NOWOŚCI
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ekranizacja komiksu. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ekranizacja komiksu. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 5 listopada 2017

1241. Wonder Woman, reż. Patty Jenkins

     Superbohaterski świat aż roi się od pięknych heroin. Przynajmniej na komiksowym papierze, gdyż w filmowym uniwersum wciąż jest ich zdecydowanie za mało, a u DC to już w ogóle. Dlatego też, gdy przy okazji filmu „Batman v. Superman” na horyzoncie pojawia się Wonder Woman, wszyscy od razu przerzucili się na fanowanie tej przepięknej bohaterce. Już wówczas wiedziano, że Amazonka imieniem Diana doczeka się osobnego filmu, a kiedy w końcu się pojawił... cały świat maniaków filmowych wstrzymał oddech.
Źródło: Galapagos Films
     Piękna, rajska wyspa Themiscyra od czasu stworzenia przez boga bogów Zeusa zamieszkiwana jest przez plemię Amazonek. Diana jest jedynym dzieckiem pośród nich, dzieckiem samej królowej Hippolity (Connie Nielsen), która pod czujnym okiem najlepszego dowódcy szkolona jest na najlepszą wojowniczkę na wyspie. Kiedy dorasta u brzegu wyspy pojawia się mężczyzna- kapitan Trevor (Chris Pine), którego ratuje z opresji. Gdy wraz za nim przybywa rzesza Niemców, Amazonka (Gal Gadot) dowiaduje się o toczącej się na całym świecie wielkiej wojnie. Uważając, że za wszystkim stoi bóg wojny imieniem Ares postanawia wyruszyć wraz z kapitanem na pole bitwy, aby odnaleźć winowajcę. Nie spodziewa się, że znajdzie tam o wiele więcej, a przy okazji stanie się legendą wzniecającą ogień w sercach.
     Wonder Woman jest dla DC tym samym, czym dla Marvela jest Kapitan Ameryka. Oba filmy to superbohaterskie kino rozrywające się w czasach wojennych. Kiedy sobie to uzmysłowiłam ogarnęło mnie lekkie przerażenie, gdyż ta kombinacja w ogóle mi nie podchodzi. Niestety, starcie dwóch całkiem odmiennych światów, czyli kina wojennego z naszpikowaną efektami przygodówką, to coś co totalnie się dla mnie gryzie i traci na autentyczności. Tym sposobem zamiast zabawiać, „Wonder Woman” stała się dla mnie rozrywką nijaką, wręcz nużącą- przynajmniej na pewnym etapie.
Źródło: Galapagos Films
Wspaniale jest obserwować kształtującą się legendę, która jednoczy serca i rozpala w nich chęć do walki. W trakcie tworzy się całkiem ciekawa fabuła, spokojnie mogącą uzupełniać, czy też nadawać inny sens prawdziwej historii. Obraz, jak to obraz wojenny, nie raz okazuje się być wstrząsający. Szokuje brutalnością, ale przynajmniej nie mydli oczu. I to byłoby fajne, gdyby nie to, że cały czas przed naszymi oczami widnieje przepiękna wyspa i chyba najlepiej rozegrana scena walk w tym filmie! 
Jednakże po całym tym całkowicie przyziemnym fragmencie nagle dostajemy po głowie czymś całkowicie metafizycznym. Oczywiście, można było oczekiwać takowego rozwoju sytuacji, takowego finału, ale... serio?! Zamknięcie, ostateczna rozgrywka, całkowicie odbiega od klimatu reszty filmu. Scena nakręcona tak słabym CGI, że aż oczy od tego bolały. Diana skakała niczym Lara Croft w swojej najlepszej rozgrywce na starych komputerach. Sama scena naładowana patosem, zbędnymi dialogami, które aż się prosiły, aby przywalić im samolotem prosto w twarz. Nie mniej, wszystkie urywki, w których to Wonder Woman biegnie, skacze, wywija lassem, krzyżuje przedramiona, czy po prostu powiewa swoją kusą spódniczką, to urywki, na które czekamy przez resztę czasu podczas seansu.
Źródło: Galapagos Films
     Nie ma jednak co narzekać, no dobra... starcie z bossem było do bani, ale sama Wonder Woman jest naprawdę niezwykłą postacią. Urzeka swoją nieporadnością, kiedy to próbuje ogarnąć prawa rządzące w rzeczywistym, pozawyspowym świecie. Przy tym wzbudza możliwie największą sympatię nie tylko innych bohaterów, ale również wśród widzów. Jest charyzmatyczna i niesamowicie odważna. Da się ją lubić i właśnie takich bohaterów nam potrzeba. Oczywiście, jest też bardzo głupiutka- z początku, co Gal Gadot dodatkowo podkreślała. Niekiedy jej mimika twarzy jest przekomiczna. Nie mniej, jest niesamowicie piękna i ludzie od castingu nie mogli lepiej wybrać. Jest wręcz stworzona do tej roli, choć trochę kaleczy ją aktorsko. Liczę jednak, że się rozwinie. Ciekawą postacią mógłby być też Chris Pine AKA Kapitan Trevor, gdyby nie to, że jest tak paskudnie przystojny, że aż nie da się na niego patrzeć. Kończy więc jako mocno przesadzona postać. Chciał być dobry, aż za bardzo.
Źródło: Galapagos Films
Jednakże największym zawodem jest kreacja David Thewlisa. Ciężko jest uwierzyć w to, jaka rola przypadła mu w udziale. Naprawdę. Totalny niewypał, jak dla mnie. Serio, do takiej roli wybrać kogoś takiego. Z wąsem. Z totalną mimozą na twarzy. Wiem, że udawało mu się odgrywać całkiem ciekawe akcje, ale... NIE! Totalnie nie ten klimat, totalnie nie ta dynamika i mimika. 
     Na „Wonder Woman” bardzo przyjemnie się patrzy. Poza tymi niektórymi wpadkami wizualnymi to ujęcia są bardzo piękne. Najpiękniejsza jest ta część kręcona na wyspie, a na lokalizacje wybrano włoskie wybrzeże Amalfi. Wszystko po to, aby oddać jej rajski charakter. Zadanie zrealizowane w pełni. Wojenny świat też jest nie najgorszy. Cudowny Londyn wraz ze swoją XX wieczną stylizacją, a także makabryczne pola bitewne, które zachwycają surowością, a śmierć dało się wyczuć na kilometr. Scenografie przepiękne, jest się czym pozachwycać. Całości dopełniają interesujące kompozycje Gregsona-Williamsa. Aczkolwiek nic nie przebija motywu przewodniego naszej bohaterki, który aż wbija w fotel i ma w sobie ten amazoński pazur. 
Źródło: Galapagos Films
     Superbohaterski, kobiecy film Patty Jenkins ma w sobie wszystko to, co powinno mieć kino akcji. „Wonder Woman” jest wybuchowa, zawadiacka, ale też okraszona humorem i emocjami. Zaskakujące, że w takim tytule pojawić może się wątek romantyczny. Jeszcze bardziej zaskakuje osadzenie historii w czasach wojennych. Seourowy klimat z pola bitwy mocno się gryzie z komputerową efektownością typową dla kina superbohaterskiego. To zdecydowanie nie moja bajka, a jednak przyjemnie spędza się czas przy tym filmie. A czas ten upływa w wyczekiwaniu na boga wojny, uroczych uśmiechów i kolejnych dynamicznych podskoków cudownej Wonder Woman. 

Ocena: 6/10
Recenzja filmu DVD „Wonder Woman” - dystrybucja Galapagos Films

Oryginalny tytuł: Wonder Woman / Reżyseria: Patty Jenkins / Scenariusz: Allan Heinberg / Zdjęcia: Matthew Jensen / Muzyka: Rupert Gregson-Williams / Obsada: Gal Gadot, Chris Pine, Danny Huston, David Thewlis, Connie Nielsen, Robin Wright, Said Taghmaoui, Ewen Bremner, Lucy Davis, Elana Anaya / Kraj: USA, Wielka Brytania, Włochy, Chiny, Hongkong, Kanada, Nowa Zelandia / Gatunek: Akcja, Fantasy, Sci-Fi
Premiera kinowa: 15 maja 2017 (Świat) 02 czerwca 2017 (Polska)
Premiera DVD: 11 października 2017

sobota, 30 września 2017

1239. Strażnicy Galaktyki vol. 2, reż. James Gunn

     Kinowe Uniwersum Marvela rozszalało się na dobre, kiedy do ekipy dołączyli „Strażnicy Galaktyki”. 3 lata temu wzbudzali zachwyt wśród widowni i krytyków, którzy pokochali nie tylko historię, ale przede wszystkim nietuzinkowych bohaterów. Teraz James Gunn powraca z najnowszą odsłoną ich przygód, bowiem ta nietypowa rodzina wyrzutków społecznych ponownie ratuje wszechświat przed złem i nikczemnością. „Strażnicy Galaktyki vol. 2” to film z kategorii „bardziej”- bardziej emocjonujący, bardziej dynamiczny i jeszcze bardziej zakręcony.
Źródło: Galapagos Films

     Ekipa Star-Lorda (Chris Pratt) zyskała sławę po tym jak ostatnim razem udało im się ocalić galaktykę przed Ronanem oraz kamieniem nieskończoności. Teraz dostają kolejne zlecenia, ale ich nieokrzesane zachowanie ściąga na nich gniew zleceniodawców, którzy ścigają ich przez połowę kosmosu. Przed zbliżającą się zgubą ratuje ich tajemniczy mężczyzna. Oni sami jednak uszkadzają statek i zmuszeni są lądować na nieznanej sobie planecie. Podczas gdy Rocket (Bradley Cooper) wraz z Grootem (Vin Diesel) próbują podreperować statek, Peter wraz zresztą drużyny wyrusza na planetę Ego (Kurt Russell), gdzie poznaje swoje korzenie oraz przeznaczenie. Tymczasem poprzez galaktykę pędzą za nimi najemnicy z Yondu (Michael Rooker) na czele, którzy nie cofną się przed niczym, aby sowicie zarobić na zleceniu.
     James Gunn nie osiada na laurach. Świadomy tego, że postawił sobie wysoko poprzeczkę chciał przeskoczyć pierwszy film albo chociaż uczynić go równie zaskakującym i zachwycającym co pierwszy. Ewidentnie widać, że plany skończyły się sukcesem i pod wieloma względami „Strażnicy Galaktyki vol. 2” przebijają pierwszy film. Co najbardziej zaskakujące, udaje się tutaj uniknąć problemów wielu innych sequeli, ponieważ ten jeszcze bardziej rozbudowuje swoich bohaterów, prezentuje ich przemianę w najlepszy z możliwych sposobów, a do tego dokłada równie porywającą historię przewodnią wokół, której kumulują się działania postaci filmu. Nie jest to ten sam kotlet odgrzany ponownie, to pełnoprawna kontynuacja mogąca szczycić się najlepszą wśród tegorocznych sequeli.
Źródło: Galapagos Films

Wszystko co niedopowiedziane w części pierwszej w końcu znajduje rozwiązanie. W najnowszym filmie Gunna bohaterowie będą jednoczyć się w rozwikłaniu tajemnicy pochodzenia Petera Quilla. I już na tym etapie fabuła ciekawie się rozwarstwia. Nie tylko poznajemy ojca, ale również odnajdujemy nowego Star-Lorda i wyjaśnienie jego przetrwania po akcji z kamieniem nieskończoności. Nie tylko dostajemy potężnego złoczyńce, ale zostaje on zestawiony również ze skokami w przeszłość. Zaledwie jeden wątek z wielu w tym filmie, a dostarcza najrozmaitszych emocji, tak bardzo ze sobą sprzecznych. Przy okazji tej historii wychodzi zupełnie inna relacja, która przyprawia o zawrót głowy, ale przede wszystkim o potok łez.
Zawieszona w kosmosie opowieść Gamory i Nebuli również znajduje swój ciąg w tym tytule. W końcu mamy okazję poznać bliżej niebieską część córeczek Thanosa, a także zrozumieć motywy jej działania. Nierzadko była też obiektem drwin ze strony towarzyszy podróży, co akurat nie jest dziwne, a i jej towarzysze raczej czarne poczucie humoru mają. Czasami odnosi się wrażenie, że jej postać jest jedynie zapychaczem, aby inni mieli okazję się wykazać, ale na szczęście szybko to mija, gdy przychodzi do faktycznej rozgrywki.
Źródło: Galapagos Films

Największą przemianę przeszła chyba postać Draxa. Oczywiście, twórcy nie zapominają dlaczego w ogóle znalazł się w tej bandzie nieszczęśników, ale dają mu coś innego- poczucie humoru. Tym sposobem przy większości wiekopomnych chwil, czy chociażby każdej innej sytuacji wymagającej powagi, wkracza Drax ze swoim pokrętnym wtrąceniem rozwalającym cały system i rozśmieszającym wszystkich, na sali oczywiście. Niby śmiertelnie poważny, ale tak bardzo nieporęczny z wyczuciem chwili. O dziwo to bawi, ale co jeszcze dziwniejsze momentami też drażni, gdy sięga do przesady. Nie mniej, jego dyskusja na temat brzydoty Mantis to największy hit tej odsłony „Strażników...”. Takich scen jest za dużo, aby wszystkie wymieniać, ale koniec końców tym razem to Drax jest tym, który skupia najwięcej uwagi, bo najbardziej bawi swoimi komentarzami. Inną istotą, mogącą bardziej zachwycać niż on jest sam Groot. On zachwyca bezustannie, ale teraz jest małym drzewkowym dzieciątkiem. Jego zachowania porównywać można z półtorarocznym dzieckiem, który teoretycznie rozumie, ale jakby nie do końca. Wzbudza największe instynkty macierzyńskie, kiedy dzieje mu się krzywda. Aż ma się ochotę wejść na plan i poklepać go pocieszająco po ramieniu, ewentualnie ululać do snu.
Film porusza jeszcze całą masę innych tematów, czy to bunt załogi Yondu, jego odrzucenie z kręgu najemników- jego prawdziwej rodziny, jego niesamowitą relację z Rocketem, czy też dziwaczne zachowania Sprzymierzonych (BTW co to w ogóle za jedni?!). I co zaskakujące, pomimo tego, że jest tutaj cała masa historii pobocznych, wszystkie idealnie się ze sobą przeplatają, wzajemnie uzupełniają i dzięki temu nie ma się wrażenia przeładowania- wręcz przeciwnie, jest jeszcze bardziej intrygująco i dynamicznie.
Źródło: Galapagos Films

    Dorównując swojemu poprzednikowi „Strażnicy Galaktyki vol. 2” są równie dynamiczni, równie kolorowi i równie zachwycający muzycznie. Efekciarstwo w tym filmie jest pierwszorzędne, aczkolwiek przeładowanie grafiką znajduje również ujście w jakiejś pokrace. Niestety, nie udało się tego uniknąć i niestety finałowa akcja na Ego jest tego przykładem. Mocno rozdrażniający pokaz mocy, który jest ukłonem dla lat osiemdziesiątych, z tym muszę się zgodzić, ale finalnie jak dla mnie jest jedynie zapychającą i przesadną popisówką. Pięknie natomiast wygląda tutaj kosmos. Każda jedna planeta, a planeta Ego to już w ogóle pokaz najcudowniejszych piękności wszechświata. Zachwycają barwy, zachwyca animacja, która wygląda naprawdę realistycznie, jakbyśmy siedzieli na jednej z tych asteroidek i obserwowali z niej bezmiar cudownego kosmosu. A dużo się w nim dzieje. Szalone pościgi, jeszcze bardziej szalone wybuchy i od groma innych kosmicznych atrakcji, które przyciągną uwagę każdego.
Bezzaprzeczalną zaletą „Strażników Galaktyki” jest ich oprawa muzyczna. Z jednej strony genialny podkład muzyczny Tylera Batesa, a z drugiej... rewelacyjny zlepek najlepszych kawałków muzycznych. Do tego świetnie dopasowane do scen akcji, jak chociażby wspaniała akcja na statku Yondu w rytmie „Come a Little Bit Closer” w wykonaniu Jay and the Americans, też „Mr. Blue Sky” z niezwykłym układem tanecznym Groota i szalejącą w tle walką z gigantycznym potworaskiem, czy też „The Chain” nadający grozy chwilowemu rozstaniu przyjaciół. Utwory mniej lub bardziej znane współczesnemu odbiorcy, które latami biegały po falach radiowych lub też nie. Świetnie tutaj spełniają swoją rolę i udowadniają, że kompozycje niekoniecznie tematycznie powiązane z fabuła filmu, czy jej linią czasową, mogą idealnie się sprawdzić i nadawać dodatkowego charakteru.
Źródło: Galapagos Films

     „Strażnicy Galaktyki vol. 2” to autentycznie film niezwykły. Czysta rozrywka podrasowana intrygującą fabułą. James Gunn poszedł o krok dalej, chcąc dać widzowi nowe powody do miłości do tego filmu, a być może nawet przekonać do niego jego zagorzałych przeciwników. Niegdysiejsi wrogowie stają się sojusznikami, a wszystko przez coraz większy rozwój postaci oraz ich relacji. To nie są ci sami Strażnicy co w pierwszymi filmie. Są mądrzejsi o nowe doświadczenia, a co za tym idzie jeszcze bardziej zabawni, jeszcze bardziej angażujący się oraz bardziej intrygujący. To wszystko, jak zawsze, w najwspanialszej oprawie studia Marvela, czyli masa wybuchów, feeria światła i barw, a także rewelacyjny dobór ścieżki dźwiękowej. I to wszystko zawstydzić powinno inny największy, kosmiczny hit- „Star Wars”.
Ocena: 8/10
Recenzja filmu DVD „Strażnicy Galaktyki vol. 2” - dystrybucja Galapagos Films
Film dostępny również na Blu-Ray oraz Blu_Ray 3D.

galapagos.com.plOryginalny tytuł: Guardians of the Galaxy vol. 2 / Reżyseria: James Gunn / Scenariusz: James Gunn / Zdjęcia: Henry Braham / Muzyka: Tyler Bates / Obsada: Chris Pratt, Zoe Saldana, Dave Bautista, Bradley Cooper, Vin Diesel, Kurt Russell, Michael Rooker, Karen Gillan, Pom Klementieff, Sylvester Stallone, Elizabeth Debicki, Chris Sullivan, Sean Gunn / Kraj: USA / Gatunek: Akcja, Sci-Fi
Premiera: 19 kwietnia 2017 (Świat) 05 maja 2017 (Polska)
Premiera DVD: 20 września 2017

środa, 5 kwietnia 2017

1223. Doktor Strange, reż. Scott Derrickson

     Epoka filmowego uniwersum Marvela trwa w najlepsze. Wielkimi krokami zbliżamy się do „Infinity War” więc studio musi się spieszyć z wprowadzaniem nowych bohaterów, którzy mają się pojawić w starciu Avengers z Thanosem. „Doktor Strange” jest jedną z bardziej enigmatycznych postaci, równie zapatrzoną w siebie jak Iron Man, a film o nim jest jeszcze bardziej strange niż on sam. Scott Derrickson też jest w sumie strange. Tak samo, jak i dwa jego wcześniejsze horrory.
Źródło: Galapagos Films
     Doktor Stephen Strange (Benedict Cumberbatch) jest jednym z najgenialniejszych neurochirurgów jakiego widział świat, widząc ratunek tam, gdzie inni spisali pacjenta na straty. Niestety, ulega poważnemu wypadkowi, który uszkadza nerwy w jego rękach- wyrok jest okrutny, neurochirurgia musi odejść w zapomnienie. Szukając pomocy trafia do Nepalu, gdzie trenując pod czujnym okiem Starożytnej (Tilda Swinton) próbuje sięgnąć dalej niż ludzki umysł i wziąć w posiadanie kosmiczną materie, która wspomoże jego leczenie. Nieoczekiwanie znajdzie się pośrodku wojny z byłym mistrzem Kaeciliusem (Mads Mikkelsen), który chce sprowadzić do naszego świata złego i bezdusznego pożeracza światów.
      Po raz pierwszy od czasu „Kapitan Ameryka: Zimowy Żołnierz” pojawił się u mnie problem z przetrawieniem filmu Marvela. Zapytacie, ale jak to?! Ty... Geek Marvela ma mieszane uczucia co do seansu z udziałem tak genialnej postaci jak Doktor Strange?! Zaskakujące, ale prawdziwe. W szczególności, że sama produkcja ma bardzo wiele płaszczyzn, z czego jedna przemawia do mnie bardziej, druga już zdecydowanie mniej. „Doktor Strange” bowiem okazał się być swoistym- ciekawym, acz bardzo... dziwnym, połączeniem „House'a”, „Incepcji” i „Siedem lat w Tybecie”. I jak etap neurochirurgicznych poczynań tego Strange'a uważam za całkiem fascynujące, a w dodatku uznaję go za naprawdę wkurzającą, acz intrygującą postać, tak etapu joginistycznego nie potrafię ogarnąć. Całkowicie naciągany wydaje mi się wątek projekcji astralnych, czakr i innych dziwnych reinkarnacji- tak jak tytułowy bohater, jestem totalnie ograniczona rozumowo w tym zakresie. Nie przyjmuję do wiadomości takich możliwości, a tym bardziej w wykonaniu Marvela, który ostro pojechał po bandzie. Atrakcje rodem z „Incepcji” choć spektakularne, wydają się być bezsensowne. Dzięki nim mamy tutaj troszkę akcji, kiedy w końcu skończą się te filozoficzne treningi i rozważania. Twórcy nie stronią również od humoru. Rozbrajające są akcje z lewitującą pelerynką, a i nawet najbardziej makabryczna sekwencja rozluźniona została lekkim dowcipem.
Źródło: Galapagos Films
     Strange, jedno słowo, które idealnie opisuje wrażenia po tym filmie- także wizualne, o dziwo. Tutaj w najbardziej absurdalnych momentach przypomina odrobinę „Ant-Mana”- w jego najbardziej absurdalnych wizualnie scenach. Po prostu... było to za ciężkie, zbyt przytłaczające, co nie oznacza, że nie piękne. Łamanie Nowego Jorku, aż za bardzo przypomina ujęcia z „Incepcji”. Spektakularne, zachwycające i konieczne do obejrzenia w 3D. Może wtedy jakaś ściana biurowca nas przygniecie dla podsycenia atmosfery. Wygląda to jednak bardzo poprawnie, bardzo gładko i o dziwo... realistycznie. Jak na typową marvelową bajeczkę przystało nie zabrakło i malowniczym detali. Te niekoniecznie trafiają w gusta. Główny boss, z którym przychodzi zmierzyć się naszym protagonistom wygląda jeszcze gorzej niż Thanos, a te wszędobylskie obłoczki z materii są komicznie kolorowe. Dziwnie wygląda również wątek astralny. Serio. Dziwnie. Po prostu. Niby ładnie, ale zbyt przesadnie. Efekty są więc na przyzwoitym poziomie, w szczególności, gdy skupiają się na tworzeniu rozetek z kamienic.
     To co naprawdę jest tutaj wyjątkowe, to muzyka Michaela Giacchino. To co ten człowiek robi z dźwiękami jest obezwładniające. Idealnie podkreślające atmosferę, dramatyzm i waleczność kolejnych scen. Podsyca mistyczną atmosferę, nadaje duchowości, a także orientalności. Każdy jeden dźwięk stopniuje napięcie i wyzwala skrywane emocje. Jest czym się zachwycić. Zdecydowanie!
Źródło: Galapagos Films
     Doktor Strange nie jest jakimś niezwykłym superbohaterem. Jego moc nie wynika z tego, że ugryzł go pająk, albo pijawka, która pojawiła się w rzeczce. Nie natchnęło go, kiedy uległ wypadkowi, a uderzenie nie przestawiło mu kręgu, odblokowując magiczną klepkę w mózgu odpowiadającą za czary. Wszystko to zostaje przez niego przestudiowane i wyuczone. Więc skoro supermocą Batmana jest to, że jest bogaty, tak u Strange'a jest to genialny umysł. W tej roli pojawia się Sherlock Holmes, który idealnie się tutaj sprawdza. Benedict miał więc już do czynienia z trochę separacyjnym umysłem, który się wielbi za jego wielkość, ale nie pomaga w pokochaniu go. Zapatrzony w siebie, uważający się za Boga. Przystojny, ale lekko chamowaty. Och, zupełnie jak Tony Stark- ten na szczęście się ogarnął, może w końcu dojrzał. W opozycji do niego stawia się bohaterów całkiem wyblakłych. Na ich czele stoi Rachel McAdams, która niby jest, a równie dobrze mogłoby jej nie być. Lepszy duet udało się Cumberbatchowi stworzyć z lewitującą pelerynką. Miło było znowu popatrzeć na Madsa Mikkelsena, a Tilda Swinton idealnie wpasowała się urodą w Starożytną mniszkę.
Źródło: Galapagos Films
     „Doktor Strange” to film, wobec którego mam naprawdę mieszane uczucia. Typowe rozdarcie pomiędzy byciem wiernym fanem Marvela, świetną postacią i dość niemrawą akcją. Pierwsza połowa za bardzo monotonna, ale szybko nabiera rozpędu, aby doprowadzić widza do zaskakującego finału. Za dużo tutaj nawiązań do innych obrazów, za dużo warstw filmu, które o dziwo tworzą spójną całość. Pomimo wszystko jest to interesująca historia z rewelacyjnymi rozwiązaniami wizualnymi. Ciekawe zabawy z czasem, przestrzenią oraz materią, zabarwione humorem w idealnej wręcz proporcji. Postaci mogłyby być bardziej zaangażowane w relacje z innymi bohaterami, ale za czerwoną pelerynkę, która wybrała Stephena Strange'a, niczym różdżka Olivandera postawiła na Harry'ego Pottera, zdecydowanie na plus. Rozdarcie trwa, nawet po dwóch seansach.


Ocena: 7/10
Recenzja filmu DVD „Doktor Strange” - dystrybucja Galapagos Films
Film dostępny na DVD, Blu-Ray oraz Blu-Ray 3D. Tę ostatnią można otrzymać również w Steelbooku.


Oryginalny tytuł: Doctor Strange / Reżyseria: Scott Derrickson / Scenariusz: Scott Derrickson, C. Robert Cargilll, Jon Spaihts / Na podstawie: komiksu Steve'a Ditko / Zdjęcia: Ben Davis / Muzyka: Michael Giacchino / Obsada: Benedict Cumberbatch, Chiwetel Ejiofor, Rachel McAdams, Benedict Wong, Tilda Swinton, Mads Mikkelsen / Kraj: USA / Gatunek: Akcja, Przygoda, Sci-Fi
Premiera kinowa: 22 września 2016 (Świat) 14 października 2016 (Polska)
Premiera DVD: 15 marca 2017

wtorek, 30 sierpnia 2016

1210. Batman v Superman: Świt sprawiedliwości, reż. Zack Snyder

    „Batman v Superman” dodatkowo potwierdza znany już wszystkim fakt, że filmy DC Comics pozostają daleko w tyle za tymi od Marvela. Ci drudzy od samego początku budowali jedno wielkie uniwersum łącząc kolejne filmy o bohaterach, pokazując wielkich Avengers, czy ostatnio stawiając przeciwko sobie ulubieńców w „Wojnie bohaterów”, podczas DC raz po raz tworzyło nowego Batmana, czy Supermana i ślamazarnie wprowadzać będzie nowe postaci tego świata. Gdzie tam jeszcze „Liga Sprawiedliwych”, ale już w nowym filmie Zacka Snydera mamy jedną wielką ich zapowiedź. No tak... bo przecież po co sensownie wprowadzić nowych bohaterów, skoro można ich przemycić w takim abstrakcyjnym filmidle. Zacku Snyder... WHY?!
Źródło: Galapagos Films
     Superman, znany również jak Clark Kent (Henry Cavill) walczy na śmierć i życie z Zodem, aby uratować Ziemię przed zagładą. Nie zważając na nic i nikogo doprowadza do wielkich zniszczeń i śmierci wielu niewinnych ludzi. Dla jednych jest bogiem, dla drugich bohaterem, ale inni traktują go jako wielkie zagrożenie. Wśród tych ostatnich jest biznesman Bruce Wayne (Ben Affleck), nocą przebierający się w strój człowieka nietoperza- Batman. Tracąc bliskich w walce Supermana pragnie nie tylko się zemścić, ale pokazać kosmicie gdzie jego miejsce. Musi się jednak przygotować, bowiem nie każdego dnia zwyczajny człowiek uzbrojony po zęby w gadżety staje do walki z „bogiem”.
     Po zakończeniu seansu, do głowę dobija się tylko jedno pytanie- „Po co ten film w ogóle powstał?!”. Dla kasy? A może po prostu chciano zbudować na szybko wątek Ligi Sprawiedliwych, wprowadzić nowe postaci? Chyba tylko Warner Bros może to zrobić w tak pozbawiony emocji i sensu sposób, przy okazji tworząc film o starciu gigantów superbohaterstwa. Przede wszystkim zapomina się dać im konkretny powód do sporu. Potrzeba czegoś więcej niż jakichś psychol, który podyktował im warunki. A przy okazji Luthor w wykonaniu Eisenberga? Dramat! Oczywiście, Superman zawsze musi znaleźć się w złym miejscu o złym czasie, aby z łatwością można było nim potrząsać jak marionetką. Już nie mówiąc o ułomnych bohaterach, którymi daje się bardzo łatwo manipulować. Całość to jakiś niezrozumiały bełkot o niczym, że aż się pragnie, aby w końcu ktoś komuś przyłożył. I to zdrowo! Piękna walka... momentami równie sensowna, co praca Syzyfa. Choć przyczyny zawieszenia broni są równie banalne i zachwycające. Nic jednak straconego, bo gdyby komuś znudziło się patrzenie na starcie dwóch gladiatorów, to dorzucają nam tutaj do zestawu jakiegoś, skromnych rozmiarów, kaiju. Ciężko stwierdzić, co autorzy scenariusza mieli na myśli (na was patrzę panowie Terrio i Goyer!), bo ani nie jest on logiczny, ani spójny. Widać to aż za dobrze chociażby w przypadku wprowadzenia Wonder Woman. Piękność pojawia się na pięć sekund, aby za moment odjechać, tylko po to, aby za jakieś pół godziny znowu pokazać się na ułamek chwili, po której znowu zostaje zrzucona w otchłań niepamięci. A potem jeszcze akcja w samolocie i ten wyraz twarzy, mówiący: „Dobra... założę moje seksowne superamazonkowe wdzianko i pomogę wam już w pchnięciu tej fabuły do przodu!”. Szkoda, że jako widzowie nie znamy genezy postaci- choć wiemy, że ma chyba ze sto lat, i nie wiemy dlaczego w ogóle chce jej się ruszyć swój tyłek do pomocy dwóm peleryniastym typkom, których nie wiążą z nią żadne relacje.
Źródło: Galapagos Films

      Nie jest odkryciem, że fabuła mocno kuleje. Większość filmów stara się to jednak nadrobić efektami, a Snyder ma swój specyficzny styl, który świetnie się sprawdza w tym filmie. Jednakże nawet i on ma zdolności do przesady i tym razem nie udało się tego uniknąć. Z jednej strony wszystko ma niesamowicie mroczny klimat, trochę bardziej dorosły i poważny- a tu scenografia pogrążona w cieniach, a tu kostiumy nie bijące po oczach głębią kolorów. Wdzianko Supermana znowu opina się tam gdzie trzeba, a skąpy strój Wonder Woman podkreśla jej walory. I można by się zachwycać tym w nieskończoność warstwą wizualną, gdyby nagle zza zakrętu nie wyskoczył Iron Batman, a chwilę później wyglądający niezwykle karykaturalnie i na totalnie niedopracowanego Doomsday- taka mocarna bestia, a tak słabo się prezentująca. Jakim sposobem w tym całym rozgardiaszu znalazło się dwóch tytanów muzyki filmowej- Hans Zimmer i Junkie XL? Najwyraźniej mieli być ostatnią deską ratunku, bo ich współpraca wyszła produkcji na dobre. Świetne motywy przewodnie Lexa Luthora i Wonder Woman, choć momentami lekko niekomponującymi się do reszty ścieżki dźwiękowej. Ten pierwszy z lekka psychodeliczny jak i jego właściciel, a drugi świetnie podkreślający wojowniczą duszę WW. Cały soundtrack daje poznać po sobie, że nie stworzyła go dwójka przypadkowych ludzi, ale ci znający się na rzeczy i zachwycający publikę od lat.
     Tym razem Henry Cavill trochę osiadł na laurach. Pokazał nagą klatkę piersiową tylko raz. Czyżby onieśmieliło go moje uwielbienie do niej, jakim obdarzyłam go przy okazji „Człowieka ze stali”? Szkoda. Przez to stał się jakiś.... bardziej wyblakły. A może to ten dramat rozgrywający się wokół jego osoby? Affleck też nie poszalał. Ładnie się co prawda prezentował, pięknie postarzał, ale Batman w jego wykonaniu stał się bezpłciowy. Eisenberg dla odmiany odrobinę przesadził z kreacją Luthora, robiąc z niego kompilację Szalonego Kapelusznika, Białego Królika i kopniętego Einseina. Niby dobre, ale wyczuwa się tutaj nienaturalność, a co za tym idzie ciężko jest kupić tę wersję. Odświeżeniem miała być Gal Gadot, która wizualnie prezentował się rewelacyjnie. Jej obecność w filmie była co prawda całkowicie bezsensowna, ale trochę poskakała z mieczem, korzystała ze swoich bransoletek niczym królowa Galaxia, pobawiła się świetlnym lassem, a przy okazji powydawała bojowe dźwięki. I to wszystko oczywiście w slow motion, co by płeć męska mogła się dłużej poślinić na jej widok.
Źródło: Galapagos Films
     O dziwo „Batman v Superman: Świt sprawiedliwości” nie jest całkowitą porażką. No chyba, że porówna się ten film do „Wojny bohaterów”, gdzie Iron Man stanął przeciwko Kapitanowi Ameryce. DC Comics udowodniło, że nawet wielkich starć kultowych gigantów, nie potrafi zrobić ze smakiem, rozsądkiem i napięciem zadowalającym widza. Jest to bardziej abstrakcyjne spojrzenie na superbohaterów, którzy toczą walkę tylko dlatego, że mogą. Świetnie się w tym wszystkim odnajduje Jeremy Irons, dodający produkcji dostojności tym swoim brytyjskim akcentem. Cudownie prezentuje się Wonder Woman jak już zdecyduje się litościwie wziąć udział w akcji. Ogromny plus należy się za muzykę Hansa Zimmera, bo on nigdy nie zawodzi i tworzy pamiętliwe kawałki. Niestety, trzeba też przyznać, że nawet te kilka plusów nie ożywi i nie uczyni arcydzieła przegadanego filmu z komicznymi osiłkami i nielogicznością fabularną całego tego widowiska.

Ocena: 4/10
Recenzja filmu DVD „Batman v Superman: Świt sprawiedliwości” – dystrybucja Galapagos Films!

Oryginalny tytuł: Batman v Superman: Dawn of Justice / Reżyseria: Zack Snyder / Scenariusz: Chris Terrio, Davis S. Goyer / Zdjęcia: Larry Fong / Muzyka: Hans Zimmer, Junkie XL / Obsada: Ben Affleck, Henry Cavill, Jesse Eisenberg, Gal Gadot, Amy Adams, Diane Lane, Laurence Fishburne, Jeremy Irons, Holly Hunter / Kraj: USA / Gatunek: Akcja, Sci-Fi
Premiera kinowa: 12 marca 2016 (Świat) 01 kwietnia 2016 (Polska)
Premiera DVD: 17 sierpnia 2016

niedziela, 22 maja 2016

1205. Deadpool, reż. Tim Miller

     Cały rok czekania. Ciągłe maglowanie zwiastunów. Jeden przedterminowy poród, który wydłużył oczekiwanie, uniemożliwiając seans na sali kinowej, gdzie wraz z innymi fanami Marvela można było delektować się nową, niekonwencjonalną postaci w kategoriach R. „Deadpool” w reżyserii Tima Millera, ściśle łączący się z uniwersum X-menów, jest pierwszym krwawym i wulgarnym filmem w kinowym świecie Marvela. O dziwo... to właśnie za to makabryczna postać pokochały miliony!
     Nieokrzesany, przystojny, ale przede wszystkim zabójczy Wade Wilson (Ryan Reynolds) zakochuje się w pięknej prostytutce imieniem Vanessa (Morena Baccarin). Zawiązują pełen humoru i ekstrawagancji związek na długie miesiące, aż nagle spada na nich nowotwór Wade'a. Będący niemal jedną nogą w grobie podejmuje drastyczną decyzję. Ciemną nocą opuszcza ciepłe łóżko dziewczyny i udaje się do ludzi, którzy dzięki tajemniczemu eksperymentowi mogą całkowicie go ozdrowić. Wszczepiają mu specyfik mutujący geny, który nie tylko daje mu nadludzką moc i nieśmiertelność, ale na zawsze odmienia jego wygląd. Niczym chodzący trup targany jest żądzą zemsty. Przywdziewa więc czerwony spandex i wyrusza w pościg za człowiekiem, który go oszpecił, a na imię mu... Francis (Ed Skrein).
     Najnowszy film Tima Millera, to zdecydowanie najbardziej wyjątkowy film, który wzleciał spod skrzydeł Marvela. Zaskakiwał już na etapie jego promocji, gdzie twórcy non stop przełamywali czwartą ścianę. Większość obawiała się, że jego wyjątkowość jest mocno przereklamowana i cała fascynacja zakończy się na etapie zapowiedzi. Jednakże wraz z walentynkową premierą wszystko stało się jasne, to nie były obietnice bez pokrycia. Film okazał się naprawdę zabawny i zaskakujący. Scenarzyści nie szczędzą sobie żartów, nie przebierają w słowach, a fakt, że twórcom udało się wywalczyć kategorię R dla „Deadpoola” tylko im pomogło w przeniesieniu na ekrany jednego z najbardziej krwawych, złośliwych i sarkastycznych bohaterów.
     Już na wstępie każdy fan zamaskowanych superbohaterów dostaje to, czego pragnął- dowód na to, że będzie to jeden z najlepszych seansów jego życia. Czołówka nie pozostawia bowiem złudzeń i choć niektórzy mogą zastanawiać się nad głupotą tłumaczenia, trzeba ich szybko uświadomić – tak... to będzie jeden z takich filmów z przymrużeniem oka. Bowiem na każdym kroku gość w czerwonym spandexie będzie komunikował się z nami, widzami, szydził sobie z obsady X-mena, czy naśmiewał się z aktorskiej kariery Ryana Reynoldsa. Wszystko to z humorem- momentami dość wulgarnym, ale o dziwo świetnie pasującym do charakteru filmu. Każda dyskusja, czy to prowadzona przez Wade'a Wilsona, czy przez samego Deadpoola to prawdziwy popis scenarzystów, który czasami wywoła niekontrolowany atak śmiechu. Prawda jest jednak taka, że najbardziej ze wszystkiego bawi chyba sama postać Deadpoola. Ryan Reynolds jest wręcz genialny w tej roli, choć to też zasługa niesamowitego scenariusza. Z przekonaniem odegrał każdą dziwną minę, a to czego nie potrafił, nie mógł pokazać twarzą prezentował za pomocą gestów. Wszystko wypadło perfekcyjnie, a Reynolds totalnie odkupił się z porażki odegranej w zielonym kostiumie, jaką była „Zielona latarnia”.
     Inną kwestią jest to, że udaje się znaleźć tutaj idealną równowagę dla niekończących się dowcipów i gagów- brutalność. Serio, to chyba jedyny taki film w Marvelu, gdzie trup ścieli się gęsto, a wyrażenie „ręka, noga, mózg na ścianie” nabiera zupełnie nowego znaczenia. Cuda, które Mr Pool potrafi wyczynić z zaledwie 12 nabojami, przy okazji marnując kilka na jednego typka, fascynowały już na etapie zapowiedzi, ale to co się dzieje w faktycznym filmie... szaleństwo. Krew się leje, głowy latają, fanki szaleją! Facet się nie patyczkuje. Nie zapominajmy, że przy tym wygląda totalnie szkaradnie, takiż efekt uboczny mutacji, która mu się przytrafiła. Lepiej, żeby chodził cały czas w masce.
     Cała historia i jej budowa nie do końca przekonuje. Szatkowanie fabuły przeskakując z przeszłości w teraźniejszość i z teraźniejszości w przeszłość nie do końca spełnia swoje zadanie. Oczywiście, fajnie spojrzeć na faktyczne początki Deadpoola, co, kto i dlaczego, w szczególności, że jest to niezwykle ciekawe. Bazą wszystkiego jest oczywiście wątek miłosny, bo przecież czego się nie robi dla ukochanej osoby, nawet jak ma się raka z przerzutami. Akurat wtedy nie podejmuje się najbardziej racjonalnych decyzji życiowych, ale i tak nie było już chyba nic do stracenia. Potem zostaje już jedynie słodka zemsta. Dziwnym jest napędzać całą historię tym jednym elementem, choć zasadniczo bardzo ciekawie jest on poprowadzony. Wydaje się nie mieć on jednak mniejszego seansu, więc coś tutaj mocno szwankuje- możliwe, że banalność samego pomysłu. A poza tym... czemu tylko dwóch Xmenów zaprzęgnięto do walki? Zastanawiająca sprawa pozostawiająca pytanie, czy Deadpool pojawi się w jakiejś ekranizacji z ich uniwersum.
     Produkcja jest świetna pod względem designu. Czerwień podkręcona na każdym kroku, czy to przez wdzianko głównego bohatera- brawa dla projektanta kostiumów, czy barwę rozbrojonych postaci. Świetnie wypadają wszelkie elementy wymagające wykorzystania efektów specjalnych- wszelkie wybuchy baaardzo realistyczne, tak jak i rozwaleni ludzie. Do tego sceny walki... tak bardzo dopracowane. Ich choreografia wyglądająca niczym najlepszy układ taneczny. Wymachiwanie mieczami i innego typu zabawkami- sama przyjemność na to patrzeć. A wszystko w towarzystwie bardzo rytmicznych kawałków muzycznych- przebojów Wham!, czy hitów DMX-a- ten drugi świetnie sparowany z wejściem mutantów. Do tego ścieżka dźwiękowa stworzona przez Junkie XL, który zawsze sprawdza się w tak mocnych uderzeniach.
     „Deadpool” jest zdecydowanie jednym z najbardziej zachwycających filmów Marvela, choć nie tak dynamicznych, jak inne. Wszystkie elementy wydają się idealnie ze sobą łączyć, czego dowodem jest baardzo długa scena na moście. Świetnie współgrające wątki miłosny, zemsty i pewnych ludzkich ambicji jedynie podkręcają atmosferę. Wszystko to doprawione pikantnym poczuciem humoru, którego pozazdrościć może każdy. Dlatego właśnie to Deadpool kradnie cały film. Wraz ze swoim luzackim podejściem do życia, niebywałą elokwencją i ciętym dowcipem zdecydowanie ląduje na szczycie listy najlepszych bohaterów, bo przecież superbohater z niego żaden, jacy tylko wystąpili na wielkim ekranie. Dobry Deadpool!

Ocena: 8/10

Oryginalny tytuł: Deadpool / Reżyseria: Tim Miller / Scenariusz: Rhett Reese, Paul Wernick / Zdjęcia: Ken Seng / Muzyka: Junkie XL / Obsada: Ryan Reynolds, Morena Baccarin, Ed Skrein, T.J. Miller, Gina Carano, Leslie Uggams, Brianna Hildebrand, Stefan Kapicic, Karan Soni / Kraj: USA, Kanada / Gatunek: Komedia, Akcja, Sci-Fi
Premiera: 21 stycznia 2016 (Świat) 12 lutego 2016 (Polska)