NOWOŚCI
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Gwiezdne Wojny. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Gwiezdne Wojny. Pokaż wszystkie posty

sobota, 13 października 2018

1252. Han Solo. Gwiezdne Wojny - historie, reż. Ron Howard

     „Hana Solo” od samego początku skazywano na porażkę. W zasadzie, tak jak w ogóle całą serię „Gwiezdne Wojny – historie”. Ba, nawet ja uważałam to za niepotrzebny zapychacz, bo sama- jako wzrokowiec, bardziej lgnę do właściwej sagi niż do tych osobnych opowieści. W końcu, ileż można oglądać Gwiezdne Wojny? Czy to już nie przesadne napawanie się franczyzą? Lubię być jednak zaskakiwana, tak jak wszyscy sympatycy kina. A Ronowi Howardowi udało się mnie zaskoczyć, ponownie! Udało mu się stworzyć godną rozrywkę bez rozrywającego uszy „pił-pił-pił”. 
Źródło: Galapagos Films

     Han (Alden Ehrenreich) szaleje sobie po galaktyce podbierając jej mieszkańcom najrozmaitsze wartościowe przedmioty. Podczas jednej z akcji zostaje zdemaskowany wraz ze swoją partnerką Qi-rą (Emilia Clarke), a po bardzo długiej ucieczce ostatecznie zostają rozdzieleni. Po trzech latach walki dla Imperium nadarza się okazja uratowania ukochanej z rąk wroga. Tym sposobem trafia pod skrzydła Becketta (Woody Harrelson) i jego ekipy- przemytników, pracujących dla największych złoczyńców galaktyki. Liczy na to, że zyski z tej pojedynczej akcji pomogą mu wrócić do domu i uwolnić dziewczynę. Los bywa jednak przewrotny i nic nie jest takim jak tego oczekiwał.

     Osobiście, bardzo szanuję treści zawarte w filmach serii „Gwiezdne Wojny- historie”, bowiem idealnie uzupełniają dobrze znane tytuły z sagi. Spokojnie można potraktować to jako ciekawostki, a także odpowiedzi na gnębiące nas od wielu lat pytania. No bo, czy ktoś nie zastanawiał się nad genezą przyjaźni Hana Solo i Chewbacki? A tak w ogóle to czemu Han Solo, a nie Han Kowalski? Czy Solo to w ogóle nazwisko, czy tylko określenie stanu Hana? No i oczywiście jak wyglądało przejęcie Sokoła Millenium? Kilka pytań, które zadawaliśmy sobie podświadomie, ale nigdy nie wymawialiśmy ich na głos, bo i nad czym tu rozmyślać. I wtem oto pojawia się taki „Han Solo” ze swoją historią, którą wielu uważało za niepotrzebną- ze mną na czele, a jednak dała kilka odpowiedzi, ale z drugiej strony pozostawiła nas z wieloma pytaniami.
Źródło: Galapagos Films

     Nadal będę się jednak upierać, że to jest zapychacz pomiędzy kolejnymi premierami sagi, bo pomimo powyższych plusów, to tak naprawdę niewiele film wnosi poza najzwyklejszą w świecie rozrywką. Spełnia przy tym wszystkie przesłanki tego gatunku, bo jest i motyw przyjaźni po grób, która zaczyna się w dość specyficzny sposób, miłości i złamanego serca przepełnionego uczuciem zdrady, a także cała masa najrozmaitszych akcji zapierających dech w piersi naszpikowana zaskoczeniami i wielkim „coooo?!”. Z pewnością jest to propozycja bardzo wciągająca, nawet dla ludzi, którzy nie lubią przemytniczych akcji tak, jak ja. Scena w pociągu wymiata i sprawia, że nawet mąż, który nie lubi Gwiezdnych Wojen będzie oglądał to z charakterystycznym napięciem i zafascynowaniem, niepozwalającym nawet na skorzystanie z toalety. Nie są to już tylko walki na „pił-piłki”, wymachiwania świetlnymi latarkami, ale dostarczający wrażeń spektakl starcia dobrych i złych, gdzie poświęca się życia dla obcych ludzi, zwierząt, a nawet i robotów. Może to być wzruszające, oczywiście dla tych, którzy dysponują takim poziomem wrażliwości.
Źródło: Galapagos Films

     Szkoda, że tak mało uwagi poświęca się więc samym bohaterom, bo Han Solo jest tylko jakimś chłopakiem z przeszłością- nie wiadomo jaką. Qi-ra to jego młodzieńcze marzenie po transformacji, a w tej roli totalnie przeciętna Emilia Clarke, która mogłaby zostać na zawsze Daenerys Targaryen. Beckett symbolizujący oddanie, ale też i kawał szui. Zdecydowanie najwięcej humoru wniosła tu najmniej ludzka postać- robota L3. Dowcipna w nonszalancki sposób, taki lekko upośledzony, bo całkowicie oderwany od prawdy. No, ale to w końcu „Gwiezdne Wojny”. W każdym filmie musi się znaleźć robot z charakterem, którego pokochają miliony. Jest też cała masa innych postaci, których przyszłość znamy bądź nie, a tak naprawdę nie wiemy jak toczą się ich losy do tego czasu. Co jest też dość dziwne, jak na tego rodzaju prequel.

      Pomimo wszystko, bardzo przyjemnie patrzy się na tę produkcję. Nie jest wizualnie nachalna, nie jest naszpikowana zbędnym CGI, które razi w oczy i poddaje w wątpliwość to, co na ekranie. Tak jak i w przypadku „Rogue One” animacja jest niczym delikatne dotknięcie pędzlem, widoczne jest w subtelny sposób, bez przesadzania w którąkolwiek ze stron. Wszystkie sceny dopracowane, scenografie jak z pejzażu- nic tylko zachwycać się nad spokojem niektórych z nich i poczuć się prawie jak na wakacjach, o ile oczywiście na pierwszym planie nie szaleje bitwa na śmierć i życie. Całości dopełnia muzyka, w której nutach wybrzmiewają znane nam już dźwięki z poprzednich filmów, wciąż jednak utrzymuje swój indywidualny charakter.
Źródło: Galapagos Films

      „Han Solo. Gwiezdne Wojny – historie” to film, na który świetnie uzupełnia kultową sagę. Nie jest nachalny i raczej z uśmiechem podchodzi do wielu kwestii. Wydaje się być gdzieś z boku całych tych wydarzeń mających miejsce w przyszłości przez swoje otoczenie, a przy tym jest bardzo wczesnym zalążkiem rebelii. Wygląda bardzo ładnie, brzmi też nie najgorzej, a historie poboczne, które się tutaj rozrywają dają idealne dopełnienie całości. Całości, która jest genialną rozrywką całkowicie absorbującą widza- o dziwo! Nie ma szans na nudę, nie ma na nią czasu. Tutaj trzeba ratować galaktykę- kiedyś, bo na razie trzeba się skupić na bohaterach.

Ocena: 7/10
Recenzja filmu DVD „Han Solo. Gwiezdne Wojny - Historie” - dystrybucja Galapagos Films

Oryginalny tytuł: Solo. A Star Wars Story / Reżyseria: Ron Howard / Scenariusz: Lawrence Kasdan, Jonathan Kasdan / Zdjęcia: Bradford Young / Muzyka: John Powell / Obsada: Aldenn Ehrenreich, Emilia Clarke, Woody Harrelson, Joonas Suotamo, Donald Glover, Paul Bettany / Kraj: USA / Gatunek: Przygodowy, Sci-fi

Premiera kinowa: 10 maja 2018 (Świat) 25 maja 2018 (Polska)
Premiera DVD: 05 września 2018 

niedziela, 13 maja 2018

1248. Gwiezdne Wojny: Ostatni Jedi, reż. Rian Johnson

     Kiedy myślę sobie o sadze Gwiezdne Wojny, myślę o moim tacie. Tacie, który jest tak zagorzałym fanem, że zabrał swoją 14 letnią córkę do kina na wznowioną wersję Nowej nadziei (P.S. pierwszy i jedyny raz, gdy zasnęłam w kinie!). Nigdy nie byłam szczególnym sympatykiem tej serii, ale gdy pojawiały się pierwsze odsłony nowych trylogii ulegałam fascynacji. Tak było z Mrocznym widmem, tak było też z Przebudzeniem mocy. Jednakże wraz z kolejnymi filmami mocy brakowało mi coraz bardziej. I też sposobem, wraz z Ostatnim Jedi zaliczyłam kolejny spadek mocy.
Źródło: Galapagos Films

     Cała Galaktyka czeka na powrót jej ostatniej nadziei, wielkiego rycerza Jedi- Luke'a Skywalkera (Mark Hamill). Ten za to odpoczywa sobie na małej wysepce, otoczony całą rzeszą drobnych porgowych potworków, licząc na to, że cały wszechświat zapomniał o jego istnieniu. Na miejscu pojawia się Rey (Daisy Ridley), która nie ma zamiaru odpuścić, licząc nie tylko na możliwość opanowania swojej mocy, ale również na pomoc w walce z wrogiem. Tymczasem ostatni z Rebeliantów próbują uciec przed flotą Nowego Porządku, prowadzonego przez bezwzględnego Snoke'a (Andy Serkis) i jego ucznia Kylo Rena (Adam Driver).

     Patrząc na kolejne filmy z serii Gwiezdne Wojny mam wrażenie, że robią się coraz głupsze. Przynajmniej od kiedy wpadły w ręce Disneya. Oczywiście, nigdy nie był to za specjalnie wybitny film, ale niósł za sobą pewną mądrość, dostarczał widzom wiele radości. Dalej tak jest, ale dodatkowo jest naszpikowany bezmyślnymi wstawkami, które rzutują na odbiór całości, jako spójnego i logicznego obrazu. Wiele humorystycznych scen było zwyczajnie nie na miejscu, a może bardziej... nie wypadały naturalnie w wykonaniu konkretnych postaci. Dla równowagi inne skutecznie rozśmieszały, czy zwyczajnie wywoływały pozytywne emocje. Logika jednak potężnie siadała, a płynność przejść między niektórymi sekwencjami daleka była od ideału. Nic nie było tak dobijającego, jak zabawa pewnej postaci w superbohatera rodem z filmów Marvela. Rozbrajająco wyglądała również chwila, która mogłaby być zakończeniem filmu, aż tu nagle... po co kończyć, skoro jeszcze trochę można poszaleć. Logiczne były tutaj powody, szkoda tylko, że nie udało się tego lepiej przeprowadzić. W zasadzie to każda scena ma większy bądź mniejszy wpływ na fabułę filmu- choć z pozoru wydaje się być tylko marnowaniem czasu i przedłużaniem akcji na siłę. Ostatecznie albo sieje się zalążek nowych bohaterów, albo przegania pod mur starych. Nie jest jednak tak, że Ostatni Jedi to zlepek bezmyślnych scen, które aż się proszą o przeróbkę na memy w internecie. W końcu trzeba zrozumieć rozterki Kylo Rena i jego niezwykłą relację z Rey, trzeba wkręcić się w myślenie Ruchu Oporu, czy zrozumieć istnienie Jedi. Dlatego też produkcja Johnsona ma w zanadrzu kilka przepięknie nakręconych, dobrze zagranych i przede wszystkim zaskakujących scen. 
Źródło: Galapagos Films

     Gwiezdne Wojny to nie obraz, o którym łatwo można zapomnieć. Nawet o szkaradnym koszmarku, za jaki uznawano Mroczne Widmo, wciąż się opowiada. Ostatni Jedi nie jest absolutnie żadnym paskudztwem, to jeden z piękniejszych wizualnie filmów tej sagi. Obraz Johnsona może poszczycić się przede wszystkim pięknymi lokalizacjami. Cudownie kontrastowe- biało czerwone połacie jednej z planet zapierają dech. Z drugiej strony mamy miejsca pełne przepychu w zestawieniu z całkowicie osobliwymi, acz przestronnymi terenami. Do tego wszystkiego dochodzą również bardzo dopracowane istotki. Porgi stały się maskotką filmu, z tymi swoimi wyłupiastymi oczkami i ciałkami świnki morskiej skrzyżowanej z sówką. Zachwyca każdy malutki kryształek przytwierdzony do kryształowych ciałek kryształowych lisków, które tak wspaniale się mieniły. A czy końskie lamy nie wzbudzały jak najbardziej pozytywnych emocji? Gdyby ktoś nie uważał tego za wystarczająco piękne, to nie zapominajmy, że film serwuje nam również kilka genialnie wyglądających scen. Walka w gabinecie Snoke'a, czy też starcia w kosmosie... Rey w tajemniczej grocie, co na myśl przywodziło Incepcję. Świetna zabawa nie tylko grafiką komputerową, ale przede też kamerą, dała w efekcie coś spektakularnego. Łatwo zatracić się w tej wizualnej feerii, która dodatkowo zyskuje w towarzystwie muzyki Johna Williamsa. Ojciec muzyki do całej serii Gwiezdnych Wojen, do całej serii Harry Potter, i da się tutaj wyczuć nuty zarówno tej pierwszej, jak i drugiej. Nuty dynamiczne, nuty złowrogie i nuty całkowicie lekkie. Wszystko przeplata się dając nam przepiękny koncert.

     Chyba nigdy nie przyzwyczaję się do nowych bohaterów. Wciąż odczuwam lekki dyskomfort na myśl o darzeniu większą sympatią roboty niżeli ludzi. Tutaj dodatkowo dochodzą jeszcze urocze porgi. Trudno jednak pokochać bohaterów, którzy lecą przez przestrzeń kosmiczną, próbują rozwalić wszystko co się rusza, lub zwyczajnie ściągają koszulki w nieodpowiednich momentach. No bo serio... skoro w pierwszym filmie Kylo Ren ściągnął maskę (meh!), w drugim koszulę (ych!), to czy należy się obawiać, że w trzecim pozbawi się go spodni? Czy na tym będzie się opierała groza finału trylogii? Oczywiście, nie ciuchy świadczą o aktorstwie, ale ostatecznie może to skutecznie utrudniać odbiór. Do tego wszystkiego mamy bohaterów, którzy nie pojawiają się z jakichś ważnych powodów, no chyba tylko po to, aby zaprezentować dziwaczność wyborów po utracie siostry, czy też całować ledwo poznanych facetów, gdy w tle umiera wolność. Dawne postaci powracające z różnych rejonów też za specjalnie nie zachwycają swoim udziałem. Lekko bawią, lekko poruszają w nas sentymentalizm, ale ostatecznie nic fascynującego to nie powoduje. 
Źródło: Galapagos Films

     Za każdym razem, gdy wskakuję na seans Gwiezdnych Wojen oczekuję prawdziwych emocji- moich, nie bohaterów. Jednakże Ostatni Jedi ledwo poruszył we mnie tę dziecięcą nutę, która ekscytuje się science fiction, walkami i uroczymi kosmitami. Być może wynika to z wieku, być może powodem jest niekończąca się ilość odcinków serialu, który nie chce się skończyć. Wciąż jednak łudzę się, że jest to kwestia zbyt dużej ilości niedoróbek, przy tej wersji zdarzeń będę obstawać. W końcu ileż można znieść takich żartów z logiki. Rozumiem- sci-fi, tutaj nie musi być realnie, ale... nie przesadzajmy. Tej jednej sceny nie jestem w stanie przeboleć i moja dłoń znów ląduje na czole, w trakcie kolejnego seansu. Szczęśliwie- jest na co popatrzeć, a patrzenie nie boli, i za to chwała niech będzie twórcom. Znowu jest satysfakcjonująco, jedynie, a mogło być przecież powalająco. Film zostawia nas z wielkimi nadziejami na przyszłość, otwiera bardzo wiele różnych furtek, że teraz z niecierpliwością wyczekiwać będziemy finału. Może wtedy moc znowu się przebudzi!

Ocena: 5/10
Recenzja filmu DVD „Gwiezdne Wojny: Ostatni Jedi” - dystrybucja Galapagos Films



Oryginalny tytuł: Star Wars: The Last Jedi / Reżyseria: Rian Johnson / Scenariusz: Rian Johnson / Zdjęcia: Steve Yedlin / Muzyka: John Williams / Obsada: Mark Hamill, Carrie Fisher, Adam Driver, Daisy Ridley, John Boyega, Oscar Isaac, Andy Serkis, Domhnall Gleeson, Laura Dern, Benicio del Toro / Kraj: USA / Gatunek: Sci-Fi, Przygodowy

Premiera kinowa: 09 grudnia 2017 (Świat) 14 grudnia 2017 (Polska)
Premiera DVD: 23 kwietnia 2018

środa, 31 maja 2017

1225. Łotr 1. Gwiezdne wojny- historie, reż. Gareth Edwards

     Wychodząc naprzeciw miłości starych fanów, ale też i potencjalnym sympatykom wśród nowego pokolenia wytwórnia Lucas Film realizuje nie lada projekt, który zakłada wypuszczanie na ekrany kin kolejnego filmu z serii każdego jednego roku. Saga jest tylko jedna, ale historia która stanowi jej uzupełnienie... może rozchodzić się w bardzo wielu kierunkach. Dlatego pomiędzy „Przebudzeniem mocy”, a „Ostatnim Jedi” możemy rozkoszować się spin-offem o bohaterskim „Łotrze 1”, który zaspokoi nasz starwarsowy głód.
Źródło: Galapagos Films

     Gdzieś w odległej galaktyce, gdzieś pomiędzy czasem, gdy Lord Vader wpatrywał się w rosnącą na jego oczach Gwiazdę Śmierci, a Lukiem Skywalkerem dążącym do jej zniszczenia, grupa śmiałków wdarła się do tajnej bazy Imperium, aby zdobyć jej plany. To właśnie córka Galena Erso (Mads Mikkelsen)- Jyn (Felicity Jones) otrzymuje od swojego ojca wiadomość, która może odmienić losy wszechświata i udaremnić mroczne plany Sithów. Grupa odważnych mężczyzn sprzeciwia się rozkazom i postanawia dołączyć do dziewczyny. Wspólnie kradną statek, który chrzczą mianem Łotra 1 i udają się w samozwańczą misję, aby wesprzeć rebelię w walce z Imperium.
     „Łotr 1” jest zupełnie innym filmem niż reszta serii. Dla Star Wars jest tym samym, co „Logan” dla X-menów. Koncentruje się głównie na dramatyzmie historii, bardziej niż na widowiskowości wybuchów i reszty efektów. Jedno trzeba jednak zarzucić filmowi... wlecze się niemiłosiernie. Nie potrafi zbyt długo pochwycić uwagi widza, przynajmniej przez 2/3 filmu. Wydarzenia bywają porywcze i zaskakujące, ale nie wywierają większego wrażenia. Owszem, każdy wie o czym jest historia, szkoda tylko, że cała uwaga skupia się na tym jednym aspekcie fabuły. Oczywiście, gdzieniegdzie scenariusz próbuje zboczyć na wątki poboczne- chociażby dramatu rodzinnego Jyn, ale z marnym skutkiem. Zdecydowanie akcja zagęszcza się u finału podróży. Dynamiczne sceny walki, wiele powodów do wzruszeń, przy których dopiero dostrzegamy tragizm całej wyprawy. Dla fanatycznych wyjadaczy będzie to oczywisty ruch, ale dla wrażliwców z zacięciem do romantyzmu wydaje się to być aż nazbyt dramatyczne. Wkrada się lekkie niezadowolenie, lekki zawód, ale w sumie bardziej przesiąkniętego heroizmem i jednocześnie patosem zamknięcia nie można sobie wyobrazić.
Źródło: Galapagos Films

     Cieszą oko i serce każdego geeka te elementy, spoiwa łączące konkretne filmy z kolejnych trylogii sagi. Lord Vader jak najbardziej króluje i zachwycił nawet samego Kylo Rena. Aczkolwiek jego dziarski chód i złowieszczo powiewająca na wietrze (w kosmosie) czarna pelerynka trochę kłócą się z ogólnie przyjętym wizerunkiem postaci, której wdzianko wydawało się mocno ciążyć niemalże w każdym filmie. Niby nie jak Vader, ale w sumie wciąż w brzmieniu głosu Jamesa Earla Jonesa. Sporym zaskoczeniem, ale w sumie logicznym ruchem jest postać pojawiająca się w ostatnich minutach filmu. Z początku wielkie „Whaaat?!” a zaraz po nim „Acha, no w sumie...”. Przy dzisiejszej technologii robienie takich rzeczy wydaje się nie być problematyczne, choć z drugiej może okazać się, że zaraz spadnie zatrudnienie wśród aktorów. Dziwna rzecz. Efekt sam w sobie też wymagałby dopracowania, bowiem było to pierwsze użyte w filmie CGI, które wypadło mocno karykaturalnie.
     Najnowszy film Garetha Edwardsa to z pewnością obraz, na który przyjemnie się patrzy. Cudowne zdjęcia Greiga Frasera swoją epickością wypełniają całe kadry. Przepięknie musiało to wyglądać na wielkim ekranie, wręcz majestatycznie. W szczególności baza na Scarif. Przepiękna planeta i te zdjęcia oddające jej charakter. Nie brakuje tutaj klasycznego starwarsowego „pow-pow-pow”. Laserowe strzały, świetlne miecze- choć ten jedynie w użyciu Vadera- stare, dobre i jak najbardziej udane efekty dźwiękowe. Po raz pierwszy widać również rozmach z jakim działa Gwiazda Śmierci. To jest dopiero spektakularne zjawisko! Do tych wszystkich mniej lub bardziej subtelnych efektów pięknie komponuje się muzyka napisana przez niesamowitego Michaela Giacchino. Oczywiście, wykorzystane zostały również kultowe już brzmienia Johna Williamsa, ale Giacchino stworzył coś równie pięknego, lirycznego, a momentami nawet odrobinę bardziej dramatycznego. Balsam dla uszu!
Źródło: Galapagos Films

      Produkcja cierpi na jedną zasadniczą chorobę- za mało tutaj wyrazistych postaci, a za dużo zbędnego gadania, które niewiele wnosi do opowieści. Okazuje się, że nawet użycie robota nie jest aż tak fascynujące jak to zwykle bywa. Oczywiście, K miał całkiem niewybredne poczucie humoru, momentami wzbudzał naprawdę skrajne emocje, ale było tego zdecydowanie za mało, aby oznaczyć go mianem ulubionego starwarsowego robota. Nie mniej, podkładanie tu głosu przez Alana Tudyka wypada bardzo ciekawie. Te charakterystyczny komik o rozpoznawalnej zabawie własnym głosem dał uczucia tej maszynie i z pewnością uczynił ją jedną z najbardziej świetlistych postaci Łotra 1. Ciężko jest jednak zaakceptować częsty fakt, że postacie drugoplanowe a nawet zrobotyzowane przyćmiewają tych grających pierwsze skrzypce. Przyzwyczailiśmy się już do subtelnych i stonowanych kreacji Felicity Jones więc trudno jest wyobrazić sobie ją jako zatwardziałą bojowniczkę o wolność. Wojownika nie na słowa, ale na faktyczne czyny! I rzeczywiście, odgrywanie przez nią tej roli nie jest do końca realistyczne. Ze swoim delikatnym głosikiem i dziewczęcą postawą wojowniczka z niej żadna. Bardziej charakterna wydaje się być męska część załogi Łotr 1, gdzie każdy oferuje sobą coś zupełnie innego- chociażby ze względu na zamiłowania i zadziorność.
Źródło: Galapagos Films

      „Łotr 1” jest dla serii Star Wars bardzo ożywczą produkcją. To stonowany film, który daleki jest od tych wybuchowych, przepełnionych zbędnym efekciarstwem współczesnych produkcji. Zdecydowanie stanowi bardziej dramatyczne oblicze całej serii, co widać nie tylko w fabule, czy grze aktorskiej, ale również poetyckiej oprawie– lirycznej muzyce, czy majestatycznym ujęciom malowniczych krajobrazów. Lekko okraszony humorem, intrygującymi personami i szlachetnymi wyczynami stanowi idealny łącznik pomiędzy starą i nową trylogią.

Ocena: 7/10
Recenzja filmu DVD „Łotr 1. Gwiezdne wojny- historie” - dystrybucja Galapagos Films
Film dostępny na DVD, Blu-Ray i Blu-Ray 3D.


Oryginalny tytuł: Rouge One: A Star Wars Story / Reżyseria: Gareth Edwards / Scenariusz: Chris Weitz, Tony Gilroy / Zdjęcia: Greig Fraser / Muzyka: Michael Giacchino / Obsada: Felicity Jones, Diego Luna, Alan Tudyk, Donnie Yen, Wen Jiang, Riz Ahmed, Ben Mendelsohn, Guy Henry, Forest Whitaker, Mads Mikkelsen / Kraj: USA / Gatunek: Sci-Fi, Przygodowy
Premiera kinowa: 10 grudnia 2016 (Świat) 15 grudnia 2016 (Polska)
Premiera DVD: 26 kwietnia 2017

środa, 23 grudnia 2015

Książka #383: Star Wars. Konstruktor myśliwców, aut. Katrina Pallant

     W szale wchodzenia na ekrany tak wiekopomnych dzieł, jak „Gwiezdne Wojny” promocja wchodzi na wyższe poziomy kreatywności. Sklepy oferują tematyczne gadżety, drogerie kosmetyki, a spożywczaki napoje i owoce z etykietami. Nie dziwi więc, że i wydawcy oferują to w czym się specjalizują, czyli książki z tego uniwersum. Nie są to już jednak jedynie powieści, czy ilustrowane słowniki, ale pojawiają się także genialne książki konstrukcyjne, do których z pewnością zaliczyć można „Star Wars. Konstruktor myśliwców”.
     Nic tak nie poprawia nastroju jak dobra zabawa z książką. Minęły już te czasy, gdy książki stworzone były jedynie z tekstu, męczyły oczy i miały dokształcać osobnika je czytającego. Teraz książki wychodzą naprzeciw oczekiwaniom, w szczególności książki dla najmłodszych, dając możliwość interakcji z nimi. „Konstruktor myśliwców” to twór całkowicie niebywały. Przede wszystkim stanowi rewelacyjny, choć mocno okrojony zbiór ciekawostek dotyczących świata Star Wars. Znajdziemy tutaj kilka informacji o kluczowych bohaterach sagi, choć wciąż zadaję sobie pytanie: „Gdzie jest Luke Skywalker?!”. Może to takie ciekawe nawiązanie do „Przebudzenia mocy”? Poczytamy nie tylko o bohaterach, ale przede wszystkim o tym, czego dotyczy sama książka, a jak nazwa wskazuje skupiać powinna się na myśliwcach. Poznamy więc kilka konkretnych stateczków nie tylko od strony historii, ale przede wszystkim ich konstrukcji.
     Jednakże poza dziwną historyjką, którą oferuje książka, a także kilkoma ciekawostkami, trzeba zwrócić uwagę, że idealnie pasują do tego różnego rodzaju łamigłówki, które w dość specyficzny sposób łączą się z pozostałą treścią dając względnie spójną całość. Autorzy oferują dla najmłodszych standardowy zestaw zagadek i zadań do spełnienia, które umieścili w świecie, gdzie od lat toczona jest walka jasnej i ciemnej strony mocy. Przyjdzie nam więc odnaleźć różnice pomiędzy obrazkami, wytyczać różnego rodzaju ścieżki- chociażby ucieczki z Sokoła Millenium, czy pobawić się w deszyfranta kodów. Gdyby tego było mało, to można pobawić się również twórczo, bowiem mamy kilka stron, gdzie możemy stworzyć własną broń, wyrysować własnego myśliwca, czy pokolorować już istniejącego. Nic tylko brać ołówki oraz kredki w rękę, aby szaleć w najlepsze. Dla fanów modeli również coś się znajdzie, bowiem do książki załączone są również elementy do złożenia własnego X-Winga, czy myśliwca TIE. No w końcu, tytuł zobowiązuje, więc z pełną radością można pobawić się w konstruktora myśliwców, ale bez obaw... w środku książki znajdzie się instrukcja złożenia, gdyby tak komuś była potrzebna. Tym też sposobem książka rozwijają dziecięcą wyobraźnię, wykorzystuje wiedzę i zdolność logicznego myślenia. 
     Poza wszelkimi elementami, zagadkami i słowem, które rozbudzą nasze dziecko, trzeba wiedzieć, że książka jest przepięknie wydana. Nie dość, że ma solidną oprawę, która może przeżyć praktycznie wszystko, to w dodatku ilustracje Szokolaia Gergely'ego zachwycają! Niesamowita kreska, a przy tym wielorakość barw... rewelacyjne. Ciężko jest się nie zapatrzeć na jego pracę, tak jak i całą konstrukcję graficzną. Godne podziwu!
    Wydawnictwo Egmont wychodzi naprzeciw oczekiwaniom swoich czytelników, tych najmłodszych przede wszystkim, choć w przypadku „Konstruktora myśliwców” myślę, że zadowoleni będą również i starsi fani- przynajmniej ze strony konstrukcyjnej. Dla dorosłego człowieka zagadki, łamigłówki, które odnajdzie w książce będą zdecydowanie zbyt banalne, które rozwiąże w kilka sekund. Natomiast dla dzieci, będzie to coś niezwykle pobudzającego. Z części technicznej zadowoleni będą wszyscy, bowiem ta propozycja jest idealną dla tych, którzy lubią, gdy książka oferuje coś więcej niżeli tylko suchą treść!

Ocena: 6/6
Recenzja dla wydawnictwa Egmont!

egmont.pl

Tytuł oryginalny: Star Wars. Starfighter Workshop / Tłumaczenie: Anna Hikiert / Wydawca: Egmont / Gatunek: łamigłówki / ISBN 978-83-281-0758-8 / Ilość stron: 32 / Format: 216x285mm
Rok wydania: 2015 (Świat), 2015 (Polska)

poniedziałek, 21 grudnia 2015

1198. Gwiezdne Wojny: Przebudzenie mocy, reż. J.J. Abrams

     Pierwsze dźwięki klasycznego utworu skomponowanego przez Johna Williamsa, żółte napisy wjeżdżające na ekran, ale przede wszystkim gromkie brawa na sali. Wszystko to dla powracającego po latach wielkiego tytułu, który zna każdy kinoman- chociażby ze słyszenia. Za kontynuację fantastycznej sagi wziął się sam J.J. Abrams, który kolejny raz zaskakuje i sprawia, że nie tylko on sam poczuł przebudzenie mocy, ale poczuli to również i fani. „Gwiezdne wojny: Przebudzenie mocy” to zdecydowanie jeden z największych, o ile nie największych filmów tego roku, który pozostawia widza z efektem WOW!
Źródło: Starwars.com
     Darth Vader został pokonany, choć po trzydziestu latach Najwyższy Porządek władany ciemną stroną mocy sieje postrach w całej galaktyce za sprawą zamaskowanego Kylo Rena (Adam Driver). Przeciwko niemu staje Ruch Oporu, którego generałem jest sama księżniczka Leia Organa (Carrie Fisher). Aby przywrócić równowagę mocy zawzięcie poszukuje swojego brata- Luke'a Skywalkera (Mark Hamill), który zaginął bez śladu. W tym celu wysyła swojego najlepszego pilota (Oscar Isaac) mającego znaleźć miejsce jego pobytu. Kiedy zostaje schwytany przez wroga z pomocą przychodzi mu zbuntowany szturmowiec (John Boyega), który najbardziej w świecie chce wyrwać się spod tyranii ciemnej strony mocy. Podczas ucieczki trafia na planetę Jakku, gdzie spotyka niezwykłą dziewczynę imieniem Rey (Daisy Ridley), a przy niej poszukiwanego przez wszystkich robota BB-8, któremu pilot przekazał mapę.
     Kiedy dwa miesiące temu przez internety przeszła informacja o przedsprzedaży biletów w siódmą część sagi „Gwiezdne wojny” bilety rozeszły się w rekordowym tempie! W weekend otwarcia film zarobił więcej niż „Jurassic World”, czy kolejna odsłona „Avengersów”. Nie ma dziwne, w końcu na ten film fani czekali od dekady! Czy świeże spojrzenie Abramsa sprostało ich oczekiwaniom? Tutaj opinie są podzielone. Pewne jest natomiast to, że kultowa saga powraca w wielkim stylu, w dodatku w trójwymiarze (!), całkowicie wykupując się z porażki drugiej trylogii. 
Źródło: Starwars.com
     Wielu narzeka na wtórność fabuły, do której ja osobiście nie mam zamiaru się przyczepiać, bo oczywiście- w przeciwieństwie do niektórych, nie nadrabiałam wcześniejszych filmów przed seansem „Przebudzenia mocy”. Można by się z pewnością przyczepić do motywu przewodniego fabuły, gdzie całość kręci się według podstawowego pytania „Gdzie jest Luke Skywalker?!”. To pytanie zadawaliśmy sobie nie tylko przed seansem- bo nie pokazywał się w żadnych materiałach promocyjnych, a także przez cały seans. Bohaterowie oczywiście namiętnie nam przypominają, że to jego szukają przez cały film, bo szczęśliwie, gdzieś pomiędzy wspaniałą akcją zapominamy o tym, jakże istotnym, elemencie. Zapominamy tak szybko, że w zasadzie u finału wpada nam do głowy myśl, czy Ruch Oporu nie będzie go szukał czasem przez całą nową trylogię. To oczywiście byłoby totalnie głupim zagraniem, ale cóż... nie całkiem nieprawdopodobnym. Banalność tego wątku jest jednak dość irytująca i mamy nadzieję, że nie będzie to bazą całej produkcji.
     No i nie mylimy się. W końcu mamy tutaj nie tylko poszukiwania Skywalkera, ale także i całą masę pobocznej akcji, wśród których króluje kolejne pytanie stawiane przez Abramsa „Kim do cholewki jasnej jest Rey?!”. Postać bardzo enigmatyczna, o której praktycznie nic nie wiadomo, a której wątek nie rozwiązuje się wraz z końcem filmu. Można mieć pewne podejrzenia i oczywiście w sieci już krążą teorie spiskowe, co do jej pochodzenia. Dodatkowo jest to dziewczyna, która w trakcie zwiastuna sprawia wrażenie całkowicie nijakiej potrafi świetnie zaskoczyć! Daisy Ridley zdecydowanie za bardzo przypomina Keirę Knightley, można nawet stwierdzić, że to jej takie kosmiczne alter ego, bo nie dość, że wygląd to jeszcze brzmienie głosu wraz z akcentem, no i oczywiście ta lekkość w obyciu. Ostatecznie okazuje się być bardzo interesującą postacią, która świetnie prezentuje się na ekranie niemalże z każdym, począwszy od BB-8, przez Finna, na Hanie Solo skończywszy. Jednakże to właśnie z tym drugim tworzy genialny, komediowy duet. Interakcja między nimi jest tak fascynująca, że szybko wywróżyć można im wspólną przyszłość. Finn jako jednostka jest nie mniej frapujący. Od początku widać jego wewnętrzny konflikt, co do przynależności do rzeszy Szturmowców i ich poczynań. Ostatecznie się odłącza i chce się schować w najciemniejszych czeluściach galaktyki! Zdecydowanie za szybko nawiązuje się nić przyjaźni pomiędzy nim a Poe (Oscar Isaac), no ale taka to najwyraźniej jest męska solidarność. 
Źródło: Starwars.com
     Twórcy zrobili coś naprawdę niezwykłego z tym filmem. Czy był ktoś na sali kinowej kto nie wzruszył się pojawieniem się Hana i Chewbacci na Sokole Millenium? Cała sekwencja była chyba najgenialniejszą z całego filmu! Uczucie sentymentu powróciło, a łezka kręciła się na ponowne spotkanie z Hanem, Leią i Chewbaccą. No dobra... z Leią może mniej, bo wciąż pozostaje najbardziej nijaką w całej sadze. Jednakże dwójka z Sokoła... twórcy najzabawniejszych wymian zdań w filmie. Oczywiście poza bieganiem za rączkę Rey z Finnem, czy wymiany kciuków „Lubię to!” pomiędzy Finnem i BB-8- na czego widok cała sala wybuchła śmiechem i od razu zadurzyła się w tym kulistym robociku. Wookie po raz pierwszy miał baaardzo rozbudowane kwestie. Rozgadał się niesamowicie, a jego reakcje były tak realistyczne, że trudno było nie przeżywać wraz z nim! Trzeba przyznać, że „Przebudzenie mocy” ubarwione zostaje tym niezwykle subtelnym i lekkim poczuciem humoru.
     Ciemna strona mocy to coś, co zawsze mocno podkreślano w poprzednich filmach. A to Lord Vader, a to Anakin Skywalker, o którym chcemy zapomnieć ze wzgląd na tragicznego Haydena Christensena... Teraz, w nowej trylogii według Abramsa, mamy godnego zastępcę- Kylo Rena. Postać tak bardzo kontrowersyjna bowiem jeszcze młoda, nie przesiąknięta na wskroś złem, choć niektóre jego wybory... nie szokują co prawda, ale wciąż zawodzą! Kylo to przykład postaci, która całą swoją grozę kryje w masce, helmecie, który tak bardzo przypomina vaderowski czepiec. Ten zmodyfikowany głos, te wszystkie ruchy, to panowanie nad mocą i ten świetlisty miecz, z którego śmiano się już na etapie pierwszego zwiastuna, jaki pojawił się w sieci. Wszystko to sprawia, że ma szansę stać się wielkim czarnym charakterem na miarę Dartha Vadera. 
Źródło: Starwars.com
Tak przynajmniej się wydaje do chwili, kiedy się go uczłowiecza, czyli do momentu kiedy ściąga swoją maskę i tak objawia się nam zupełnie nijakie, młodzieńcze oblicze Adama Drivera. No i jeszcze to całkowicie banalne i nie siejące grozy imię... Z drugiej strony można zrozumieć taki sposób prezentacji jego osoby, z uwagi na jego całkowite rozdarcie pomiędzy dobrem i złem. Nie jest to do końca czarny charakter, przynajmniej jeszcze nie teraz, widać, że targają nim młodociane problemy psychiczne i w sumie fajne jest to, że zarówno Driver, jak i twórcy starają się tak urzeczywistnić tę postać. Dla mnie jednak Kylo Ren pozostanie idealny tylko w masce i od piątkowego seansu staram się wyprzeć z pamięci fakt, że w ogóle zdjął maskę! 
     Skoro ciemna strona mocy, to oczywiście Najwyższy Porządek i wszelkie próby przejęcia władzy nad galaktyką, choć tak naprawdę całość uwagi skupia się na odnalezieniu Luke'a Skywalkera, bo wiadomo- zagrożenie, które przesądzić może o wyniku wielkiej wojny! Z tego też powodu dochodzi do najrozmaitszych scen walk- czy to w małej skali na miecze świetlne, czy z prawdziwym rozmachem pod postacią strzelanek międzygwiezdnych. Wszystko bardzo dynamiczne, nie dające się nudzić ani przez chwilę. Z napięciem obserwujemy ataki wroga, z przerażeniem spoglądamy na te niesamowicie cudowne zdjęcia z walk, bo nie ulega wątpliwości, że pod względem efektów film ten robi spektakularne wrażenie. W szczególności jak ogląda się to wszystko w IMAX. Wszystko jest takie duże, tak idealnie wypieszczone, przez co film wchodzi na całkiem nowy level wykonania. Zapomnijcie o karykaturalnych robocikach z drugiej trylogii, teraz mamy cudownego BB-8, który bije na łeb na szyje zarówno R2D2, jak i C3PO. Zapomnijcie o dziwacznym Jar-Jar Binksie, którego wielu znienawidziło, bo teraz mamy przeuroczą starowinkę w wielkich goglach Maz Kanatę. I choć oczywistym jest, że grafika komputerowa to zapewne 90% filmu, jak i nie więcej, to nie ulega wątpliwości, że została ona wykorzystana bardzo subtelnie i realistycznie, bo chyba nic bardziej nie zachwyca wizualnie w tym filmie, jak pustynne tereny Jakku obłożone metalicznymi zwłokami pojazdów z „Powrotu Jedi”
Źródło: Starwars.com
     Nic tak nie ekscytuje, jak wybranie się w końcu do kina na film, na który czekało się wiele lat. W szczególności, gdy okazuje się być to nie lada wydarzeniem. Fani poprzebierani za ulubione postaci, oklaski na rozpoczęcie i zamknięcie filmu, no i oczywiście niesamowite emocje, które towarzyszą podczas samego seansu. „Przebudzenie mocy” to tytuł, który dostarczył wszystkich tych wrażeń i z pewnością wkroczył na zupełnie inny poziom emocjonalności. Wszechstronność postaci na tyle wyrazistych, aby wnieść sobą coś nowego do fabuły; niesamowite poczucie humoru; sentyment, do którego twórcy nawołują fanów sagi; spektakularne, ale też i nieprzesadzone kosmiczne starcia, no i oczywiście cała gama wrażeń muzycznych i wizualnych, to wszystko sprawia, że jest to obraz niemalże idealny. Gdyby tylko nie lekka banalność, gdyby tylko Kylo Ren nie zdjął maski...

Ocena: 8/10

Oryginalny tytuł: Star Wars: The Force Awakens / Reżyseria: J.J. Abrams / Scenariusz: J.J. Abrams, Lawrence Kasdan, Michael Arndt / Zdjęcia: Daniel Mindel / Muzyka: John Williams / Obsada: Daisy Ridley, John Boyega, Harrison Ford, Carrie Fisher, Adam Driver, Oscar Isaac, Lupita Nyong'o, Mark Hamill, Andy Serkins, Domhall Gleeson, Anthony Daniels, Peter Mayhew, Gwendoline Christie, Simon Pegg / Kraj: USA / Gatunek: Sci-Fi, Przygodowy
Premiera: 14 grudnia 2015 (Świat) 18 grudnia 2015 (Polska)

piątek, 31 grudnia 2010

738. Gwiezdne Wojny. Część VI: Powrót Jedi, reż. Richard Marquand

Oryginalny tytuł: Star Wars. Episode VI: Return of the Jedi
Reżyseria: Richard Marquand
Scenariusz: George Lucas, Lawrence Kasdan  
Zdjęcia: Alec Hume  
Muzyka: John Williams  
Kraj: USA  
Gatunek: Sci-Fi / Przygodowy  
Premiera światowa: 25 maja 1983  
Premiera polska: 18 kwietnia 1997  
Obsada: Mark Hamill, Harrison Ford, Carrie Fisher, Frank Oz, Ian McDiarmid, David Prowse, Billy Dee Williams, Alec Guinness, Kenny Baker, Anthony Daniels, Peter Mayhew      

    Wielu reżyserów miało szansę realizacji ostatniej części kultowej gwiezdnej sagi. Wśród nich był Steven Spielberg, a także David Lynch, który stwierdził, że jest to praca dla Lucasa.Ten jednakże zajął się jedynie stroną techniczną filmu, a jego wytwórnia okryła swoimi skrzydłami całą realizację. Ostateczny wybór Lucasa padł na Richarda Marquanda, który dzięki „Powrocie Jedi” dostał szansę zabłyśnięcia w świecie kina science fiction i z tej okazji skorzystał. Ciężka praca twórców zaowocowała tym, że film zarobił 8 razy więcej niż stanowiły nakłady, a ponadto przełożyło się to także na uznanie krytyków, więc nie obeszło się od wielu nagród i nominacji. 
    Imperium nie poddaje się i na nowo buduje Gwiazdę Śmierci, która będzie miała większą siłę rażenia niż poprzednia. Jednakże pojawia się rzeczywiste zagrożenie dla planów Imperatora (Ian McDiarmid) i Lorda Vadera (David Prowse), jest to młody Luke Skywalker (Mark Hamill), który poznał tajemnice Mocy i jest bliski zostania Jedi. Wyrusza on na swoją rodziną planetę Tatooine, gdzie Jabba przetrzymuje zamrożonego Hana Solo (Harrison Ford). Dzięki przebiegłemu planowi udaje mu się uratować wszystkich przyjaciół i położyć kres rządom Jabby. Prawdziwym celem Rebeliantów prowadzonych przez Skywalkera jest jednak zniszczenie nowej Gwiazdy Śmierci. Aby tego dokonać muszą dostać się na planetę Endor, aby zlikwidować źródło zasilania pola magnetycznego chroniącego wszystkie statki Imperium. W międzyczasie Luke poznaje całą prawdę na temat swojej rodziny i przyjdzie mu stanąć przed ostateczną próbą zanim zostanie rycerzem Jedi. 
     „Powrót Jedi” zamykanie zwykłą przygodę jaką okazały się być dzieje rodziny Skywalkerów, począwszy od Shmi Skywalker – matki Anakina, a kończąc na Luke`u, jego synu. Pierwotnie film miał nosić tytuł „Zemsta Jedi”, która byłaby idealnym nawiązaniem do „Zemsty Sithów” kiedy to ciemna strona Mocy przejmują kontrolę nad Galaktyką.Jednakże zmiana tytułu była trafną decyzją, gdyż można rozumieć go na kilka sposobów. Jednym z nich jest zachowanie kontynuacji rycerzy Jedi, chroniących Moc i całą Galaktykę, drugim natomiast jest chwytające nawrócenie się jednej z postaci. Cały film jednak stanowi walkę dobra ze złem, nie tylko fizycznie, ale także mentalnie w umyśle młodego Luke`a, który to stanie przed próbą swojej wiary. Wszystko to zaczyna się już od pierwszych scen u Jabby, w których ma się wrażenie, że Luke przeszedł w ręce Sitha. Oczywiście, później znowu wszystko się wyjaśnia, tylko po to, aby za chwilę mogło dojść do ostatecznej rozgrywki. Ponadto podczas oglądania filmu twórcy zabierają nas w wiele różnych miejsc. Ponownie wrócimy na Tatooine, ponadto będziemy mogli zachwycać się urokami Endoru, który zamieszkiwany jest przez urocze Ewooki. Podczas tych wizyt bardzo dużo się dzieje, gdyż w końcu każda taka wyprawa związana jest z konkretną misją, a nie aspektami turystycznymi. Prawdziwa akcja rozgrywa się jednakże w kosmosie. To tutaj ma miejsce największa kosmiczna walka pomiędzy Rebeliantami i szturmowcami Imperium. Tutaj prezentuje się największa potęga filmu, bez której żaden mężczyzna nie zakochałby się w tym filmie. Wszystko ładnie i płynnie przechodzi z jednej sceny w drugą. Jednakże oglądając film zauważyć można wiele nieścisłości, których nie dokończono w „Zemście Sithów”. Przykładem jest rozmowa Luke`a z Leią o jej matce, gdy mówi ona, że pamięta iż była piękna, gdy tak naprawdę Amidala w trzecim filmie zginęła podczas porodu. Jest kilka takich spraw, ale są to drobnostki, które zafascynowany historią widz po prostu omija.W nowej wersji filmu widzimy także niesamowitą scenę na końcu filmu, kiedy to pojawiają się rycerze Jedi znani Luke`owi. Chodzi o drobną zmianę jednej z postaci. Z niewiadomych powodów scena ta chwyciła mnie za serce i doprowadziła do płaczu.
    Film otrzymał nagrodę za specjalne osiągnięcia, przyznawaną przez Akademię Filmową, za stworzone efekty specjalne. We właściwych latach dla „Powrotu Jedi” film ten zawierał największą liczbę efektów specjalnych. A w samej finałowej walce w kosmosie użyto więcej efektów niż w jakimkolwiek innym całym filmie. Nic więc dziwnego, że scena ta zapiera dech w piersiach jednocześnie wbijając w fotel. Jednakże Lucas rozsądnie korzystał z budżetu przeznaczonego na efekty i tak też postanowił zrezygnował ze sceny burzy piaskowej, gdyż była zbyt kosztowna. Ponadto wszystkie sceny z Sokołem Millenium zostały nakręcone z jego miniaturowym modelem. Nie mniej nie wpłynęło to na jakość filmu, gdyż w ogóle się tego nie zauważa. Wszystkie efekty były dopieszczone jak na ówczesne czasy przystało inie pozwalały oderwać oka od ekranu. Ponownie sporo pracy poświęcono na stylizację bohaterów filmu. W końcu mamy tutaj kosmos, więc jest wiele istot z innych planet, które trzeba było jakoś ucharakteryzować. I tak przykładowo Bib Fortuna przed rozpoczęciem zdjęć przeżywał straszne męki. Początkowe przekształcanie się w postać służącego Jabby zajmowało mu aż 8 godzin, później na szczęście czas ten skrócił się do niecałej godziny. W tym zakresie lepiej miał Anthony Daniels, który doszedł już w takiej perfekcji w zakładaniu stroju C-3PO, że zajmowało mu to około 10 minut. Wszystko to wyglądało naprawdę wspaniale. Dźwiękowcy także spisali się na medal, a już w szczególności kompozytor John Williams. Ponownie usłyszymy „Marsz Imperatora”, który jest motywem dominującym w tym filmie. Wejściówka wciąż pozostaje niezmieniona, ale oprócz tego możemy usłyszeć także nowe kompozycje, które trudno byłoby zidentyfikować z „Gwiezdnymi Wojnami”. Nie mniej film ten stanowił idealną atrakcję nie tylko dla oka, ale też i ucha.
    Obada filmu ewidentnie postarzała się od ostatniego występu, ale w końcu minęły kolejne trzy lata.Większość z nich nie rozwinęła się zbytnio, jak Carrie Fisher, czy Mark Hamill.Natomiast Harrison Ford miał niezły tupet podczas kręcenia filmu. Nic dziwnego więc, że jego postać stała się jeszcze bardziej olewacka, ale wpłynęło to pozytywnie na jego wizerunek i odbiór całego filmu. W tym filmie po raz pierwszy pojawia się Imperator z krwi i kości. Jego postać gra Ian McDiarmid i to właściwie tylko dzięki ingerencji Lucasa. Tak samo dzięki niemu występuje on w trzech nowych filmach, grając tę samą postać. Był bardzo przekonujący i mroczny. Autentycznie przerażał, a to nie zawsze się udaje gwiazdom. Prawdziwą gratkę stanowiła postać Dartha Vadera, gdyż jego postać odgrywana była przez czterech mężczyzn. W pierwszej połowie filmu gra go David Prowse, w walce na miecze świetlne – kaskader imieniem Bob Anderson, w scenie bez maski jest nim  Sebastian Shaw, natomiast głosu ponownie użycza mu James Earl Jones. Ponadto Vader pojawia się także w swojej młodej postaci, którą znamy z „Ataku klonów” i „Zemsty Sithów”, a ma to miejsce w scenie spotkania z duszami innych Jedi.
    Saga rodziny Skywalkerów kończy się na „Powrocie Jedi”. Jednakże pomimo tego powstało wiele filmów pobocznych, a i przewiduję się wydanie kolejnej trylogii w najbliższym czasie.Pewne jest, że „Gwiezdne Wojny” jest najbardziej dochodowym filmem wszech czasów. Nigdy już nie będzie podobnego imperium filmowego, które będzie robiło pieniądze nie tylko na filmach, ale także animacjach, zabawkach czy książkach. Jest to film kultowy, bez dwóch zdań. Jest to film o którym będzie się mówiło przez całe życie. Jest to film, który kochali, kochają i kochać będą miliony. Lucasowi udało się stworzyć coś niezwykłego i z pewnością nikt nie spodziewał się, że to wszystko rozpocznie się od niepozornego filmu o tytule „Gwiezdne Wojny: Nowa nadzieja”.
W serii: