NOWOŚCI
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Filmowe wyzwanie 2015. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Filmowe wyzwanie 2015. Pokaż wszystkie posty

sobota, 16 stycznia 2016

SZORTy #27: Nosferatu- symfonia grozy, Zaklinacz koni, Niebezpieczne związki

Punkt #31. Film niemy
Oryginalny tytuł: Nosferatu, eine Symphonie des Grauens | Reżyseria: Friedrich Wilhelm Murnau | Scenariusz: Henrik Galeen | Obsada: Max Schreck, Alexander Granach, Gustav von Wangenheim, Greta Schröder | Kraj: Niemcy | Gatunek: Horror, Niemy
Premiera: 17 lutego 1922 (Świat)
Ocena: 7/10

      Klasyk nad wszystkie klasyki. Klasyk kina grozy. Klasyk kina wampirystycznego. Pierwszy w tym temacie, niemiecki, a to wszystko przez Friedricha Wilhelma Murnau, który w czasach kina niemego dał widzom przerażającego „Nosferatu- symfonia grozy”.
      Młody mężczyzna, pomocnik agenta nieruchomości, wyrusza do Transylvanii, aby ubić interes życia. Na miejscu ma się zająć sprzedażą posiadłości hrabiego Orloka. Nie spodziewa się jednak, że jego klient skrywa tajemnicę, która nie tylko odstrasza okolicznych mieszkańców, ale przede wszystkim odmienia życie młodzieńca.
       Film Murnau jest tworem dość specyficznym, bowiem rozgorzała wokół niego walka o prawa autorskie. „Nosferatu- symfonia grozy” jest luźną interpretacją kultowej i równie klasycznej powieści Brama Stokera, o której prawa upomniała się później wdowa po Stokerze. Jako, że reżyser bezprawnie wykorzystał powieść musiał wyzbyć się wszystkich kopii filmu. Na szczęście kilka cudem ocalało i dziś można je oglądać na całym świecie. Szczęśliwie obraz zawdzięcza sukces nie tylko całej tej awanturze wokół niego, ale przede wszystkim temu jak został zrealizowany. Oczywiście, fabuła z lekka kuleje, można wręcz powiedzieć, że jest dosyć nijaka, bowiem momentami wydaje się mocno nielogiczna i bezsensowna. Pokraczne zwroty akcji, dziwne reakcje bohaterów i naprawdę skrajne emocje, które wzbudza. Na szczęście jej wykonanie to zupełnie inna bajka. Mroczny obraz z bardzo surowymi wnętrzami, który jest niesamowicie klimatyczny i o dziwo budzi swoisty dyskomfort nawet teraz, po prawie stu latach od produkcji. Skoro film niemy, to bardzo dużą rolę w budowaniu napięcia gra oczywiście muzyka. Mam co do niej mocno mieszane uczucia, bo choć kompozycje ekipy Jamesa Bernarda są całkiem melodyjne i ciekawe w swoim brzmieniu, to jednak... momentami zamiast podsycać uczucie przerażenia, sprawiają, że mamy ochotę roześmiać się podczas seansu. Daje to mocno karykaturalny wyraz i zdecydowanie potęguje naszego strachu- a szkoda. Inną znaczącą kwestią jest oczywiście gra aktorska. Bez dobrych aktorów potrafiących wyrażać swoje emocje w przesadny sposób film niemy nie mógłby istnieć. Tutaj ekipa sprawdza się na medal, co nie oznacza, że nie mamy ochoty parsknąć śmiechem na widok tych przerysowanych reakcji. Kluczową postacią jest tutaj oczywiście Nosferatu. Max Schreck jest naprawdę świetny w tej kreacji. Dzięki rewelacyjnej charakteryzacji jest naprawdę realistyczny, więc nic dziwnego, że swego czasu naprawdę uważano go za wampira. Produkcja ta wywołuje skrajnie mieszane uczucia, bowiem bardziej bawi niżeli straszy. Nie mniej, szacunek dla tego klasyka się należy.

Punkt #35. Poproś o polecenie filmu nowopoznaną osobę
Oryginalny tytuł: The Horse Whisperer | Reżyseria: Robert Redford | Scenariusz: Eric Roth, Richard LaGravenese | Obsada: Robert Redford, Kristin Scott Thomas, Scarlett Johansson, Sam Neill, Dianne Wiest, Chris Cooper, Cherry Jones | Kraj: USA | Gatunek: Melodramat
Premiera: 15 maja 1998 (Świat) 02 października 1998 (Polska)
Ocena: 7/10

      Robert Redford to prawdziwy człowiek orkiestra. Świetny aktor, któremu raz na jakiś czas zdarza się pobawić w reżysera, tak jak chociażby przy realizacji ekranizacji „Zaklinacza koni”, gdzie nie tylko stanął za kamerą, ale również i przed nią.
      Młode pasjonatki jeździectwa konnego ulegają wypadkowi w zimowy dzień. Jedna z nich ginie na miejscu pod kołami ciężarówki, a druga ląduje w szpitalu leczy rany. Jednakże wydarzenie to o wiele silniej wpłynęło na psychikę jej ukochanego konia, dlatego też jej matka postanawia poprosić o pomoc znakomitego zaklinacza koni.
      Jest to jeden z nielicznych filmów, które rozpoczynają z mocnym przytupem. Dla większości okazuje się być to falstartem i potem toczą się po równi pochyłej. Z filmem Redforda niekoniecznie tak jest, choć z pewnością nie jest to mrożąca krew w żyłach produkcja, jaką zapowiedział nam straszliwy wypadek z początku filmu. Traumatyczne wydarzenia, które mocno weszły na psychikę bohaterów, ale również i widzów, bowiem każdy chyba ma problem z patrzeniem na cierpienie zwierząt, a sytuacja na drodze i to co widzimy pod mostem zmraża krew wyciskając łzy. Na szczęście, później atmosfera odrobinę się uspokaja, bowiem produkcja zamienia się w dramatyczną walkę o konia, a także swobodę młodej dziewczyny, która musi dostosować się do nowych warunków jakie zostały jej narzucone. Proces długi, niekiedy dość bolesny, ale jakże łagodzący skołatane serca. Najwyraźniej te zaniedbane również, bowiem gdzieś po drodze w tym wszystkim wkrada się motyw romansu, który chyba nie może być bardziej chybionym przy takich wydarzeniach. Idealnie prezentuje się tutaj więc jak konkretni ludzie reagują na konkretne problemy i w jaki sposób sobie z nimi radzą. Nikt nie jest idealny i z taką właśnie myślą pozostawia się widza, bowiem nie ma tutaj jednoznacznego zamknięcia, które dałoby odpowiedzi na wszystkie pytania, nawet te moralne. Robert Redford jest tutaj niezwykły. Jako zaklinacz sprawdza się wręcz idealnie z tym swoim stoickim spokojem. Kreuje się na bardzo ciepłą choć lekko zdystansowaną postać. Towarzyszące mu na ekranie Kristin Scott Thomas oraz młodziutka Scarlett Johansson dzielnie dotrzymują mu kroku. I tak we trójkę, a nawet czwórkę- razem z koniem, tworzą niezwykle ciepły, choć momentami wstrząsający film, który pomimo długości powinien przypaść do gustu każdemu wrażliwcowi.

Oryginalny tytuł: Dangerous Liaisons | Reżyseria: Stephen Frears | Scenariusz: Christopher Hampton | Obsada: Glenn Close, John Malkovich, Michelle Pfeiffer, Swoosie Kurtz, Keanu Reeves, Uma Thurman | Kraj: USA | Gatunek: Melodramat, Kostiumowy
Premiera: 16 grudnia 1988 (Świat) 31 grudnia 1988 (Polska)
Ocena: 8/10

      Wiekopomne dzieło najwyższych lotów. Ekranizacja znakomitej powieści epistolarnej, w której zobaczymy całą plejadę gwiazd. Wielokrotnie nagradzane „Niebezpieczne związki” szturmem podbiły moje serce.
       Markiza wchodzi w układ ze swoim kochankiem, jakoby miała mu się oddać jeżeli tylko uda mu się uwieść nową wybrankę jej byłego męża. Intryga ta przybiera jednak nieoczekiwany obrót, bowiem mężczyzna ma własny cel, którym jest piękna mężatka.
      Historia znana przez wszystkich i tak często będąca inspiracją dla współczesnych twórców. Schemat uwodzenia kobiety dla swoich własnych powódek, niczym nie różni się od prawdziwego życia, dlatego właśnie tak ciepło przyjęto zarówno powieść Choderlosa, jak i jej ekranizację Frearsa. Obraz ma niesamowicie intymny charakter, w którym nie ma czasu na zbędności. Atmosfera budowana jest gestem, dotykiem, mimiką... jest to niesamowicie subtelne i jakże bardzo pociągające. Niechciane romanse, odpychające zaloty, kłamliwe przyjaźnie i wysoce zaawansowane intrygi. Cała masa listów płynąca od nadawcy do adresata, zapisywane wiecznym piórem rękami mężczyzn i kobiet. Jest w tym coś niesamowicie osobliwego, bowiem już na pewnym etapie filmu oczywistym staje się, że słowa są zbędne. Aktorzy zapewniają całkowite zrozumienie fabuły, ale przede wszystkim rozłożenie na czynniki pierwsze niesamowitych osobowości. Znakomite role Glenn Close, czy Michelle Pfeiffer dają się zapamiętać na zawsze. John Malkovich stale jest odpychający, ale to najwyraźniej kwestią jest gustu. Cały obraz jest jednak niesamowicie piękny. Cudowne kostiumy, przepiękne wnętrza, no i te krajobrazy... Urzeka z każdą minutą coraz bardziej i pozwala się zatopić w tej momentami przewrotnej historii. Będzie więc to jeden z moich najbardziej ulubionych tytułów, do których pewnie i nie raz jeszcze wrócę. W końcu... jest do czego!

wtorek, 12 stycznia 2016

SZORTy #26: Człowiek na linie, Cztery pokoje, Bogowie

 
Punkt #7. Dokument o osobie, o której wcześniej nie słyszałeś
Oryginalny tytuł: Man on Wire | Reżyseria: James Marsh | Scenariusz: - | Obsada: Philippe Petit, Jean-Louis Blondeau, Annie Allix, Jean François Heckel, David Forman, Alan Welner | Kraj: USA, Wielka Brytania | Gatunek: Dokumentalny, Biograficzny
Premiera: 22 stycznia 2008 (Świat) 27 marca 2009 (Polska)
Ocena: 7/10

     Historia napisana przez życie , czyli film biograficzny wielokrotnie ukoronowany nagrodami za najlepszy film dokumentalny. Wyreżyserowany przez Jamesa Marsha „Człowiek na linie”, to opowieść o niezwykłym wydarzeniu na wysokości World Trade Center.
     Nastoletni francuski cyrkowiec marzący o wielkiej karierze dostrzegł w gazecie informację o wznoszeniu bliźniaczych wież WTC. To wydarzenie nadało kierunek jego życiu, bo od tamtej pory usilnie pracował nad zdolnościami linoskoczka, aby ostatecznie przejść na linie łączącej obie wieże.
     Historia człowieka, który dokonał rzeczy niesamowitej. Rzeczy, którą planował już od 17 roku życia, rzeczy, która dostarczyła mu sporo adrenaliny, ale zabrała to co najcenniejsze w życiu. „Człowiek na linie” to opowieść o realizowaniu własnych celów i byciu ponad nimi. Prezentacja wieloletnich przygotowań do tak niezwykłego wyczynu, na który nie zdecydowałoby się wielu linoskoczków. Niskie wysokości to nie dla niego. Rozpoczynając trening na własnym podwórku, później przechodząc między wieżami Katedry Notre Dame, a także wieżami mostu Harbour w Sydney, a kończąc na linie rozpostartej pomiędzy World Trade Center. Dzięki oryginalnym nagraniom i fotografiom zobaczyć możemy postępy w rozwoju talentu Petita i przygotowania, a dzięki wywiadom z przyjaciółmi poznać bardzo wielu ludzi zaangażowanych w to nowojorskie przedsięwzięcie. Trudności z połączeniem liną znanych wież, a także ich spora wysokość, która pozwala prognozować jak będą zachowywać się podczas wędrówki, nie zapominając o tym, że czyn ten okazuje się być nie do końca legalnym. Czego się jednak nie zrobi dla spełnienia marzenia, poczucia tej adrenaliny rosnącej w żyłach, no i przede wszystkim wywołaniu podziwu u tak wielu ludzi z całego świata. Szkoda jedynie, że samego przejścia nie zarejestrowała żadna kamera. Jedyne co pozostało to pozachwycać się archiwalnymi fotografiami. Jednakże, czy było warto? Okazuje się, że po tym występie życie Philippa diametralnie się odmieniło. Sam film, jak to dokument- interesujący, momentami zachwycający, ale czy w jakiś sposób przejmujący? Raczej zaskakuje podejściem Petita do sprawy, jego oddaniem, ale też i swoistą naiwnością.

Punkt #27. Czarna komedia
Oryginalny tytuł: Four Rooms | Reżyseria: Quentin Tarantino, Robert Rodriguez, Allison Anders, Alexandre Rockwell | Scenariusz: Quentin Tarantino, Robert Rodriguez, Allison Anders, Alexandre Rockwell | Obsada: Tim Roth, Jennifer Beals, David Proval, Antonio Banderas, Quentin Tarantino, Bruce Willis, Madonna | Kraj: USA | Gatunek: Czarna komedia
Premiera: 16 września 1995 (Świat) 21 lutego 1997 (Polska)
Ocena: 7/10

     Jeszcze tylko kilka filmów dzieli mnie od zaliczenia całej kinematografii Quentina Tarantino. „Cztery pokoje” to niezwykle czarna komedia, której przypadła w udziale jedna Złota Malina- dla Madonny- tak... ona też gra w tym filmie.
     W sylwestrową noc nierozgarnięty boj hotelowy zostaje sam na przybytku. I choć taka noc nigdy nie może być spokojna, to jednak goście przechodzą samych siebie. Nie dość, że hotel odwiedza sabat czarownic, to boj musi wejść w jakieś pokręcone gierki małżeńskie, robić za niańkę dla dzieci, aby ostatecznie wylądować na imprezie u znanego filmowca. Ta noc zdecydowanie nie będzie nudna.
    Takiego pokręconego filmu już dawno nie widziałam. „Cztery pokoje” to zlepek czterech powiązanych ze sobą drobinkami segmentów, w taki bądź inny sposób próbujących rozbawić widza. Niekonwencjonalne poczucie humoru Tarantino odczujemy w „Mężczyzna z Hollywood”, a makabrę Rodrigueza oczywiście w „Rozrabiakach”. I choć obu panów bardzo cenię, to jednak ten drugi najbardziej wkupił się w moje poczucie humoru. Genialna akcja z dzieciakami, które boj miał pilnować w nocy. Taki ciąg nieprzewidzianych wypadków zdarza się bardzo rzadko, ale i tak rozbawia swoim wykonaniem. Można by powiedzieć, że komedia pomyłek, bo w sumie nie codziennie można odnaleźć trupa, dostać strzykawką w udo, podpalić mieszkanie w jednej i tej samej chwili. Tarantino z kolei bardzo sobie cenię, ale jego Chester i dziwaczna gra po pijaku, wielkie filozoficzne rozkminy... to było zdecydowanie za dużo argumentów, aby stworzyć coś mega dziwnego i przy okazji nużącego, a szkoda. Okazuje się jednak, że dziwaczniejsze mogły być jedynie czarownice w „Brakującym składniku” odprawiające zaklęcia przy użyciu nasienia mężczyzny. Serio? Obrzydlistwo! Dużo śmiechu natomiast dostarczała tutaj odsłona kłótni małżeńskiej stworzonej przez Rockwella w „Nie ten mężczyzna”. Tak poronionej sytuacji dawno nie widziałam. Aktorsko wygląda to wszystko dość przeciętnie, bo nikt za specjalnie nie wykazuje się elokwencją, czy charakterem. Kwestia postaci. Sam Tim Roth w roli boja hotelowego wydaje się spisywać całkiem dobrze, ale nie wypada to wszystko zbyt naturalnie. Niestety. Cała produkcja, ta mini antologia ma całkiem ciekawy charakter, bardzo ciekawe porusza się tutaj kwestie i prezentuje w dość zabawny sposób. Jednakże na pewnym etapie wyczuwa się znużenie, pewną schematyczność i zakłamanie.

Punkt #49. „Ida” w zastępstwie „Bogowie”
Oryginalny tytuł: Bogowie | Reżyseria: Łukasz Palkowski | Scenariusz: Krzysztof Rak | Obsada: Tomasz Kot, Piotr Głowacki, Szymon Piotr Warszawski, Magdalena Czerwińska, Rafał Zawierucha, Marta Ścisłowicz, Jan Englert, Zbigniew Zamachowski, Marian Opania | Kraj: Polska | Gatunek: Dramat, Biograficzny
Premiera: 18 września 2014 (Świat) 10 października 2014 (Polska)
Ocena: 8/10

      Tegoroczny triumfator gali rozdania Orłów. Uhonorowany wieloma nagrodami, w tym Złotymi Lwami. Łukasz Palkowski, który dał nam tak nieprzeciętne filmy, jak „Rezerwat” i „Wojnę żeńsko-męską” wzbija się na wyżyny wraz z tytułem „Bogowie”.
      Zbigniew Religa, najznakomitszy kardiochirurg w Polsce, który chce wyjść poza zwyczajowe operacje przeprowadzane na sercu. Kiedy widzi konieczność zastosowania przeszczepu świat medyczny nie chce mu na to pozwolić, skutecznie rzucając mu kłody pod nogi. Wtedy chirurg korzysta z okazji objęcia kierownictwa nad własną kliniką, w której będzie mógł spróbować sił w eksperymentalnej transplantologii.
      Oczywistym jest, że film nie traktuje o niczym innym jak o życiu Zbigniewa Religii i jego nieprawdopodobnym wkładzie w polską medycynę. Świetnie przedstawiona historia jego życia, jego ambitnego i emocjonalnego podejścia do zawodu, jego odwagi i trudów z jakimi przyszło mu się zmierzyć w czasie dążenia do sukcesu. Bardzo przejmujący, emocjonujący obraz przepełniony ludzką stratą- utratą ukochanego męża, czy jedynego dziecka. Pełne napięcia sceny, w trakcie których widz wraz z bohaterami tej opowieści z niecierpliwością wyczekuje efektów. Łatwo tu o współodczuwani radości, żalu, czy rozgoryczenia. Każda klęska jest naszą klęską! Każda emocja Religii jest naszą emocją! Niejednokrotnie łzy cisną się do oczu, innym razem mamy ochotę krzyczeć ze złości. Wszystko jest tak bardzo realistyczne, tak łatwo uwierzyć w wydarzenia z tamtych dni. W te chwile, kiedy Religa wraz z młodymi stawiali klinikę, kiedy razem malowali ściany i wycieńczeni leżeli na łóżkach szpitalnych. Z łatwością da się wyczuć pasję w każdym geście, w każdym słowie, w każdym kadrze tego filmu. Świetnie zrealizowane zdjęcia, które zdecydowanie nie sprzyjają przyjemnemu spożywaniu posiłków. Wszystko rewelacyjnie ucharakteryzowane, a w dodatku ta muzyka. Przejmująca liryczność kompozycji polskiego mistrza wśród muzyki filmowej – Bartosza Chajdeckiego. Wszystko tak bardzo spójne, że bardziej być by chyba nie mogło. Aczkolwiek wtem, u finału, okazuje się, że mogło być lepiej i jest lepiej. Ostatnie ujęcie filmowe kontra przełomowe ujęcie prosto z rzeczywistości. Aż łza się w oku kręci. Film dopieszczony, trzymający w napięciu i wzbogacony o wisienkę na torcie, której brak mógłby zaszkodzić całej produkcji. Okazuje się nią być Tomasz Kot. W każdym geście, słowie, w każdym starannie ucharakteryzowanym włosku na głowie. Cały Zbigniew Religia idealnie oddany przez wspaniałego polskiego aktora.

czwartek, 31 grudnia 2015

SZORTy #25: Rain Man, Psychoza, Strzelby dla San Sebastian

 
Punkt #8. Film, który zawsze chciałeś obejrzeć, ale nigdy nie miałeś okazji
Oryginalny tytuł: Rain Man | Reżyseria: Barry Levinson | Scenariusz: Ronald Bass, Barry Morrow | Obsada: Dustin Hoffman, Tom Cruise, Valeria Golino, Gerald R. Molen, Michael D. Roberts, Lucinda Jenney | Kraj: USA | Gatunek: Dramat, Komedia
Premiera: 12 grudnia 1988 (Świat) 31 grudnia 1988 (Polska)
Ocena: 8/10
 
      Kultowa produkcja Levinsona, wielokrotnie nagradzana przez krytyków, pogrążyła wszystkich konkurentów w drodze po Oscary. W 2006 roku Amerykański Instytut Filmowy umieścił „Rain Mana” na liście najbardziej inspirujących filmów wszech czasów. Nie trudno go pokochać, więc dlaczego czekałam z seansem tak długo?
      Młody mężczyzna traci ojca, z którym od dłuższego czasu nie utrzymywał kontaktu. Ku jego zaskoczeniu nie odziedzicza całego jego majątku, a jedynie drobną częścią. Wyrusza do miejsca, w którym znajduje się prawdziwy spadkobierca ogromnej fortuny i tym sposobem poznaje swojego autystycznego starszego brata.
      Niesamowity film o braterskiej miłości i odkrywaniu prawdziwego szczęścia w życiu. Niepozorny początek, który szybko i zaskakująco odmienia bieg całej historii. Charlie poznaje swojego starszego brata Raya, który pomimo swojej choroby okazuje się być niezwykłym człowiekiem. Jego przypadłość zrobiła z niego geniusza, więc swoim umysłem zachwyca widzów na każdym kroku. Szybkość liczenia, niesamowita pamięć, czyli wszystko to, co mogłoby się przydać, aby zarobić trochę grosza. Z początku Charlie denerwował swoimi niecnymi zamiarami wobec swojego schorowanego brata. Łatwiej było go znienawidzić, niż zrozumieć, w czym tkwił tak naprawdę problem. Pod pewnymi względami jest to bardzo schematyczna fabuła, bowiem teraz co rusz spotykamy produkcje, w których zawsze musi się coś zmienić, gdy tylko człowiek przejrzy na oczy i dostrzeże prawdziwy sens życia. Świetnie się patrzy na to, jak chory człowiek pomaga całkowicie zdrowemu odkryć szczęście i je zrozumieć. Bardzo wzruszający moment, przy którym pewnie nie jedna osoba uroniła łzę. Nic jednak, nawet muzyka Hansa Zimmera- dopiero zaczynającego wówczas karierę w show biznesie, nie zachwyca bardziej niż jeden człowiek- Dustin Hoffman. Niesamowita odwaga, aby zagrać rolę autystycznego mężczyzny. Genialna kreacja, w którą włożył całego siebie i przekonał każdego. Nie należało to z pewnością do najłatwiejszych, więc zdecydowanie zasłużył sobie na statuetkę Oscara. Tak samo, jak cudowny jest Hoffman, tak też cudowność bije od całego filmu. Tak uroczego, tak wzruszającego i naprawdę przejmującego obrazu dawno nie widziałam. Pomimo wszystko zachwycający!

Punkt #16. Film Alfreda Hitchcocka
Oryginalny tytuł: Psycho | Reżyseria: Alfred Hitchock | Scenariusz: Joseph Stefano | Obsada: Anthony Perkins, Vera Miles, Janet Leigh, John Gavin, Martin Balsam, John McIntire, Simon Oakland | Kraj: USA | Gatunek: Thriller
Premiera: 16 czerwca 1960 (Świat) 31 grudnia 1960 (Polska)
Ocena: 8/10

     Film tak kultowy, że o jego wspaniałości nie wypada dyskutować. „Psychoza” to jeden z wielu wielu produkcji słynnego mistrza grozy Alfreda Hitchocka. Klasyka gatunku, wciąż żyjąca pełną piersią.
     Sekretarka ma na weekend zdeponować pieniądze klienta w banku. Jednakże, wizja szybkiego wzbogacenia się jest bardzo kusząca i zamiast do banku jedzie do rodziny. Zatrzymuje się w pobliskim motelu prowadzonym przez psychopatę.
     Oglądając takie filmy jak „Psychoza” żałuje się, że nie urodziło się wcześniej, w czasach kiedy kino dopiero zaczyna zachwycać widzów albo chociaż zacząć przygodę filmową od takich obrazów. Film Hitchcocka bez wątpienia jest interesującym dziełem, które wpływa na naszą wyobraźnię. Sama fabuła intryguje widza, a czarno-biały obraz zdecydowanie pogłębia uczucie niepokoju i przytłoczenia. Historia nie należy do najbardziej banalnych, ale też i nie do szczególnie zaskakujących. Rozwój wydarzeń, śledztwo, to uczucie grozy- wszystko ma określony cel i jest całkiem spójne. Jednakże biorąc pod uwagę to ile filmów już człowiek obejrzał to finał nie jest aż tak szokujący. To zdecydowany prekursor twista sytuacyjnego, który ma wstrząsnąć widzem. Psychologiczne podejście do tematu... trochę zagmatwane, trochę to wszystko wygląda jak wykład przedstawiający jedynie suche fakty. W scenie rozpoznania nie ma już żadnej tajemnicy- niestety. Nic jednak nie przebije ostatniej sceny. Czy ktoś potrafi przekazać więcej emocji niż Norman za pomocą jednego spojrzenia? Nagle zrozumiałe stało się zamiłowanie do jego postaci, bo nie dość, że enigmatyczna, to w dodatku zagrana na wysokim poziomie. Świetne!

Punkt #33. Spaghetti western
Oryginalny tytuł: La Bataille de San Sebastian | Reżyseria: Henri Verneuil | Scenariusz: Miguel Morayta, Ennio De Concini, Serge Gance | Obsada: Anthony Quinn, Charles Bronson, Sam Jaffe, Silvia Pinal, Anjanette Comer, Jaime Fernandez, Jorge Martinez de Hoyos | Kraj: Francja, Meksyk, Włochy | Gatunek: Western
Premiera: 20 marca 1968 (Świat)
Ocena: 6/10

     Jeden z moich najbardziej znielubionych gatunków filmowych. Indianie kontra kowboje kontra zwykli meksykańscy ludzie w produkcji mało znanego tureckiego reżysera. Henri Verneuil wbija się w spaghetti western dostarczając „Strzelby dla San Sebastian”.
     Władze Meksyku chętnie zobaczyłyby go w lochach lub na stryczku, jednakże pewien stary zakonnik postanawia uratować mu życie i wyjeżdżając do San Sebastian ukrywa go w swoim powozie. Docierając na miejsce znajdują jedynie ruiny starego kościoła, opustoszałe domostwa i ludzi pragnących posłać kule w ich piersi.
     Z niewiadomych mi przyczyn nie przepadam za westernami. Nigdy nie sięgam po tytuły z tego gatunku, chyba, że z przypadku. Jednakże wyzwanie to wyzwanie, trzeba rozszerzać horyzonty. Wbrew mojemu przekonaniu nie każda historia tego typu musi być napakowana banałami. Nie ma tutaj typowego starcia kowboje kontra Indianie, a szkoda. Większość fabuły opiera się na religii i tym co ludzkie wyznanie robi z człowiekiem. Fascynujący jest to obraz społeczeństwa prawdziwie oddanego kościołowi, ślepo idącego za decyzjami, prośbami, poświęcającego każdą chwilę, aby mu służyć. Taka solidarność jest niezwykle ujmująca. Aczkolwiek twórcy tutaj płatają figle logicznemu myśleniu i pokazują tych ludzi niczym szalenie zmienne istoty, które w jednej chwili podążają za swoim zakonnikiem, a w drugiej uciekają, gdzie pieprz rośnie, gdy coś nie idzie po ich myśli. Inną głupotą jest tutaj uzbrojenie po uszy zwyczajnych ludzi, zawierzeniu słowom „zakonnika” i przejście wielu dni, aby pomóc w obronie miasta. Dziwne wykorzystuje się tutaj patenty, a wprowadzenie tu jeszcze wątku romantycznego jest już totalnym przegięciem. O dziwo film fajnie się ogląda, w szczególności jak przychodzi popatrzeć na podstarzałego już Anthony'ego Quinna, który wciąż daje radę, choć momentami potwornie nuży. Nie ma tutaj wielkich starć Indian z ludźmi, ale jak już do jednego dochodzi to trwa i trwa i trwa. Dla jednych może być to męczące, a dla innych stanowić kwintesencję całego filmu. Ja wiem jedno, obraz Verneuila nie nakierował mnie na ścieżki westernu.

poniedziałek, 28 grudnia 2015

SZORTy #24: Kochanek królowej, Zakochani w Rzymie, Ukryte

Punkt #10. Film skandynawski
Oryginalny tytuł: En kongelig affære | Reżyseria: Nikolaj Arcel | Scenariusz: Nikolaj Arcel, Rasmus Heisterberg | Obsada: Alicia Vikander, Mads Mikkelsen, Mikkel Boe Følsgaard, Trine Dyrholm, David Dencik, Thomas W. Gabrielsson, Cyron Melville | Kraj: Dania, Szwecja, Czechy | Gatunek: Historyczny, Melodramat
Premiera: 16 lutego 2012 (Świat) 11 lutego 2013 (Polska)
Ocena: 7/10

      Uznawany za jeden z najlepszych nieanglojęzycznych filmów 2012 roku. Cudowna, podbijająca ludzkie serca ekranizacja prawdziwej historii Danii, przeniesiona pod postacią „Kochanka królowej” na ekran kinowy przez Nikolaja Arcela.
     Brytyjska księżniczka od dziecka przygotowywana do ślubu z królem zostaje wydana za króla Danii. Zamknięta na kopenhaskim dworze znosić musiała problemy psychiczne króla, a także jego częste podróże. To właśnie on sprowadza do ich królestwa niemieckiego lekarza, który szybko staje się jego najlepszym przyjacielem, ale również kochankiem królowej.
    Film Arcela opowiada niezwykle bolesną, wzruszającą i romantyczną historię życie młodej kobiety, królowej, która poświęciła wszystko, chcąc wyprowadzić swój lud z ciemności. To nie tylko ekranizacja jej niezwykłego, namiętnego romansu z niemieckim medykiem, ale również ciężkiego życia z szalonym, zapatrzonym w siebie człowiekiem. Momentami brutalna, innym razem niesamowicie prawdziwa, dotykająca wątków spiskowych, ale przede wszystkim ukazywania prawdziwej władzy. To w końcu opowieść o społeczności duńskiej, która zamiast dążyć do oświecenia postanowiła pozostać w ciemnogrodzie. Ludzie, którzy chcieli jak najlepiej dla ludności, wprowadzając coraz to większe zmiany, odpowiedzieli głową za swoje próby. Nie wiadomo jednak co jest gorsze, fakt, że kobieta straciła swojego ukochanego mężczyznę, czy to, że ludzie dla których lepszego życia walczono, tak bardzo pragnęli jego egzekucji. Choć większość seansu wydaje się być raczej monotonna, gdzieniegdzie przyozdobiona napięciem między królową i lekarzem, genialnym aktorstwem Følsgaarda oraz cudownością scenografii i kostiumów, to jednak finał... finał miażdży serce!

Punkt #20. Film Woody'ego Allena
Oryginalny tytuł: The Rome with Love | Reżyseria: Woody Allen | Scenariusz: Woody Allen | Obsada: Woody Allen, Alec Baldwin, Roberto Benigni, Jesse Eisenberg, Ellen Page, Judy Davis, Penelope Cruz, Alison Pill, Flavio Parenti, Alessandra Mastrona, Alessandro Tiberi, Fabio Armiliato | Kraj: USA, Hiszpania, Włochy | Gatunek: Komedia romantyczna
Premiera: 20 kwietnia 2012 (Świat) 24 sierpnia 2012 (Polska)
Ocena: 4/10

     Kolejny z filmów Woody'ego Allena o europejskich podróżach pełnych wrażeń. Angażując plejadę gwiazd światowej sławy do „Zakochanych w Rzymie” tworzy kilka całkiem odrębnych opowieści połączonych miłością do Włoch.
     Podczas wakacji w Rzymie dziewczyna poznaje przystojnego Włocha, z którym pragnie wziąć ślub. Zaprasza swoich rodziców, aby poznali jego rodzinę, w której kryje się nieodkryty talent operowy. W międzyczasie młodzi małżonkowie rozpoczynają nowe życie w tym mieście poznając go od całkowicie erotycznej strony. Młody chłopak ma zaopiekować się przyjaciółką dziewczyny, która przylatuje z USA. Natomiast pewien wiekowy mężczyzna z dnia na dzień, ku zaskoczeniu wszystkich staje się najsławniejszym człowiekiem w mieście.
      Któż nie chciałby spędzić wakacji w Rzymie? Jedno z najpiękniejszych włoskich miast przyciąga tysiące, miliony turystów całego świata, a także... całą masę gwiazd zza oceanu. Nie dziwne więc, że to właśnie wątki z włoskimi bohaterami są najbardziej fascynujące. I tak Roberto Benigni w historii gwiazdy z przypadku, którym z dnia na dzień zaczęły interesować się media- robiły wielkie wydarzenie z każdej jednej rzeczy, którą robił Leopoldo. Opowiedziana z humorem, a także lekkim morałem odnośnie sławy i zwykłych szarych ludzi. Wyjątkową sekwencją jest również ta dotycząca włoskiego śpiewaka Giancarlo- w tej roli cudowny Fabio Armiliato, który chcąc przełamać tremę i wydobyć wielką siłę z swojego głosu przekonany został przez Woody'ego Allena, aby śpiewał publicznie- pod prysznicem! Część, która idealnie oddaje różnice pomiędzy mentalnością Amerykanów a Włochów, ich podejściu do życia, a także show biznesu. Ostatnią interesującą partią była przygoda seksualna młodego małżeństwa. Ona wychodzi z pokoju hotelowego i chcąc dostać się do fryzjera gubi się pomiędzy rzymskimi uliczkami. Poznaje ukochanego gwiazdora filmowego. W tym czasie do czekającego na nią męża napatacza się piękna Penelope Cruz w roli prostytutki, a ma za zadanie udawać jego żonę. Ubaw jest z tym co niemiara, ale przede wszystkim pokazuje trochę naciąganą magię miłosną Rzymu. Ogólnie całość nie byłaby zła, gdyby nie to, że pojawiają się tu również inne poboczne i bardzo nużącego wątki. Choć całość wydaje się być spójna, choć całość rozgrywa się we Włoszech, to jednak nie jest to w stanie zachwycić do tego stopnia, aby człowiek nie zasnął podczas seansu.

Punkt #21. Film Michaela Hanekego
Oryginalny tytuł: Caché | Reżyseria: Michael Haneke | Scenariusz: Michael Haneke | Obsada: Daniel Auteuil, Juliette Binoche, Lester Makedonsky, Maurice Bénichou, Walid Afkir, Daniel Duval, Nathalie Richard | Kraj: USA, Austria, Francja, Niemcy, Włochy | Gatunek: Thriller
Premiera: 14 maja 2005 (Świat) 10 maja 2006 (Polska)
Ocena: 6/10

     Kilkukrotny zdobywca nagród w Cannes Michael Haneke, którego żaden film nie przechodzi bez większego echa w świecie kina. Gdzieś pomiędzy „Pianistką” i „Białą wstążką” tworzy zaskakujący, intymny film- „Ukryte”.
     Zwyczajna rodzina, w zwyczajnym mieście. Pewnego dnia pod drzwi zostaje im dostarczona tajemnicza kaseta wideo, na której widać ujęcie ich mieszkania. Zaniepokojeni małżonkowie zaczynają obawiać się o własne bezpieczeństwo, w szczególności, że do kaset dołączane są również niepokojące rysunki. Niestety, dla policji nie jest to wystarczający powód do wszczęcia śledztwa. Wtedy mężczyzna przypomina sobie o pewnym wydarzeniu z przeszłości.
      Dość niezwykła historia z uwagi na swoją całkowitą nijakość. Przez większość filmu w ogóle nie wiadomo o co chodzi. Co chwilę wychodzą jakieś rewelacje z życia Georges'a, które tylko bardziej irytują i nic nowego nie wnoszą do fabuły. W sumie ciekawa jest możliwość podejrzewania każdego z osobna o filmowanie i prześladowanie bohaterów, ale widz z utęsknieniem czeka na rozwinięcie tego wątku. Co otrzymuje? No cóż, jedynie same domysły. Nie ma co liczyć na to, że ktoś przyzna się do terroryzowania małżeństwa filmami, że nastąpi wielkie starcie i finał, czy coś w tym stylu. Wszystko odbywa się tutaj bardzo subtelnie i bardzo intymne są również przekazy tej produkcji. Zemsta za przeszłość, chęć przekonania się jak to jest odebranie życia innej osobie. Innymi słowy wszystko to, czego można byłoby się spodziewać kiedy przeszłość ma zamiar wejść w nasze życie drzwiami i oknami. Czy wzbudza to większe napięcie? Niespecjalnie. Intryguje, nie powiem, że nie, ale nawet w kluczowym momencie nie dostrzeżemy wskazówek nakierowujących nas na odpowiedzi. Bardzo fajnie jest to zmontowane. Haneke jak zawsze wykazał się dyskrecją i swoistym spokojem wypowiedzi. Tutaj nic nie jest dosadne, wręcz przeciwnie- ledwo zauważalne. Tak jak i ostatnie minuty, który z jednej strony stanową odpowiedź, a z drugiej ledwo dają wskazówki. Bardzo ciekawy film, ale nie wzbudzający większego napięcia, a szkoda... bo przecież chyba o to w tym właśnie chodziło.

sobota, 12 grudnia 2015

SZORTy #23: Pół żartem, pół serio, Rozstanie, Bambi

Punkt #9. Ulubiony film twojej mamy
Oryginalny tytuł: Some Like It Hot | Reżyseria: Billy Wilder | Scenariusz: Billy Wilder, I.A.L. Diamond | Obsada: Marilyn Monroe, Tony Curtis, Jack Lemmon, George Raft, Joe E. Brown, Joan Shawlee | Kraj: USA | Gatunek: Komedia
Premiera: 29 marca 1959 (Świat) 29 stycznia 2010 (Polska)
Ocena: 8/10

      Wielokrotnie nagradzany, ale przede wszystkim okrzyknięty numerem jeden najśmieszniejszych filmów Ameryki. „Pół żartem, pół serio”, czyli ulubiony film mojej mamy i jeden z ulubieńszych przeze mnie.
    W czasach prohibicji dwóch znakomitych, choć bezrobotnych muzyków jest świadkiem porachunków gangsterskich. Licząc na to, że uda im się uniknąć zemsty wyjeżdżają do Kalifornii. Przybierając postać dwóch instrumentalistek dołączają do żeńskiej orkiestry. Tam ich uwagę przykuwa piękna wokalistka, która marzy o związku z dostojnym bogaczem.
     Filmy, w których płeć męska przebiera się za kobiety cieszą się ogromną popularnością wśród widowni. Powód? Są prześmieszne z uwagi na całą masę problemów wynikających z tej metamorfozy. Jeżeli jeszcze do tego doda się jakieś tajne zadanie albo ucieczkę przed gangsterami można również liczyć na dreszczyk emocji. Te wszystkie elementy ma w sobie kultowy film Billy'ego Wildera, a do tego genialną obsadę. To jeden z filmów, w których Marilyn Monroe wygląda młodo, pięknie, do tego wszystkiego śpiewa i gra na ukulele. Czy można chcieć więcej? Ach... no przecież nosi jeszcze kuse sukienki, które pokazują jej wszystkie walory. Jej rola bardzo... głupiutka. Stereotypowa blondyneczka, w dodatku naiwna, a do tego jeszcze pragnąca dorobić się wielkich majątków przez ślub z bogaczem. Dodając do tego problem alkoholowy dostajemy typową patologiczną bohaterkę. Ciężko określić, czy jest to kreacja bardzo zabawna, czy po prostu szokująca swoją oczywistością. Najgenialniej wypadają Tony Curtis i Jack Lemmon. To w końcu oni biegają w obcasach i za każdym razem poprawiają sobie sztuczne biusty. Świetne postaci, genialnie wykreowane przez ten duet. Produkcja ta nie jest wielkim arcydziełem, humor już dawno się zestrzał, ale i tak poprawia nastrój, intryguje, a przez to chętnie się do niego powraca. 

Punkt #13. Film irański
Oryginalny tytuł: Jodaeiye Nader az Simin | Reżyseria: Asghar Farhadi | Scenariusz: Asghar Farhadi | Obsada: Peyman Moaadi, Leila Hatami, Sareh Bayat, Shahab Hosseini, Sarina Farhadi, Ali-Asghar Shahbazi | Kraj: Iran | Gatunek: Dramat
Premiera: 15 lutego 2011 (Świat) 07 października 2011 (Polska)
Ocena: 8/10

     Wielokrotny zdobywca nagród, w tym także w Berlinale, ale przede wszystkim Oscara dla nieanglojęzycznego filmu, czym odebrał szansę Polakom na statuetkę. Zachwycające irańskie kino Farhadiego „Rozstanie”, które intryguje i wzrusza.
     Małżeństwo z wieloletnim stażem wnosi o separację z uwagi na podzielone zdanie na temat wychowania ich córki. To wydarzenie doprowadza do dramatycznej sytuacji, w której mężczyzna zmuszony jest zatrudnić opiekunkę do swojego chorego ojca, a następnie do wypadku, które na zawsze odmieni życie dwóch całkiem obcych sobie rodzin.
     Nie ośmielę się stwierdzić, czy film Farhadiego jest filmem na tyle genialnym, aby zyskać uznanie krytyków całego świata. Pewnym jest jednak, że porusza wiele problemów irańskiej rzeczywistości i przyszłości, a także zwyczajowych problemów, które dotknąć mogą każdego z nas. Sprawa religii, która jest tak bardzo wszechobecna w życiu Irańczyków tutaj objawia się niemalże na każdym kroku- telefony o poradę, trudy w opiece nad mężczyzną, dotykanie kobiet, a także przysłanianie ich burką. Niezwykle klimatyczne pod tym względem aranżacje, ujęcia, kostiumy, które nie przedstawiają niczego więcej poza zwykłą codziennością. Gdzieś pomiędzy wartością kulturową tworzy się rodzinny dramat, który nie dotyczy już jedynie separacji małżeństwa, a dotyka także ich dziecka, ojca, a nawet całkiem postronnych osób. Rozbicie emocjonalne przekształcające się w frustrację odbijającą się na całkowicie niewinnych osobach. Wszystko to z dramatu przeradza się w mocny thriller, który przykuwa uwagę i intryguje rozwojem sytuacji. Świetnie poprowadzona fabuła potrafi zainteresować, ale momentami także i wzrusza. Jest to jeden z najbardziej nieoczywistych i intymnych filmów, w dodatku z dość niekonwencjonalnym finałem, jakie przyszło mi oglądać. Z czystym sumieniem mogę polecić. 

Punkt #14. Stara bajka Disneya
Oryginalny tytuł: Bambi | Reżyseria: Ben Sharpsteen, David Hand | Scenariusz: Larry Morey, Perce Pearce | Obsada: Sergiusz Żymełka, Paweł Iwanicki, Adam Pluciński, Jacek Kopczyński, Maria Niewiarowska, Jacek Braciak, Anna Krawczycka, Magdalena Stużyńska | Kraj: USA | Gatunek: Animacja, Familijny
Premiera: 08 sierpnia 1942 (Świat) 05 grudnia 2014 (Polska)
Ocena: 6/10

      Jedna z najstarszych animacji disneyowskich. Zanim namnożyło się filmów, gdzie zwierzęta grają główną rolę, to on był królem puszczy. Przekaz produkcji o tytule „Bambi” wzruszał przed laty, wzrusza też i dziś.
     Zielony las zamieszkiwany jest przez sowy, króliki i... jelenie. Pewnego dnia na świat przychodzi mały jelonek, który każdego jednego ranka beztrosko poczyna sobie z przyjaciółmi. Wraz z nimi poznaje cały świat, świat w kolorze wiosny. Jednakże nie jest świadom, że ich życie może ulec całkowitej zmianie przez człowieka.
     Stara kreska animacji Disneya, to coś za czym dziś wielu tęskni. Dwuwymiarowa technika była wystarczająca dla przekazania tego co najważniejsze w produkcji. Tutaj z pozoru jest to zwyczajna głupiutka bajka, tak naprawdę o niczym. Bezsensowność kolejnych scen i jej niespójność jest mocno irytująca. Dialogi ograniczone są do minimum i największe ich skupisko miejsce ma na początku. „To jest motyl! To jest kwiatek!” - urzekające, naprawdę, ale też mocno infantylne. Takiego pokroju rzeczy się tutaj wypowiada. Najważniejsze jest jednak to co niewypowiedziane- losy leśnych zwierząt zagrożone przez kłusowników. Niestety, ten wątek fabularny nie jest mocno nakreślony i dopiero u finału więcej akcji kręci się wokół niego. Akcji całkiem sporej, dającej zaskakujący zastrzyk emocji! Napięcie podkreślono również przez złowieszcze rysy, no i oczywiście za pomocą muzyki. Ta zdecydowanie pochodząca ze swoich czasów, ale świetnie odnajduje się również i teraz. Początkowo animacja mocno zawodzi, ciężko jest ogarnąć o czym konkretnie jest ten obraz. Jednakże nawet i w kulminacyjnym punkcie nie robi aż tak wielkiego wrażenia, warstwa emocjonalna jest naprawdę znikoma. Spodziewałam się czegoś więcej po tak kultowej produkcji, a tu lekkie rozczarowanie.

wtorek, 8 grudnia 2015

SZORTy #22: Miruna, Jasminum, Plac Zbawiciela

Punkt #42. Etiuda z Łódzkiej Szkoły Filmowej
Oryginalny tytuł: Miruna | Reżyseria: Piotr Sułkowski | Scenariusz: Piotr Sułkowski | Obsada: Andrzej Chyra, Anna Gorajska, Henryk Niebudek, Dawid Chara, Tomasz Schuchardt | Kraj: Polska | Gatunek: Dramat, Psychologiczny, Krótkometrażowy
Premiera: 06 kwietnia 2013 (Świat)
Ocena: 7/10


      Nagradzany za granicą i jakże doceniony również w naszym rodzimym kraju. „Miruna” jako krótkometrażowa opowieść jednego ze studentów Łódzkiej Akademii Filmowej stała się czymś prostym i jakże wymownym.
      Główny bohater jest świadkiem kłótni kochanków. Po niej do jego samochodu wsiada piękna dziewczyna, która postanawia zostawić swojego chłopaka na drodze. Mężczyzna zabiera ją nad jezioro, gdzie pokaże jej jak nauczył obchodzić się z miruną.
      Bardzo interesująca etiuda z wymowną narracją, będącą kwintesencją całego tworu. Niebywała opowieść z genialną alegorią, która dla każdego będzie bardzo prosta do rozszyfrowania. Przeniesienie doświadczeń z przeszłości z miruną, na nową relację z tajemniczą dziewczyna jest tu dość oczywiste. Pomiędzy dwójką bohaterów tworzy się niezwykle intymna relacja, która w przyrównaniu z rybą może być raczej nie aż tak romantyczna, jak można by się spodziewać. „Miruna” to niezwykle skromny obraz, w którym charyzma Andrzeja Chyry przykuwa uwagę w każdej sekundzie. Twórcom udało się zbudować klimat nie tylko poprzez niebanalną fabułę, ale również przepiękne zdjęcia i muzykę mającą nawiązywać do ludowego podania „Flecista z Hemlin”, tak samo hipnotyzując. 

Punkt #43. Film poetycki
Oryginalny tytuł: Jasminum | Reżyseria: Jan Jakub Kolski | Scenariusz: Jan Jakub Kolski | Obsada: Janusz Gajos, Adam Ferency, Krzysztof Pieczyński, Grzegorz Damięcki, Dariusz Juzyszyn, Grażyna Błęcka-Kolska, Wiktoria Gąsiewska, Krzysztof Globisz, Monika Dryl, Bogusław Linda | Kraj: Polska | Gatunek: Komedia obyczajowa
Premiera: 05 maja 2006 (Świat)
Ocena: 7/10

    Jeden z najbardziej uroczych filmów, jakie ostatnio widziałam. „Jasminum” to takie polskie „Pachnidło” tylko z mniejszą ilością krwi, a większą lirycznością. Niesamowite dzieło, które pomaga odzyskać wiarę w polskie kino.
     Legenda tego zakonu głosi, że jego mnisi pachną drzewami owocowymi. Jednakże co jakiś czas daje się wyczuć również aromat jaśminu. Do tego niezwykłego miejsca przybywa kobieta ze swoją małą córeczką, która ma odnowić obraz Matki Boskiej. Podczas gdy kobieta zajmuje się swoją pracą i korzysta z możliwości tworzenia nowych zapachów, jej córka zaprzyjaźnia się z jednym z mnichów.
     Bardzo przyjemny film, pełen zapachów, nieskrywanych fascynacji i uroku. Okraszony sporą dawką humoru, skumulowanej w małej, ślicznej dziewczynce, która zaskakuje nas zabawnymi tekstami i miłością do innych. Historia bardzo niecodzienna, która ociera się o legendy i swoistą fantastykę. Duchy, zapachy, czyli coś co spodobać może się każdemu. Produkcję Kolskiego łatwo przyrównać do „Pachnidła”, gdzie główną rolę również grały najrozmaitsze wonie. Nawet i Grenouille specjalizował się w tym samym, co Natasza. Oboje smarowali kobiety dziwacznymi mazidłami, aby po obklejeniu ich zwojami materiałów wyjątkowy zapach danej osoby mógł na nie przejść. Niesamowita produkcja perfum, która u jednego wzbudziła chęć mordu, a u drugiego chęć rozwoju i pomocy innym. „Jasminum” to przede wszystkim atmosfera sprawnie zbudowana przez cudowne, bardzo proste zdjęcia oddające surowy charakter zakonu, ale również i naturalne piękno flory. To produkcja, w której spotkały się znakomite gwiazdy polskiego kina. Janusz Gajos pokazał się z zupełnie nieznanej mi strony sprawiając, że pozazdrościłam małej Wiktorii możliwości zagrania z nim. Razem stworzyli wspaniały duet! Nie sądziłam, że jakikolwiek polski film wzbudzi we mnie takie emocje. Zaintrygował fabułą, ale przede wszystkim zaczarował prostotą uczuć i harmonią, jaka wydobywa się z filmu. Gdyby jeszcze tylko całość akcji mogła kręcić się wokół klasztoru i mnichów... 
 
Punkt #11. Film Krzysztofa Krauze
Oryginalny tytuł: Plac Zbawiciela | Reżyseria: Krzysztof Krauze, Joanna Kos-Krauze | Scenariusz: Krzysztof Krauze, Joanna Kos-Krauze | Obsada: Jowita Budnik, Arkadiusz Janiczek, Ewa Wencel, Dawid Gudejko, Natan Gudejko, Beata Fudalej, Małgorzata Rudzka | Kraj: Polska | Gatunek: Dramat społeczny
Premiera: 29 lipca 2006 (Świat) 29 lipca 2006 (Polska)
Ocena: 9/10

    Zdobywca nagród polskiej kinematografii, znakomity film znakomitego reżysera Krzysztofa Krauze, który stworzył wraz ze swoją żoną. „Plac Zbawiciela” jako dramat społeczny sprawdza się idealnie, w przejmujący sposób pokazujący polską rzeczywistość.
     Młode małżeństwo wraz z dwójką swoich małych synów popada w tarapaty finansowe. Zamiast wprowadzić się do swojego wymarzonego, nowego mieszkania, zmuszeni są gnieździć się wraz z matką w małym lokum. Ciągły stres związany z problemami kumuluje złość całego otoczenia na żonie.
     Najbardziej życiowy film, jaki przyszło mi oglądać. Film Krauze to prawdziwy przegląd ludzkiego życia, aczkolwiek absurdalność sytuacji zmusza człowieka do stwierdzenia, że takie rzeczy to tylko w Polsce. Nauka przede wszystkim dla młodych ludzi- pomyślcie dziesięć razy zanim zdecydujecie się na zakup mieszkania deweloperskiego, które jeszcze nie stoi! Dramat potęgujący istniejące problemy. On pracujący, ona opiekująca się dziećmi. Morał? Zmiana dotychczasowych przyzwyczajeń, co też nie do końca pasuje współmieszkańcom. Terror psychiczny ze strony teściowej Beaty, a nawet ze strony męża. Czy dziwne, że kobieta popadła w taką depresję? Nie bardzo! Postać teściowej świetnie zagrana przez Ewę Wencel, co zupełnie nie oznacza, że nie jest chyba najgorszą matką wszechświata. Okropna dla syna- niedoceniająca go, okropna dla synowej. Fakt faktem, że żyjąc dotychczas beztrosko mieli prawo mieć problemy z ogarnięciem tego sajgonu w jaki się wpakowali. Ciężko jest patrzeć na wszelkie ciosy zadawane Beacie. Ciężko słuchać tych dramatów. Ciężko patrzeć jak wychodzą wszelkie bolączki jej małżeństwa z Bartkiem. Facet, któremu ma ochotę przyłożyć się w twarz na dzień dobry. Szczęśliwie, sprawiedliwości staje się zadość i tutaj może wpada drobna ściema, gdyż nie zawsze wszystko kończy się happy endem w sądzie. Naprawdę, przejmujący film o poruszającej ścieżce dźwiękowej, na który patrzy się z niedowierzaniem i z wielkim bólem zarazem.

piątek, 4 grudnia 2015

SZORTy #21: Dziecko Rosemary, Wyścig, Przychodzi facet do lekarza

Punkt #24. Film Romana Polańskiego
Oryginalny tytuł: Rosemary's Baby | Reżyseria: Roman Polański | Scenariusz: Roman Polański | Obsada: Mia Farrow, John Cassavetes, Ruth Gordon, Sidney Blackmer | Kraj: USA | Gatunek: Horror, Psychologiczny

Premiera: 12 czerwca 1968 (Świat)
Ocena: 5/10

      Niezaprzeczalny klasyk gatunku. Jeden z najlepszych filmów wszech czasów, no i przede wszystkim prowodyr wszelkich poczęć diabelskich. „Dziecko Rosemary” jest tworem naszego rodaka Polańskiego i duma rozpiera, że to właśnie jego praca stała się inspiracją dla późniejszych twórców horrorów.
      Pewne małżeństwo przeprowadza się do uroczej kamienicy, aby rozpocząć nowe, wspólne życie. Niestety, ich z pozoru szczęśliwie życie zostaje zaburzone przez śmierć sąsiadki. Wówczas nieocenione okazuje się wsparcie reszty sąsiadów, będący przy nich na każdym kroku. Jednakże gdy kobieta zachodzi w ciążę zaczyna podejrzewać, że współmieszkańcy należą do tajemniczej sekty.
      Z filmami takimi, jak „Dziecko Rosemary” jest spory problem, gdy ogląda się je w dzisiejszych czasach. Widz, który przez wiele lat nasiąkł filmami, które bazowały na klasykach nie do końca potrafią odnaleźć się w klimacie tamtejszej epoki. Zrozumiała jest ówczesna fascynacja tytułem, to uczucie przytłoczenia, osaczenia w związku z nowym miejscem, otoczeniem. Budowanie napięcia dialogami, które teraz wydają się na totalnie nużące, wręcz zupełnie zbędne, niewnoszące niczego do ogólnej fabuły. A może po prostu środek nocy nie jest najlepszą porą na oglądanie takich filmów? Nie trudno docenić jest klimat. Uczucie klaustrofobicznego potrzasku jest zdecydowanie wyczuwalne, budzi mocny niepokój i jest to genialne. Emocjonujące jest to zburzenie ludzkiego spokoju, zaufania do ludzi i sąsiada, sielankowego życia, które dotyczyć może każdego człowieka, a wszystko to dokonane za pomocą deseru! Psychoza bohaterki, tak dobrze odegrana przez Mię Farrow, a jednak tak mocno przesadzona... To wszystko daje w efekcie dość przeciętny obraz, przynajmniej na te czasy, ale może i niegdyś było to wspaniałe zjawisko kinematografii.

Punkt #6. Film sportowy
Oryginalny tytuł: Rush | Reżyseria: Ron Howard | Scenariusz: Peter Morgan | Obsada: Chris Hemsworth, Daniel Brühl, Olivia Wilde, Alexandra Maria Lara | Kraj: USA, Wielka Brytania, Niemcy | Gatunek: Biograficzny, Dramat, Sportowy
Premiera: 02 września 2013 (Świat) 08 listopada 2013 (Polska)
Ocena: 7/10

     Filmy biograficzne sprzedają się najlepiej, w szczególności jeżeli przedstawiają wyraziste charaktery i niebanalne historie. Ron Howard sięga do życiorysu dwóch gwiazd Formuły 1 i przenosi na ekran ich nietypową przyjaźń nadając jej tytuł „Wyścig”.
      Niki Lauda może mieć wszystko, a pragnie tylko jednego – ścigania się w wyścigach i wygrywania. Ma jednak mocnego przeciwnika w postaci człowieka nieznającego strachu, gotowego na wszystko Jamesa Hunta. Żaden nie spocznie dopóki nie pokona tego drugiego. Daje to początek niezwykłej rywalizacji na torze wyścigowym Formuły.
      Filmografia Howarda prezentuje cały wachlarz najrozmaitszych gatunków i historii. „Wyścig” dołącza do tych wspaniałości wraz ze swoim dynamizmem, fabułą i bohaterami. Nie jest to jednak tytuł, w którym darzyć będziemy postaci szczerą sympatią- wręcz przeciwnie. Arogancja tej dwójki przyćmi ich wszelkie inne zalety, czy wady, wykrzykując jedno – zapomnij, że ich polubisz! Nie oznacza to jednak, że nie dostrzegamy mocy w ich przyjaźni. Chorobliwa rywalizacja, w której każdy gotowy jest niemalże na wszystko- daje momenty ogromnych zaskoczeń, a przy okazji również wzruszeń. Wypadki, ogień, szpitale, kontuzje... wszystko to bardzo bolesne i odczuwalne również dla widza. Tworzą dramaturgię, budują napięcie i przede wszystkim koncentrują uwagę widza. Samochody są szybkie, choć może nie tak urodziwe jakbyśmy chcieli, ale nie o wygląd tutaj chodzi, a siłę. Fascynująca jest ta determinacja, porywające są wyścigi, bardzo dobra gra aktorska zarówno Hemswortha, który nie jest już jedynie Thorem, jak i Brühla. Pomimo wszystko pełno tutaj dłużyzn dających dość senną atmosferę, a także dialogów, które rozbijają napięcie. Nie zmienia to jednakże faktu, że jest to jeden z najlepszych filmów o samochodach, jakie przyszło mi oglądać.

Punkt #47. Francuska komedia
Oryginalny tytuł: Supercondriaque | Reżyseria: Dany Boon | Scenariusz: Dany Boon | Obsada: Dany Boon, Alice Pol, Kad Merad, Jean-Yves Berteloot, Judith El Zein | Kraj: Francja, Belgia | Gatunek: Komedia
Premiera: 26 lutego 2014 (Świat) 11 lipca 2014 (Polska)
Ocena: 7/10

      Znany francuski komik powraca jako reżyser i aktor w swojej najnowszej komedii. „Przychodzi facet do lekarza” to humorystyczne rozliczenie z jego osobistą dolegliwością, a także prezentacja własnych obserwacji i doświadczeń.
    Romain Faubert jest skrajnym hipochondrykiem. Unika kontaktu z ludźmi, a także z przedmiotami, nie rozstając się ze środkiem dezynfekującym. Jest utrapieniem dla swojego lekarza, przyjaciela, rodzinnego, który chciałby, aby jego najwierniejszy pacjent w końcu znalazł sobie kogoś innego do dręczenia, np. jakąś kobietę. Życie Romaina ulega jednak diametralnej zmianie, gdy przyjaciel zabiera go do bazy pomagającej emigrantom. Tam odnajduje miłość, a także wielkie kłopoty.
      Najnowsza komedia od Dany'ego Boona to genialna propozycja na leniwy wieczór. Produkcja prezentująca niezwykłą postać Romaina, którym jest każdy zwykły człowiek diagnozujący się na podstawie tego co wyczyta na internetowych forach. Przy okazji staje się ciekawą analizą ludzkiej psychiki i relacji człowieka z własnym lekarzem. Genialnie zaprezentowane przez świetne dowcipy, ale przede wszystkim wpadki sytuacyjne, które niejednokrotnie rozbawią nas do łez. Może trąci to banałem, bo z takich chwytów już dawno powinno dorosnąć dojrzałe kino, ale właśnie te tanie manewry bawią najbardziej. Sam Boon świetnie sprawdza się w tej roli, w końcu sam podziela dolegliwość swojego bohatera, choć jak sam twierdzi nie aż tak paranoidalnie. Nie stanowiło więc dla niego większego problemu wcielenie się w najważniejszą z postaci i jednocześnie reżyserowanie całego obrazu. Film zyskuje jednak większego rozmachu, kiedy do akcji wkracza rewolucjonista, tematyka wojny domowej, no i elementy grozy. Boon idealnie odgrywa udawanie owej persony, bowiem wychodzi mu to tak komicznie, że bardzo szybko traci się powaga sytuacji. Francuski twórca może trochę za bardzo popuścił wodze fantazji, kiedy to puścił w świat swojego bohatera. Lekka przesada z tą rewolucją, choć i tutaj nie zabrakło humoru i chęci odzyskiwania własnych korzeni. Nie mniej, to o wiele za dużo. Można było poprzestać na elemencie hipochondrii, który całkowicie sam by sobie poradził.

poniedziałek, 30 listopada 2015

SZORTy #20: Drakula, Sokół maltański, Miasteczko Halloween

Punkt #12. Film z muzyką Wojciecha Kilara
Oryginalny tytuł: Dracula | Reżyseria: Francis Ford Coppola | Scenariusz: James V. Hart | Obsada: Gary Oldman, Winona Ryder, Anthony Hopkins, Keanu Reeves, Cary Elwes, Richard E. Grant, Sadie Frost, Tom Waits | Kraj: USA | Gatunek: Horror
Premiera: 13 listopada 1992 (Świat) 31 grudnia 1992 (Polska)
Ocena: 8/10

      Ten film przeszedł już do historii. Nie tylko ze względu na bycie ekranizacją wiekopomnej powieści Brama Stokera, ale też z uwagi na świetną rolę Gary'ego Oldmana, no i oczywiście klimat! „Drakula” to jeden z najpotężniejszych i najbardziej rozpoznawalnych filmów Coppoli na świecie.
     Rumuński hrabia Drakula trafia na ślad kobiety, łudząco podobnej do jego ukochanej z przeszłości. Nie cofnie się przed niczym, aby uzyskać to czego pragnie. Na jego drodze staje narzeczony kobiety wspomagany przez znanego profesora Van Helsinga, uważanego za specjalistę w temacie walki z wampirami.
      Czasem trudno uwierzyć, że tak długo człowiek walczy z tym, aby obejrzeć jakiś film. Tyle lat trwało moje przekonywanie się do „Drakuli”, że musiałam najpierw wszystkie filmy wkoło obejrzeć, zanim do niego dotarłam. Okazuje się, że obraz Coppoli to przecież ponadczasowa historia miłosna, których pełno w dzisiejszym kinie, ale jest tak magiczna, tak cudowna, tak krwawa, że trudno jest się jej oprzeć. Troszkę trąci banałem, ale osadzona jest w nieskazitelnym klimacie grozy, zamglenia, mroku... Jest to o tyle niesamowite, że udaje się tym urzec widza. Z każdą chwilą jak hrabia uwodzi swoją ukochaną, tak z każdą chwilą uwodzi też i widza. Grupa artystyczna mami nas wspaniałymi kreacjami, a Wojciech Kilar muzyką. W końcu poznaję pochodzenie jednego z najbardziej rozpoznawalnych utworów w świecie kina, który jest jednocześnie mroczny, ale też i piękny w tej swojej ponurości. Najlepszą postacią jest tutaj oczywiście sam Drakula, świetnie ucharakteryzowany, elegancko ubrany, wręcz zachwycający. Czy aktorsko Gary Oldman wykreował bardzo dobrą rolę? Owszem! Szkoda, że nie można powiedzieć tego samego o Keanu, ani o pozostałej części obsady. Nie umniejsza to jednak całkowitemu wizerunkowi, ani jakichkolwiek wrażeń, bo uwierzcie mi... jestem nim totalnie zauroczona!

Punkt #12. Film noir
Oryginalny tytuł: The Maltese Falcon | Reżyseria: John Huston | Scenariusz: John Huston | Obsada: Humphrey Bogart, Mary Astor, Gladys George, Peter Lorre, Lee Patrick | Kraj: USA | Gatunek: Film-Noir, Kryminał
Premiera: 03 października 1941 (Świat) 19 listopada 1965 (Polska)
Ocena: 7/10

      Uznawany za jeden z najlepszych filmów światowego kina. Przedstawiciel kina noir, w reżyserii Johna Hustona. „Sokół maltański” w swoim czasie robił świetlaną karierę. Pamiętają go do dziś, choć nie do końca może trafić do dzisiejszego widza.
     Prywatny detektyw jest podejrzanym o dokonanie dwóch morderstw. Przeprowadza najważniejsze śledztwo w swoim życiu, a przy okazji próbuje rozwikłać zagadkę zniknięcia najbardziej pożądanej statuetki- czarnego sokoła.
      Fabuła produkcji to całkowite pomieszanie z poplątaniem. Oskarżenie o zabójstwo, a przy okazji zaginiona figurka, o co podejrzewają również tego samego detektywa. Strasznie dużo pechowych sytuacji skupiających się na jednym człowieku. Z tej okazji przez biuro detektywa przewija się cała masa bohaterów, których początkowo niełatwo ogarnąć. Daje to możliwość rozejrzenia się za prawdziwym sensem filmu, bo choć akcja krąży wokół tytułowego sokoła, to całość skupia się jednak na uczuciach zranionej, wzgardzonej kobiety. Świetnie wplątuje się tutaj klimat grozy taki typowy dla kina noir. Świetna, nastrojowa muzyka, trochę jednak zbyt oczywista, jak na dzisiejsze realia, do tego cały ten czarno-biały obraz nadający niezwykłego klimatu. Budowanie atmosfery osaczenia, przytłoczenia przez zdominowanie produkcji kreacjami gangsterskimi. Najwyraźniej każdy na planie nosił gangsterski kapelutek, budując swoim stalkingiem oczywisty suspens. Ma to wszystko jakiś swój urok, bo choć film nie jest zbytnio porywający, to na pewnym poziomie intryguje.

Punkt #28. Musical
Oryginalny tytuł: The Nightmare Before Christmas | Reżyseria: Henry Selick | Scenariusz: Michael McDowell, Caroline Thompson | Dubbing polski: Wojciech Paszkowski, Mieczysław Morański, Krzysztof Kołbasiuk, Joanna Węgrzynowska-Cybińska, Andrzej Chudy, Zbigniew Konopka | Kraj: USA | Gatunek: Musical, Animacja, Fantasy
Premiera: 09 października 1993 (Świat) 16 grudnia 1994 (Polska)
Ocena: 6/10

      Tim Burton słynie z makabry, którą wtłacza w swoje produkcje. Tym razem tworzy postacie, powierzając je w ręce Henry'ego Selicka, późniejszego twórcy „Koraliny”. Tak powstaje „Miasteczko Halloween”, czyli upiorne święta Bożego Narodzenia.
     Dyniowy król rządzi swoimi poddanymi w mieście, w którym święto Halloween odbywać mogłoby się praktycznie każdego dnia. Ciągłe dyniowe zabawy zaczynają go nudzić i dlatego postanawia wcielić się w rolę Świętego Mikołaja.
     Animacja, o której słyszałam bardzo wiele, przede wszystkim bardzo wiele dobrego. Wszyscy zachwyceni są produkcją tak genialnie podobną do wszystkich animowanych tworów Tima Burtona. I choć wizualnie bardzo je przypomina, to fabularnie daleko jej do ideału. Oczekiwania były ogromne, efekt raczej umiarkowanie nijaki. Atutem jest tutaj animacja i aranżacja muzyczna. Postaci wyglądają cudownie i jednocześnie przerażająco, tak samo zresztą jak i cała scenografia- ujęcie na tle księżyca jest magiczne! Nie potrzeba niczego więcej, aby wystraszyć widza. To zdecydowanie by wystarczyło! Połączenie klimatu grozy niczym z Halloween z radosną atmosferą Bożego Narodzenia wydaje się całkowicie odstręczającym pomysłem. W większości fabuły tak właśnie jest, aż do pewnego momentu, w którym pokazany zostaje prawdziwy duch świąt w wykonaniu halloweenowych pokrak. Mnie osobiście to nie urzekło może z uwagi na dubbing, który był całkowicie nijaki. Aktorzy mogli zdecydowanie bardziej postarać się przy kreowaniu charakterów za pomocą własnych głosów. Szkoda też, że wszystkie piosenki przerobione zostały na polski język- fajnie byłoby posłuchać ich w oryginale, aczkolwiek nie było aż tak wielkiego dramatu. Ogólnie miałam nadzieję na coś o wiele bardziej przesiąkniętego makabrą, a tak to jest to tylko kolejna nużąca bajka dla dzieci z lekką nutą grozy.