NOWOŚCI
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą czary-mary. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą czary-mary. Pokaż wszystkie posty

sobota, 28 października 2017

Książka #467: Megasztuczki dla małych magików, aut. Joshua Jay

     Nie jest trudno o wynalezienie specjalnego hobby dla męskiego potomka naszego rodu. Co innego może ich zachwycić poza samochodami i dinozaurami? Oczywiście, MAGIA! Wszyscy dorośli są jednak świadomi, że pojęcie to jest całkowitą bujdą na resorach, ale do dziś zachwycają się nad sztuczkami iluzjonistycznymi. To właśnie dla takich rodziców, ale przede wszystkim ich dzieci znanej sławy magik Joshua Jay stworzył zbiór podstawowych „Megasztuczek dla małych magików”.
     Sztuczki magiczne zawsze fascynowały na całym świecie, a istniały na nim niemalże od samego jego początków. Od czasów Houdiniego i innym jego podobnych minęło całkiem sporo czasu, a więc oczywistym jest, że wszystkie pokazy potrzebowały coraz nowszych atrakcji, coraz ciekawszych trików, które wciąż przykuwałyby uwagę widowni. Jednakże każdy wielki magik iluzjonista musiał od czegoś zaczynać, bo w końcu nie każdy rodzi się od razu Davidem Copperfieldem. Niektórzy przekazują nabytą przez lata wiedzę i doświadczenie potomnym, i tak też czyni Joshua Jay, który jest wzorem dla nowego pokolenia miłośników magii.
     Autor publikacji „Megasztuczki dla małych magików” już od samego początku wchodzi w lekką konspirację wraz z rodzicami. W końcu to właśnie oni są najlepszymi asystentami dla początkujących magików. Nie tylko trzymają rekwizyty i przecinają na pół sąsiadów, czasami również przydaje się ich wprawne oko i zdolności manualne do tworzenia nowych gadżetów, które ułatwiają pracę każdemu artyście. Rodzic jest obecny na każdym etapie pracy małego sympatyka sztuczek magicznych, nie tylko udostępniając pomieszczenia na pokazy, ale przede wszystkim wspierając dziecko przy ewentualnych niepowodzeniach. Takie przygotowania to idealny pretekst do zacieśniania więzi, ale też do wspólnej zabawy. Obmyślanie nowych sztuczek, kreowanie nowych rekwizytów- wydaje się, że nie ma lepszego sposobu na wspólne spędzanie czasu. Bardzo dobrze, że autor właśnie rodziców wskazuje na to stanowisko doradcze małego magika i przygotowuje dla nich mały wstęp.
     W dalszej części tej pracy odnajdziemy aż 25 różnych magicznych sztuczek. Są to atrakcje o różnym stopniu skomplikowania. Począwszy od takich, co to nie wymagają większego przygotowania i można zaimprowizować je na każdym kroku, a skończywszy na bardziej pracochłonnych, do których niezbędne będą nam różne rekwizyty- często takie, które będziemy musieli wykonać sami. Na szczęście autor przeprowadza nas przez kolejne fazy zarówno tworzenia gadżetów, jak i późniejszej realizacji całej sztuczki. I tutaj jest to jedno jedyne „ale” w całej tej książce- niektóre etapy nie są do końca czytelne i zrozumiałe. Dla dorosłego... a co dopiero dla dziecka- kolejny punkt przemawiającym na korzyść rodzica w roli asystenta! Większość tych trików to nie jest nic wymyślnego- efekciarska zabawa w znikanie. Jest mały tego minus, bowiem teraz już nic z takich pokazów nie będzie dla nas zaskakujące, przecież po lekturze „Megasztuczki dla małych magików” mamy rozpracowany cały mechanizm tego przedsięwzięcia. Niestety, wśród tego zbioru nie znajdziemy niczego wielce spektakularnego, ale jest to oczywiste z uwagi na grupę docelową i ogólne założenie tej publikacji. W końcu mają to być sztuczki, które każdy będzie w stanie wykonać bez większych problemów. Z pewnością jest to niemała frajda dla dziecka i dla całej rodziny.
Źródło: Egmont

     Publikacja stworzona przez Joshuę Jaya, to nie tylko zbiór sztuczek magicznych, ale przede wszystkim kompendium wiedzy na ich temat. Znajdziemy tutaj również informacje na temat najsławniejszych magików (z założenia, bo David Copperfield gdzieś się zapodział!), a także wiele różnych porad. Najbardziej zachwycającą częścią jest ta, w której magik rozpisuje zalety tego, że dziecko chce wystawiać pokazy magii. Tym bardziej jest mu więc potrzebne wsparcie ze strony rodziców, którzy będą dodawać mu otuchy i kibicować z pierwszego rzędu.
     „Megasztuczki dla małych magików” to przede wszystkim zbiór kilkudziesięciu najbardziej rozpoznawalnych trików, jakie mieliśmy okazję oglądać. Uzbrojone w potężną dawkę prostych ilustracji, krok po kroku obnażają się przed nami, aby móc stać się bardziej przyswajalnymi dla nowego pokolenia magików. W tym całym czarno-biało-czerwonym harmidrze Joshua Jay nie zapomina o bardzo istotnej, jak nawet nie najistotniejszej, roli rodzica w całej tej zabawie, bo poprzez niego tym ma się stać magia- zabawą, a nie przykrym obowiązkiem, czy też powodem do stresu. Magik nie stroni od licznych opisów, a także ciekawostek z iluzjonistycznego świata, które jeszcze bardziej zaintrygują młodych czytelników i... przyszłych iluzjonistów!

Ocena: 5/6
Recenzja dla wydawnictwa Egmont!


Tytuł oryginalny: Big Magic for Little Hands / Tłumaczenie: Magdalena Koziej / Ilustracje: Kyle Hamilton / Wydawca: Egmont / Gatunek: dziecięce, poradnik / ISBN 978-83-281-2542-1 / Ilość stron: 112 / Format: 250x335mm
Rok wydania: 2014 (Świat) ,2017 (Polska)

poniedziałek, 4 września 2017

1237. Piękna i Bestia, reż. Bill Condon

     Magiczne to uczucie móc przeżywać te same emocje, których doznawało się za dziecka. Pokolenie wychowane na bajkach Disneya ma ostatnimi czasy prawdziwą uciechę, kiedy to ich ulubiona wytwórnia wypuszcza na ekrany unowocześnione i jak najbardziej żywe reprodukcje znanych i ukochanych historii. Spośród tak wielu, to „Piękna i Bestia” zasługuje na szczególną uwagę. Oczarowała nas przed laty i ponownie czaruje- scenografią, nowymi piosenkami, a także... niesamowitą obsadą. Miłość odżywa, nie tylko na ekranie, ale również w naszych sercach.
Źródło: Galapagos Films
     Młoda dziewczyna imieniem Bella (Emma Watson), bez matki, ale za to z najbardziej natrętnym adoratorem w mieście. Powszechnie uznawana za „dziwną”, ale również niesamowicie piękną skradła serce Gastonowi (Luke Evans). Kiedy jej ojciec zostaje pojmany przez straszliwą bestię i uwięziony w mrocznym pałacu za kradzież róży, bez mrugnięcia okiem zajmuje jego miejsce za kratami. Początkowo okrutny i agresywny książę zaklęty w Bestię, szybko zmienia swoje oblicze kiedy wskutek niefortunnego zbiegu okoliczności wzajemnie ratują sobie z Bellą życie. Od tamtej chwili stają się nierozłączni, a zarówno dla Bestii, jak i jego przyjaciół zaklętych w pałacowe sprzęty użytkowe pojawia się nadzieja na zdjęcie straszliwego czaru zanim opadnie ostatni płatek róży.
     Historia „Pięknej i Bestii” jest wciąż żywa. Wciąż niesie za sobą ponadczasowe przesłanie, które sprawdzało się kilka wieków temu, sprawdzające się również i teraz. Opowieść o miłości do pozazdroszczenia, o miłości ponad podziałami i pomimo wszelakich przeszkód- z czego największą jest straszliwa klątwa rzucona na przystojnego księcia, a czyniącego z niego przerażającą Bestię. To też film dający pstryczka w nos narcyzmowi, ale uaktualniona do współczesnych wciąż problematycznych tematów LGBT. I choć można by się przyczepić do tych minimalnych zmian fabularnych w filmie, to nie można im zarzucić bezcelowości, czy braku logiki. Rewelacyjnym pomysłem staje się odnowiona wersja wstępu do filmu i przedstawienie historii Bestii, rozszerzenie wizyty Maurycego w zamku Bestii, a jeszcze bardziej genialnie wypada jeden z prezentów od wróżki, który rzuca zupełnie nowe światło na postać Belli, która dotychczas była taka, bo tak! Wszystkie te udoskonalone wydarzenia stają się idealnym tłem na urozmaicenie filmowych postaci. Dodają im dramatyzmu u finału historii, gdzie twórcy postanowili pójść o krok dalej niż ci od animacji z 1991 roku. Jednakże najbardziej magiczne w tym filmie jest zobaczenie cudowności, jakie oferuje współczesne kino, a które było mocno ograniczone na poziomie animacji. Sceny wyczekiwane przez nas przez lata, upragnione do obejrzenia na wielkim ekranie, upamiętnione przez prawdziwe kamery i, co oczywiste, efekty grafiki komputerowej, które robią spektakularne wrażenie.
Źródło: Galapagos Films
     Oglądanie tego na wielkim ekranie kinowym, a potem ponownie przeżywanie tych emocji w domowym zaciszu jest prawdziwym wydarzeniem. Wizualnie film dopieszczony jest pod każdym możliwym względem. Co prawda dogłaszczanie Bestii poszło w niebezpiecznym kierunku, momentami zakrawając o pewną przesadę, ale i tak nie zmienia faktu, że idealnie komponował się do całego wizerunku filmu i tego osiemastowiecznego obrazu Francji. Przepiękne scenografie pełne zamkowego przepychu, postawione naprzeciw subtelności zwyczajnej prowincji. Wszystkie lokalizacji niesamowicie malownicze i jakże magiczne, z tymi okwieconymi polanami, zaśnieżonymi lasami, czy oświetlonymi blaskiem świec pałacowymi korytarzami i salami. Na tym tle dzieją się rzeczy niezwykłe. Wszyscy z niecierpliwością wyczekiwali sceny obiadowej będącej kwintesencją całej magii filmu, gdzie efekty leją się strumieniami, a widz chyba tylko cudem nie doznaje oczopląsu. I tylko tańczącej w rytm muzyki Belli zabrakło w tym wydaniu. Wszyscy z zapartym tchem spoglądali na scenę na sali balowej, która jak najbardziej spełniła oczekiwania nie tylko emocjonalne, ale również i wizualne. Udana zabawa światłem i cieniem, i złotem, i chabrem. Cudowności! Kostiumolodzy również nie próżnowali. Naszych bohaterów obdarzyli najpiękniejszymi strojami, jakie można było zobaczyć w filmach fabularyzowanych na podstawie klasycznych animacji. Nowy wizerunek Belli zachwycał i dodawał jej lekkiego pazura. Złota suknia balowa stała się jeszcze bardziej złota niż można było sobie wyobrazić! Dla panów również skapnęło kilka przepięknych kombinacji, a zważywszy na czasy osiemnastowiecznej Francji, w których to akcja się toczy, twórcy mogli puścić wodze fantazji materiałowej i kolorystycznej, i wspaniale ubrać zarówno księcia, jak i Bestię, a nawet i nieokiełznanego Gastona, który prezentował się o wiele lepiej niż w wersji animowanej.
Źródło: Galapagos Films
     „Piękna i Bestia” miała chyba najbardziej zachwycającą muzykę i piosenki ze wszystkich animacji Disneya. W tej kwestii nic się nie zmieniło. Oprawa muzyczna ponownie wynosi film na wyżyny, a my ponownie usłyszymy najbardziej ulubione motywy. Gdyby tego było mało powracają również kultowe piosenki, w całkiem ciekawym brzmieniu w wykonaniu aktorów („Belle” w wersji Emmy Watson, czy chociażby „Be Our Guest” a'la Ewan McGregor), a także odrobinę urozmaicone, jak w przypadku „Gaston”. Jednakże to co najbardziej zachwyca to zupełnie nowe utwory, które z marszu wpadają w ucho i stają się jednością z pozostałymi. Subtelność Kevina Claine'a śpiewającego „How Does a Moment Last Forever”, czy niezwykle przejmujący aranż Dana Stevensa w piosence „Evermore”. Pojawił się jednak pewien koszmarek, który jest ledwo znośny w oryginale, a całkowicie nie do strawienia w wersji polskiej w głosie Małgorzaty Walewskiej. „Aria”, o tobie mówię! I to nie dlatego, że nie przepadam za operami, to po prostu strasznie odstaje od reszty. Szczęśliwie jednak dla całego filmu tragedia ta ma miejsce u początku seansu więc szybko zostaje zgnieciona przez pozostałe genialne utwory.
Źródło: Galapagos Films
     Czasami chciałoby się zapomnieć o tym, że niektóre produkcje filmowe zostają zmasakrowane dubbingiem. Nigdy nie rozumiałam sensu podkładania głosu do filmu, gdzie przecież patrzymy na żywych ludzi i w większości sytuacjach wiemy, jak brzmią ich głosy. Cóż. Dlatego wspaniałością jest posiadanie własnego egzemplarza filmu, gdzie będzie można wybrać wersję w jakiej chce się go obejrzeć. Widząc „Piękną i Bestię” w obu wersjach stwierdzam, że oryginał wypada milion razy lepiej! Po prostu. Luke Evans jest totalnie seksowny, a jednocześnie denerwujący w swoim lukeowoevansowym brzmieniu i wyglądzie. Emma Watson wciąż jest odrobinę beznamiętna, ale za to wyjątkowo piękna w wersji a'la Bella. Natomiast Dan Stevens to zupełnie inny przypadek. Ja wiem, że wiele kobiet zachwycało się jego personą po seansie „Gość”, ale osobiście nie uznaję go za wyjątkowo pięknego. Jak dla mnie wygląda na lekkiego szaleńca, co podkreśla jedynie słuszność wyboru go do roli Davida w serialu „Legion”. To tylko podkreślało wrażenia obłąkania, kiedy w końcu ujrzeliśmy jego niebestyjne lico!
Źródło: Galapagos Films
     „Piękna i Bestia” nie jest tym filmem sprzed lat. Brak mu tego czegoś, co sprawia, że seans jest momentami dość męczący. Może powód kryje się w przydługich wstępach, przeładowaniu wątkami, czy licznymi zmianami wprowadzonymi przez nowych scenarzystów, a może po prostu zbyt wielkie emocje łączą nas z poprzednikiem. Wciąż pamiętam cudowną oryginalną wersję animacji, nieprzykrytą polskim dubbingiem, a jedynie lektorem. Pamiętam tę niesamowitą kreskę, tutaj zastąpioną efektami komputerowymi, które robią nie mniejsze wrażenie. Nadal zachwycają piosenki, które pokochał cały świat i cały świat nuci pod nosem. Wielbiciele wersji Kirka Wise'a i Gary'ego Trousdale (w tym ja) mogą być jednak zadowoleni z tego, co zrobił Bill Condon. Wniósł współczesnej świeżości do tej klasycznej historii, nadając jej zupełnie nowym wymiar i pokazując bohaterów w zupełnie innym świetle.

Ocena: 7/10
Recenzja filmu DVD „Piękna i Bestia” - dystrybucja Galapagos Films
Film dostępny zarówno na DVD, jak i Blu-Ray

Oryginalny tytuł: Beauty and the Beast / Reżyseria: Bill Condon / Scenariusz: Stephen Chbosky, Evan Spiliotopoulos / Zdjęcia: Tobias A. Schliessler / Muzyka: Alan Menken / Obsada: Emma Watson, Dan Stevens, Luke Evans, Kevin Kline, Josh Gad, Ewan McGregor, Ian McKellen, Emma Thompson / Dubbing polski: Olga Kalicka, Kamil Kula, Damian Aleksander, Krzysztof Dracz, Jacek Bończyk, Marian Opania, Małgorzata Walewska / Kraj: USA / Gatunek: Romans, Musical, Fantasy
Premiera kinowa: 23 lutego 2017 (Świat) 17 marca 2017 (Polska)
Premiera DVD i Blu-ray: 17 sierpnia 2017

środa, 26 lipca 2017

1232. Tajemny krąg, reż. Liz Friedlander

     Stacja The CW wraz z nadejściem nowego sezonu 2011/2012 wyemitowała nową propozycję dla fanów młodzieżówek. Po "Pamiętnikach wampirów'" przyszedł czas na czarownice z "Tajemnego kręgu". Serial powstał w oparciu o kolejna serię powieści autorstwa L.J. Smith, która stworzyła także historię romansu Eleny i Stefano. Do projektu zaangażowali się Ci sami twórcy, którzy odpowiadają za "Pamiętniki wampirów".
     W małym, spokojnym miasteczku dochodzi do tragedii, w wyniku której ginie Amelia Blake. Jej osierocona nastoletnia córka- Cassie, przekazana zostaje pod opiekę swojej babci, tym w rodzinne strony swojej matki, do Chance Harbor. Pierwszego dnia w nowej szkole nawiązuje świeże kontakty i szybko znajduje przyjaciół. Kiedy dowiaduje się, że jej znajomi to tak naprawdę czarownice, a ona jest jedną z nich, całe jej życie ulega zmianie. Idąc w ślady swoich nieżyjących rodziców tworzą krąg, aby zjednoczyć swoje moce i stać się niepokonanymi. Jednakże wraz z tym ściągają na siebie łowców, którzy nie spoczną dopóki nie zabiją wszystkich czarownic.
     Obok wampirów i wilkołaków, czarownice są jednym z najchętniej podejmowanych tematów w literaturze, czy filmie. W "Tajemnym kręgu" nadrzędną rolę pełnią magiczne zaklęcia, rytuały, czy też efekty specjalne. Nie zapomina się jednak o sporym ładunku emocjonalnym towarzyszącemu rozgrywanym wydarzeniom. Magia bowiem jest spoiwem łączącym szóstkę niezwykłych osobowości. Stanowi przedmiot rozrywki, jest czymś co ich dzieli, czymś co sprawia im ogromny problem. Ściąga na nich łowców czarownic, atak demonów, który kończy się tragicznie, a także całą masę innych wydarzeń, których nie spodziewałby się nikt. Wszystkie 22 odcinki to niekiedy całkowicie odrębne fabuły. Dopiero przy końcu zaczynają spajać się w jedną całość, prowadzącą do załadowanego finału. Zakończenie jest takie, jak cały sezon. Pełen akcji, rozmaitych emocji i wszelkiej magii. Potężnie zaskakuje w związku z czym fani mogli oczekiwać kolejnego sezonu, w którym znajdziemy odpowiedzi na wiele rozpoczętych wątków. Niestety, twórcy zrezygnowali z ciągnięcia tej historii. Trochę to frustruje bowiem każdy chciałby się dowiedzieć jak skończą się wątki miłosne, jak wiele szkód narobi czarna magia i czy w końcu rodzinie uda się zjednoczyć. Choć wiele wątków udało się zakończyć w dość zaskakujący sposób- zarówno w finale, jak i w międzyczasie, to szkoda, że nie poznamy dalszego ciągu. Choć dialogi i zaklęcia wypowiadane przez młode czarownice były dość irytujące, to dało się je przeżyć.
     Cały sezon uzbrojony został w potężny ładunek mrocznego klimatu powiązanego z magią. Choć nie jest to serial w całości o czarnej magii to jednak jej mrok jest tutaj dominujący. Zadbano, w tym celu, o wystrój opuszczonego domu, czy garażu wypełnionego po brzegi magicznymi rekwizytami. Momentami jest to dość dosadne. Nie ma zbytniego przeładowania efektami specjalnymi, czy komputerowymi, co jest dość nietypowe dla tego typu produkcji. Na szczęście wychodzi to na dobre dla serialu zyskując tym samym na wiarygodności. Podkład muzyczny i utwory, których posłuchać można przy okazji utrzymane są w tej samej tonacji co w serialu "Pamiętniki wampirów". Nie są to zbyt znane kawałki, ale czasem uprzyjemniają nam seans.
     Obsada to same młode gwiazdy, a większość z nich dopiero rozpoczyna swoją karierę. Większość znana z niezbyt ambitnych produkcji młodzieżowych. Tutaj reprezentują sześć zupełnie różnych osobowości. Cassie, która irytuje swoim ciągłym dziubkiem, stanowiąca całkowity i ciekawy misz masz charakterów. Potrafiła być jednocześnie niewinna i przerażająca. Dziwne jednak, że większa część obsady ją przyćmiła. Ciekawą postacią okazała się być Faye. Jej buntowniczy i pełen determinacji charakterek był dominujący. Najbardziej świadoma siebie postać, choć nie do końca w tym przekonująca. Najbardziej przezroczystą bohaterką stała się Melissa, która całkowicie zaginęła pośród swoich koleżanek. Pomimo swoich problemów, pomimo traumatycznych wydarzeń była całkowicie bez wyrazu. Momentami w ogóle zapomina się o jej istnieniu, w szczególności, gdy znika z ekranu na kilka odcinków. Wśród dorosłych postaci nie ma tu zbyt wielkich rewelacji. Emocjonujące jest pojawienie się niespodziewanej postaci, która zwodzi, oszukuje, a swoje prawdziwe intencje kryje pod maską miłości i uprzejmości. O dziwo zagrana bez większego zaangażowania. Tak jest ze wszystkimi, niczym się nie wyróżniają.
     Gdy po obejrzeniu całego sezonu jasne staje się, że wszystkie aktorskie braki starano się nadrobić porywającą fabułą. Kolejne zwroty akcji sprawiły, że "Tajemny krąg" wydał nam się interesujący. Pełen dramatów, akcji i magii stał się dobrze zapowiadającym się serialem dla młodzieży, choć początki były trudne i dość nudne. Wraz z postępem wydarzeń coraz bardziej przykuwa się uwagę widza i pomaga zaprzyjaźnić z bohaterami. Dlatego też spoglądając swego czasu na ramówkę The CW na jesień 2012/2013 z przykrością dostrzegliśmy, a właściwie nie dostrzegliśmy kontynuacji tego tytułu.

Ocena: 6/10

Oryginalny tytuł: The Secret Circle / Reżyseria: Liz Friedlander, Joshua Butler i inni / Scenariusz: Andrew Miller, Kevin Williamson i inni / Na podstawie: serii powieści L.J. Smith "Tajemny krąg" / Zdjęcia: Robert McLachlan, Ramsey Nickell / Muzyka: John Frizzell / Obsada: Britt Robertson, Thomas Dekker, Phoebe Tonkin, Shelley Hennig, Jessica Parker Kennedy, Louis Hunter, Chris Zylka, Natasha Henstridge, Ashley Crow, Adam Harrington, Gale Harold i inni / Kraj: USA / Gatunek: Fantasy, Horror / Liczba odcinków: 22
Premiera: 15 września 2011 (The CW) 12 listopada 2012 (AXN Spin)

środa, 5 kwietnia 2017

1223. Doktor Strange, reż. Scott Derrickson

     Epoka filmowego uniwersum Marvela trwa w najlepsze. Wielkimi krokami zbliżamy się do „Infinity War” więc studio musi się spieszyć z wprowadzaniem nowych bohaterów, którzy mają się pojawić w starciu Avengers z Thanosem. „Doktor Strange” jest jedną z bardziej enigmatycznych postaci, równie zapatrzoną w siebie jak Iron Man, a film o nim jest jeszcze bardziej strange niż on sam. Scott Derrickson też jest w sumie strange. Tak samo, jak i dwa jego wcześniejsze horrory.
Źródło: Galapagos Films
     Doktor Stephen Strange (Benedict Cumberbatch) jest jednym z najgenialniejszych neurochirurgów jakiego widział świat, widząc ratunek tam, gdzie inni spisali pacjenta na straty. Niestety, ulega poważnemu wypadkowi, który uszkadza nerwy w jego rękach- wyrok jest okrutny, neurochirurgia musi odejść w zapomnienie. Szukając pomocy trafia do Nepalu, gdzie trenując pod czujnym okiem Starożytnej (Tilda Swinton) próbuje sięgnąć dalej niż ludzki umysł i wziąć w posiadanie kosmiczną materie, która wspomoże jego leczenie. Nieoczekiwanie znajdzie się pośrodku wojny z byłym mistrzem Kaeciliusem (Mads Mikkelsen), który chce sprowadzić do naszego świata złego i bezdusznego pożeracza światów.
      Po raz pierwszy od czasu „Kapitan Ameryka: Zimowy Żołnierz” pojawił się u mnie problem z przetrawieniem filmu Marvela. Zapytacie, ale jak to?! Ty... Geek Marvela ma mieszane uczucia co do seansu z udziałem tak genialnej postaci jak Doktor Strange?! Zaskakujące, ale prawdziwe. W szczególności, że sama produkcja ma bardzo wiele płaszczyzn, z czego jedna przemawia do mnie bardziej, druga już zdecydowanie mniej. „Doktor Strange” bowiem okazał się być swoistym- ciekawym, acz bardzo... dziwnym, połączeniem „House'a”, „Incepcji” i „Siedem lat w Tybecie”. I jak etap neurochirurgicznych poczynań tego Strange'a uważam za całkiem fascynujące, a w dodatku uznaję go za naprawdę wkurzającą, acz intrygującą postać, tak etapu joginistycznego nie potrafię ogarnąć. Całkowicie naciągany wydaje mi się wątek projekcji astralnych, czakr i innych dziwnych reinkarnacji- tak jak tytułowy bohater, jestem totalnie ograniczona rozumowo w tym zakresie. Nie przyjmuję do wiadomości takich możliwości, a tym bardziej w wykonaniu Marvela, który ostro pojechał po bandzie. Atrakcje rodem z „Incepcji” choć spektakularne, wydają się być bezsensowne. Dzięki nim mamy tutaj troszkę akcji, kiedy w końcu skończą się te filozoficzne treningi i rozważania. Twórcy nie stronią również od humoru. Rozbrajające są akcje z lewitującą pelerynką, a i nawet najbardziej makabryczna sekwencja rozluźniona została lekkim dowcipem.
Źródło: Galapagos Films
     Strange, jedno słowo, które idealnie opisuje wrażenia po tym filmie- także wizualne, o dziwo. Tutaj w najbardziej absurdalnych momentach przypomina odrobinę „Ant-Mana”- w jego najbardziej absurdalnych wizualnie scenach. Po prostu... było to za ciężkie, zbyt przytłaczające, co nie oznacza, że nie piękne. Łamanie Nowego Jorku, aż za bardzo przypomina ujęcia z „Incepcji”. Spektakularne, zachwycające i konieczne do obejrzenia w 3D. Może wtedy jakaś ściana biurowca nas przygniecie dla podsycenia atmosfery. Wygląda to jednak bardzo poprawnie, bardzo gładko i o dziwo... realistycznie. Jak na typową marvelową bajeczkę przystało nie zabrakło i malowniczym detali. Te niekoniecznie trafiają w gusta. Główny boss, z którym przychodzi zmierzyć się naszym protagonistom wygląda jeszcze gorzej niż Thanos, a te wszędobylskie obłoczki z materii są komicznie kolorowe. Dziwnie wygląda również wątek astralny. Serio. Dziwnie. Po prostu. Niby ładnie, ale zbyt przesadnie. Efekty są więc na przyzwoitym poziomie, w szczególności, gdy skupiają się na tworzeniu rozetek z kamienic.
     To co naprawdę jest tutaj wyjątkowe, to muzyka Michaela Giacchino. To co ten człowiek robi z dźwiękami jest obezwładniające. Idealnie podkreślające atmosferę, dramatyzm i waleczność kolejnych scen. Podsyca mistyczną atmosferę, nadaje duchowości, a także orientalności. Każdy jeden dźwięk stopniuje napięcie i wyzwala skrywane emocje. Jest czym się zachwycić. Zdecydowanie!
Źródło: Galapagos Films
     Doktor Strange nie jest jakimś niezwykłym superbohaterem. Jego moc nie wynika z tego, że ugryzł go pająk, albo pijawka, która pojawiła się w rzeczce. Nie natchnęło go, kiedy uległ wypadkowi, a uderzenie nie przestawiło mu kręgu, odblokowując magiczną klepkę w mózgu odpowiadającą za czary. Wszystko to zostaje przez niego przestudiowane i wyuczone. Więc skoro supermocą Batmana jest to, że jest bogaty, tak u Strange'a jest to genialny umysł. W tej roli pojawia się Sherlock Holmes, który idealnie się tutaj sprawdza. Benedict miał więc już do czynienia z trochę separacyjnym umysłem, który się wielbi za jego wielkość, ale nie pomaga w pokochaniu go. Zapatrzony w siebie, uważający się za Boga. Przystojny, ale lekko chamowaty. Och, zupełnie jak Tony Stark- ten na szczęście się ogarnął, może w końcu dojrzał. W opozycji do niego stawia się bohaterów całkiem wyblakłych. Na ich czele stoi Rachel McAdams, która niby jest, a równie dobrze mogłoby jej nie być. Lepszy duet udało się Cumberbatchowi stworzyć z lewitującą pelerynką. Miło było znowu popatrzeć na Madsa Mikkelsena, a Tilda Swinton idealnie wpasowała się urodą w Starożytną mniszkę.
Źródło: Galapagos Films
     „Doktor Strange” to film, wobec którego mam naprawdę mieszane uczucia. Typowe rozdarcie pomiędzy byciem wiernym fanem Marvela, świetną postacią i dość niemrawą akcją. Pierwsza połowa za bardzo monotonna, ale szybko nabiera rozpędu, aby doprowadzić widza do zaskakującego finału. Za dużo tutaj nawiązań do innych obrazów, za dużo warstw filmu, które o dziwo tworzą spójną całość. Pomimo wszystko jest to interesująca historia z rewelacyjnymi rozwiązaniami wizualnymi. Ciekawe zabawy z czasem, przestrzenią oraz materią, zabarwione humorem w idealnej wręcz proporcji. Postaci mogłyby być bardziej zaangażowane w relacje z innymi bohaterami, ale za czerwoną pelerynkę, która wybrała Stephena Strange'a, niczym różdżka Olivandera postawiła na Harry'ego Pottera, zdecydowanie na plus. Rozdarcie trwa, nawet po dwóch seansach.


Ocena: 7/10
Recenzja filmu DVD „Doktor Strange” - dystrybucja Galapagos Films
Film dostępny na DVD, Blu-Ray oraz Blu-Ray 3D. Tę ostatnią można otrzymać również w Steelbooku.


Oryginalny tytuł: Doctor Strange / Reżyseria: Scott Derrickson / Scenariusz: Scott Derrickson, C. Robert Cargilll, Jon Spaihts / Na podstawie: komiksu Steve'a Ditko / Zdjęcia: Ben Davis / Muzyka: Michael Giacchino / Obsada: Benedict Cumberbatch, Chiwetel Ejiofor, Rachel McAdams, Benedict Wong, Tilda Swinton, Mads Mikkelsen / Kraj: USA / Gatunek: Akcja, Przygoda, Sci-Fi
Premiera kinowa: 22 września 2016 (Świat) 14 października 2016 (Polska)
Premiera DVD: 15 marca 2017

czwartek, 1 grudnia 2016

1214. Fantastyczne zwierzęta i jak je znaleźć, reż. David Yates

      Kiedy zamknęliśmy ostatnią stronę powieści “Harry Potter i Insygnia Śmierci”, gdy obejrzeliśmy ostatnią sekundę drugiej części filmu, wiedzieliśmy, że skończyła się pewna ważna dla nas epoka. Jednakże dziś na półkach księgarń możemy znaleźć kolejny tom o przygodach znanego czarodzieja, a na ekranach kin spin-off o tytule Fantastyczne zwierzęta i jak je znaleźć”. David Yates znowu staje za kamerą, aby poszerzyć granicę uniwersum Harrego Pottera, ale przede wszystkim na nowo rozbudzić w nas miłość do tego magicznego świata!
Źródło: Warner Bros.
      Newt Skamander (Eddie Redmayne) przybywa do Ameryki z tajemniczą walizką. Nikt nie wie, co za niezwykłości się w niej kryje poza nim samym. Przynajmniej do czasu, gdy na jego drodze nie staje sympatyczny niemag imieniem Jacob Kowalski (Dan Fogler), ubiegający się o kredyt na otwarcie cukierni. Przypadkowo wchodzi w posiadanie walizki, a gdy ją otwiera na ulice Nowego Jorku wydostają się magiczne zwierzęta. Zaczynają one siać zamęt w mieście, co wzbudza zainteresowanie lokalnego Magicznego Kongresu, ale również i mugolskich obywateli. Newt wraz z nowym kompanem i dopiero co poznaną pracownicą kongresu (Katherine Waterston) wyrusza na łowy, ale gdy w dziwnych okolicznościach ginie człowiek oskarżycielskie spojrzenia skupiają się na młodym czarodzieju obwiniając go o przywiezienie do ich kraju dawno niewidzialnej i niezwykle mrocznej istoty.
      Film, który pięknie się ogląda. Film, który początkowo wydaje się być o niczym. W końcu jego fabuła skupia się na człowieku znanym nam z opowieści o Harrym Potterze jedynie z książki, która pojawia się w tej historii, a którą wydał. Niby nic specjalnego, ma to głównie charakter wprowadzający do dalszych wydarzeń- taką przynajmniej warto mieć nadzieję, więc przez większość czasu nic konkretnego się nie dzieje. Akcja jest zdecydowanie zbyt monotonna, choć Yates próbuje zbudować element suspensu wokół postaci Salemian. Przez cały ten czas prób wkręcania nas w klimat opowieści- co oczywiście nie jest zbyt trudne, twórcy zasypują nas dowcipami, wrzucają postaci, które z łatwością uwodzą swoim urokiem nie tylko nas, ale również siebie nawzajem (najwyraźniej film bez wątku romantycznego, to film stracony), ale przede wszystkim dają bardzo dużo czasu na zapoznanie się ze światem magicznym lat 20 i to w dodatku ze światem magicznym w rzeczywistości amerykańskiej. Wszystko po to, aby doprowadzić nas do punktu ostatecznego, w którym to wydaje nam się jakbyśmy oglądali 3-godzinny seans.
Źródło: Warner Bros.
Atmosfera się zagęszcza, akcja nabiera rozpędu- niby jest faktycznie dynamicznie, ale te ostatnie pół godziny wydaje się wlec w nieskończoność. Zdecydowanie za bardzo zostaje to przeciągnięte, najwyraźniej po to, aby ostatecznie stoczyć walkę dobra ze złem- typowo! Nie mogę jednak powiedzieć, że było to nieefektowne- wręcz przeciwnie. Było tak zjawiskowo piękne, tak niesamowicie niepokojące, że trudno było nie siedzieć jak na szpilkach z łomoczącym sercem i wielkim przestrachem na myśl o tym, co lada chwila może się wydarzyć. Ostatecznie dochodzi do pewnego ciekawego twistu, którego nikt się nie spodziewał. Nie tylko z powodu rozwikłania zagadki, o której nie mieliśmy pojęcia, że jakaś w ogóle jest, ale przede wszystkim z uwagi na pojawienie się twarzy, której nie oczekiwaliśmy zobaczyć w tym filmie.
      Najistotniejsze jednak w Fantastycznych zwierzętach” są jednak zwierzęta. Choć w zasadzie to bardzo często się o nich zapomina. Rewelacyjne jest miejsce ich pobytu, a jaka zabawa przy ich odkrywaniu… Najwięcej frajdy dostarcza chyba Niuchacz, czyli miłośnik błyskotek przypominający krecika. Nie przepuści żadnej okazji, więc niezły z niego kleptoman. W zasadzie cały ten zamęt to jego sprawka! Swoim wyglądem z pewnością najbardziej zachwyca Żmijoptak. Jak sama nazwa wskazuje jest to krzyżówka żmii i ptaka. Cudownie wygląda i jest na tyle zmiennokształtny, że z łatwością dopasowuje się do przestrzeni, w której akurat się znajduje. Gdy do tego dodamy jeszcze uroczego Nieśmiałka przypominającego kiełkujący krzaczek, który… chyba po prostu ma nas doprowadzić do cukrzycy swoją słodkością, to mamy ekipę naprawdę nie z tej Ziemi, a to nawet nie połowa fantastycznego zwierzęcego arsenału kryjącego się w magicznej walizce Skamandera. Każde ze stworzeń wykonane jest w naprawdę unikalny sposób, ale to wciąż mają wygląd potterowski, czyli utknęły na początku XXI wieku i ciężko im technologicznie ruszyć naprzód. W sumie jest w tym szaleństwie metoda, bowiem jeszcze lepiej odczuwa się to magiczne uniwersum. Od razu widać, że tęskniliśmy za czarodziejami i światem Harry’ego Pottera. Pomimo tego, że akcja rozgrywa się w latach 20stych bardzo łatwo wyczuć tę niesamowitą atmosferę- zarówno podczas zwiedzania siedziby MACUSA, jak i podczas przypatrywania się zwierzętom, no i oczywiście przy objawieniu się mrocznej siły. To ostatnie zjawisko było naprawdę spektakularne. Oglądanie tego w 3D musiało naprawdę dać po twarzy!
Źródło: Warner Bros.
      Ten film powinien mieć chyba tytuł “Fantastyczne zwierzęta i jak znaleźć dzięki nim przyjaciela”. Co tam magiczne istoty, ludzie się liczą! A w tym filmie najważniejszy jest jeden- Jacob Kowalski i Dan Fogler, który sprawił, że ta postać jest do zakochania. To po prostu niesamowite jak drugoplanowa rola może zdominować cały film. To przez Foglera się śmialiśmy, to przez niego poczuliśmy chemię na ekranie i to przez niego spociły się nam oczy. Jego reakcje na świat magiczny kwitowane nerwowym podśmiechiwaniem to coś niemożliwie uroczego. To jaki świetny duet tworzy z Alison Sudol, która jest równie urocza i niewinna, to kolejna niesamowita rzecz. Nie ma możliwości, aby ten film tak oczarował widza bez niego. Wszystko dlatego, że Eddie Redmayne gra wciąż tę samą rolę. Jego Newt ma w sobie coś ze Stephena Hawkinga i coś z Einara Wegenera. Przykre. Colin Farrell nie mógł być chyba bardziej denerwujący. Natomiast niespodziewany gość zdecydowanie pasował do swojego stanowiska. Ezra Miller zaskakuje swoim wizerunkiem, a także niepokojem, który wywołuje. Jest w nim coś przerażającego.
Źródło: Warner Bros.
      Nie można uznać Fantastycznych zwierząt” za nieudane, wręcz przeciwnie. W końcu to świat Harry’ego Pottera. Magia aż kipi z ekranu, a jednocześnie obraz zachowuje sporo realności. Początkowo oczywiście fabuła wydaje się zmierzać donikąd, trudno wyczuć się sens tej opowieści, ale szczęśliwie wszystko nabiera charakteru i wątpliwości znikają w niebyt- choć niektóre wątki wydają się wepchnięte do filmu na siłę. Fascynujący jest przegląd magicznych stworzeń, z których każdy jest inny i wywołuje inne emocje. W połączeniu z ciekawymi, charakternymi postaciami, a także licznymi niespodziankami- także wizualnymi i dźwiękowymi, dostarczonymi przez twórców bez problemu możemy zanurzyć się w ten magiczny świat Nowego Jorku z początków XX wieku.

Ocena: 8/10

Oryginalny tytuł: Fantastic Beasts and Where to Find Them / Reżyseria: David Yates / Scenariusz: J.K. Rowling / Zdjęcia: Philippe Rousselot / Muzyka: James Newton Howard / Obsada: Eddie Redmayne, Katherine Waterston, Dan Fogler, Alison Sudol, Ezra Miller, Samantha Morton, Jon Voight, Colin Farrell / Kraj: USA, Wielka Brytania / Gatunek: Familijny, Fantasy, Przygodowy
Premiera: 12 października 2016 (Świat) 14 października 2016 (Polska)