NOWOŚCI
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Warner Bros.. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Warner Bros.. Pokaż wszystkie posty

piątek, 15 lutego 2019

1256. Mała Stopa, reż. Karey Kirkpatrick

     Zima w pełni wobec czego zimowe klimaty w kinematografii są jak najbardziej trafione. W szczególności, gdy dotyczą animacji, bo śnieżne opowieści dostarczać mogą wiele frajdy zarówno małym, jak i dużym widzom. „Mała Stopa” stworzona przez Kareya Kirkpatricka zdecydowanie do takich należy, bo przecież porusza temat fascynujący ludzkość od dziesiątków lat- opowieści o Yeti, przedstawiona z całkiem innej perspektywy, a do tego świetnie wyglądająca wzbudza sympatię i ciekawość.
Źródło: Galapagos Films

     Migo (Stefan Pawłowski) jest synem tego, który każdego poranka musi wybudzić Słońce ze snu uderzając głową w wielki gong. Każdy wśród ich małej, górskiej społeczności ma w swoim życiu jakiś cel, aby przysłużyć się dobru ogółu. Jedyne czego się obawiają, to nie tylko proroctwa z tajemniczych kamieni zawieszonych na szyi wielkiego wodza, ale również i „Małej Stopy”. Dlatego też, gdy podczas swoich starań odnalezienia miejsca w życiu Migo trafia do świata małych stóp, zarówno jego życie, jak i żywot Percy'ego (Sebastian Stankiewicz) ulegnie diametralnej zmianie.

     Podobają mi się współczesne animacje i ich złożoność. To już nie są jedynie bajki dla dzieci, z lekkim morałem przyswajalnym przez każdego, to naprawdę mądre kino, które zadowoli także dorosłego widza. „Mała Stopa” to historia opowiedziana z całkiem innej perspektyw. Do tej pory to ludzie fascynowali się pogłoskami o istnieniu Yeti, wzajemnie się nakręcając i tworząc coś na skraju lokalnej legendy, a wręcz budząc strach. A gdyby tak sytuacja się odwróciła, gdyby to ludzie byli tym tajemniczym gatunkiem żyjącym gdzieś pod wielką chmurką i o którym szepcze się, że istnieje lub też nie. Świetny pomysł, który znajduje ujście w naprawdę przezabawnych scenach związanych z pierwszym spotkaniem, próbą komunikacji, czy zachwytem Wielkiej stopy nad Małą stopą. Urocze i zabawne jednocześnie. Przy tym naprawdę można się świetnie bawić. Jednakże gdzieś pomiędzy tą zabawą pojawia się również czas na refleksję i to refleksję ocierającą się nie tylko o tolerancję, strach przed odmiennością i starciem rzeczywistości z legendą. To coś znacznie głębszego. Animacja budzi lekką trwogę w widzu, przyrównując wierzenia Yeti do naszych własnych chrześcijańskich. To już jest temat bardzo „śliski”, który może rzutować na odbiór filmu u jednej z grup odbiorców. Mądrości zapisane na kamiennych tablicach, brzmi znajomo? Tutaj twórcy podejmują bardzo odważną decyzję pójścia o krok dalej i pokazania drugiej strony tych zasad, czy jak to tam zwać.
Źródło: Galapagos Films

     „Mała Stopa” bardzo fajnie prezentuje się pod względem wizualnym. Utrzymana w zdecydowanie zimowych barwach bardzo dobrze buduje cały klimat. Wszędzie śnieg, do tego górzyste tereny- plenery więc magiczne. Nawet wtedy, gdy sielskie leśne klimaty zamieniamy w metropolię- lekki kontrast, ale i tak komponuje się do całości. W tym wszystkim urocze istoty, które może urodą swoją nie zachwycają, ale postarano się o ich niesamowity wygląd. Każdy z Yetich jest inny, ma inne cechy charakteru, a co za tym idzie inne cechy wizualne. Nie trudno więc stwierdzić, że produkcja dostarcza przyjemnych wrażeń dla oka.

     Dubbing nigdy nie jest łatwą rzeczą, ale problemem jest w przypadku produkcji aktorskich. W sytuacji animacji nie ma większego wyzwań, gdyż postać jest taka jaką ją usłyszymy, jakie cechy charakteru zaserwuje jej aktor wraz ze swoją interpretacją. W „Małej Stopie” pierwsze skrzypce grają Migo wraz z Percym, a więc Stefan Pawłowski i Sebastian Stankiewicz. Ciężko oceniać poza stwierdzeniem, że świetnie się spisali, bowiem ich głosy dobrze tutaj zagrały dając uczucie spełnienia dla tych właśnie postaci. Zaskakującym okazało się zepchnięcie na dalszy plan towarzyszki Percy'ego, bowiem Brenda mogła sporo namieszać w fabule. Twórcy najwyraźniej poszli innym tropem i to bardzo dobrym w dodatku. Reszta postaci stanowiła bardzo dobre tło, motor do działania, wizualizację pewnych pragnień i obaw. A obsada dubbingująca? Urzeczywistniła te emocje. 
Źródło: Galapagos Films

     Najnowsza animacja Kareya Kirkpatricka to nie jest żadne objawienie, niestety. Owszem, film jest bardzo pomysłowy w swojej interpretacji, z pewnością dostarcza wielu bardzo złożonych emocji, jednakże czegoś mi tutaj brakuje. I nie mowa tu o złocistej kresce Disneya, ale zwyczajnego ducha w opowieści. „Mała Stopa” i owszem porusza ważne tematy, w szczególności dla małego dziecka, które dopiero poznaje świat, próbuje również robić to w dość zabawny i przystępny sposób, ale całe go zagłębianie się w inną kulturę wydaje się dość lakoniczne. Coś takiego jest w tej animacji, co nie pozwala zapamiętać jej na dłużej. Nie robi aż tak spektakularnego wrażenia, choć nie można jej odmówić, że przyjemnie się ją ogląda.

Ocena: 6/10
Recenzja filmu DVD „Mała Stopa” - dystrybucja Galapagos Films

Oryginalny tytuł: Smallfoot / Reżyseria: Karey Kirkpatrick / Scenariusz: Karey Kirkpatrick, John Requa, Glenn Ficarra / Muzyka: Heitor Pereira / Dubbing polski: Sebastian Stankiewicz, Stefan Pawłowski, Jacek Król, Małgorzata Kozłowska, Anna Smołowik, Jakub Wieczorek, Wojciech Mecwaldowski, Arkadiusz Jakubik / Kraj: USA / Gatunek: Animacja

Premiera kinowa: 13 września 2018 (Świat) 28 września 2018 (Polska)
Premiera DVD: 30 stycznia 2019

piątek, 14 grudnia 2018

1253. Ocean's 8, reż. Gary Ross

     Minęły całe wieki od premiery pierwszego filmu z ekipą „Oceana...”. Z niewiadomych dla mnie przyczyn produkcja rozrosła się do serii, którą uwielbiają wszyscy, a ja musiałam posiłkować się coraz większą ilością wykałaczek wspierających powieki, żeby nie zasnąć. Jednakże, gdy słyszy się, że popularny obraz doczeka się kobiecej wersji, wiadomym jest jedno – trzeba to zobaczyć! I chociaż w czasie fali kinowych seansów nie miałam najmniejszej ochoty na film z kradzieżami w tle, tak już premiera DVD tytułu „Ocean's 8” skutecznie popchnęła mnie do realizacji celu.
Źródło: Galapagos Films

     Niesłusznie skazana Debbie Ocean (Sandra Bullock) po latach odsiadki próbuje stanąć na nogi. Kobieta odnawia stare znajomości, zawiera także nowe i postanawia jak najszybciej wzbogacić się idąc w ślady brata, który przed laty zasłynął z serii wielkich rabunków. Za cel obiera sobie uroczą aktorkę Daphne Kluger (Anne Hathaway), która podczas uroczystej gali MET ma założyć wspaniałą brylantową kolię wartą miliony. Do przedsięwzięcia angażuje nie tylko słynną projektantkę mody, czy wyspecjalizowaną hakerkę, ale przede wszystkim specjalistkę od biżuterii. Zasada jest jedna- żadnych mężczyzn! A jeżeli przy okazji uda się zemścić na jednym z nich, to wszystkie będą zadowolone.

     Niegdyś kino rabunkowo-przekrętowe należało do moich ulubionych i to chyba głównie zasługa brytyjskich twórców, którzy jak nikt inny rozbrajali banki i dawali pstryczka w nos gangsterom. Seria „Oceana...” to zupełnie inny poziom oszustwa. Tutaj sumienność przeplata się z kreatywnością, a delikatność krzyżuje się ze swoistą elegancją. To już nie jest kwestia obrobienia sejfu gangsterowi, a dobranie się do najpiękniejszych bogactw tego świata. Nie inaczej jest w przypadku, gdzie królują kobiety, a za sprawą pięknej blondynki wszyscy wiedzą, że najlepszym przyjacielem kobiety są diamenty. Trochę więc powierzchownym i całkowicie schematycznym jest skupienie uwagi kobiecego grona na tychże przezroczystych kamyczkach, które idealnie odbijają światło i przepięknie prezentują na kobiecym ciele. Pomimo tego, że jest to stereotypowe spoglądanie na kobiety, tak nie stanowi to żadnej ujmy dla odbioru całości filmu. Bowiem akcja jest poprowadzona bardzo sprawnie, budowanie napięcia, ale przede wszystkim całej tej otoczki wielkiego przedsięwzięcia, w którym nie wiadomo czy wszystko całkowicie się zgra, jest bardzo zachęcające. W szczególności, że uderza to w tematy dotyczące głównie kobiet, mężczyźni raczej niekoniecznie odnajdą się w temacie. W końcu mamy tutaj nie tylko diamenty, które stają się obiektem pragnienia, ale także najrozmaitsze kreacje, no i przede wszystkim wyjściowy charakter tego spotkania przed telewizorem. Widz, aż niekomfortowo się czuje i zastanawia się czy nie powinien czasem przebrać się w smoking, tudzież suknię balową, która od tysiącleci kurzy się w odmętach szafy. Taki jest właśnie ten film, cuchnie przepychem, ale też i daje do zrozumienia, że każdy jest jedynie człowiekiem i podobne sytuacje przydarzyć mogą się każdemu, bez względu na to, w którym miejscu drabiny rozwojowej się znajduje.
Źródło: Galapagos Films

     Twórcom udaje się sprawnie poprowadzić intrygę, która początkowo bardzo niemrawo posuwa się na przód. Jednakże kiedy wszystkie elementy zaczynają się zazębiać, a my coraz bardziej zaczynamy odczuwać tremę przed ujawnieniem jakiegoś ze szczegółów, to wszystko nabiera całkowicie nowego wymiaru. Wraz z postępem akcji kolejne bohaterki pokazują na co je stać i po faktycznie pojawiły się przy tym projekcie, a i niektóre z nich potrafią nieźle zaskoczyć. Nigdy natomiast nie rozumiałam klasyfikacji gatunkowej tego rodzaju filmów. Opcje są dwie, albo te filmy nie są śmieszne i nie powinny być nazwane komediami kryminalnymi, albo to ja nie mam poczucia humoru. Stawiam jednak na to pierwsze, choć muszę przyznać, że wymknęło mi się parsknięcie śmiechem na widok baniek mydlanych.

     W tym wszystkim brak mi jest większej ilości nawiązań do poprzednich filmów, choć oczywiście doceniam te elementy, które faktycznie się pojawiły. Brak mi czegoś na kształt żałoby, choć nie twierdzę, że ma to być przyozdobione jakimś załamaniem nerwowym skutkującym morderstwem. Choć w sumie można spojrzeć na całą fabułę, jako formę żałoby. Uczczenie pamięci brata poprzez zrobienie skoku w jego stylu. Rzecz interpretacji.

     Uwielbiam kobiece filmy, co nie powinno być większym zaskoczeniem. Wszelkie żeńskie odpowiedzi na męskie produkcje mają u mnie plus na starcie. Nie wszystkim jednak udaje się utrzymać na poziomie, a co niektóre produkcje udowadniają, że kobiety bywają znacznie gorsze od mężczyzn. Jednakże w tym przypadku kobiety dorównują inteligencją mężczyzną, a w dodatku mają większą siłę przebicia, gdyż nikt nie będzie ich podejrzewał o to, co planują zrobić. Dlatego tak ważnym było zaangażowanie odpowiednich kobiet do tej produkcji. Wszystkie sprawdziły się bardzo dobrze, choć nie do końca udaje mi się ogarnąć casting w przypadku niektórych ról. Rihanna... serio? Sto razy bardziej wolę duet Sandry Bullock i Cate Blanchett. Te dwie idealnie dogadują się na planie, co przekłada się na całkiem zaskakujący duet. Do tego Anne Hathaway ze swoim uśmiechem i cudowną prezencją, która pięknie serwuje zamysł aktorskiej incpecji. Do tego inspirująca Helena Bonham Carter. Urocza w swojej niedoskonałości. Każda z kobiet odgrywa tutaj ważną rolę, nawet taka Sarah Paulson, która zrobiła oszałamiającą karierę na tworach „American Horror Story”.
Źródło: Galapagos Films

     „Ocean's 8” to nie jest kino, które mnie porywa. Fajnie się ogląda, można dostać ciekawej zajawki na punkcie skoków na wspaniałe bogactwa, ale tempo zdecydowanie nie moje. Historia całkiem błaha, do tego mocno spłycająca kobiety pokazując je jako istoty, które pragną jedynie diamentów, no i oczywiście zemsty. Za mało tutaj budowania jakiś większych relacji, za mało dynamizmu, który jeżył by włos na przedramieniu. Za mało tutaj pasji i kreatywności, choć ostatecznie ciekawie poprowadzony jest ciąg przyczynowo-skutkowy. Do tego wszystkiego wspaniała i przepiękna obsada, którą miło się obserwuje. Nie jest to żaden ewenement w świecie kina, nie jest to nic nowego- niestety, ale na luźny, niezobowiązujący wieczór będzie idealny.


Ocena: 6/10
Recenzja filmu DVD „Ocean's 8” - dystrybucja Galapagos Films

Oryginalny tytuł: Ocean's 8 / Reżyseria: Gary Ross / Scenariusz: Olivia Milch, Gary Ross / Zdjęcia: Eigil Bryld / Muzyka: Daniel Pemberton / Obsada: Sandra Bullock, Cate Blanchett, Anne Hathaway, Mindy Kaling, Sarah Paulson, Awkwafina, Rihanna, Helena Bonham Carter / Kraj: USA / Gatunek: Komedia kryminalna

Premiera kinowa: 05 czerwca 2018 (Świat) 22 czerwca 2018 (Polska)
Premiera DVD: 14 listopada 2018

sobota, 24 lutego 2018

1245. LEGO®Ninjago: Film, reż. Charlie Bean, Paul Fisher, Bob Logan

    Filmy z serii LEGO cieszą się ogromną popularnością. Nigdy nie wiadomo jaki jeszcze szalony pomysł wpadnie do głowy twórcom. Wszystko zaczęło się od „LEGO®Przygoda”, która pokazała nam nowy wymiar animacji i przede wszystkim przebojowych kloców LEGO. Potem był czas genialnego Batmana, który bawił do łez i dał szansę na polubienie tego mrocznego superbohatera. Teraz przyszła kolej na kultowy produkt Ninjago, który to sympatycy mogli oglądać już w wersji z przeznaczeniem na mały ekran. Dlaczego więc ekipa Charliego Beana postanowiła zrobić z tego film? Pewnie, żeby ciągnąć ten ciekawy cykl. Szkoda jedynie, że nie podzielili sukcesu poprzedników.
Źródło: Galapagos Films
     Ninjago City notorycznie atakowane jest przez złowieszczego Garmadona (Jakub Wieczorek), pałającego żądzą władzy. Nie przysparza to sympatii ze strony rówieśników porzuconemu przez niego synowi- Lloydowi (Aleksander Sosiński), który pragnie jedynie odzyskać rodzinę. Ciężko jest to jednak osiągnąć, gdy stale walczy się ze swoim ojcem. W końcu chłopak i grupa jego przyjaciół w obliczu zagrożenia przywdziewają stroje ninja, wskakują do swoich mechów i pod duchowym przewodnictwem Mistrza Wu (Stefan Knothe) bronią miasta przed każdym atakiem. Wszystko się jednak sypie, gdy ogarnięty gniewem na swojego ojca Zielony Ninja ściąga siejącego zniszczenie gigantycznego kota.
     „LEGO®Ninjago: Film” to bardzo złożony twór, który zdecydowanie nie potrafi wzbudzić większych emocji u odbiorcy. Czasami, gdy scenarzyści mają ambicję stworzenia filmu, gdzie każdy będzie identyfikował się z bohaterami, gdzie historia będzie bardzo przejmująca i trafiająca do najmłodszych widzów dając im naukę, to wychodzi potem totalny chaos. I choć produkcja Charliego Beana mówi praktycznie o wszystkim, to nie daje zupełnie nic. Fabularnie to prosta historia o dzieciakach spełniających marzenia byciu bohaterami miasta. W głębi serca każdy z nas chciał lub nawet nadal chce coś znaczyć dla społeczeństwa. Z drugiej zaś strony ta sama grupka staje się uosobieniem współczesności i jej problemów. Bohaterowie, którzy nie potrafią spojrzeć w głąb siebie i odnaleźć w nim potencjał, a zamiast tego posiłkują się wszelkimi udogodnieniami jakie tylko oferuje im współczesna technologia. Są od niej tak uzależnieni, że nie potrafi poradzić sobie bez niej, gdy pojawia się problem.
Źródło: Galapagos Films
     Historia ukazuje również dramat młodego chłopaka, który wychowywał się bez ojca. Co gorsza, ten ojciec to wielki złoczyńca, a więc dzieciak nie ma najlepszych notowań w szkole i w ogóle... w mieście. Jednak pomimo wszystko pragnie bliskości i jest w stanie zrobić wszystko, aby zrealizować swoje pragnienia- nawet zniszczyć miasto. Kiedy ma więc okazję na poprawę relacji z ojcem, nie waha się ani chwili. Może nadrobić stracony czas, nauczyć się tego, czego nie potrafił zrobić bez przewodnictwa rodzica. W tych momentach klaruje się obraz bardzo ciekawej postaci Garmadona, który poza mistrzem Wu wzbudza najwięcej i najciekawszych emocji. Z jednej strony człowiek kreujący się na tego złego, który pragnie jedynie większej władzy. Z drugiej udręczona dusza, która porzuciła swoją rodzinę dla realizacji wielkich życiowych celów. Postać nieodgadniona całkowicie rozdarta pomiędzy chęcią posiadania, a swoim instynktem ojcowskim.
     Akcja rozwija się tutaj bardzo dynamicznie, ale ten chaos momentami nuży. Ileż można obserwować ciągłych zwrotów akcji, dziwacznie klockowych wojaży duchowych, czy scen walki nie mających końca. Tu coś wybuchnie, tam ktoś komuś przywali, a gdzieniegdzie jeszcze ktoś będzie toczył walkę na śmierć i życie bambusowymi pałkami. Dla najmłodszych widzów będzie to zapewne nie lada rozrywka, ale starszemu będzie tutaj czegoś brakowało. Spoiwa, który nadałby tym wygibasom na ekranie większy sens. Tymczasem sceneria mienia się zdecydowanie za szybko. Gdzieniegdzie scenarzyści wplatają jakieś żarty i gagi, ale to odgrzewane kotlety, wciąż powtarzane schematy, które już dawno temu przestały ludzi bawić. Nie ma w tych dowcipach niczego odkrywczego, film nie śmieje się sam z siebie. To spory minus, który sprawia, że cały obraz odbieramy raczej drętwo.
Źródło: Galapagos Films
     Sporą zaletą filmów LEGO jest ich warstwa wizualna, bo nie ma się co oszukiwać- oglądać ożywione klocki na ekranie, to naprawdę fantastyczna zabawa. Twórcy realizują najbardziej pokręcone scenariusze użytkowników tych klocków, a i sam film na takowy się stylizuje. Bowiem podobnie jak „LEGO Przygoda”, tak też i „Ninjago” łączy w sobie świat realny z klockowym, gdzie fabuła krystalizuje się w głowie małego chłopca. Szkoda tylko, że wybuchy nie mają klockowego charakteru, a ognie piekielne nie są latającymi klocuszkami. Dobrze jednak, że twórcy nie poszli w kierunku wykreowania klocków komputerowo, a użyli tych realnych, przez co zupełnie inaczej się to ogląda. Zupełnie jakby klocki LEGO ożyły naprawdę. 
Źródło: Galapagos Films
     Już na etapie seansu kinowego miałam spory problem z „LEGO® Ninjago: Film”. Nie była to kwestia nieznajomości tematu, ale słabej jakości fabuły. Animacja w ogóle nie angażuje emocjonalnie widza, nie odczuwamy sympatii do postaci na ekranie, nie przejmują nas też ich losy- wszystko traktujemy raczej na chłodno. Ten sam problem miałam podczas seansu domowego. Bez względu na to, czy jesteśmy fanami serii LEGO, czy klocków Ninjago, nie będziemy w pełni ukontentowani. Szkoda, bo mogłaby to być bardzo ciekawa pozycja wśród kultowych filmów, a tak to pozostaje zadrą w oku. Nie dostarcza zbyt wiele rozrywki, można wręcz powiedzieć, że niemiłosiernie nudzi. Film ma sporo zalet, do których pewnie zaliczam jego wygląd, ale jednak po seansie uczucie dominuje jedno- chciałabym go rzucić w głąb swojej pamięci. W moim przypadku jest to film naraz (co wyjaśnia, dlaczego obejrzałam go razy dwa). 

Ocena: 5/10
Recenzja filmu DVD „LEGO®Ninjago Film” - dystrybucja Galapagos Films
Film dostępny również w wersji Blu-Ray.

Oryginalny tytuł: LEGO®Ninjago Movie / Reżyseria: Charlie Bean, Paul Fisher, Bob Logan / Scenariusz: Bob Logan, Paul Fisher, William Wheeler / Muzyka: Mark Mothersbaugh / Dubbing polski: Jakub Wieczorek, Aleksander Sosiński, Grzegorz Drojewski, Grzegorz Kwiecień, Bartosz Martyna, Przemysław Stippa, Monika Pikuła, Laura Breszka, Stefan Knothe / Kraj: USA, Dania / Gatunek: Animacja, Komedia, Akcja
Premiera kinowa: 20 września 2017 (Świat) 22 września 2017 (Polska)
Premiera DVD: 15 lutego 2017

środa, 3 stycznia 2018

1244. Dunkierka, reż. Christopher Nolan

     Gdy fan produkcji Christophera Nolana słyszy o tym, że jego ulubiony twórca kina zabiera się za realizację kolejnego przedsięwzięcia- zamiera z uśmiechem na ustach. Gdy dodatkowo okazuje się, że tematem przewodnim filmu jest „Operacja Dynamo” ratująca brytyjskich żołnierzy z Dunkierki w trakcie II wojny światowej, uśmiech zaczyna rozrastać się od ucha do ucha. Oczywistym bowiem staje się, że to będzie coś! I nie było szansy na pomyłkę, bo przecież ten człowiek, w duecie z geniuszem muzycznym- Hansem Zimmerem, może stworzyć jedynie kolejny epicki film, w dodatku o charakterze wojennym, a jego tytuł jest prosty i wszystkim znany, bo to „Dunkierka”.
Źródło: Galapagos Films
     Rok 1940, żołnierze wycofują się z okupowanej przez Niemcy Francji. Wśród nich jest młody Tommy (Fionn Whitehead), któremu jako jedynemu z oddziału udaje się przetrwać zasadzkę wroga i dotrzeć na plażę Dunkierki skąd odbywać się ma ewakuacja alianckich żołnierzy. Nie jest to jednak łatwe przedsięwzięcie z uwagi na krążące niemieckie bombowce, które skutecznie dziesiątkują wojska i jednostki pływające. Rząd podejmuje decyzję wysłania cywilnych łodzi na ratunek żołnierzom. Na jednej z nich jest ojciec (Mark Rylance) z jednym z synów i jego przyjacielem, którzy nie cofną się przed niczym, aby wypełnić swoją misję. Nawet jeżeli na ich morskiej ścieżce stanie kilku odratowanych żołnierzy. Za sukcesem ewakuacji kryją się również piloci myśliwców (Tom Hardy, Jack Lowden), starający się ochronić ocalałych przed kolejnymi ostrzałami i bombami.
     Nie przepadam za produkcjami wojennymi z kilku powodów. Za dużo ludzi tam ginie, za dużo dzieci tam ginie, no i czasem zdarzy się, że zginie jakiś pies lub inne niewinne stworzenie. Praktycznie z tych samych powodów lubię oglądać tego typu produkcje, wtedy odzywa się lekki sadomasochizm, który każe mi oglądać i płakać jak bóbr. Oczywistym jest, że takie filmy zawsze będą wzruszające, podniosłe i patetyczne. Najnowsza produkcja Christophera Nolana też do takich należy- choć jest może mniej łzawa. Nie oznaczało to jednak, że nie przyszło mi bronić się od niej rękami i nogami. A tu proszę, obejrzałam nawet więcej niż raz i wciąż mi się podobało. Wzięcie sobie na temat pracy „Operację Dynamo” to strzał w dziesiątkę. Zachwycająca jest bowiem solidarność Brytyjczyków w obliczu takiej sytuacji. Pomysłowe i godne podziwu.
Źródło: Galapagos Films
Jeszcze lepszym okazało się zrealizowanie filmu w takiej formie, w jakiej uczynił to Nolan i nie jestem w stanie stwierdzić, czy jakikolwiek twórca poradziłby sobie z tym tak, jak uczynił to on. W końcu ma te swoje „nolanowskie” zagrania z obrazów, które są tak bardzo dla niego typowe, jak gigantyczne wybuchy w produkcjach Michaela Baya. Nolan za to lubi się bawić czasem stopniując tym samym napięcie do granic możliwości, nie mówiąc już o totalnym chaosie, który rozgrywa się w kluczowym momencie. Typowe. 
     Fabuła to tak naprawdę trzy różne ścieżki, widziana z trzech różnych perspektyw opowieść o wyzwoleniu brytyjskich żołnierzy z plaży Dunkierki. Każda z nich to zupełnie inne emocje do przetrawienia- czy to z punktu widzenia żołnierza, który pragnie wydostać się spod oblężenia, czy od strony ratującego żołnierzy cywila, czy pilota myśliwca chroniącego żołnierzy. Wydarzenia świetnie się przeplatają, tworzą spójną całość, ale w momencie rozegrania ostatecznych scen ciężko jest ogarnąć kto, co i gdzie. Z drugiej zaś strony jest to świetne zagranie, bo do końca nie wiadomo co się wydarzy. Całość jest jednakże bardzo stonowana, dość statyczna, niby coś się dzieje, ale płynie to tak monotonnie, że bez większych ekscesów. Dzięki temu skupić się można na prawdziwych walorach tego filmu. A z pewnością należą do nich emocje, które niesie ze sobą ta historia. Uczucia osaczenia, klaustrofobii i beznadziei- każda z możliwych, doświadczanych na froncie. Bez względu na to, czy działasz na lądzie, na wodzie, czy w powietrzu- emocje zawsze będą niezmienne.
Źródło: Galapagos Films
     Najlepszym co mogło przydarzyć się temu obrazowi, poza zatrudnieniem do reżyserii Christophera Nolana, to zaangażowanie Hansa Zimmera, do skomponowania ścieżki muzycznej. Rzadko kiedy ma się okazję doświadczyć czegoś podobnego podczas filmu. Muzyka jest tutaj tak intensywna, że dominuje nad wszystkim innym. Wyznacza emocje wraz z każdym kolejnym uderzeniem. Buduje napięcie, wskazuje gdzie masz napiąć mięśnie, a gdzie możesz liczyć na nadzieję. Muzyka zbudowała cały ten film! No dobrze, może nie cały, bo sporą rolę odegrały tutaj również i zdjęcia. Świetnie ujęcia, jeszcze lepiej zmontowane. Scena z tonącego statku jest chyba lepsza od ujęcia na Titanica. Bardzo dobrze się na to patrzyło. A jak jeszcze ma się świadomość, że całe efekty tego filmu były jak najbardziej realistyczne, bo statki wojenne odrestaurowane, a wojska na plaży to nie kolejne piksele z komputera, tylko niesamowite makiety, to zyskuje to na jeszcze większym znaczeniu. Gdzie nie spojrzeć tam zachwyt!
     „Dunkierka” to film z bardzo okrojonymi dialogami. Aktorzy więc muszą się bardzo postarać, aby być dostrzeżeni nie tylko przez widza, ale również i krytyka. Cała ekipa spisała się na medal, ale oczywiście jest kilka perełek, takich jak człowiek na moście, znany również jako Kenneth Branagh. Stoi i jest takim ojcem dla tych wszystkich czekających na ratunek żołnierzyków. Mówi chyba najwięcej spośród bohaterów tego filmu. Z drugiej strony prezentuje się również postać tajemniczego ojca, granego przez Marka Rylance'a. Tak bardzo oddany sprawie, tak bardzo ślepy na wszystko inne. Jednocześnie godne podziwu, a zarazem przerażające. No i na sam finał człowiek latające w masce przez większość filmu, który dostarcza sporo emocji, walcząc do ostatniej minuty. Do tego cała rzesza aktorów wspierających, dorównująca królujących im.
Źródło: Galapagos Films
     Najnowszy obraz Christophera Nolana, to pod pewnymi względami arcydzieło. Tak wyjątkowego filmu uzbrojonego w tak potężne działa jak kompozycje muzyczne Hansa Zimmera i zniewalające zdjęcia Hoyte'a Van Hoytema, rzadko można uświadczyć. „Dunkierka” to opowieść o odwadze, ale też i paraliżującym strachu. Dzięki różnym perspektywom, widz ma szansę na jeszcze większe zaangażowanie się w historię. Trzeba przyznać, że i bez tego nie jest to specjalnie trudne, bo przejmująca i dynamiczna muzyka, w połączeniu z osaczającymi zdjęciami robią już spektakularne wrażenie. Nie jest to może arcydzieło fabularne, ale z pewnością prezentuje kolejny skrawek nieznanej historii, dając możliwość zrozumienia i poczucia się jak bohaterowie tamtej misji. Jest się czym zachwycać, to z pewnością!

Ocena: 8/10
Recenzja filmu DVD „Dunkierka” - dystrybucja Galapagos Films
Film dostępny jest również w wersji Blu Ray oraz 4K.

Oryginalny tytuł: Dunkirk / Reżyseria: Christopher Nolan / Scenariusz: Christopher Nolan / Zdjęcia: Hoyte Van Hoytema / Muzyka: Hans Zimmer / Obsada: Fionn Whitehead, Mark Rylance, Cillian Murphy, Kenneth Branagh, Tom Hardy, Tom Glynn-Carney, Jack Lowden, Harry Styles / Kraj: USA, Wielka Brytania, Francja, Holandia / Gatunek: Dramat wojenny
Premiera kinowa: 13 lipca 2017 (Świat) 21 lipca 2017 (Polska)
Premiera DVD: 18 grudnia 2017

niedziela, 5 listopada 2017

1241. Wonder Woman, reż. Patty Jenkins

     Superbohaterski świat aż roi się od pięknych heroin. Przynajmniej na komiksowym papierze, gdyż w filmowym uniwersum wciąż jest ich zdecydowanie za mało, a u DC to już w ogóle. Dlatego też, gdy przy okazji filmu „Batman v. Superman” na horyzoncie pojawia się Wonder Woman, wszyscy od razu przerzucili się na fanowanie tej przepięknej bohaterce. Już wówczas wiedziano, że Amazonka imieniem Diana doczeka się osobnego filmu, a kiedy w końcu się pojawił... cały świat maniaków filmowych wstrzymał oddech.
Źródło: Galapagos Films
     Piękna, rajska wyspa Themiscyra od czasu stworzenia przez boga bogów Zeusa zamieszkiwana jest przez plemię Amazonek. Diana jest jedynym dzieckiem pośród nich, dzieckiem samej królowej Hippolity (Connie Nielsen), która pod czujnym okiem najlepszego dowódcy szkolona jest na najlepszą wojowniczkę na wyspie. Kiedy dorasta u brzegu wyspy pojawia się mężczyzna- kapitan Trevor (Chris Pine), którego ratuje z opresji. Gdy wraz za nim przybywa rzesza Niemców, Amazonka (Gal Gadot) dowiaduje się o toczącej się na całym świecie wielkiej wojnie. Uważając, że za wszystkim stoi bóg wojny imieniem Ares postanawia wyruszyć wraz z kapitanem na pole bitwy, aby odnaleźć winowajcę. Nie spodziewa się, że znajdzie tam o wiele więcej, a przy okazji stanie się legendą wzniecającą ogień w sercach.
     Wonder Woman jest dla DC tym samym, czym dla Marvela jest Kapitan Ameryka. Oba filmy to superbohaterskie kino rozrywające się w czasach wojennych. Kiedy sobie to uzmysłowiłam ogarnęło mnie lekkie przerażenie, gdyż ta kombinacja w ogóle mi nie podchodzi. Niestety, starcie dwóch całkiem odmiennych światów, czyli kina wojennego z naszpikowaną efektami przygodówką, to coś co totalnie się dla mnie gryzie i traci na autentyczności. Tym sposobem zamiast zabawiać, „Wonder Woman” stała się dla mnie rozrywką nijaką, wręcz nużącą- przynajmniej na pewnym etapie.
Źródło: Galapagos Films
Wspaniale jest obserwować kształtującą się legendę, która jednoczy serca i rozpala w nich chęć do walki. W trakcie tworzy się całkiem ciekawa fabuła, spokojnie mogącą uzupełniać, czy też nadawać inny sens prawdziwej historii. Obraz, jak to obraz wojenny, nie raz okazuje się być wstrząsający. Szokuje brutalnością, ale przynajmniej nie mydli oczu. I to byłoby fajne, gdyby nie to, że cały czas przed naszymi oczami widnieje przepiękna wyspa i chyba najlepiej rozegrana scena walk w tym filmie! 
Jednakże po całym tym całkowicie przyziemnym fragmencie nagle dostajemy po głowie czymś całkowicie metafizycznym. Oczywiście, można było oczekiwać takowego rozwoju sytuacji, takowego finału, ale... serio?! Zamknięcie, ostateczna rozgrywka, całkowicie odbiega od klimatu reszty filmu. Scena nakręcona tak słabym CGI, że aż oczy od tego bolały. Diana skakała niczym Lara Croft w swojej najlepszej rozgrywce na starych komputerach. Sama scena naładowana patosem, zbędnymi dialogami, które aż się prosiły, aby przywalić im samolotem prosto w twarz. Nie mniej, wszystkie urywki, w których to Wonder Woman biegnie, skacze, wywija lassem, krzyżuje przedramiona, czy po prostu powiewa swoją kusą spódniczką, to urywki, na które czekamy przez resztę czasu podczas seansu.
Źródło: Galapagos Films
     Nie ma jednak co narzekać, no dobra... starcie z bossem było do bani, ale sama Wonder Woman jest naprawdę niezwykłą postacią. Urzeka swoją nieporadnością, kiedy to próbuje ogarnąć prawa rządzące w rzeczywistym, pozawyspowym świecie. Przy tym wzbudza możliwie największą sympatię nie tylko innych bohaterów, ale również wśród widzów. Jest charyzmatyczna i niesamowicie odważna. Da się ją lubić i właśnie takich bohaterów nam potrzeba. Oczywiście, jest też bardzo głupiutka- z początku, co Gal Gadot dodatkowo podkreślała. Niekiedy jej mimika twarzy jest przekomiczna. Nie mniej, jest niesamowicie piękna i ludzie od castingu nie mogli lepiej wybrać. Jest wręcz stworzona do tej roli, choć trochę kaleczy ją aktorsko. Liczę jednak, że się rozwinie. Ciekawą postacią mógłby być też Chris Pine AKA Kapitan Trevor, gdyby nie to, że jest tak paskudnie przystojny, że aż nie da się na niego patrzeć. Kończy więc jako mocno przesadzona postać. Chciał być dobry, aż za bardzo.
Źródło: Galapagos Films
Jednakże największym zawodem jest kreacja David Thewlisa. Ciężko jest uwierzyć w to, jaka rola przypadła mu w udziale. Naprawdę. Totalny niewypał, jak dla mnie. Serio, do takiej roli wybrać kogoś takiego. Z wąsem. Z totalną mimozą na twarzy. Wiem, że udawało mu się odgrywać całkiem ciekawe akcje, ale... NIE! Totalnie nie ten klimat, totalnie nie ta dynamika i mimika. 
     Na „Wonder Woman” bardzo przyjemnie się patrzy. Poza tymi niektórymi wpadkami wizualnymi to ujęcia są bardzo piękne. Najpiękniejsza jest ta część kręcona na wyspie, a na lokalizacje wybrano włoskie wybrzeże Amalfi. Wszystko po to, aby oddać jej rajski charakter. Zadanie zrealizowane w pełni. Wojenny świat też jest nie najgorszy. Cudowny Londyn wraz ze swoją XX wieczną stylizacją, a także makabryczne pola bitewne, które zachwycają surowością, a śmierć dało się wyczuć na kilometr. Scenografie przepiękne, jest się czym pozachwycać. Całości dopełniają interesujące kompozycje Gregsona-Williamsa. Aczkolwiek nic nie przebija motywu przewodniego naszej bohaterki, który aż wbija w fotel i ma w sobie ten amazoński pazur. 
Źródło: Galapagos Films
     Superbohaterski, kobiecy film Patty Jenkins ma w sobie wszystko to, co powinno mieć kino akcji. „Wonder Woman” jest wybuchowa, zawadiacka, ale też okraszona humorem i emocjami. Zaskakujące, że w takim tytule pojawić może się wątek romantyczny. Jeszcze bardziej zaskakuje osadzenie historii w czasach wojennych. Seourowy klimat z pola bitwy mocno się gryzie z komputerową efektownością typową dla kina superbohaterskiego. To zdecydowanie nie moja bajka, a jednak przyjemnie spędza się czas przy tym filmie. A czas ten upływa w wyczekiwaniu na boga wojny, uroczych uśmiechów i kolejnych dynamicznych podskoków cudownej Wonder Woman. 

Ocena: 6/10
Recenzja filmu DVD „Wonder Woman” - dystrybucja Galapagos Films

Oryginalny tytuł: Wonder Woman / Reżyseria: Patty Jenkins / Scenariusz: Allan Heinberg / Zdjęcia: Matthew Jensen / Muzyka: Rupert Gregson-Williams / Obsada: Gal Gadot, Chris Pine, Danny Huston, David Thewlis, Connie Nielsen, Robin Wright, Said Taghmaoui, Ewen Bremner, Lucy Davis, Elana Anaya / Kraj: USA, Wielka Brytania, Włochy, Chiny, Hongkong, Kanada, Nowa Zelandia / Gatunek: Akcja, Fantasy, Sci-Fi
Premiera kinowa: 15 maja 2017 (Świat) 02 czerwca 2017 (Polska)
Premiera DVD: 11 października 2017

czwartek, 21 września 2017

1238. Kong: Wyspa Czaszki, reż. Jordan Vogt-Roberts

     Swoje pierwsze kroki na wielkim ekranie stawiał w 1933 roku. Od tamtej pory siał zamęt i zniszczenie w Nowym Jorku, bowiem to tam upatrzył sobie wysoką Empire State Buidling, gdzie zabierał na małe randez-vous urocze blondyneczki. Jednakże wraz z XXI wiekiem wielki goryl z tajemniczej wyspy dokonuje wielkich zmian w ludzkim światopoglądzie, bo nie dość, że stracił głowę dla szatynki, to w dodatku nie dał się zaciągnąć na zamurowany ląd. Jordan Vogt-Roberts, obiecujący reżyser młodego pokolenia, zabiera nas w niesamowitą podróż po najcudowniejszych zakątkach świata, abyśmy mogli na własne oczy zobaczyć sekrety, które „skrywa” nasza planeta w najnowszym filmie „Kong: Wyspa Czaszki”.
http://www.wbep.pl/
Źródło: Warner Bros.
     Czasy Zimnej Wojny, kiedy to Stany Zjednoczone walczyły o władzę z Rosją. Chcąc ubiec swoich rywali Rząd amerykański postanawia wysłać ekipę badaczy na nowo odkrytą wyspę, aby móc szczycić się tym, co tam odnajdą. Wyprawie przewodzi agent Bill Randa (John Goodman), który wraz z najlepszym tropicielem- kapitanem Jamesem Conradem (Tom Hiddleston), fotoreporterką wojenną (Brie Larson), a także ekipą żołnierzy dowodzoną przez podpułkownika Packarda (Samuel L. Jackson) dostają się na wyspę, która dotychczas pozostawała niewidoczna dla ludzkiego oka. Jednakże już na starcie badania geologiczne zamieniają się w walkę o przetrwanie, gdy podróżnikom przyjdzie stawić czoło mitycznym stworzeniom zamieszkującym wyspę, a także... ich królem!
     Po filmie „Kong: Wyspa Czaszki” spodziewać można się było wszystkiego. Jednakże biorąc pod uwagę to, co dostawaliśmy do tej pory, niewielu raczej oczekiwało takiego fantastycznego filmu, przy którym można się znakomicie bawić. Owszem, twórcy nie unikają klasycznego problemu z przewidywalnością scenariusza, jednakże rozrywka jaką dostarczają zdecydowanie rekompensuje wszelkie mankamenty. Powracamy do początków wielkiego potworasa. W końcu wiemy skąd się wziął i dlaczego był tak bardzo wzburzony przez większość swojego filmowego życia. Nadal nie pojmujemy sentymentu do kobiet, bo jakoś ciężko jest to podciągnąć pod matczyną problematykę- ze względu na rozbieżność rozmiarów, ale kto tam zrozumie goryla. Świetnie za to pokazuje się schematyczność działania określonych typów bohaterów- zawsze jakiś teoretycznie niczego nieświadomy odkrywca, zawsze jakiś wybawiciel dzięki któremu spora część ekipy przetrwa starcie z drapieżnikiem, tudzież zabójczymi Czaszkołazami (nazwa głupia, ale fajnie brzmi!), no i zawsze też trzeba w takich rozgrywkach upchać narwańca, który ma ochotę zrównać z ziemią całą wyspę, bo głupia duże coś zabiło mu żołnierzy. Oczywiście, ten ostatni typek ma ciekawą psychologiczną postawę, którą osobiście lubię nazwać mianem zboczenia zawodowego, czy też swoistego pracoholizmu. Na szczęście, dzięki materiałom znajdującym się nawet na wydaniu DVD poznamy wyciętą scenę, która jeszcze dokładniej wyjaśnia takie pokrętne zachowanie Packarda wobec Chapmana.
http://www.wbep.pl/
Źródło: Warner Bros.
Bardzo fajnym pomysłem okazało się rozdzielenie ekipy podróżników, z czego każdy mierzył się z innymi „problemami”, ale ostatecznie wszyscy stanęli przed jednym- wynośmy-się-stąd-w-cholerę problemem. Standardowo w filmie przygodowym bohaterowie sami muszą się prosić o dodatkowe atrakcje przywołujące widza o mikro zawały serca, więc rozrywka jest tutaj zapewniona począwszy od humoru, przez gigantyczne napięcie, aż na wzruszeniach kończywszy. Dlatego tak wspaniałym jest tutaj załączenie dodatkowego wątku, który czai się pobocznie, pomimo tego że jest jednocześnie otwarciem, co i zakończeniem całego obrazu. 
     Wiele wcieleń króla Konga widzieliśmy dotychczas. Jedne były bardziej straszne, inne mniej śmieszne, a ten spod skrzydeł Jordana Vogt-Robertsa jest po prostu najbardziej realistyczną istoto człekopodobną jaka stąpała po ekranie kinowym. Jest to najlepiej wykreowany Kong, z jakim przyszło mi się zapoznać. Nie dość, że wygląda dostojnie, to w dodatku zachowania ma jednocześnie ludzkie oraz zwierzęce. Z pewnością ekipa, która pracowała nad ostatecznym wyglądem Konga przez półtora roku nie zmarnowała tego czasu. Zdecydowanie można powiedzieć, że jest to najbardziej realistyczna małpa w kinie, oczywiście poza tymi żywymi małpami. Oddano każdy jej ruch i rzeczywiście wygląda jak żywa. Dodatkowo je zachowania, jej delikatność wobec Weaver, drapieżność wobec innych bestii, czy zacięta rywalizacja względem Packarda- czynią ją najbardziej ludzką z ludzkich małp.
http://www.wbep.pl/
Źródło: Warner Bros.
     Pamiętać trzeba jednak, że „Wyspa Czaszki” to nie tylko Kong. Król bowiem chroni równowagę tej wspaniałej pływającej skały przed okrutnymi istotami. Potwory najrozmaitsze od wodnych bawołów, przez gigantyczne pająki o odnóżach mylących się z bambusami dopóki nie przebiją nam gardła, aż po dziwaczne jaszczurki o jęzorach tak długich, że nie ma przed nimi ucieczki. Aż przykre, że zamieszkują tak specjalne. A są to miejsca niezwykle cudowne, bowiem zdjęcia robiono zarówno w australijskich lasach, jak i wietnamskich dżunglach. Ukazują całe piękno tych miejsc, jednocześnie podsycając klimat całej opowieści. Bardzo dużym atutem tego obrazu są same zdjęcia i zabawa kamerą. Można wręcz powiedzieć, że wykorzystano możliwości scen do samego końca. Dlatego tak bardzo genialne są wszystkie ujęcia Konga na tle zachodzącego słońca, ale największe wrażenie robi pierwszy atak i ujęcia z wewnątrz śmigłowca. Genialna zabawa, genialnie zrealizowane zdjęcia i świetna perspektywa nadająca realności. Dzięki takim zabiegom widz o wiele szybciej angażuje się w całą historię i staje się uczestnikiem wyprawy. Takie rzeczy tylko w kinie, o ile kogoś nie kręcą faktyczne wyprawy!
     Po swoich przygodach w filmie „Thor” nie wydaje się, aby ktokolwiek lepiej nadawał się do roli tropiciela jak sam Tom Hiddlestone w towarzystwie swojego brytyjskiego akcentu. Na ekranie towarzyszy mu ostatni z możliwych wyborów, który okazuje się być bardzo trafionym, czyli sama zdobywczyni Oscara Brie Larson. Duet bardzo zgrany, świetnie się dogadujący i rewelacyjnie wyglądający razem na ekranie. Pobić ich może jedynie duet Brie-Kong. Znowu cudownie jest zobaczyć Johna Goodmana w jakimś całkiem ciekawym filmie i to w nawet zaskakującej roli. Jednakże ciepło niezmiennie od niego bije więc chyba pozostaje moim filmowym faworytem na wiele wiele lat. Samuel L. Jackson oczywiście bez większych zaskoczeń. Standardowo narwany, standardowo hałaśliwy i standardowo rozwalę-ci-zaraz-łeb. Rola wręcz stworzona dla niego, ale jak sobie człowiek pomyśli, że tym wojskowym mógłby zostać sam J.K. Simmons i przypomni sobie jego rolę w „Whiplash” to stwierdzi, że mogłoby to być minimalnie lepszym wyborem.
http://www.wbep.pl/
Źródło: Warner Bros.
     Zaskakujące w „Kong: Wyspa Czaszki” jest to, że przyjemnie się patrzyło na ten film. Pomimo tak wielu pokracznych pokrak, które zobaczyliśmy na ekranie, pomimo wielu absurdów, które z łatwością można byłoby wyśmiać trzeba stwierdzić, że jest to rasowe kino przygodowe z nutką romansu i grozy w tle. Przede wszystkim jest to bardzo dobrze zrealizowany obraz, który na długo zagości w pamięci. Nie stanowi może zbyt wielkiego pola do rozważań, ale nie jest to główny cel blockbusterów. Nie oznacza to jednak, że nie zwraca uwagi na problematyki osamotnienia potworów, czy też żołnierzy naznaczonych piętnem wojny. Zdecydowanie faworyt do obejrzenia nawet z całą rodziną o każdej porze dnia i nocy. W szczególności, że majestatyczny i z pozoru groźny Kong wzbudza jak najbardziej przyjacielskie uczucia.

Ocena: 6/10
Recenzja filmu DVD "Kong: Wyspa Czaszki" - dystrybucja Galapagos Films
Film dostępny na DVD, Blu-Ray, a także w wersji Blu-Ray 3D oraz 4K HD. 

galapagos.com.plOryginalny tytuł: Kong. Skull Island / Reżyseria: Jordan Vogt-Roberts / Scenariusz: Max Borenstein, Dan Gilroy, Derek Connolly / Zdjęcia: Larry Fong / Muzyka: Henry Jackman / Obsada: Tom Hiddleston, Samuel L. Jackson, Brie Larson, John C. Reilly, John Goodman, Corey Hawkins, Tian Jing, John Ortiz / Kraj: USA, Kanada, Chiny, Wietnam, Australia / Gatunek: Przygodowy, Fantasy
Premiera kinowa: 28 lutego 2017 (Świat) 10 marca 2017 (Polska)
Premiera DVD: 30 sierpnia 2017