NOWOŚCI
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wyścig po Oscary 2018. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wyścig po Oscary 2018. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 19 czerwca 2018

1249. Coco, reż. Lee Unkrich, Adrian Molina

     Do jednych trzeba dojrzeć, a inne trzeba obejrzeć kilka razy, aby zakochać się po uszy. Oczywiście, pomaga w tym również dobra historia i genialny podkład muzyczny. Z tych powodów wiadomym było, że animacja „Coco” opowiadająca o jednej z najpiękniejszych meksykańskich tradycji, a ostatecznie zdobywczyni Oscara za najlepszą animację ubiegłego roku, będzie niewiarygodnym sukcesem. Twardziele płaczą, antymuzyczni zaczynają tańczyć, a ci co dotychczas nie mieli z tym problemu bliscy są załamania nerwowego. Najnowsza produkcja duetu Unkrich & Molina to emocjonalny rollercoaster, na który na długo zapada w pamięć. 
Źródło: Galapagos Films

     Miguel (Michał Rosiński) pochodzi z przeklętej rodziny. Wiele lat temu jego prapraprababkę i praprapradziadka rozdzieliła muzyka- ona chciała poświęcić się ich córeczce Coco, a on wolał poświęcić się muzyce. Od tamtej pory jego rodzina zajmuje się produkcją butów i chyba jako jedyna w Meksyku całkowicie separuje się od muzyki. Oczywiście, poza Miguelem, bo ten mały chłopiec kocha muzykę i swoją gitarę, a pasję tę zawdzięcza wielkiemu muzykowi Ernesto de la Cruzowi (Bartosz Opania). Kiedy w dniu meksykańskiego dnia zmarłych chłopiec odkrywa kto jest jego praprapradziadkiem postanawia wziąć udział w konkursie talentów. Niestety, niefortunny zbieg wydarzeń sprawia, że Miguel trafia do świata zmarłych i tam poznaje resztę swojej rodziny, a spotkanie to odmieni jego życie na zawsze.

     Aby w pełni zakochać się w „Coco” wystarczą dwa seanse. Wtedy zaczynamy dostrzegać znacznie więcej ponad tą przytłaczającą warstwą wizualną. To właśnie animacja jest tym elementem, który dostrzegamy od razu i który trafia do nas najbardziej. Pełnia kolorów, bardzo kontrastowych, momentami bardzo krzykliwych, dodatkowo urozmaiconych światłem. Pięknie to wygląda, ale prawdziwą moc, która w tym tkwi dostrzegamy dopiero za drugim razem. Przy pierwszym jest to szok, totalne oszołomienie wywołane oczopląsem od nadmiaru wrażeń kolorystycznych. Ciężko zauważyć coś więcej pod tą tęczową produkcją, pomarańczowością kwiatów aksamitek, pstrokatością strażników i bladymi licami kościotrupów. Nie trudno jednak docenić piękno, które w tym tkwi, bo przecież takie jest właśnie meksykańskie święto zmarłych- pełne mocy, światła i koloru.
Źródło: Galapagos Films

Film duetu Unkrich i Molina przedstawia nam tradycję meksykańską nie tylko od strony kolorystycznej. Dias de Muertos to zupełnie inny rodzaj święta niż nasz Dzień zmarłych. To zdecydowanie bardziej kolorowe, bardziej radosne i żywe święto. „Coco” przenosi nas do tej tradycji, w której tworzy się ołtarzyki w domach układając potrawy na stołach, dekoruje się groby zmarłych i zaprasza do wspólnego posiłku ich dusze. Oczywiście, animacja bardzo wiernie oddaje zamysł, ale dodatkowo cudownie interpretuje to, co w niej najważniejsze. Miguel ma rzadką możliwość poznania swoich bliskich i poczucia prawdziwej mocy, jaka tkwi w rodzinnej miłości. Poznaje podwaliny jego rodzimej tradycji, rozumiejąc każdy jej symbol- nawet ten ze zdjęciami bliskich na domowych otłarzykach. Twórcy bardzo sprytnie wykorzystali akurat ten element rytuału, otwierając drzwi dla swojej wyobraźni i rozbudzając ciekawość widza.

Temu najważniejszemu wątkowi towarzyszy również dramat rodzinny, który poróżnił kochających się ludzi, a którego powodem była nie tyle miłość do muzyki, co raczej chora ambicja. Wprowadzenie elementu grozy, do tej jaskrawej animacji całkowicie odmieniło charakter tej opowieści. Widać zdecydowane przejście pomiędzy beztroską, a czyhającym złem, które przychodzi znienacka. Nie mniej, wprowadza sporo zamieszania, a przede wszystkim jeden z najgenialniejszych twistów w historii animacji. Oczywiście, większość się tego spodziewała- wystarczyło wyłapać szczegóły z rozmów, ale i tak... „whooooaaaaaaaaaa!”. I wtedy się zaczyna....
Źródło: Galapagos Films

     … zaczyna się robić naprawdę melancholijnie, oczy nam się pocą i w ogóle szkoda gadać. Przepięknie zanimowane wspomnienia w połączeniu z niezwykle uroczym wykonaniem piosenki „Pamiętaj mnie”- trudno jest się nie rozkleić. I choć meksykańskie rytmy „Un Poco Loco”, „La Llorona” oraz „Corazon” wpadają w ucho i wprawiają w ruch stopy, to jednak pod względem emocjonalnym nic nie przebija „Pamiętaj mnie”. W szczególności, że sterroryzowano nas nią kilkakrotnie, w tym dwa razy w najbardziej odpowiednich do tego momentach, gdy chcemy wypłakać sobie oczy. To bardzo naładowany miłością utwór, który pokazuje prawdziwą moc miłości oraz wspomnień. Rozchwianie emocjonalne gwarantowane!

Wypowiadają się o animacjach za każdym razem powtarzam, że jeżeli dubbing to tylko w takich produkcjach. Nie mamy wtedy uczucia, że głos nie pasuje do konkretnej osoby. Muszę przyznać, że jeżeli chodzi o dobór obsady do polskiej wersji „Coco”, to spisano się tutaj znakomicie. W szczególności, że wszystkie piosenki wykonywali aktorzy! Tak, wiem... szczęka na kolanach! Michał Rosiński spisał się chyba lepiej niż oryginalny Miguel- świetnie! Wrażenia mojej mamy bezcenne: „To Kulesza? Poważnie?!”. Kilka razy, ale jest i to jaka... prawdziwa Meksykanka z charakterkiem. Do tego wszystkiego Maciej Stuhr, który zaczyna dzielnie kroczyć śladami ojca w kwestii dubbingowania filmów i jest jednym z najbardziej rozpoznawalnych głosów w animacjach zaraz za swoim ojcem – Jerzym Stuhrem, oraz Jarosławem Boberkiem.
Źródło: Galapagos Films

     Mało jest takich animacji dla dzieci, które traktują o czymś. Zazwyczaj są to historie z historią raczej banalną, jakich wiele w dzisiejszych czasach. Natomiast „Coco” wnosi coś nowego, daje poznać zupełnie inny świat wraz z jego najciekawszą z tradycji. Oczywiście, wszystko to doprawione odrobiną grozy, ale przede wszystkim tonami słodkości, od której aż niedobrze się robi. Jest to jednak potrzebne dla tej historii i to czyni ją jeszcze bardziej wyjątkową, i emocjonującą. Produkcja Unkricha i Moliny to feeria barw i niesamowitych kompozycji muzycznych Michaela Giacchino. Wszystko podsycone meksykańskimi rytmami i kolorami. Jest żywo, jest zabawnie, jest przede wszystkim... bardzo uczuciowo, bo takiego ciepła i pozytywnych emocji po zakończeniu seansu już dawno nie doświadczyłam ze strony animacji dla dzieci.

Ocena: 8/10
Recenzja filmu DVD „Coco” - dystrybucja Galapagos Films

Oryginalny tytuł: Coco / Reżyseria: Lee Unkrich, Adrian Molina / Scenariusz: Adrian Molina, Matthew Aldrich / Muzyka: Michael Giacchino / Dubbing polski: Michał Rosiński, Maciej Stuhr, Bartosz Opania, Agata Kulesza, Ewa Szykulska, Tomasz Błasiak, Marian Opania, Paweł Wawrzecki, Teresa Lipowska / Kraj: USA / Gatunek: Animacja, Familijny, Przygodowy

Premiera kinowa: 20 października 2017 (Świat) 24 listopada 2017 (Polska)
Premiera DVD: 09 maja 2018

niedziela, 4 marca 2018

SZORTY #47: Uciekaj, Czwarta władza, Kształt wody

Oryginalny tytuł: Get Out! | Reżyseria: Jordan Peele | Scenariusz: Jordan Peele | Obsada: Frances McDormand, Woody Harrelson, Sam Rockwell, John Hawkes, Peter Dinklage, Abbie Cornish, Lucas Hedges, Želijko Ivanek | Kraj: USA | Gatunek: Horror
Premiera: 23 stycznia 2017 (Świat) 28 kwietnia 2018 (Polska)
Ocena: 5/10

     Ewenement w historii Oscarów, pierwszy raz od kiedy jestem z nimi w bliższych stosunkach wśród nominacji pojawia się film z gatunku grozy. Oczywiście, trzeba mieć na względzie to, że produkcja Jordana Peele nie jest typowym tworem z tej kategorii. Nie mniej, obraz traktuje o problemie, który aż prosi się chociażby o wspomnienie o nim w trakcie ceremonii.
    Młoda para zakochana w sobie bez pamięci. Ona jest piękną białą kobietą, a on urodziwym czarnym mężczyzną. Przyjeżdżają do posiadłości jej rodziców na weekend, w celu bliższego zapoznania obydwóch stron. Podczas jednego z przyjęć mężczyzna dostrzega jak bardzo wszyscy otwarci są na kontakty z czarnoskórymi. W dodatku spora część sama związała się z ludźmi tej rasy. Dochodzi jednak do incydentu, który każe mu przypuszczać, że coś jest nie w porządku. Kiedy odkrywa sekret domu rodziców ukochanej musi działać szybko. Musi uciekać!
     „Uciekaj!” jest filmem dość zaskakującym. Stonowanym, intrygującym, ale... na pewno nie strasznym. Ma swój osobliwy klimat, który z pewnością jest mocno przytłaczający. Uczucie niepewności i osaczenia towarzyszy przez większość seansu. Pomyśleć, że wszystko zaczyna się tak bardzo niepozornie, jak zwykła sielska historyjka miłosna. W końcu co może być podejrzanego w wyjeździe z dziewczyną do rodziców? Wydaje się, że nic. Fabuła nie rozwleka się niemiłosiernie, buduje względne napięcie, które znajduje swoje ujście. Nie jest to może szczyt geniuszu, ale przez temat którego dotyka musiał się spotkać z uznaniem- pomimo tego, że sklasyfikowano go jako horror. Odkrycie przez Chrisa tajemnicy jego dziewczyny jest niczym lodowaty prysznic- zaskakujący i przejmujący do kości. Jednakże sama jego koncepcja to coś z kategorii fantastyki naukowej niżeli typowego horroru. Opowieść zmusza do refleksji czy taka sytuacja w ogóle jest możliwa, w końcu czy możliwy jest transfer osobowości? W wielu filmach wysuwano teorie o przeniesieniu umysłu człowieka do maszyny- w końcu, według założeń, to tylko kod źródłowy. Twórcy coraz bardziej przyzwyczajają nas do takiej opcji. Drugim podłożem tego obrazu jest społeczeństwo czarnoskórych, a bardziej kwestie rasizmu. W czasach tak bardzo tolerancyjnych i tak bardzo otwartych na zmiany już zapomina się o tym problemie. Ktoś kiedyś jednak stwierdził, że tak wielka sympatia do czarnoskórych tylko dlatego, że są czarnoskórzy i według niektórych wręcz idealni do niektórych celów, to też pewna odmiana rasistowskiej ideologii. Właśnie tym wszystkim jest ten film. Z jednej strony stawia na piedestale Afroamerykanów, a z drugiej nie obawia się zanegować za to drugiej strony barykady. Mnie osobiście nie ujął film swoim przesłaniem, oczywiście dociera do mnie, ale nie uważam samej realizacji za godną Oscarów.
Oryginalny tytuł: The Post | Reżyseria: Steven Spielberg | Scenariusz: Liz Hannah, Josh Singer | Obsada: Meryl Streep, Tom Hanks, Sarah Paulson, Bob Odenkirk, Tracy Letts, Bradley Whitford, Bruce Greenwood | Kraj: USA | Gatunek: Dramat
Premiera: 22 grudnia 2017 (Świat) 16 lutego 2018 (Polska)
Ocena: 5/10

     Dlaczego do Oscarów nominowane są filmy, których ja nie toleruję? Cóż, najwyraźniej Akademia Filmowa testuje moje granice wytrzymałości. Nie ma dla mnie nic bardziej nudnego niż filmy polityczne. A w tym gatunku kręci się Steven Spielberg ze swoją „Czwartą władzą”. I to chyba jedyny film w trakcie którego przez pierwszą połowę robiłam wszystko tylko nie patrzyłam na ekran.
     Sekret skrywany przez lata w końcu może ujrzeć światło dzienne. Ekipa redakcyjna The Post wchodzi w posiadanie tajnego raportu, który może zaważyć na wierze obywateli amerykańskich w ich idealny Rząd. Naczelny wydawca dziennika (Meryl Streep) może stracić wszystko na co jej rodzina pracowała przez lata. Jednakże wraz z przyjacielem (Tom Hanks) postanawiają pójść za ciosem i opublikować artykuł przed New York Timesem.
     Jak to bywa w przypadku takich filmów, jak „Czwarta władza” zanim akcja konkretnie się rozkręci trzeba się niemożliwie wymęczyć. Tak można nazwać moje odczucia- męczarnią, podczas pierwszej połowy filmu, gdzie silnie walczyłam z przymykającymi się powiekami. Ślamazarny początek, cała masa tajemnic bez jakiegokolwiek pobudzenia zmysłów czytelnika. Konspiracje i potok słów wypowiadany przez bohaterów. W tym czasie aktorsko wykazać może się zarówno Meryl Streep, jak i Tom Hanks. Ciekawe kreacje, ale niezbyt pamiętliwe, więc dla mnie nie są idealne. Prawdziwa akcja rozpoczyna się w chwili, gdy do redakcji trafiają materiały. Wtedy wszystko nabiera tempa. Napięcie sięga zenitu, bo dochodzi do prawdziwej batalii między prasą a władzą. Rozterki między służeniem dla narodu poprzez pisanie prawdy, a słuchanie głosu z góry nakazującego zaprzestanie procedury. Zaczyna się prawdziwa walka z czasem, ale przede wszystkim z własnymi ograniczeniami. Wtedy bohaterowie stawiają na szali swoje życia, reputację oraz przyszłość. Z jednej strony służba obywatelom, a z drugiej własne ambicje bycie najlepszymi wśród konkurentów, pierwszymi którzy wyjawią światu pilnie strzeżoną tajemnicę. Mnie ta historia w ogóle nie bierze, w szczególności, że wiele było już podobnych filmów. Nie jest to nic odkrywczego, co zasługiwałoby na nagrodę. W końcu dwa lata temu statuetkę odebrał film „Spotlight”. Myślę, że wystarczy tych dziennikarskich zasług.

Oryginalny tytuł: The Shape of Water | Reżyseria: Guillermo del Toro | Scenariusz: Guillermo del Toro, Vanessa Taylor | Obsada: Frances McDormand, Woody Harrelson, Sam Rockwell, John Hawkes, Peter Dinklage, Abbie Cornish, Lucas Hedges, Želijko Ivanek | Kraj: USA, Wielka Brytania | Gatunek: Dramat, Komedia, Kryminał
Premiera: 31 sierpnia 2017 (Świat) 16 lutego 2018 (Polska)
Ocena: 7/10

     Do filmów Guillerma del Toro mam sporą słabość. Wszystko zaczęło się w czasach, gdy na ekranach pojawił się „Labirynt fauna”. Po tak wielu latach ten wyjątkowy reżyser i scenarzystach ponownie zabiera nas w świat fantazji, kolejny raz ujmując nas niebanalną historią.
     Niema kobieta prowadzi bardzo spokojne życie w małym mieście, za sąsiada mając niespełnionego artystę, a za przyjaciółkę najszlachetniejszą kobietę na świecie. Pracując jako sprzątaczka w centrum badawczym może pozwolić sobie na zwykłe życie. Jednakże ulega ono diametralnej zmianie, gdy do centrum sprowadzone zostaje tajemnicze stworzenie z Amazonii. Tych dwoje od razu znajdują wspólny język, pomimo tego, że nie porozumiewają się za pomocą słów. Gdy obiekt ma zostać inwazyjnie przebadany kobieta podejmuje ryzykowną decyzję.
     „Kształt wody” to taka współczesna baśń dla dorosłych. Wizualnie hipnotyzująca, przepełniona seksualnością i emocjami, ale zupełnie nieangażująca widza. Del Toro świetnie daje sobie radę z nakładaniem świata fantazji na brutalną rzeczywistość. Mydli oczy, do tego stopnia, że zachwyca nie dopuszczając do strachu. Jest to bardzo enigmatyczna opowieść o ludzkiej odwadze, ale również i okrucieństwie. Pełno tutaj krwi, pełno niewypowiedzianych słów, pełno uroku. To wszystko jest tak bardzo magiczne, że aż zapierające dech w piersi. Cudowna istota, bardzo surowe otoczenie i całkowicie delikatna, niewinna kobietka, która łączy te dwa światy. Tylko ona potrafi zrozumieć jego i tylko on potrafi zrozumieć ją. Oboje są poza wszelkimi barierami i porozumiewają się perfekcyjnie, pomimo tego, że żadne z nich nie wypowiada najmniejszego słowa. Są uosobieniem subtelności i piękna. Drugą stronę medalu prezentuje Michael Shannon i jego postać Stricklanda, która jest tutaj tym czarnym charakterem, uosobieniem wszystkiego co złe, zwyczajnie chorej ambicji, ale też i strachu. Del Toro posuwa się tutaj do rzeczy, które obce są zwyczajnemu człowiekowi, nawet lubującemu w świecie kina. Niejednokrotnie wzbudza oburzenie, czy obrzydzenie. Nie mniej, sceny te jedynie podkreślają charakter bohaterów- przede wszystkim uwydatniając ich poczucie samotności, ale też i baśniowy wydźwięk produkcji, gdzie w pierwowzorach nie brakowało brutalności, czy jednoznacznych sytuacji. Pięknie się patrzy na ten film, fabuła pełna jest uroku, ale i wojennej brutalności- kiedy to Rosja walczyła z USA o władzę w świecie. Kompozycje Alexandra Desplata nie mają sobie równych idealnie ubierając tę produkcję w wyjątkowy charakter. Jedyne co przeraża przy tym filmie, to choć jest on niemalże idealny, to jakoś całkowicie bezpłciowy. Osobiście miałam problem, żeby emocjonalnie zaangażować się w historię i finał autentycznie mną nie wstrząsnął. Choć może powodem jest również jego przewidywalność.

piątek, 2 marca 2018

SZORTY #46 - Trzy billboardy za Ebbing, Missouri, Czas mroku, Tamte dni, tamte noce

Oryginalny tytuł: Three Billboards Outside Ebbing, Missouri | Reżyseria: Martin McDonagh | Scenariusz: Martin McDonagh | Obsada: Frances McDormand, Woody Harrelson, Sam Rockwell, John Hawkes, Peter Dinklage, Abbie Cornish, Lucas Hedges, Želijko Ivanek | Kraj: USA, Wielka Brytania | Gatunek: Dramat, Komedia, Kryminał
Premiera: 04 września 2017 (Świat) 02 lutego 2018 (Polska)
Ocena: 9/10

     Wśród stricte politycznych filmów, całkowicie poprawnych, zrealizowanych typowo pod ceremonię wręczenia najbardziej prestiżowych i totalnie nic nie znaczących nagród filmowych świata znajdują się takie twory, na które patrzy się z przyjemnością. Taki film stworzył właśnie Martin McDonagh- totalnie nieprzewidywalny i tak bardzo jaskrawy wśród tych wszystkich patetycznych rozmyślań.
     Samotnie wychowująca swoje dzieci kobieta (Frances McDormand) staje przed prawdziwą tragedią, gdy jedno z nich zostaje zgwałcone a następnie brutalnie zamordowane przez nieznanych sprawców. Po roku, kiedy śledztwa małomiasteczkowego biura szeryfa (Woody Harrelson) wciąż nie przynoszą odpowiedzi, kobieta wynajmuje pobliskie billboardy, aby przekazać wiadomość szeryfowi i całej okolicy. Nie spotyka się to z dobrym odbiorem.
     Takich filmów zawsze mi brakuje. Przewrotnych, bardzo nieoczywistych i tak bardzo kolorowych. „Trzy billboardy za Ebbing, Missouri” od samego początku zaskakuje tajemniczością. Bliżej niesprecyzowane problemy głównej bohaterki i przesłanki jej działania, które rozjuszają każdego w mieście. No, prawie każdego. Budzi to zaskoczenie, wręcz odrazę, bo jak można nie rozumieć dramatu matki, która utraciła swoją córkę w tak bestialski sposób. Inną kwestią jest charakterność tej kobietki, bo do grzecznych i łagodnych to ona nie należy. Mildred Hayes jest kobietą silną, ale też i porywczą, co niejednokrotnie udowadnia rozbawiając widza. Jednakże nie tylko jej zachowanie jest tutaj mocno przesadzone. Do podobnych atrakcji dochodzi przy okazji spotkań z szeryfem Willoughby, czy oficerem Dixonem. A dajcie tę trójkę do jednej sceny, to trzeba będzie uprzątnąć plan zdjęciowy. Każdy z nich ma mocny charakterek, ale tylko dwa z nich przechodzą zadziwiające zmiany. To nie do końca przekonuje, bo jakżesz można się zmienić w ciągu paru minut po przeczytaniu jednego listu. Historia nie kryje się ze swoją brutalnością. Jest w tym coś ze stylu Quentina Tarantino, gdzie jak coś ma być hardkorowe, to takie właśnie będzie. McDonagh daje duże pole do popisu dla swoich bohaterów, którzy wyrzucają wynajmujących przez okna, podpalają posterunki policji, czy strzelają sobie prosto w twarz. Jest to tak bardzo przejaskrawione, że aż śmieszne, ale to dobrze, bo nie jest to film trzymający się sztywnych reguł. Wszystko tutaj jest bardzo nieprzypadkowe, wszystko tak świetnie koreluje ze sobą i tworzy naprawdę genialną całość. Całość, która dostarcza bardzo wielu ciekawych emocji, która dostarcza uśmiechu, smutku, czy przerażenia. To w końcu świetna historia, która daje wiele możliwości interpretacji i tworzenia własnych zakończeń. Historia, która sprawia, że choć jest to tytuł w walce o Oscara, to jednak cała sala kinowa śmiała się pod nosem. Świetny film, po prostu! Mój faworyt.

Oryginalny tytuł: Darkest Hour | Reżyseria: Joe Wright | Scenariusz: Anthony McCarten | Obsada: Gary Oldman, Kristin Scott Thomas, Ben Mendelsohn, Lily James, Ronald Pickup, Stephen Dillane, Nicholas Jones, Samuel West | Kraj: USA, Wielka Brytania | Gatunek: Biograficzny, Dramat historyczny
Premiera: 01 września 2017 (Świat) 26 stycznia 2018 (Polska)
Ocena: 6/10

     Nigdy nie przepadałam za filmami biograficznymi, a już na pewno nie za biografiami wielkich polityków. Jednakże nic tak nie skłania do seansu, jak obsadzenie genialnego Gary'ego Oldmana w roli jednej z najbardziej rozpoznawalnych postaci w historii świata. Nic tak nie skłania do seansu, jak chęć poznania Winstona Churchilla.
     Czasy II wojny światowej, gdzie światu zagrażają naziści prowadzeni przez Adolfa Hitlera. Król Jerzy VI (Ben Mendelsohn) powierza tworzenie nowego rządu Winstonowi Churchillowi (Gary Oldman), kontrowersyjnemu kandydatowi, któremu porażka w Narwiku nie przysparza poparcia wśród partyjnych kolegów. Podczas gdy jego poprzednicy i następcy w roli premierów Wielkiej Brytanii snują spiski, chcąc obalić jego urząd, mężczyzna ten robi wszystko, aby nie poddać się nazistowskiej potędze i uwolnić żołnierzy uwięzionych na plaży w Dunkierce.
     Filmy wojenne nigdy nie były moim konikiem. A jak jeszcze dochodzi do tego polityka, to już w ogóle staram się unikać szerokim łukiem. Jednakże takie tytuły zawsze będą miały poparcie wśród członków Akademii Filmowej. Zawsze! Dorzucić do tego trzeba jeszcze takiego znakomitego aktora jak Gary Oldman, reżysera też nie całkiem głupiego, bo w końcu Joe Wright dał nam „Pokutę”, czy „Dumę i uprzedzenie” i przepis na oscarowy film gotowy. Podążając za przyjętym schematem – jest dość nudno, wręcz straszliwie monotonnie, ale jest w tym jakaś ciekawość. O dziwo! Pewnie dlatego, że co jakiś czas Churchill rzuca jakimś niewybrednym dowcipem gasząc to patetyczne napięcie. Świetnie skonstruowany jest tutaj cały ten obraz zmowy a plecami premiera. Bardzo ciekawie prezentują się relacje Churchilla z królem- niby z dystansem, ale przede wszystkim z szacunkiem. Twórcy bardzo dobrze pokazują tutaj rozterki premiera, rozdartego między chęcią walki, a wymuszaniem poddaństwa. Rewelacyjna jest scena w metrze, będzie jedną z najbardziej pamiętliwych w kinie, więc tym bardziej szkoda, że nie jest poparta faktami. Gary Oldman błyszczy w tym filmie, ale prawda jest też taka, że najlepiej kreuje się postaci, których nie trzeba kreować. Churchill to taka osobowość, że nie da się tego zrobić źle, więc Oldman wyszedł z tego świetnie. Budził grozę, ale też niewątpliwą sympatię. Najbardziej żal mi, że totalnie zepchnięto na plan życie rodzinne bohatera. Postać żony Clementine wydawała się być wprowadzona do filmu dla większych celów. To samo tyczy się Lily James, która wcieliła się w postać Elizabeth Layton. Obecność tych dwóch pań okazała się być jednak całkowicie bezsensowna, niczego konkretnego nie wnosiły do fabuły. Pomimo tak wielu zalet fabularnych filmu, pomimo świetnej charakteryzacji i samej gry aktorskiej Gary'ego Oldmana, nie jest to film szczególnie wybitny. Dobija swoją monotonnością, ale to może tylko kwestia preferencji oglądającego. Jak dla mnie w wyścigu po statuetkę w najważniejszej kategorii pozostaje daleko w tyle.

Oryginalny tytuł: Call Me by Your Name | Reżyseria: Luca Guadagnino | Scenariusz: James Ivory | Obsada: Armie Hammer, Timothée Chalamet, Michael Stuhlbarg, Amira Casar, Esther Garrel, Victoire Du Bois | Kraj: USA, Włochy, Francja, Brazylia | Gatunek: Melodramat
Premiera: 22 stycznia 2017 (Świat) 26 stycznia 2018 (Polska)
Ocena: 8/10

    Film, których tak bardzo brak w dzisiejszych czasach. Brak nie tylko na ekranach kin, ale przede wszystkim na galach wręczenia nagród filmowych. Tym bardziej zachwyca pojawienie się filmu Guadagnino w tej najważniejszej kategorii oscarowej, bo chyba trudno w tym roku o bardziej sielski i melancholijny film wśród nominacji.
     Gorące włoskie lato w małym miasteczku. Przystojny nastolatek zakochany w muzyce, uczący się od matki o romańskiej kulturze, czerpiący przyjemność z włoskich wakacji w starej willi. Gdy do jego ojca przyjeżdża w odwiedziny profesor specjalizujący się w lokalnej kulturze, jego świat wywraca się do góry nogami. Między chłopakiem a dorosłym mężczyzną nawiązuje się zaskakująca nić porozumienia, która budzić może spore kontrowersje wśród lokalnej społeczności.
     Podoba mi się różnorodność tegorocznych filmów walczących o Oscara dla najlepszego filmu. Podoba mi się, że takie filmy jak „Tamte dni, tamte noce” potrafią się wybić swoją historią i klimatem. Produkcja od Guadagnino zdecydowanie odstaje od reszty przede wszystkim z powodu tego błogiego uczucia, jakie wywołuje. Ten obraz to bardzo ciekawa na wielu płaszczyznach podróż po Włoszech. Wchłaniamy zapach pomarańczy, czujemy promienie włoskiego słońca na twarzy, włoskie stawy chłodzą nasze rozpalone ciała, a wszechobecna architektura zachwyca na każdym rogu. Nie obywa się również bez prezentacji charakteru Włochów, co akurat dostarcza odrobiny uśmiechu na twarzach. I w tej właśnie atmosferze rodzi się uczucie. Całkowicie zakazane, bo między mężczyzną a mężczyzną i jeszcze bardziej zakazane, bo między dorosłym mężczyzną a nastolatkiem. Budzić to może kontrowersje, bowiem akcja rozgrywa się w latach 80tych. Co za tym idzie bohaterowie muszą się ukrywać ze swoimi emocjami, co dodaje odrobiny dreszczyku. Jest nieporadnie, ale przy tym całkowicie uroczo. Niekiedy bywa też i zabawnie, choć za chwilę przerodzić może się to w prawdziwy dramat. Niewielu mogłoby pomyśleć, że takich uczuć dostarczy im podobny film. To wszystko jest zasługą cudownych aktorów, którzy swoim wyglądem i brzmieniem ich głosów rozmiękczają męskie i kobiece serca. Najpiękniejsze jest jednak w tym wszystkim jest to, co się dzieje gdy prawda wychodzi na światło dzienne. I uwierzcie... po tym filmie każdy chciałby mieć takich rodziców, jakich ma młody Elio. Tak bardzo otwartych, tak bardzo wyrozumiałych i tak bardzo mądrych. Końcowy monolog ojca chłopaka jest tym, który każdy chciałby usłyszeć, bo jest w nim bardzo dużo miłości i akceptacji. Szkoda jedynie, że historia kończy się w taki a nie inny sposób, bowiem piękno jakie w sobie zostawia, przy okazji brzmień słów rewelacyjnych piosenek „Mystery of Love” oraz „Visions of Gideon”, jest bezcenne.