NOWOŚCI
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą J.J. Abrams. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą J.J. Abrams. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 21 grudnia 2015

1198. Gwiezdne Wojny: Przebudzenie mocy, reż. J.J. Abrams

     Pierwsze dźwięki klasycznego utworu skomponowanego przez Johna Williamsa, żółte napisy wjeżdżające na ekran, ale przede wszystkim gromkie brawa na sali. Wszystko to dla powracającego po latach wielkiego tytułu, który zna każdy kinoman- chociażby ze słyszenia. Za kontynuację fantastycznej sagi wziął się sam J.J. Abrams, który kolejny raz zaskakuje i sprawia, że nie tylko on sam poczuł przebudzenie mocy, ale poczuli to również i fani. „Gwiezdne wojny: Przebudzenie mocy” to zdecydowanie jeden z największych, o ile nie największych filmów tego roku, który pozostawia widza z efektem WOW!
Źródło: Starwars.com
     Darth Vader został pokonany, choć po trzydziestu latach Najwyższy Porządek władany ciemną stroną mocy sieje postrach w całej galaktyce za sprawą zamaskowanego Kylo Rena (Adam Driver). Przeciwko niemu staje Ruch Oporu, którego generałem jest sama księżniczka Leia Organa (Carrie Fisher). Aby przywrócić równowagę mocy zawzięcie poszukuje swojego brata- Luke'a Skywalkera (Mark Hamill), który zaginął bez śladu. W tym celu wysyła swojego najlepszego pilota (Oscar Isaac) mającego znaleźć miejsce jego pobytu. Kiedy zostaje schwytany przez wroga z pomocą przychodzi mu zbuntowany szturmowiec (John Boyega), który najbardziej w świecie chce wyrwać się spod tyranii ciemnej strony mocy. Podczas ucieczki trafia na planetę Jakku, gdzie spotyka niezwykłą dziewczynę imieniem Rey (Daisy Ridley), a przy niej poszukiwanego przez wszystkich robota BB-8, któremu pilot przekazał mapę.
     Kiedy dwa miesiące temu przez internety przeszła informacja o przedsprzedaży biletów w siódmą część sagi „Gwiezdne wojny” bilety rozeszły się w rekordowym tempie! W weekend otwarcia film zarobił więcej niż „Jurassic World”, czy kolejna odsłona „Avengersów”. Nie ma dziwne, w końcu na ten film fani czekali od dekady! Czy świeże spojrzenie Abramsa sprostało ich oczekiwaniom? Tutaj opinie są podzielone. Pewne jest natomiast to, że kultowa saga powraca w wielkim stylu, w dodatku w trójwymiarze (!), całkowicie wykupując się z porażki drugiej trylogii. 
Źródło: Starwars.com
     Wielu narzeka na wtórność fabuły, do której ja osobiście nie mam zamiaru się przyczepiać, bo oczywiście- w przeciwieństwie do niektórych, nie nadrabiałam wcześniejszych filmów przed seansem „Przebudzenia mocy”. Można by się z pewnością przyczepić do motywu przewodniego fabuły, gdzie całość kręci się według podstawowego pytania „Gdzie jest Luke Skywalker?!”. To pytanie zadawaliśmy sobie nie tylko przed seansem- bo nie pokazywał się w żadnych materiałach promocyjnych, a także przez cały seans. Bohaterowie oczywiście namiętnie nam przypominają, że to jego szukają przez cały film, bo szczęśliwie, gdzieś pomiędzy wspaniałą akcją zapominamy o tym, jakże istotnym, elemencie. Zapominamy tak szybko, że w zasadzie u finału wpada nam do głowy myśl, czy Ruch Oporu nie będzie go szukał czasem przez całą nową trylogię. To oczywiście byłoby totalnie głupim zagraniem, ale cóż... nie całkiem nieprawdopodobnym. Banalność tego wątku jest jednak dość irytująca i mamy nadzieję, że nie będzie to bazą całej produkcji.
     No i nie mylimy się. W końcu mamy tutaj nie tylko poszukiwania Skywalkera, ale także i całą masę pobocznej akcji, wśród których króluje kolejne pytanie stawiane przez Abramsa „Kim do cholewki jasnej jest Rey?!”. Postać bardzo enigmatyczna, o której praktycznie nic nie wiadomo, a której wątek nie rozwiązuje się wraz z końcem filmu. Można mieć pewne podejrzenia i oczywiście w sieci już krążą teorie spiskowe, co do jej pochodzenia. Dodatkowo jest to dziewczyna, która w trakcie zwiastuna sprawia wrażenie całkowicie nijakiej potrafi świetnie zaskoczyć! Daisy Ridley zdecydowanie za bardzo przypomina Keirę Knightley, można nawet stwierdzić, że to jej takie kosmiczne alter ego, bo nie dość, że wygląd to jeszcze brzmienie głosu wraz z akcentem, no i oczywiście ta lekkość w obyciu. Ostatecznie okazuje się być bardzo interesującą postacią, która świetnie prezentuje się na ekranie niemalże z każdym, począwszy od BB-8, przez Finna, na Hanie Solo skończywszy. Jednakże to właśnie z tym drugim tworzy genialny, komediowy duet. Interakcja między nimi jest tak fascynująca, że szybko wywróżyć można im wspólną przyszłość. Finn jako jednostka jest nie mniej frapujący. Od początku widać jego wewnętrzny konflikt, co do przynależności do rzeszy Szturmowców i ich poczynań. Ostatecznie się odłącza i chce się schować w najciemniejszych czeluściach galaktyki! Zdecydowanie za szybko nawiązuje się nić przyjaźni pomiędzy nim a Poe (Oscar Isaac), no ale taka to najwyraźniej jest męska solidarność. 
Źródło: Starwars.com
     Twórcy zrobili coś naprawdę niezwykłego z tym filmem. Czy był ktoś na sali kinowej kto nie wzruszył się pojawieniem się Hana i Chewbacci na Sokole Millenium? Cała sekwencja była chyba najgenialniejszą z całego filmu! Uczucie sentymentu powróciło, a łezka kręciła się na ponowne spotkanie z Hanem, Leią i Chewbaccą. No dobra... z Leią może mniej, bo wciąż pozostaje najbardziej nijaką w całej sadze. Jednakże dwójka z Sokoła... twórcy najzabawniejszych wymian zdań w filmie. Oczywiście poza bieganiem za rączkę Rey z Finnem, czy wymiany kciuków „Lubię to!” pomiędzy Finnem i BB-8- na czego widok cała sala wybuchła śmiechem i od razu zadurzyła się w tym kulistym robociku. Wookie po raz pierwszy miał baaardzo rozbudowane kwestie. Rozgadał się niesamowicie, a jego reakcje były tak realistyczne, że trudno było nie przeżywać wraz z nim! Trzeba przyznać, że „Przebudzenie mocy” ubarwione zostaje tym niezwykle subtelnym i lekkim poczuciem humoru.
     Ciemna strona mocy to coś, co zawsze mocno podkreślano w poprzednich filmach. A to Lord Vader, a to Anakin Skywalker, o którym chcemy zapomnieć ze wzgląd na tragicznego Haydena Christensena... Teraz, w nowej trylogii według Abramsa, mamy godnego zastępcę- Kylo Rena. Postać tak bardzo kontrowersyjna bowiem jeszcze młoda, nie przesiąknięta na wskroś złem, choć niektóre jego wybory... nie szokują co prawda, ale wciąż zawodzą! Kylo to przykład postaci, która całą swoją grozę kryje w masce, helmecie, który tak bardzo przypomina vaderowski czepiec. Ten zmodyfikowany głos, te wszystkie ruchy, to panowanie nad mocą i ten świetlisty miecz, z którego śmiano się już na etapie pierwszego zwiastuna, jaki pojawił się w sieci. Wszystko to sprawia, że ma szansę stać się wielkim czarnym charakterem na miarę Dartha Vadera. 
Źródło: Starwars.com
Tak przynajmniej się wydaje do chwili, kiedy się go uczłowiecza, czyli do momentu kiedy ściąga swoją maskę i tak objawia się nam zupełnie nijakie, młodzieńcze oblicze Adama Drivera. No i jeszcze to całkowicie banalne i nie siejące grozy imię... Z drugiej strony można zrozumieć taki sposób prezentacji jego osoby, z uwagi na jego całkowite rozdarcie pomiędzy dobrem i złem. Nie jest to do końca czarny charakter, przynajmniej jeszcze nie teraz, widać, że targają nim młodociane problemy psychiczne i w sumie fajne jest to, że zarówno Driver, jak i twórcy starają się tak urzeczywistnić tę postać. Dla mnie jednak Kylo Ren pozostanie idealny tylko w masce i od piątkowego seansu staram się wyprzeć z pamięci fakt, że w ogóle zdjął maskę! 
     Skoro ciemna strona mocy, to oczywiście Najwyższy Porządek i wszelkie próby przejęcia władzy nad galaktyką, choć tak naprawdę całość uwagi skupia się na odnalezieniu Luke'a Skywalkera, bo wiadomo- zagrożenie, które przesądzić może o wyniku wielkiej wojny! Z tego też powodu dochodzi do najrozmaitszych scen walk- czy to w małej skali na miecze świetlne, czy z prawdziwym rozmachem pod postacią strzelanek międzygwiezdnych. Wszystko bardzo dynamiczne, nie dające się nudzić ani przez chwilę. Z napięciem obserwujemy ataki wroga, z przerażeniem spoglądamy na te niesamowicie cudowne zdjęcia z walk, bo nie ulega wątpliwości, że pod względem efektów film ten robi spektakularne wrażenie. W szczególności jak ogląda się to wszystko w IMAX. Wszystko jest takie duże, tak idealnie wypieszczone, przez co film wchodzi na całkiem nowy level wykonania. Zapomnijcie o karykaturalnych robocikach z drugiej trylogii, teraz mamy cudownego BB-8, który bije na łeb na szyje zarówno R2D2, jak i C3PO. Zapomnijcie o dziwacznym Jar-Jar Binksie, którego wielu znienawidziło, bo teraz mamy przeuroczą starowinkę w wielkich goglach Maz Kanatę. I choć oczywistym jest, że grafika komputerowa to zapewne 90% filmu, jak i nie więcej, to nie ulega wątpliwości, że została ona wykorzystana bardzo subtelnie i realistycznie, bo chyba nic bardziej nie zachwyca wizualnie w tym filmie, jak pustynne tereny Jakku obłożone metalicznymi zwłokami pojazdów z „Powrotu Jedi”
Źródło: Starwars.com
     Nic tak nie ekscytuje, jak wybranie się w końcu do kina na film, na który czekało się wiele lat. W szczególności, gdy okazuje się być to nie lada wydarzeniem. Fani poprzebierani za ulubione postaci, oklaski na rozpoczęcie i zamknięcie filmu, no i oczywiście niesamowite emocje, które towarzyszą podczas samego seansu. „Przebudzenie mocy” to tytuł, który dostarczył wszystkich tych wrażeń i z pewnością wkroczył na zupełnie inny poziom emocjonalności. Wszechstronność postaci na tyle wyrazistych, aby wnieść sobą coś nowego do fabuły; niesamowite poczucie humoru; sentyment, do którego twórcy nawołują fanów sagi; spektakularne, ale też i nieprzesadzone kosmiczne starcia, no i oczywiście cała gama wrażeń muzycznych i wizualnych, to wszystko sprawia, że jest to obraz niemalże idealny. Gdyby tylko nie lekka banalność, gdyby tylko Kylo Ren nie zdjął maski...

Ocena: 8/10

Oryginalny tytuł: Star Wars: The Force Awakens / Reżyseria: J.J. Abrams / Scenariusz: J.J. Abrams, Lawrence Kasdan, Michael Arndt / Zdjęcia: Daniel Mindel / Muzyka: John Williams / Obsada: Daisy Ridley, John Boyega, Harrison Ford, Carrie Fisher, Adam Driver, Oscar Isaac, Lupita Nyong'o, Mark Hamill, Andy Serkins, Domhall Gleeson, Anthony Daniels, Peter Mayhew, Gwendoline Christie, Simon Pegg / Kraj: USA / Gatunek: Sci-Fi, Przygodowy
Premiera: 14 grudnia 2015 (Świat) 18 grudnia 2015 (Polska)

środa, 4 grudnia 2013

1088. W ciemność. Stark Trek, reż. J.J. Abrams

Oryginalny tytuł: Star Trek Into Darkness
Reżyseria: J.J. Abrams
Scenariusz: Alex Kurtzman, Damon Lindelof, Roberto Orci
Na podstawie: serialu telewizyjnego „Star Trek” Gene'a Roddenberry'ego
Zdjęcia: Daniel Mindel
Muzyka: Michael Giacchino
Kraj: USA
Gatunek: Sci-Fi, Akcja
Premiera: 02 maja 2013 (Świat) 31 maja 2013 (Polska)
Obsada: Chris Pine, Zachary Quinto, Zoe Seldana, Karl Urban, Simon Pegg, John Cho, Benedict Cumberbatch, Alice Eve, Bruce Greenwood, Peter Weller

Data wydania DVD: 30. września 2013
Dystrybucja: FilmFreak
Dodatki: Reportaże- „The Enemy of My Enemy”, „Ship to Ship”

     Mówić, że J.J. Abrams tworzy świetne filmy, to trochę mijanie się z prawdą. Jego kinowym obrazom daleko do wspaniałości pierwszego, znakomitego sezonu serialu „Lost”, który przyniósł mu światową sławę. Owszem, wszystkie filmy wychodzące spod jego ręki przyciągają oko i uwagę widza, ale nastawione są jedynie na efekciarską przepychankę. Kiedy jeszcze można było zachwycać się remake'm znanego klasyka sci-fi „Star Trek”, to niestety druga odsłona trochę podupada na jakości, a jedynym światełkiem, które wydaje się dawać nadzieję jest osoba Benedicta Cumberbatcha.

wtorek, 10 kwietnia 2012

931. Super 8, reż. J.J. Abrams

Reżyseria: J.J. Abrams
Scenariusz: J.J. Abrams
Zdjęcia: Larry Fong
Muzyka: Michael Giacchino
Kraj: USA
Gatunek: Sci-Fi, Thriller
Premiera światowa: 9 czerwca 2011
Premiera polska: 17 czerwca 2011
Obsada: Kyle Chandler, Noah Emmerich, Ron Eldard, Joel Courtney, Elle Fanning, Riley Griffiths, Ryan Lee, Zach Mils, Gabriel Basso, Amanda Michalka, David Gallagher, Glynn Turman

    Giganci filmów science fiction – Steven Spielberg i J.J. Abrams, spotkali się przy nowym filmie, w którym straszą widzów nie tylko gigantycznym potworem z kosmosu, ale także wojskiem, które nie cofnie się przed niczym, aby zataić fakt jego istnienia. W swojej produkcji-„Super 8”, twórcy Ci starają się stworzyć świat z dawnych lat i to właśnie w tym momencie amerykańskiej historii lokują pełne niesamowitości i okrucieństwa wydarzenia. Pamięta ktoś „E.T.”? Nie miejcie złudzeń. Kosmita z „Super 8” nie jest aż tak milusiński i przyjazny jak jego przodek.
     Młody chłopiec, Joe Lamb (Joel Courtney), w wyniku tragicznego wypadku w hucie traci swoją matkę. Wraz z ojcem (Kyle Chandler) ciężko znoszą tą stratę, coraz bardziej oddalając się od siebie. Chłopiec otrzymuje jednak wsparcie ze strony swoich przyjaciół, angażując się do produkcji amatorskiego filmu o zombie. Podczas jego realizacji bliżej poznaje Alice (Elle Fanning), która od dawna mu się podoba. Jednakże podczas kręcenia scen na pobliskiej stacji kolejowej, młoda ekipa filmowa jest świadkiem katastrofy kolejowej, z której ledwo uchodzą z życiem. Na miejscu pojawia się wojsko, a dzieciaki, świadome, że nie powinno ich tam być czym prędzej uciekają z miejsca katastrofy. Wkrótce po tym wydarzeniu w mieście Lilian dochodzi do dziwnej serii wypadków, w których znikają psy, sprzęty elektryczne, a także ludzie.

wtorek, 14 grudnia 2010

731. Star Trek, reż. J.J. Abrams

Oryginalny tytuł: Star Trek
Reżyseria: J.J. Abrams  
Scenariusz: Alex Kurtzman, Roberto Orci  
Zdjęcia: Daniel Mindel
Muzyka: Michael Giacchino 
Na podstawie: serialu Gene`a Roddenberry`ego  
Kraj: USA / Niemcy  
Gatunek: Sci-Fi / Akcja  
Premiera światowa: 06 kwietnia 2009  
Premiera polska: 08 maja 2009  
Obsada: Chris Pine, Zachary Quinto, Eric Bana, Zoe Seldana, Simon Pegg, Karl Urban 


    Nie ma na ziemi człowieka, który nigdy nie spotkałby się z takim tytułem jak „Star Trek”. Z pewnością większość mężczyzn zna ten film bardziej dogłębnie. Przygoda ze „Star Trekiem” rozpoczęła się w połowie lat sześćdziesiątych XX wieku kiedy to na ekrany amerykańskich telewizorów wszedł serial o kosmicznych przygodach kapitana Kirka i jego wiernego kompana Spocka. Niestety po trzech sezonach zakończono emisję serialu, co bardzo zabolało jego niezliczonych fanów. Nie sądzili oni jednak, że zapoczątkuje to niemałą serię filmów, które począwszy od 1979 roku pojawiały się na ekranach średnio co 2 lata. Filmy z udziałem Williama Shatnera i bohatera Jamesa T. Kirka zakończyły się wraz z 6stym filmem, ale bynajmniej nie był to koniec. Bowiem w kolejnych latach zapoczątkowanych filmem „Pokolenia” mogliśmy oglądać dalsze przygody tym razem z Patrickiem Stewartem w roli  Jeanem-Luc`em Pickardem i, niestety, już bez Spocka na pokładzie. Myślę, że o historii filmu „Star Trek” możnaby napisać nawet pracę magisterską. Jednakże dochodzimy do naszych czasów i amerykańscy twórcy zaserwowali nam niesamowitą niespodziankę w postaci najświeższego filmu opowiadającego historię sprzed czasów kiedy James T. Kirk został kapitanem USS Enterprise, a wyreżyserował ją nie kto inny jak sam J.J. Abrams.
    Podczas jednej z wypraw USS Kelvin zostaje zaatakowany przez statek Romulan. Na pokładzie znajduje się George Kirk (Chris Hemsworth), który po objęciu dowodzenia zostaje na statku podczas, gdy reszta załogi – wraz z jego ciężarną żoną (Jennifer Morrison), opuszcza pokład. Po wielu latach młody James Tiberius Kirk (Chris Pine) – potomek George`a Kirka, próbuje dostać się do Akademii Kosmicznej, aby w przyszłości zostać kapitanem USS Enterprise. Jednakże jego metody niezbyt podobają się profesorom, a już na pewno nie Spockowi (Zachary Quinto) – pochodzącemu z Wolkanu wychowanego w społeczeństwie nie odczuwającym emocji ambasadorowi. To wszystko przestaje mieć jednak jakiekolwiek znaczenie, gdy okazuje się, że planeta Wolkan została zaatakowana przez Romulan pod przewodnictwem Nero (Eric Bana). Załoga USS Enterprise czym prędzej wyrusza w akcję ratunkową, jednakże Kirk nie znajduje się na żadnej liście potwierdzającej jego udział. Przy pomocy przyjaciela McCoya (Karl Urban) trafia na pokład wymarzonego statku i wraz z młodą załogą oraz kapitanem Pike`m będzie musiał zrobić wszystko, aby zniszczyć wroga. Nikt z nich nie zdaje sobie jednak sprawy, że wydarzenia, które właśnie się rozgrywają na zawsze zmieniły bieg ich historii.
    Przyznaję się bez bicia, że nigdy nie miałam okazji, ani nawet chęci, aby obejrzeć którykolwiek z filmów „Star Trek”, o serialu już nie wspominając. Dlatego też niektórych może dziwić fakt, że postanowiłam sięgnąć po najnowszy z filmów. Jednakże jakby na to nie spojrzeć to jest to właściwy początek historii chociaż to zależy od tego jak się spojrzy na wydarzenia mające miejsce w tym filmie, ponieważ może być to zarówno początek historii, jak i historia alternatywna. Całość urozmaicona była dowcipnymi dialogami, no i przede wszystkim niesamowitymi efektami specjalnymi.
    Kiedy ocenia się filmy science fiction to trudno jest nie powiedzieć o efektach specjalnych. W końcu skoro cała akcja rozgrywa się w kosmosie, na jakimś wspaniałym statku to stanowią one kluczowy element. Bardzo podobało mi się to jak twórcy połączyli rzeczywisty, normalny świat z efektywnym światem przyszłości. Idealny przykład tego stanowi dzieciństwo Jamesa. Jednakże już właściwie od samego początku wiemy czego się spodziewać i dobrze wiemy, że efekty będą zniewalające. Przykładowo scena, w której statek Romulan wyłania się z Czarnej dziury, jest po prostu oszałamiająca. W takich chwilach człowiek żałuje, że jednak nie zdecydował się obejrzeć tego filmu w kinie, bo wtedy z pewnością wbiło by mnie w fotel. Nie zmienia to jednak faktu, że fajnie jest to oglądać przy większej głośności, gdyż dodaje to efektu. Sceny walki, tzn. te strzelaniny w kosmosie były niesamowite – powiedziałabym nawet, że lepsze i bardziej fascynujące niż w przypadku „Gwiezdnych Wojen” (proszę nie linczować!). Podobało mi się, autentycznie. Ech. Fajnie też zrobiono motyw teleportacji. Fantastycznie to wygląda. Pamiętam te jeszcze stare sposoby, to naprawdę może się spodobać.
    Cała historia jest dość fascynująca, ponieważ z początku człowiek ma wrażenie, że ogląda młodość Jamesa T. Kirka. Później jednak wraz z biegiem akcji dowiadujemy się, że niekoniecznie tak to musi wyglądać, a może to być tylko efektem kilku pomyłek. Z jednej strony fajny motyw, ale z drugiej to człowiek teraz siedzi i zastanawia się nad tym wszystkim i zastanawia się czy ten film to jest taki prolog, czy może epilog całej serii „Star Treka”. Dlatego też każdy widz – w szczególności ten co zna poprzednie filmy, z zaciekawieniem przypatruje się rozwojowi sytuacji. Bawi go patrzenie na swoich ulubionych bohaterów kiedy chodzą właściwie w „pieluchach” po ekranie. Mnie to także bawiło, gdyż zdecydowanie nie brakowało tutaj zabawnych wstawek. Moją ulubioną sceną jest próba przemycenia Kirka na pokład Enterprise przez McCoya, który wstrzyknął mu jakąś chorobę. A później co chwilę go strzykał. Nie wspominam już o tych dłoniach, które mu się powiększyły. Naprawdę można się pośmiać przy tym filmie.
    Dawno temu kiedy słyszałam o tym, że kompletowana jest załoga do „Star Treka” myślałam, że będzie to serial, w szczególności, gdy zobaczyłam Zachary`ego Quinto w obsadzie. Jest on raczej aktorem serialowym, sławę zyskał głównie za postać bezlitosnego mordercy Sylara czyhającego na zdolności innych bohaterów w serialu „Herosi”. Dlatego też trudno było mi się przestawić na oglądanie go ze spiczastymi uszami, z fryzurą od garnka i dziwnie uniesionymi brwiami. Bez względu na wszystko nie przekonał mnie do Spocka. Co innego prawdziwy Spock. Tak – prawdziwy Spock naprawdę pojawił się w filmie. Chodzi mi oczywiście o Leonarda Nimoy`a, który przez wiele lat był odtwórcą tej roli w serialowym oraz kinowym „Star Treku”. Bardzo mi się spodobało to, że postanowiono zaangażować go do tego filmu. Jak dla mnie jest to niezwykle fascynujące. Główną rolę kapitana Jamesa T. Kirka wcielił się Chris Pine, który do tej pory znany był mi z różnego rodzaju komedii romantycznych. Jednakże znakomicie poradził sobie i w tym filmie. Główna kobieca rola przypadła w udziale Zoe Saldana, która została Uharą. We wcześniejszych filmach postać ta nie miała imienia, gdyż twórcy nie mieli pomysłu. Dopiero w tym filmie przyszło nam poznać jej prawdziwe imię, ale na to też przyszło nam długo czekać.  Tak czy inaczej Zoe była tutaj bardziej ozdobą. Jednakże podobała mi się. Wrażenie natomiast zrobił na mnie Eric Bana. Kiedy zobaczyłam pierwszy raz Nero na ekranie byłam pewna, że skądś znam tą twarz. Potem mnie olśniło. Niesamowite jest to jak charakteryzacja może zmienić człowieka. Wystarczy łysinka, kilka tatuaży na głowie i już człowieka nie poznajesz. Bana się wykazał jako czarny charakter. W filmie możemy zobaczyć także Karla Urbana, Simona Pegga, Johna Cho, Winonę Ryder, a także Jennifer Morrison.
    Bardzo lubię efektowne filmy, a ten zdecydowanie do takich należy. Zrobił na mnie wrażenie i wręcz zastanawiam się nad tym czy nie obejrzeć poprzednich filmów. Mój tata twierdzi, że film jest lepszy od poprzednich, inni twierdzą, że zdecydowanie gorszy, ale prawda jest taka, że to wszystko zależy od gustu. Wiadomo, że 30 lat temu technologia nie była rozwinięta tak jak dzisiaj. Szkoda tylko, że niekiedy twórcy przedkładają efektowność nad fabułę filmu. Tej produkcji nie zabrakło jednakże ani jednego ani drugiego. Dlatego też polecam siąść sobie przed ekrany, podkręcić głos i delektować się tym co przygotował dla nas J.J. Abrams.

czwartek, 25 listopada 2010

144. Mission: Impossible 3, reż. J.J. Abrams

Reżyseria: J.J. Abrams
Scenariusz: J.J. Abrams, Alex Kurtzman, Roberto Orci
Zdjęcia: Daniel Mindel
Muzyka: Michael Giacchino
Kraj: USA
Gatunek: Sensacyjny
Na podstawie: serialu TV Bruce`a Gellera pt."Mission: Impossible"
Premiera światowa: 03 maja 2006
Premiera polska: 05 maja 2006
Obsada: Tom Cruise, Michelle Monaghan, Philip Seymour Hoffman, Laurence Fishburne, Ving Rhames, Maggie Q, Jonathan Rhys- Meyers

    
    Agent do zadań specjalnych Ethan Hunt (Tom Cruise) zakochał się i ma zamiar pobrać się w najbliższym czasie. Wraz ze swoją ekipą dostają zadanie odbicia jednej z agentki- Lindsay, którą Hunt sam wyszkolił. Kiedy wydaje się, że już za chwilę będzie po wszystkim Lindsay dostaje dziwnego bólu głowy. Okazuje się, że w głowie ma umieszczony ładunek wybuchowy. Niestety nie udaje im się jej uratować. Ethan próbuje teraz znaleźć Owena Daviana (Philip Seymour Hoffman), który odpowiedzialny jest za to wszystko i nie jest go wcale tak łatwo złapać. Po udanej akcji wszystko zaczyna się komplikować. Davian ucieka i w dodatku porywa żonę Ethana (Michelle Monaghan). Hunt ma 48 godzin na zdobycie tajemniczej "króliczej łapki" w innym wypadku Julia zginie.
    Bardzo chciałam zobaczyć ten film i muszę przyznać, że jestem mile zaskoczona. Obawiałam się, że film będzie denny i, że zachce mi się spać gdzieś w połowie, a tu myk.. i nie ma, skończyło się. Czas mi minął jak z bicza strzelił, nawet tego nie zauważyłam.
    Pomysł ciekawy jak zwykle, w tych wszystkich Misjach niemożliwych. Ten był szczególnie pokręcony ze względu na to, że Ethan się zakochał, a jak wiemy to nie jest zbyt bezpieczne ażeby tajny agent miał dziewczynę, gdyż staje się to jego bardzo słabym punktem i złoczyńcom bardzo łatwo będzie nim manipulować. Oczywiście tak też stało się w tej części. Tak apropos dziewczyn, czemu on w każdej części jest z kimś innym? w tej części posunął się chociaż o krok naprzód.. ślub. Tak nawiasem mówiąc to ten ślub był chyba najpiękniejszy ze ślubów jakie mogli nakręcić, bardzo wzruszające, aż się popłakałam. Jak to zwykle bywa wszystko mi się podobało. Akcji było wiele i to nawet bardzo wiele. Sprawiało to, że nie nudzimy się, no i dodatkowo różniaste dogadywania ze strony kumpli, które czasami wywoływały u mnie atak śmiechu. Moją najulubieńszą sceną akcji jest akcja na moście, gdy Ethan podczas przewozu Daviana most został postrzelony rakietami, to było takie ekscytujące i ten ślizg Ethana... ochhhh. Inną ulubioną moją sceną jest oczywiście scena zdobywania "króliczej łapki" fajne to było i takie szybkie i musiało być bolesne. Oczywiście co mnie najbardziej wkurzało? to samo co w drugiej części, czyli te koszmarne maski...  myślisz, że tu umiera na przykład Ethan jak to było w drugiej części, a tu patrzysz a tu maska i to kto inny pod nią jest. Jak mnie to wkurzało. Bo oczywiście już zaczęłam płakać a tutaj zonk... koszmar! Co do tych masek to było pokazane jak te całe maski są tworzone oraz jak modyfikowany jest głossss. Nie wiedziałam, że aż tak dużo czasu potrzeba, żeby to przetworzyć. Była akcja, było troszku o miłości... hmm. No więc może sceneria. Jak wiemy w każdej kolejnej części zmieniały się poniekąd miejsca akcji. Tak samo było tutaj. Tym razem przenosimy się między innymi do Watykanu i do Shanghaju- fajowo... poznajemy różne kultury. Co do tego Watykanu to Cruisowi jakoś nie pasuje strój księdza :) ale to się wytnie. Końcówka filmu oczywiście bardzo dramatyczna, ale oczywiście jak zwykle zwycięża dobro i miłość i prawda. Nie ma to jak szczerość w związku i życie bez żadnych tajemnic.
    Dobra no więc czas na obsadę. Tom jak zwykle dał sobie znakomicie radę, te jego napady namiętności, łzy w oczach i to przerażenie... było to naprawdę takie... ludzkie. Bardzo mi się podobała jego rola, chyba poradził sobie lepiej niż w poprzednich częściach. Hoffman również był niczego sobie. Bardzo dobrze wcielił się w czarny charakter, spodobało mi się to. Oczywiście jedną z moich ulubionych postaci był Luther. Te jego teksty mnie po prostu powalają. No i czas na Lawrence`a. Nie pokazywano go zbyt często, ale... dobra przyznam, że jakoś nie specjalnie mnie zadziwił.
    Film oczywiście bardzo mi się podobał. Nie wiem czy to chwilowe zafascynowanie czy też nie, ale póki co to podoba mi się. 
W serii: