NOWOŚCI
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą eleganckie widowisko. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą eleganckie widowisko. Pokaż wszystkie posty

sobota, 30 września 2017

1239. Strażnicy Galaktyki vol. 2, reż. James Gunn

     Kinowe Uniwersum Marvela rozszalało się na dobre, kiedy do ekipy dołączyli „Strażnicy Galaktyki”. 3 lata temu wzbudzali zachwyt wśród widowni i krytyków, którzy pokochali nie tylko historię, ale przede wszystkim nietuzinkowych bohaterów. Teraz James Gunn powraca z najnowszą odsłoną ich przygód, bowiem ta nietypowa rodzina wyrzutków społecznych ponownie ratuje wszechświat przed złem i nikczemnością. „Strażnicy Galaktyki vol. 2” to film z kategorii „bardziej”- bardziej emocjonujący, bardziej dynamiczny i jeszcze bardziej zakręcony.
Źródło: Galapagos Films

     Ekipa Star-Lorda (Chris Pratt) zyskała sławę po tym jak ostatnim razem udało im się ocalić galaktykę przed Ronanem oraz kamieniem nieskończoności. Teraz dostają kolejne zlecenia, ale ich nieokrzesane zachowanie ściąga na nich gniew zleceniodawców, którzy ścigają ich przez połowę kosmosu. Przed zbliżającą się zgubą ratuje ich tajemniczy mężczyzna. Oni sami jednak uszkadzają statek i zmuszeni są lądować na nieznanej sobie planecie. Podczas gdy Rocket (Bradley Cooper) wraz z Grootem (Vin Diesel) próbują podreperować statek, Peter wraz zresztą drużyny wyrusza na planetę Ego (Kurt Russell), gdzie poznaje swoje korzenie oraz przeznaczenie. Tymczasem poprzez galaktykę pędzą za nimi najemnicy z Yondu (Michael Rooker) na czele, którzy nie cofną się przed niczym, aby sowicie zarobić na zleceniu.
     James Gunn nie osiada na laurach. Świadomy tego, że postawił sobie wysoko poprzeczkę chciał przeskoczyć pierwszy film albo chociaż uczynić go równie zaskakującym i zachwycającym co pierwszy. Ewidentnie widać, że plany skończyły się sukcesem i pod wieloma względami „Strażnicy Galaktyki vol. 2” przebijają pierwszy film. Co najbardziej zaskakujące, udaje się tutaj uniknąć problemów wielu innych sequeli, ponieważ ten jeszcze bardziej rozbudowuje swoich bohaterów, prezentuje ich przemianę w najlepszy z możliwych sposobów, a do tego dokłada równie porywającą historię przewodnią wokół, której kumulują się działania postaci filmu. Nie jest to ten sam kotlet odgrzany ponownie, to pełnoprawna kontynuacja mogąca szczycić się najlepszą wśród tegorocznych sequeli.
Źródło: Galapagos Films

Wszystko co niedopowiedziane w części pierwszej w końcu znajduje rozwiązanie. W najnowszym filmie Gunna bohaterowie będą jednoczyć się w rozwikłaniu tajemnicy pochodzenia Petera Quilla. I już na tym etapie fabuła ciekawie się rozwarstwia. Nie tylko poznajemy ojca, ale również odnajdujemy nowego Star-Lorda i wyjaśnienie jego przetrwania po akcji z kamieniem nieskończoności. Nie tylko dostajemy potężnego złoczyńce, ale zostaje on zestawiony również ze skokami w przeszłość. Zaledwie jeden wątek z wielu w tym filmie, a dostarcza najrozmaitszych emocji, tak bardzo ze sobą sprzecznych. Przy okazji tej historii wychodzi zupełnie inna relacja, która przyprawia o zawrót głowy, ale przede wszystkim o potok łez.
Zawieszona w kosmosie opowieść Gamory i Nebuli również znajduje swój ciąg w tym tytule. W końcu mamy okazję poznać bliżej niebieską część córeczek Thanosa, a także zrozumieć motywy jej działania. Nierzadko była też obiektem drwin ze strony towarzyszy podróży, co akurat nie jest dziwne, a i jej towarzysze raczej czarne poczucie humoru mają. Czasami odnosi się wrażenie, że jej postać jest jedynie zapychaczem, aby inni mieli okazję się wykazać, ale na szczęście szybko to mija, gdy przychodzi do faktycznej rozgrywki.
Źródło: Galapagos Films

Największą przemianę przeszła chyba postać Draxa. Oczywiście, twórcy nie zapominają dlaczego w ogóle znalazł się w tej bandzie nieszczęśników, ale dają mu coś innego- poczucie humoru. Tym sposobem przy większości wiekopomnych chwil, czy chociażby każdej innej sytuacji wymagającej powagi, wkracza Drax ze swoim pokrętnym wtrąceniem rozwalającym cały system i rozśmieszającym wszystkich, na sali oczywiście. Niby śmiertelnie poważny, ale tak bardzo nieporęczny z wyczuciem chwili. O dziwo to bawi, ale co jeszcze dziwniejsze momentami też drażni, gdy sięga do przesady. Nie mniej, jego dyskusja na temat brzydoty Mantis to największy hit tej odsłony „Strażników...”. Takich scen jest za dużo, aby wszystkie wymieniać, ale koniec końców tym razem to Drax jest tym, który skupia najwięcej uwagi, bo najbardziej bawi swoimi komentarzami. Inną istotą, mogącą bardziej zachwycać niż on jest sam Groot. On zachwyca bezustannie, ale teraz jest małym drzewkowym dzieciątkiem. Jego zachowania porównywać można z półtorarocznym dzieckiem, który teoretycznie rozumie, ale jakby nie do końca. Wzbudza największe instynkty macierzyńskie, kiedy dzieje mu się krzywda. Aż ma się ochotę wejść na plan i poklepać go pocieszająco po ramieniu, ewentualnie ululać do snu.
Film porusza jeszcze całą masę innych tematów, czy to bunt załogi Yondu, jego odrzucenie z kręgu najemników- jego prawdziwej rodziny, jego niesamowitą relację z Rocketem, czy też dziwaczne zachowania Sprzymierzonych (BTW co to w ogóle za jedni?!). I co zaskakujące, pomimo tego, że jest tutaj cała masa historii pobocznych, wszystkie idealnie się ze sobą przeplatają, wzajemnie uzupełniają i dzięki temu nie ma się wrażenia przeładowania- wręcz przeciwnie, jest jeszcze bardziej intrygująco i dynamicznie.
Źródło: Galapagos Films

    Dorównując swojemu poprzednikowi „Strażnicy Galaktyki vol. 2” są równie dynamiczni, równie kolorowi i równie zachwycający muzycznie. Efekciarstwo w tym filmie jest pierwszorzędne, aczkolwiek przeładowanie grafiką znajduje również ujście w jakiejś pokrace. Niestety, nie udało się tego uniknąć i niestety finałowa akcja na Ego jest tego przykładem. Mocno rozdrażniający pokaz mocy, który jest ukłonem dla lat osiemdziesiątych, z tym muszę się zgodzić, ale finalnie jak dla mnie jest jedynie zapychającą i przesadną popisówką. Pięknie natomiast wygląda tutaj kosmos. Każda jedna planeta, a planeta Ego to już w ogóle pokaz najcudowniejszych piękności wszechświata. Zachwycają barwy, zachwyca animacja, która wygląda naprawdę realistycznie, jakbyśmy siedzieli na jednej z tych asteroidek i obserwowali z niej bezmiar cudownego kosmosu. A dużo się w nim dzieje. Szalone pościgi, jeszcze bardziej szalone wybuchy i od groma innych kosmicznych atrakcji, które przyciągną uwagę każdego.
Bezzaprzeczalną zaletą „Strażników Galaktyki” jest ich oprawa muzyczna. Z jednej strony genialny podkład muzyczny Tylera Batesa, a z drugiej... rewelacyjny zlepek najlepszych kawałków muzycznych. Do tego świetnie dopasowane do scen akcji, jak chociażby wspaniała akcja na statku Yondu w rytmie „Come a Little Bit Closer” w wykonaniu Jay and the Americans, też „Mr. Blue Sky” z niezwykłym układem tanecznym Groota i szalejącą w tle walką z gigantycznym potworaskiem, czy też „The Chain” nadający grozy chwilowemu rozstaniu przyjaciół. Utwory mniej lub bardziej znane współczesnemu odbiorcy, które latami biegały po falach radiowych lub też nie. Świetnie tutaj spełniają swoją rolę i udowadniają, że kompozycje niekoniecznie tematycznie powiązane z fabuła filmu, czy jej linią czasową, mogą idealnie się sprawdzić i nadawać dodatkowego charakteru.
Źródło: Galapagos Films

     „Strażnicy Galaktyki vol. 2” to autentycznie film niezwykły. Czysta rozrywka podrasowana intrygującą fabułą. James Gunn poszedł o krok dalej, chcąc dać widzowi nowe powody do miłości do tego filmu, a być może nawet przekonać do niego jego zagorzałych przeciwników. Niegdysiejsi wrogowie stają się sojusznikami, a wszystko przez coraz większy rozwój postaci oraz ich relacji. To nie są ci sami Strażnicy co w pierwszymi filmie. Są mądrzejsi o nowe doświadczenia, a co za tym idzie jeszcze bardziej zabawni, jeszcze bardziej angażujący się oraz bardziej intrygujący. To wszystko, jak zawsze, w najwspanialszej oprawie studia Marvela, czyli masa wybuchów, feeria światła i barw, a także rewelacyjny dobór ścieżki dźwiękowej. I to wszystko zawstydzić powinno inny największy, kosmiczny hit- „Star Wars”.
Ocena: 8/10
Recenzja filmu DVD „Strażnicy Galaktyki vol. 2” - dystrybucja Galapagos Films
Film dostępny również na Blu-Ray oraz Blu_Ray 3D.

galapagos.com.plOryginalny tytuł: Guardians of the Galaxy vol. 2 / Reżyseria: James Gunn / Scenariusz: James Gunn / Zdjęcia: Henry Braham / Muzyka: Tyler Bates / Obsada: Chris Pratt, Zoe Saldana, Dave Bautista, Bradley Cooper, Vin Diesel, Kurt Russell, Michael Rooker, Karen Gillan, Pom Klementieff, Sylvester Stallone, Elizabeth Debicki, Chris Sullivan, Sean Gunn / Kraj: USA / Gatunek: Akcja, Sci-Fi
Premiera: 19 kwietnia 2017 (Świat) 05 maja 2017 (Polska)
Premiera DVD: 20 września 2017

poniedziałek, 4 września 2017

1237. Piękna i Bestia, reż. Bill Condon

     Magiczne to uczucie móc przeżywać te same emocje, których doznawało się za dziecka. Pokolenie wychowane na bajkach Disneya ma ostatnimi czasy prawdziwą uciechę, kiedy to ich ulubiona wytwórnia wypuszcza na ekrany unowocześnione i jak najbardziej żywe reprodukcje znanych i ukochanych historii. Spośród tak wielu, to „Piękna i Bestia” zasługuje na szczególną uwagę. Oczarowała nas przed laty i ponownie czaruje- scenografią, nowymi piosenkami, a także... niesamowitą obsadą. Miłość odżywa, nie tylko na ekranie, ale również w naszych sercach.
Źródło: Galapagos Films
     Młoda dziewczyna imieniem Bella (Emma Watson), bez matki, ale za to z najbardziej natrętnym adoratorem w mieście. Powszechnie uznawana za „dziwną”, ale również niesamowicie piękną skradła serce Gastonowi (Luke Evans). Kiedy jej ojciec zostaje pojmany przez straszliwą bestię i uwięziony w mrocznym pałacu za kradzież róży, bez mrugnięcia okiem zajmuje jego miejsce za kratami. Początkowo okrutny i agresywny książę zaklęty w Bestię, szybko zmienia swoje oblicze kiedy wskutek niefortunnego zbiegu okoliczności wzajemnie ratują sobie z Bellą życie. Od tamtej chwili stają się nierozłączni, a zarówno dla Bestii, jak i jego przyjaciół zaklętych w pałacowe sprzęty użytkowe pojawia się nadzieja na zdjęcie straszliwego czaru zanim opadnie ostatni płatek róży.
     Historia „Pięknej i Bestii” jest wciąż żywa. Wciąż niesie za sobą ponadczasowe przesłanie, które sprawdzało się kilka wieków temu, sprawdzające się również i teraz. Opowieść o miłości do pozazdroszczenia, o miłości ponad podziałami i pomimo wszelakich przeszkód- z czego największą jest straszliwa klątwa rzucona na przystojnego księcia, a czyniącego z niego przerażającą Bestię. To też film dający pstryczka w nos narcyzmowi, ale uaktualniona do współczesnych wciąż problematycznych tematów LGBT. I choć można by się przyczepić do tych minimalnych zmian fabularnych w filmie, to nie można im zarzucić bezcelowości, czy braku logiki. Rewelacyjnym pomysłem staje się odnowiona wersja wstępu do filmu i przedstawienie historii Bestii, rozszerzenie wizyty Maurycego w zamku Bestii, a jeszcze bardziej genialnie wypada jeden z prezentów od wróżki, który rzuca zupełnie nowe światło na postać Belli, która dotychczas była taka, bo tak! Wszystkie te udoskonalone wydarzenia stają się idealnym tłem na urozmaicenie filmowych postaci. Dodają im dramatyzmu u finału historii, gdzie twórcy postanowili pójść o krok dalej niż ci od animacji z 1991 roku. Jednakże najbardziej magiczne w tym filmie jest zobaczenie cudowności, jakie oferuje współczesne kino, a które było mocno ograniczone na poziomie animacji. Sceny wyczekiwane przez nas przez lata, upragnione do obejrzenia na wielkim ekranie, upamiętnione przez prawdziwe kamery i, co oczywiste, efekty grafiki komputerowej, które robią spektakularne wrażenie.
Źródło: Galapagos Films
     Oglądanie tego na wielkim ekranie kinowym, a potem ponownie przeżywanie tych emocji w domowym zaciszu jest prawdziwym wydarzeniem. Wizualnie film dopieszczony jest pod każdym możliwym względem. Co prawda dogłaszczanie Bestii poszło w niebezpiecznym kierunku, momentami zakrawając o pewną przesadę, ale i tak nie zmienia faktu, że idealnie komponował się do całego wizerunku filmu i tego osiemastowiecznego obrazu Francji. Przepiękne scenografie pełne zamkowego przepychu, postawione naprzeciw subtelności zwyczajnej prowincji. Wszystkie lokalizacji niesamowicie malownicze i jakże magiczne, z tymi okwieconymi polanami, zaśnieżonymi lasami, czy oświetlonymi blaskiem świec pałacowymi korytarzami i salami. Na tym tle dzieją się rzeczy niezwykłe. Wszyscy z niecierpliwością wyczekiwali sceny obiadowej będącej kwintesencją całej magii filmu, gdzie efekty leją się strumieniami, a widz chyba tylko cudem nie doznaje oczopląsu. I tylko tańczącej w rytm muzyki Belli zabrakło w tym wydaniu. Wszyscy z zapartym tchem spoglądali na scenę na sali balowej, która jak najbardziej spełniła oczekiwania nie tylko emocjonalne, ale również i wizualne. Udana zabawa światłem i cieniem, i złotem, i chabrem. Cudowności! Kostiumolodzy również nie próżnowali. Naszych bohaterów obdarzyli najpiękniejszymi strojami, jakie można było zobaczyć w filmach fabularyzowanych na podstawie klasycznych animacji. Nowy wizerunek Belli zachwycał i dodawał jej lekkiego pazura. Złota suknia balowa stała się jeszcze bardziej złota niż można było sobie wyobrazić! Dla panów również skapnęło kilka przepięknych kombinacji, a zważywszy na czasy osiemnastowiecznej Francji, w których to akcja się toczy, twórcy mogli puścić wodze fantazji materiałowej i kolorystycznej, i wspaniale ubrać zarówno księcia, jak i Bestię, a nawet i nieokiełznanego Gastona, który prezentował się o wiele lepiej niż w wersji animowanej.
Źródło: Galapagos Films
     „Piękna i Bestia” miała chyba najbardziej zachwycającą muzykę i piosenki ze wszystkich animacji Disneya. W tej kwestii nic się nie zmieniło. Oprawa muzyczna ponownie wynosi film na wyżyny, a my ponownie usłyszymy najbardziej ulubione motywy. Gdyby tego było mało powracają również kultowe piosenki, w całkiem ciekawym brzmieniu w wykonaniu aktorów („Belle” w wersji Emmy Watson, czy chociażby „Be Our Guest” a'la Ewan McGregor), a także odrobinę urozmaicone, jak w przypadku „Gaston”. Jednakże to co najbardziej zachwyca to zupełnie nowe utwory, które z marszu wpadają w ucho i stają się jednością z pozostałymi. Subtelność Kevina Claine'a śpiewającego „How Does a Moment Last Forever”, czy niezwykle przejmujący aranż Dana Stevensa w piosence „Evermore”. Pojawił się jednak pewien koszmarek, który jest ledwo znośny w oryginale, a całkowicie nie do strawienia w wersji polskiej w głosie Małgorzaty Walewskiej. „Aria”, o tobie mówię! I to nie dlatego, że nie przepadam za operami, to po prostu strasznie odstaje od reszty. Szczęśliwie jednak dla całego filmu tragedia ta ma miejsce u początku seansu więc szybko zostaje zgnieciona przez pozostałe genialne utwory.
Źródło: Galapagos Films
     Czasami chciałoby się zapomnieć o tym, że niektóre produkcje filmowe zostają zmasakrowane dubbingiem. Nigdy nie rozumiałam sensu podkładania głosu do filmu, gdzie przecież patrzymy na żywych ludzi i w większości sytuacjach wiemy, jak brzmią ich głosy. Cóż. Dlatego wspaniałością jest posiadanie własnego egzemplarza filmu, gdzie będzie można wybrać wersję w jakiej chce się go obejrzeć. Widząc „Piękną i Bestię” w obu wersjach stwierdzam, że oryginał wypada milion razy lepiej! Po prostu. Luke Evans jest totalnie seksowny, a jednocześnie denerwujący w swoim lukeowoevansowym brzmieniu i wyglądzie. Emma Watson wciąż jest odrobinę beznamiętna, ale za to wyjątkowo piękna w wersji a'la Bella. Natomiast Dan Stevens to zupełnie inny przypadek. Ja wiem, że wiele kobiet zachwycało się jego personą po seansie „Gość”, ale osobiście nie uznaję go za wyjątkowo pięknego. Jak dla mnie wygląda na lekkiego szaleńca, co podkreśla jedynie słuszność wyboru go do roli Davida w serialu „Legion”. To tylko podkreślało wrażenia obłąkania, kiedy w końcu ujrzeliśmy jego niebestyjne lico!
Źródło: Galapagos Films
     „Piękna i Bestia” nie jest tym filmem sprzed lat. Brak mu tego czegoś, co sprawia, że seans jest momentami dość męczący. Może powód kryje się w przydługich wstępach, przeładowaniu wątkami, czy licznymi zmianami wprowadzonymi przez nowych scenarzystów, a może po prostu zbyt wielkie emocje łączą nas z poprzednikiem. Wciąż pamiętam cudowną oryginalną wersję animacji, nieprzykrytą polskim dubbingiem, a jedynie lektorem. Pamiętam tę niesamowitą kreskę, tutaj zastąpioną efektami komputerowymi, które robią nie mniejsze wrażenie. Nadal zachwycają piosenki, które pokochał cały świat i cały świat nuci pod nosem. Wielbiciele wersji Kirka Wise'a i Gary'ego Trousdale (w tym ja) mogą być jednak zadowoleni z tego, co zrobił Bill Condon. Wniósł współczesnej świeżości do tej klasycznej historii, nadając jej zupełnie nowym wymiar i pokazując bohaterów w zupełnie innym świetle.

Ocena: 7/10
Recenzja filmu DVD „Piękna i Bestia” - dystrybucja Galapagos Films
Film dostępny zarówno na DVD, jak i Blu-Ray

Oryginalny tytuł: Beauty and the Beast / Reżyseria: Bill Condon / Scenariusz: Stephen Chbosky, Evan Spiliotopoulos / Zdjęcia: Tobias A. Schliessler / Muzyka: Alan Menken / Obsada: Emma Watson, Dan Stevens, Luke Evans, Kevin Kline, Josh Gad, Ewan McGregor, Ian McKellen, Emma Thompson / Dubbing polski: Olga Kalicka, Kamil Kula, Damian Aleksander, Krzysztof Dracz, Jacek Bończyk, Marian Opania, Małgorzata Walewska / Kraj: USA / Gatunek: Romans, Musical, Fantasy
Premiera kinowa: 23 lutego 2017 (Świat) 17 marca 2017 (Polska)
Premiera DVD i Blu-ray: 17 sierpnia 2017

poniedziałek, 21 grudnia 2015

1198. Gwiezdne Wojny: Przebudzenie mocy, reż. J.J. Abrams

     Pierwsze dźwięki klasycznego utworu skomponowanego przez Johna Williamsa, żółte napisy wjeżdżające na ekran, ale przede wszystkim gromkie brawa na sali. Wszystko to dla powracającego po latach wielkiego tytułu, który zna każdy kinoman- chociażby ze słyszenia. Za kontynuację fantastycznej sagi wziął się sam J.J. Abrams, który kolejny raz zaskakuje i sprawia, że nie tylko on sam poczuł przebudzenie mocy, ale poczuli to również i fani. „Gwiezdne wojny: Przebudzenie mocy” to zdecydowanie jeden z największych, o ile nie największych filmów tego roku, który pozostawia widza z efektem WOW!
Źródło: Starwars.com
     Darth Vader został pokonany, choć po trzydziestu latach Najwyższy Porządek władany ciemną stroną mocy sieje postrach w całej galaktyce za sprawą zamaskowanego Kylo Rena (Adam Driver). Przeciwko niemu staje Ruch Oporu, którego generałem jest sama księżniczka Leia Organa (Carrie Fisher). Aby przywrócić równowagę mocy zawzięcie poszukuje swojego brata- Luke'a Skywalkera (Mark Hamill), który zaginął bez śladu. W tym celu wysyła swojego najlepszego pilota (Oscar Isaac) mającego znaleźć miejsce jego pobytu. Kiedy zostaje schwytany przez wroga z pomocą przychodzi mu zbuntowany szturmowiec (John Boyega), który najbardziej w świecie chce wyrwać się spod tyranii ciemnej strony mocy. Podczas ucieczki trafia na planetę Jakku, gdzie spotyka niezwykłą dziewczynę imieniem Rey (Daisy Ridley), a przy niej poszukiwanego przez wszystkich robota BB-8, któremu pilot przekazał mapę.
     Kiedy dwa miesiące temu przez internety przeszła informacja o przedsprzedaży biletów w siódmą część sagi „Gwiezdne wojny” bilety rozeszły się w rekordowym tempie! W weekend otwarcia film zarobił więcej niż „Jurassic World”, czy kolejna odsłona „Avengersów”. Nie ma dziwne, w końcu na ten film fani czekali od dekady! Czy świeże spojrzenie Abramsa sprostało ich oczekiwaniom? Tutaj opinie są podzielone. Pewne jest natomiast to, że kultowa saga powraca w wielkim stylu, w dodatku w trójwymiarze (!), całkowicie wykupując się z porażki drugiej trylogii. 
Źródło: Starwars.com
     Wielu narzeka na wtórność fabuły, do której ja osobiście nie mam zamiaru się przyczepiać, bo oczywiście- w przeciwieństwie do niektórych, nie nadrabiałam wcześniejszych filmów przed seansem „Przebudzenia mocy”. Można by się z pewnością przyczepić do motywu przewodniego fabuły, gdzie całość kręci się według podstawowego pytania „Gdzie jest Luke Skywalker?!”. To pytanie zadawaliśmy sobie nie tylko przed seansem- bo nie pokazywał się w żadnych materiałach promocyjnych, a także przez cały seans. Bohaterowie oczywiście namiętnie nam przypominają, że to jego szukają przez cały film, bo szczęśliwie, gdzieś pomiędzy wspaniałą akcją zapominamy o tym, jakże istotnym, elemencie. Zapominamy tak szybko, że w zasadzie u finału wpada nam do głowy myśl, czy Ruch Oporu nie będzie go szukał czasem przez całą nową trylogię. To oczywiście byłoby totalnie głupim zagraniem, ale cóż... nie całkiem nieprawdopodobnym. Banalność tego wątku jest jednak dość irytująca i mamy nadzieję, że nie będzie to bazą całej produkcji.
     No i nie mylimy się. W końcu mamy tutaj nie tylko poszukiwania Skywalkera, ale także i całą masę pobocznej akcji, wśród których króluje kolejne pytanie stawiane przez Abramsa „Kim do cholewki jasnej jest Rey?!”. Postać bardzo enigmatyczna, o której praktycznie nic nie wiadomo, a której wątek nie rozwiązuje się wraz z końcem filmu. Można mieć pewne podejrzenia i oczywiście w sieci już krążą teorie spiskowe, co do jej pochodzenia. Dodatkowo jest to dziewczyna, która w trakcie zwiastuna sprawia wrażenie całkowicie nijakiej potrafi świetnie zaskoczyć! Daisy Ridley zdecydowanie za bardzo przypomina Keirę Knightley, można nawet stwierdzić, że to jej takie kosmiczne alter ego, bo nie dość, że wygląd to jeszcze brzmienie głosu wraz z akcentem, no i oczywiście ta lekkość w obyciu. Ostatecznie okazuje się być bardzo interesującą postacią, która świetnie prezentuje się na ekranie niemalże z każdym, począwszy od BB-8, przez Finna, na Hanie Solo skończywszy. Jednakże to właśnie z tym drugim tworzy genialny, komediowy duet. Interakcja między nimi jest tak fascynująca, że szybko wywróżyć można im wspólną przyszłość. Finn jako jednostka jest nie mniej frapujący. Od początku widać jego wewnętrzny konflikt, co do przynależności do rzeszy Szturmowców i ich poczynań. Ostatecznie się odłącza i chce się schować w najciemniejszych czeluściach galaktyki! Zdecydowanie za szybko nawiązuje się nić przyjaźni pomiędzy nim a Poe (Oscar Isaac), no ale taka to najwyraźniej jest męska solidarność. 
Źródło: Starwars.com
     Twórcy zrobili coś naprawdę niezwykłego z tym filmem. Czy był ktoś na sali kinowej kto nie wzruszył się pojawieniem się Hana i Chewbacci na Sokole Millenium? Cała sekwencja była chyba najgenialniejszą z całego filmu! Uczucie sentymentu powróciło, a łezka kręciła się na ponowne spotkanie z Hanem, Leią i Chewbaccą. No dobra... z Leią może mniej, bo wciąż pozostaje najbardziej nijaką w całej sadze. Jednakże dwójka z Sokoła... twórcy najzabawniejszych wymian zdań w filmie. Oczywiście poza bieganiem za rączkę Rey z Finnem, czy wymiany kciuków „Lubię to!” pomiędzy Finnem i BB-8- na czego widok cała sala wybuchła śmiechem i od razu zadurzyła się w tym kulistym robociku. Wookie po raz pierwszy miał baaardzo rozbudowane kwestie. Rozgadał się niesamowicie, a jego reakcje były tak realistyczne, że trudno było nie przeżywać wraz z nim! Trzeba przyznać, że „Przebudzenie mocy” ubarwione zostaje tym niezwykle subtelnym i lekkim poczuciem humoru.
     Ciemna strona mocy to coś, co zawsze mocno podkreślano w poprzednich filmach. A to Lord Vader, a to Anakin Skywalker, o którym chcemy zapomnieć ze wzgląd na tragicznego Haydena Christensena... Teraz, w nowej trylogii według Abramsa, mamy godnego zastępcę- Kylo Rena. Postać tak bardzo kontrowersyjna bowiem jeszcze młoda, nie przesiąknięta na wskroś złem, choć niektóre jego wybory... nie szokują co prawda, ale wciąż zawodzą! Kylo to przykład postaci, która całą swoją grozę kryje w masce, helmecie, który tak bardzo przypomina vaderowski czepiec. Ten zmodyfikowany głos, te wszystkie ruchy, to panowanie nad mocą i ten świetlisty miecz, z którego śmiano się już na etapie pierwszego zwiastuna, jaki pojawił się w sieci. Wszystko to sprawia, że ma szansę stać się wielkim czarnym charakterem na miarę Dartha Vadera. 
Źródło: Starwars.com
Tak przynajmniej się wydaje do chwili, kiedy się go uczłowiecza, czyli do momentu kiedy ściąga swoją maskę i tak objawia się nam zupełnie nijakie, młodzieńcze oblicze Adama Drivera. No i jeszcze to całkowicie banalne i nie siejące grozy imię... Z drugiej strony można zrozumieć taki sposób prezentacji jego osoby, z uwagi na jego całkowite rozdarcie pomiędzy dobrem i złem. Nie jest to do końca czarny charakter, przynajmniej jeszcze nie teraz, widać, że targają nim młodociane problemy psychiczne i w sumie fajne jest to, że zarówno Driver, jak i twórcy starają się tak urzeczywistnić tę postać. Dla mnie jednak Kylo Ren pozostanie idealny tylko w masce i od piątkowego seansu staram się wyprzeć z pamięci fakt, że w ogóle zdjął maskę! 
     Skoro ciemna strona mocy, to oczywiście Najwyższy Porządek i wszelkie próby przejęcia władzy nad galaktyką, choć tak naprawdę całość uwagi skupia się na odnalezieniu Luke'a Skywalkera, bo wiadomo- zagrożenie, które przesądzić może o wyniku wielkiej wojny! Z tego też powodu dochodzi do najrozmaitszych scen walk- czy to w małej skali na miecze świetlne, czy z prawdziwym rozmachem pod postacią strzelanek międzygwiezdnych. Wszystko bardzo dynamiczne, nie dające się nudzić ani przez chwilę. Z napięciem obserwujemy ataki wroga, z przerażeniem spoglądamy na te niesamowicie cudowne zdjęcia z walk, bo nie ulega wątpliwości, że pod względem efektów film ten robi spektakularne wrażenie. W szczególności jak ogląda się to wszystko w IMAX. Wszystko jest takie duże, tak idealnie wypieszczone, przez co film wchodzi na całkiem nowy level wykonania. Zapomnijcie o karykaturalnych robocikach z drugiej trylogii, teraz mamy cudownego BB-8, który bije na łeb na szyje zarówno R2D2, jak i C3PO. Zapomnijcie o dziwacznym Jar-Jar Binksie, którego wielu znienawidziło, bo teraz mamy przeuroczą starowinkę w wielkich goglach Maz Kanatę. I choć oczywistym jest, że grafika komputerowa to zapewne 90% filmu, jak i nie więcej, to nie ulega wątpliwości, że została ona wykorzystana bardzo subtelnie i realistycznie, bo chyba nic bardziej nie zachwyca wizualnie w tym filmie, jak pustynne tereny Jakku obłożone metalicznymi zwłokami pojazdów z „Powrotu Jedi”. 
Źródło: Starwars.com
     Nic tak nie ekscytuje, jak wybranie się w końcu do kina na film, na który czekało się wiele lat. W szczególności, gdy okazuje się być to nie lada wydarzeniem. Fani poprzebierani za ulubione postaci, oklaski na rozpoczęcie i zamknięcie filmu, no i oczywiście niesamowite emocje, które towarzyszą podczas samego seansu. „Przebudzenie mocy” to tytuł, który dostarczył wszystkich tych wrażeń i z pewnością wkroczył na zupełnie inny poziom emocjonalności. Wszechstronność postaci na tyle wyrazistych, aby wnieść sobą coś nowego do fabuły; niesamowite poczucie humoru; sentyment, do którego twórcy nawołują fanów sagi; spektakularne, ale też i nieprzesadzone kosmiczne starcia, no i oczywiście cała gama wrażeń muzycznych i wizualnych, to wszystko sprawia, że jest to obraz niemalże idealny. Gdyby tylko nie lekka banalność, gdyby tylko Kylo Ren nie zdjął maski...

Ocena: 8/10

Oryginalny tytuł: Star Wars: The Force Awakens / Reżyseria: J.J. Abrams / Scenariusz: J.J. Abrams, Lawrence Kasdan, Michael Arndt / Zdjęcia: Daniel Mindel / Muzyka: John Williams / Obsada: Daisy Ridley, John Boyega, Harrison Ford, Carrie Fisher, Adam Driver, Oscar Isaac, Lupita Nyong'o, Mark Hamill, Andy Serkins, Domhall Gleeson, Anthony Daniels, Peter Mayhew, Gwendoline Christie, Simon Pegg / Kraj: USA / Gatunek: Sci-Fi, Przygodowy
Premiera: 14 grudnia 2015 (Świat) 18 grudnia 2015 (Polska)

niedziela, 31 sierpnia 2014

1144. Dawca pamięci, reż. Phillip Noyce

Tytuł oryginalny: The Giver
Reżyseria:
Phillip Noyce
Scenariusz:
Michael Mitnick, Robert B. Weide
Na podstawie: powieści Loisa Lowry'ego „Dawca”
Zdjęcia: Ross Emery
Muzyka: Marco Beltrami
Kraj: USA
Gatunek: Sci-Fi, Dramat
Premiera: 11 sierpnia 2014 (Świat) 22 sierpnia 2014 (Polska)
Obsada: Jeff Birdges, Meryl Streep, Brenton Thwaites, Alexander Skarsgård, Katie Holmes, Odeya Rush, Cameron Monaghan, Taylor Swift

     W dzisiejszych czasach bardzo dużo mówi się o przyszłości naszej cywilizacji. Twórcy filmowi i pisarze wykorzystują więc aktualną tendencję dbania o to, aby świat jutra w ogóle był rzeczą realną i prześcigają się w coraz to ciekawszych pomysłach pokazywania widzom, co by się stało w przyszłości, gdyby nasze starania się nie powiodły, albo co gorsza- udały się aż za bardzo. Przykładem tego drugiego jest najnowszy film Phillipa Noyce'a o tytule „Dawca pamięci”, dla którego bazą była znana i poczytna powieść Loisa Lowry'ego.