza tym niezwykłym podkładem muzycznym usłyszymy również świetne piosenki, z czego w ucho najbardziej wpadają trzy: „Pół kroku stąd (How Far I'll Go)”, „Drobnostka (You're Welcome)” oraz „Błyszczeć (Shiny)”. Wszystkie wykonywane przez obsadę, zarówno w polskiej, jak i oryginalnej wersji językowej. Utwory bardzo melodyjne, choć bardziej przemawiające do człowieka w oryginale. Zawsze fajnie jest posłuchać Maleńczuka, ale skoczność „You're Welcome” z wizją śpiewającego Dwayne'a „The Rocka” Johnsona zdecydowanie jest bardziej skuteczne w swoim przesłaniu.
Źródło: Galapagos Films
     Oglądanie animacji z dubbingiem pierwotnym zawsze jest rewelacyjnym pomysłem. Nie trzeba płakać nad tym, że ewentualne dowcipy nie są dopasowane do polskich realiów, bowiem uwaga skupia się na tym jak perfekcyjnie dopasowano animację postaci do aktorów użyczających im głosu. Zrozumie to każdy, kto widział „Króla Skorpiona” z Dwaynem Johnsonem i pamięta jego biegnącą do góry brew, a później zobaczył ten sam gest na twarzy Mauiego. Oczywiście, polski dubbing sprawdza się bardzo dobrze przy każdej animacji i tutaj nie jest inaczej. Weronika Bochat nie jest może Auli'i Cravalho o hawajskiej urodzie pasującej do filmu, ale jej głos bardzo dobrze radzi sobie w starciu z tą młodą dziewczyną. Igor Kwiatkowski przy okazji występów mariolkowych w Paranienormalnych pokazał nie raz, że potrafi się świetnie bawić zarówno sobą, jak i głosem więc nie miał problemu wcielić się w postać zapatrzonego w siebie, ale też i silnego Mauiego. Maciej Maleńczuk świetnie rozegrał zarówno partie gadane, jak i śpiewane kraba Tamatoy. Z polskiej ekipy ciężko wyobrazić sobie kogoś, kto lepiej pasowałby w to miejsce.

Źródło: Galapagos Films
     „Vaiana: Skarb oceanu” nie jest może wiekopomnym arcydziełem na miarę „Króla lwa”, jest za to kolejnym krokiem, kolejną podróżą po niezbadanych nam lądach. To nie tylko odważna animacja przygodowa pełna niebezpieczeństw i zakrętów, ale również historia, która rozbudzi ciekawość świata oraz wzbogaci naszą wiedzę o kulturę i technikę dawnych plemion wysp pacyficznych. Najnowsza animacja od duetu Clements- Musker z całą siłą poszarpie nas za wszystkie zmysły. Zachwyci nas barwami i realnością przepięknej polinezyjskiej flory, przerazi nas ogromnymi stworami, ale też zainspiruje wyjątkowo radosnymi i skocznymi utworami muzycznymi, które mają w sobie więcej pacyficznego klimatu niż cokolwiek innego w tym filmie. Ekipie rewelacyjnie udało się odwzorować tamtejsze realia, które stanowiły solidny grunt dla opowieści pełnej niebezpieczeństw i humoru.

Ocena: 7/10
Recenzja filmu DVD „Vaiana: Skarb oceanu” - dystrybucja Galapagos Films
Film dostępny na DVD, Blu-Ray i Blu-Ray 3D.


Oryginalny tytuł: Moana / Reżyseria: Ron Clements, John Musker / Scenariusz: Jared Bush / Muzyka: Mark Mancina, Lin-Manuel Miranda, Opetaia Foaʻi / Polski dubbing: Weronika Bochat, Igor Kwiatkowski, Piotr Grabowski, Dorota Stalińska, Magdalena Turczeniewicz, Maciej Maleńczuk / Kraj: USA / Gatunek: Animacja, Przygodowy, Familijny
Premiera kinowa: 23 listopada 2016 (Świat) 25 listopada 2016 (Polska)
Premiera DVD: 10 maja 2017

środa, 1 marca 2017

1221. Mój przyjaciel smok, reż. David Lowery

      Wielu zastanawia się jak stworzyć idealny film dla całej rodziny, który będzie porywał serca, a jednocześnie będzie się kryć za nim mądrość życiowa. Nie od dziś wiadomo, że Disney ma w tym aspekcie spore doświadczenie, co dowiodła m.in. „Mary Poppins”. Swego czasu serca podbijał również uroczy zielony smok Elliott, a wraz z nim cała ekipa rozśpiewanej produkcji Dona Chaffeya. Po prawie 40 latach David Lowery postanawia ponowić sukces i ponownie powraca do tytułu „Mój przyjaciel smok” nadając mu nowy ponadczasowy charakter.
Źródło: Galapagos Films
     Na skutek nieszczęśliwych wydarzeń, mały chłopiec imieniem Pete (Oakes Fegley) ląduje samotnie w ogromnym i mrocznym lesie. Naprzeciw niemu wychodzi niezwykłe stworzenie, zielony smok, który od razu oferuje mu pomoc. Od ich pierwszego spotkania mija 6 lat, a ta dwójka jest nierozłączna. Do czasu, gdy na drodze małego chłopca nie stanie piękna Grace (Bryce Dallas Howard), której ojciec (Robert Redford) opowiada dzieciom w mieście o groźnym smoku mieszkającym w pobliskim lesie, a także urocza Natalie (Oona Lauence), której ojciec kieruje wycinką lasu. Żadne z nich nie zdaje sobie sprawy jak bardzo zmieni się ich życie po tym spotkaniu.
      Nowa wersja „Mój przyjaciel smok”

jest zdecydowanie czymś innym niż pierwowzór z 1977 roku. Na pewno nie jest musicalem- to widać na pierwszy rzut oka. Z pewnością też nie mamy do czynienia z rysunkowym smokiem, a jedynie animowanym, co akurat jest nie do uniknięcia z uwagi na fantastyczny charakter tejże postaci. Nie zmienia się to, że jest to nadal film familijny, który niesie za sobą sporą dozę wartości. W najnowszym filmie kluczowym jest motyw rodziny, chęci przynależenia do społeczności, ale przede wszystkim radzenia sobie z trudnościami napotykanymi w życiu, jakimi z pewnością jest utrata bliskich osób. Niezwykła przyjaźń jaka łączy małego Pete'a i jego smoka- Elliota, staje się typowym wypełniaczem, balsamem na gorejącą ranę. To typowa przyjaźń na śmierć i życie, która niczym nie różni się od tej miłości, którą swojego pana darzy jego pies. Co by nie było, że jest to tylko banalna historyjka, której zakończenie można śmiało przewidzieć już w pierwszej sekundzie po tym jak stopa Grace staje w lesie w okolicy Pete'a koniecznym jest wprowadzenie pewnego napięcia.
Źródło: Galapagos Films

Sposób w jaki buduje je w filmie David Lowery również nie zaskakuje. Chęć zysku i strach przed nieznanym zawsze bierze górę nad rozsądkiem i emocjami. Sceny jak z „Transformers”, czy „King Konga”, które zawsze łapią za serce i wyciskają łzy, sprawdzają się także i tutaj. W czasach proeko nie może również zabraknąć i motywu typu „ratujmy Ziemię i drzewa zostawmy w spokoju”. To już jest mocno przesadzone, ale na szczęście względnie subtelnie to przedstawiono. Względnie.
     Film ma niesamowity klimat porównywalny niemalże z tym z „Władcy Pierścieni”. Całą robotę wykonują tutaj przepiękne zdjęcia krajobrazów. Nie od parady porównanie do filmu Jacksona, bowiem także i „Mój przyjaciel smok” kręcony był w Nowej Zelandii. Niesamowitość gór, cudowność fikcyjnego miasteczka, piękno lasów. Wszystko takie jakie stworzyła natura. Nie to, co w przypadku Elliotta. Choć studio odpowiedzialne za jego ożywienie również ma siedzibę w Nowej Zelandii, to cały wykonany został przez specjalistów od efektów wizualnych. Spora liczba osób pracowała nad nadaniem życia każdemu pojedynczemu włoskowi z 15 milionów znajdujących się na jego skórze. Musiał budzić choć odrobinę sympatii, co niekoniecznie mogłoby się udać, gdyby pokryty był paskudnymi łuskami od stóp do głów. Wytwór fantazji twórców spełnił swój cel. Miał bawić, miał straszyć, miał rozczulać, a przede wszystkim pozostawiać widza z niezrozumiałym uczuciem miłości do tego uroczego stworzenia, które ma w sobie coś z psa, czy kota. To zdecydowanie był najradośniejszy i najbardziej oddany smok, jakiego ostatnimi czasy mogliśmy zobaczyć w kinie. Trudno więc było nie obdarzyć go sympatią i wraz z nim przeżywać wszystkie sytuacje. Z pewnością najlepsza postać filmu.
Źródło: Galapagos Films
     Zdecydowanie smok imieniem Elliott kradnie cały film. Jego emocje widać jak na dłoni, o ile oczywiście obraz nie jest w tym miejscu zbyt ciemny. Obok niego rewelacyjnie radzi sobie mały Oakes Fagley, którego sierocy wygląd i historia zdecydowanie uderzają w najczulsze struny i wzbudzają w człowieku matczyne uczucia. Nic dziwnego, że poszła na to Bryce Dallas Howard, która zazwyczaj charakteryzuje się obojętnymi rolami, momentami zbyt przesadzonymi, a tutaj idealnie komponuje się z klimatem i charakterem swojej postaci. No może jest odrobinę przesłodzona i taka delikatna, że aż strach pomyśleć, czy ją źdźbło trawy nie zabije. Zaskakującą rolę spełnia tutaj Karl Urban, który wypada bardzo atrakcyjnie, a przy okazji charakternie. Co innego Wes Bentley, który chyba całą swoją tajemniczość i osobowość zostawił na planie serialu „American Horror Story”.
Źródło: Galapagos Films
     „Mój przyjaciel smok” wywołuje bardzo skrajne emocje. Niczym prawdziwy wyjadacz kina familijnego potrafi rozczulić, rozbawić, a także wykrzesać odrobinę grozy. Trudno jest stwierdzić, czy podobny efekt udałoby się uzyskać, gdyby nie postać Elliotta. Choć historia Pete'a jest wstrząsająca i już od pierwszych minut wyciska łzy z oczu, to smok nadaje całej opowieści sporo uroku i magii. To ostatnie udało się osiągnąć również dzięki muzyce Daniela Harta oraz wspaniałym nowozelandzkim plenerom. Film nie pozostawia pustki po seansie- wręcz przeciwnie. Finał nie pozostawia złudzeń, typowy dla tytułów jego pokroju. Ma pozostawiać widza z przyjemnymi uczuciami i z takimi je właśnie pozostawia.

Ocena: 8/10
Recenzja filmu DVD „Mój przyjaciel smok” - dystrybucja Galapagos Films

Oryginalny tytuł: Pete's Dragon / Reżyseria: David Lowery / Scenariusz: Toby Halbrooks, David Lowery / Zdjęcia: Bojan Bazelli / Muzyka: Daniel Hart / Obsada: Oakes Fegley, Bryce Dallas Howard, Robert Redford, Oona Laurence, Wes Bentley, Karl Urban / Kraj: USA / Gatunek: Przygodowe, Fantasy, Familijne
Premiera kinowa: 10 sierpnia 2016 (Świat) 12 sierpnia 2016 (Polska)
Premiera DVD: 18 stycznia 2017

wtorek, 3 stycznia 2017

1218. Gdzie jest Dory, reż. Andrew Stanton

      Rybich bohaterów przebojowej animacji Gdzie jest Nemo?” stworzył 13 lat temu. Andrew Stanton do serca wziął sobie sympatię milionów widzów z całego świata i ponownie wziął do ręki eleganckie rybki akwariowe i rzucił je w wielki oceaniczny świat, aby znowu mogły przeżyć morskie przygody. Jednakże Gdzie jest Dory” daleko do poprzednika, choć nawet i on nie wywoływał we mnie większego entuzjazmu.
Źródło: Galapagos Films
      Dory (Joanna Trzepiecińska), urokliwa niebieska rybka z brakiem pamięci krótkotrwałej miała cudowne dzieciństwo. Szkoda tylko, że niewiele z niego pamięta- zapomniała nawet o swoich rodzicach. Gdy jednak pewnego dnia wpada jej do głowy swobodne wspomnienie sprzed lat kurczowo trzyma się go z jednym postanowieniem- musi odnaleźć swoich rodziców. Liczy na to, że ponowna wyprawa za ocean wraz z Marlinem (Rafał Sisicki) i jego synem Nemo (Karol Kwiatkowski) przyniesie odpowiednie rezultaty i znowu będzie mogła spędzać czas w płetwach swoich rodziców.
      Nigdy nie przepadałam za kontynuacjami od Disneya. Klasyka powinna zostać klasyką i bez sensu odświeżać ją dowalając kolejne filmy, które zaburzają obraz całości. Dziwne więc, że powstał sequel “Gdzie jest Nemo”, który zauroczył, ale serca mojego nie podbił. Nie jest jednak zaskoczeniem, że skupia się na światełku poprzednika, czyli mega komicznej i fantastycznej Dory, która intryguje także i tym razem. Wkupuje się w nasze serca z łatwością bowiem mamy tutaj zaserwowany największy rozmiękczacz na świecie, czyli bobaskową rybkę. Czy jest coś bardziej słodkiego i uroczego niż pyzaty główny bohater mówiący słodkie bobasowe rzeczy?  Nawet jeżeli jest rybą? Ano, nie ma! Zabawna i słodka za młodu wciąż taką pozostaje. I tyle w temacie Dory, bo reszta jest dobrze znana z pierwszego filmu. Ciągłe zapominalstwo rybci odchodzi trochę na dalszy plan, co odrobinę zadziwia. Najwyraźniej wspomnienie rodziców stało się jakąś magiczną kotwicą dla reszty. A może po prostu za mocno się uderzyła w głowę i piąta klepka wskoczyła na właściwe miejsce. Wygłupom nie ma tutaj końca, aczkolwiek nie jest to w większości przypadków aż tak zabawne. Choć trzeba przyznać, że udawanie śledzia było intrygujące. Nie ma tutaj też i większych zwrotów w akcji, choć poszukiwanie rodziców i swojego dawnego domu przybrało dość ciekawy obrót. Nie mniej, bez zachwytów. 
Źródło: Galapagos Films
      Wciąż jest to piękna animacja. Pełno tu niezwykłych kolorów, których nazw zapewne nie znamy. Wielobarwność morskich stworzeń jest ujmująca, istna plątanina, od której po dłuższym czasie bolą oczy. A same stworzonka… nigdy nie przestanie mnie zadziwiać pomysłowość artystów pracujących dla Disneya i Pixara. Morskim żyjątkom daje się bardzo dużo charakteru i nawet takich bohaterów jak ośmiornica, czy wieloryb można polubić. Przy takich filmach ciężko o realność, ale takie fałszerstwo jestem w stanie zaakceptować. Z takimi odgłosami morskich otchłani cudownie zgrała się muzyka skomponowana przez Thomasa Newmana. Przyjemnie się tego słucha.
      Dubbing do filmu również dobrze się spisał. Znowu usłyszymy Joannę Trzepiecińską, która z pełnym zaangażowaniem i przy świetnej zabawie daje charakternego kopa niezwykłej rybce jaką jest Dory. Niestety, Globisza zastąpił Rafał Sisicki, którego Marlin brzmi zaskakująco podobnie! Kajetan niestety zdążył dorosnąć, więc nie mógł już użyczyć głosu małemu Nemo, ale dzielnie zastępuje go młody kolega Kwiatkowski, który mógłby być jego głosowym bliźniakiem. Wśród nowych bohaterów mamy Hanka ośmiornicę, a wraz z nim charakterystyczny głos Ferdka Kiepskiego aka Andrzej Grabowski. A także i Annę Cieślak, dzięki której dobrze bawiliśmy się w towarzystwie ślepawej wielorybnicy. 
Źródło: Galapagos Films
      Tytuł Gdzie jest Dory” nie urzekł mnie na tyle, aby chcieć do niego wracać. Więcej emocji wywołał seans krótkometrażowego Pisklaka”, którego odnajdziemy na płycie DVD z filmem. Sama Dory jest postacią arcy ciekawą,  taką gwiazdą wśród rybek, ale nie udaje się na tym zbudować kolejnego wielkiego hitu. Mnie przynajmniej to nie przekonuje. Pomimo tego, że jest to wartościowe kino o poszukiwaniu siebie i rodziny.  Fajnie się ogląda, bo jest to dobra rozrywka, w dodatku przyjemna dla oka i dla ucha, ale momentami strasznie trąci banałem a niekiedy nawet i nudą.


Ocena: 6/10
Recenzja filmu DVD „Gdzie jest Dory” - dystrybucja Galapagos Films
Film dostępny zarówno na DVD, jak i Blu-Ray


Oryginalny tytuł: Finding Dory / Reżyseria: Andrew Stanton / Scenariusz: Andrew Stanton / Zdjęcia: Jeremy Lasky / Muzyka: Thomas Newman / Dubbing polski: Joanna Trzepiecińska, Rafał Sisicki, Karol Kwiatkowski, Andrzej Grabowski, Anna Cieślak, Rafał Cieszyński, Ewa Błaszczyk, Marek Barbasiewicz, Krzysztof Stelaszyk, Zbigniew Zamachowski, Rudi Schubert / Kraj: USA / Gatunek: Animacja, Przygodowe, Familijne, Komedia
Premiera kinowa: 08 czerwca 2016 (Świat) 17czerwca 2016 (Polska)
Premiera DVD i Blu-ray: 23 listopada 2016

czwartek, 1 grudnia 2016

1214. Fantastyczne zwierzęta i jak je znaleźć, reż. David Yates

      Kiedy zamknęliśmy ostatnią stronę powieści “Harry Potter i Insygnia Śmierci”, gdy obejrzeliśmy ostatnią sekundę drugiej części filmu, wiedzieliśmy, że skończyła się pewna ważna dla nas epoka. Jednakże dziś na półkach księgarń możemy znaleźć kolejny tom o przygodach znanego czarodzieja, a na ekranach kin spin-off o tytule Fantastyczne zwierzęta i jak je znaleźć”. David Yates znowu staje za kamerą, aby poszerzyć granicę uniwersum Harrego Pottera, ale przede wszystkim na nowo rozbudzić w nas miłość do tego magicznego świata!
Źródło: Warner Bros.
      Newt Skamander (Eddie Redmayne) przybywa do Ameryki z tajemniczą walizką. Nikt nie wie, co za niezwykłości się w niej kryje poza nim samym. Przynajmniej do czasu, gdy na jego drodze nie staje sympatyczny niemag imieniem Jacob Kowalski (Dan Fogler), ubiegający się o kredyt na otwarcie cukierni. Przypadkowo wchodzi w posiadanie walizki, a gdy ją otwiera na ulice Nowego Jorku wydostają się magiczne zwierzęta. Zaczynają one siać zamęt w mieście, co wzbudza zainteresowanie lokalnego Magicznego Kongresu, ale również i mugolskich obywateli. Newt wraz z nowym kompanem i dopiero co poznaną pracownicą kongresu (Katherine Waterston) wyrusza na łowy, ale gdy w dziwnych okolicznościach ginie człowiek oskarżycielskie spojrzenia skupiają się na młodym czarodzieju obwiniając go o przywiezienie do ich kraju dawno niewidzialnej i niezwykle mrocznej istoty.
      Film, który pięknie się ogląda. Film, który początkowo wydaje się być o niczym. W końcu jego fabuła skupia się na człowieku znanym nam z opowieści o Harrym Potterze jedynie z książki, która pojawia się w tej historii, a którą wydał. Niby nic specjalnego, ma to głównie charakter wprowadzający do dalszych wydarzeń- taką przynajmniej warto mieć nadzieję, więc przez większość czasu nic konkretnego się nie dzieje. Akcja jest zdecydowanie zbyt monotonna, choć Yates próbuje zbudować element suspensu wokół postaci Salemian. Przez cały ten czas prób wkręcania nas w klimat opowieści- co oczywiście nie jest zbyt trudne, twórcy zasypują nas dowcipami, wrzucają postaci, które z łatwością uwodzą swoim urokiem nie tylko nas, ale również siebie nawzajem (najwyraźniej film bez wątku romantycznego, to film stracony), ale przede wszystkim dają bardzo dużo czasu na zapoznanie się ze światem magicznym lat 20 i to w dodatku ze światem magicznym w rzeczywistości amerykańskiej. Wszystko po to, aby doprowadzić nas do punktu ostatecznego, w którym to wydaje nam się jakbyśmy oglądali 3-godzinny seans.
Źródło: Warner Bros.
Atmosfera się zagęszcza, akcja nabiera rozpędu- niby jest faktycznie dynamicznie, ale te ostatnie pół godziny wydaje się wlec w nieskończoność. Zdecydowanie za bardzo zostaje to przeciągnięte, najwyraźniej po to, aby ostatecznie stoczyć walkę dobra ze złem- typowo! Nie mogę jednak powiedzieć, że było to nieefektowne- wręcz przeciwnie. Było tak zjawiskowo piękne, tak niesamowicie niepokojące, że trudno było nie siedzieć jak na szpilkach z łomoczącym sercem i wielkim przestrachem na myśl o tym, co lada chwila może się wydarzyć. Ostatecznie dochodzi do pewnego ciekawego twistu, którego nikt się nie spodziewał. Nie tylko z powodu rozwikłania zagadki, o której nie mieliśmy pojęcia, że jakaś w ogóle jest, ale przede wszystkim z uwagi na pojawienie się twarzy, której nie oczekiwaliśmy zobaczyć w tym filmie.
      Najistotniejsze jednak w Fantastycznych zwierzętach” są jednak zwierzęta. Choć w zasadzie to bardzo często się o nich zapomina. Rewelacyjne jest miejsce ich pobytu, a jaka zabawa przy ich odkrywaniu… Najwięcej frajdy dostarcza chyba Niuchacz, czyli miłośnik błyskotek przypominający krecika. Nie przepuści żadnej okazji, więc niezły z niego kleptoman. W zasadzie cały ten zamęt to jego sprawka! Swoim wyglądem z pewnością najbardziej zachwyca Żmijoptak. Jak sama nazwa wskazuje jest to krzyżówka żmii i ptaka. Cudownie wygląda i jest na tyle zmiennokształtny, że z łatwością dopasowuje się do przestrzeni, w której akurat się znajduje. Gdy do tego dodamy jeszcze uroczego Nieśmiałka przypominającego kiełkujący krzaczek, który… chyba po prostu ma nas doprowadzić do cukrzycy swoją słodkością, to mamy ekipę naprawdę nie z tej Ziemi, a to nawet nie połowa fantastycznego zwierzęcego arsenału kryjącego się w magicznej walizce Skamandera. Każde ze stworzeń wykonane jest w naprawdę unikalny sposób, ale to wciąż mają wygląd potterowski, czyli utknęły na początku XXI wieku i ciężko im technologicznie ruszyć naprzód. W sumie jest w tym szaleństwie metoda, bowiem jeszcze lepiej odczuwa się to magiczne uniwersum. Od razu widać, że tęskniliśmy za czarodziejami i światem Harry’ego Pottera. Pomimo tego, że akcja rozgrywa się w latach 20stych bardzo łatwo wyczuć tę niesamowitą atmosferę- zarówno podczas zwiedzania siedziby MACUSA, jak i podczas przypatrywania się zwierzętom, no i oczywiście przy objawieniu się mrocznej siły. To ostatnie zjawisko było naprawdę spektakularne. Oglądanie tego w 3D musiało naprawdę dać po twarzy!
Źródło: Warner Bros.
      Ten film powinien mieć chyba tytuł “Fantastyczne zwierzęta i jak znaleźć dzięki nim przyjaciela”. Co tam magiczne istoty, ludzie się liczą! A w tym filmie najważniejszy jest jeden- Jacob Kowalski i Dan Fogler, który sprawił, że ta postać jest do zakochania. To po prostu niesamowite jak drugoplanowa rola może zdominować cały film. To przez Foglera się śmialiśmy, to przez niego poczuliśmy chemię na ekranie i to przez niego spociły się nam oczy. Jego reakcje na świat magiczny kwitowane nerwowym podśmiechiwaniem to coś niemożliwie uroczego. To jaki świetny duet tworzy z Alison Sudol, która jest równie urocza i niewinna, to kolejna niesamowita rzecz. Nie ma możliwości, aby ten film tak oczarował widza bez niego. Wszystko dlatego, że Eddie Redmayne gra wciąż tę samą rolę. Jego Newt ma w sobie coś ze Stephena Hawkinga i coś z Einara Wegenera. Przykre. Colin Farrell nie mógł być chyba bardziej denerwujący. Natomiast niespodziewany gość zdecydowanie pasował do swojego stanowiska. Ezra Miller zaskakuje swoim wizerunkiem, a także niepokojem, który wywołuje. Jest w nim coś przerażającego.
Źródło: Warner Bros.
      Nie można uznać Fantastycznych zwierząt” za nieudane, wręcz przeciwnie. W końcu to świat Harry’ego Pottera. Magia aż kipi z ekranu, a jednocześnie obraz zachowuje sporo realności. Początkowo oczywiście fabuła wydaje się zmierzać donikąd, trudno wyczuć się sens tej opowieści, ale szczęśliwie wszystko nabiera charakteru i wątpliwości znikają w niebyt- choć niektóre wątki wydają się wepchnięte do filmu na siłę. Fascynujący jest przegląd magicznych stworzeń, z których każdy jest inny i wywołuje inne emocje. W połączeniu z ciekawymi, charakternymi postaciami, a także licznymi niespodziankami- także wizualnymi i dźwiękowymi, dostarczonymi przez twórców bez problemu możemy zanurzyć się w ten magiczny świat Nowego Jorku z początków XX wieku.

Ocena: 8/10

Oryginalny tytuł: Fantastic Beasts and Where to Find Them / Reżyseria: David Yates / Scenariusz: J.K. Rowling / Zdjęcia: Philippe Rousselot / Muzyka: James Newton Howard / Obsada: Eddie Redmayne, Katherine Waterston, Dan Fogler, Alison Sudol, Ezra Miller, Samantha Morton, Jon Voight, Colin Farrell / Kraj: USA, Wielka Brytania / Gatunek: Familijny, Fantasy, Przygodowy
Premiera: 12 października 2016 (Świat) 14 października 2016 (Polska)