NOWOŚCI
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą szpital psychiatryczny. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą szpital psychiatryczny. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 20 sierpnia 2017

SZORTy #45: Nieodebrane połączenie, Następny jesteś Ty, Inkarnacja

Oryginalny tytuł: One Missed Call | Reżyseria: Eric Valette | Scenariusz: Andrew Klavan | Obsada: Shannyn Sossamon, Edward Burns, Ana Claudia Talancón, Ray Wse, Azura Skye, Johnny Lewis, Margaret Cho, Jason Beghe | Kraj: USA, Niemcy, Japonia | Gatunek: Horror
Premiera: 04 stycznia 2008 (Świat) 11 kwietnia 2008 (Polska)
Ocena: 2/10
     Ekranizowanie azjatyckich horrorów nie jest żadnego rodzaju ewenementem. Jedne zóry filmów wypadają lepiej, inne gorzej. Do tej drugi kategorii zalicza się na pewno „Nieodebrane połączenie”, które z niezwykle klimatycznego horroru stało się parodią nie wartą nawet uśmiechu.
     W małym mieście w makabrycznych okolicznościach giną młodzi ludzie. Każda kolejna ofiara znajduje na swojej poczcie głosowej nieodebraną wiadomość, zapowiedź swojej własnej śmierci. Szybko okazuje się, że osoby te znajdowały się w kontaktach na telefonach komórkowych poprzednio zamordowanych. Sprawą interesuje się młody detektyw, który próbuje rozwikłać zagadkę śmierci swojej siostry.
     Historia, która idealnie sprawdzała się w filmie azjatyckim, nawet w trzech kolejnych jego odsłonach, w Ameryce kuleje już przy pierwszym podejściu. Powód? Japońskie mordy są po prostu straszne! A Amerykańskie jedynie tylko wtedy, gdy aktorzy przesadzą z operacjami plastycznymi. To było oczywiste już od dawna, że to właśnie w tym tkwi sekret sukcesu azjatyckich filmów. Twórcy potrafią budować napięcie, stopniując wrażenia i przy okazji odkrywając kolejne elementy układanki. W filmie Valette tego nie ma zasadniczo nic nie ma sensu. Nie ma typowego śledztwa, które doprowadza do szokującej prawdy, nie ma odsłaniania kolejnych sekretów. Wszystko jest owiane tajemnicą i widz nie może stać się detektywem w tej sprawie. Kiedy dochodzi do wielkiej „kumulacji” wrażeń miejsce ma mocno fantastyczna scena, której wykonanie w ten sposób jest całkowicie zbędne, pozbawione jakiegokolwiek klimatu. Tym samym film staje się kolejnym slasherem, w którym młodzi ludzie giną z ręki mordercy. Wcześniej zabijały kasety, strony internetowe, a teraz telefony komórkowe. Oczywisty ruch ze strony ludzi, którzy uważają, że ludzkości odebrany został rozum, kiedy tylko sięgnęli po te luksusowe dobra. Film pozbawiony atmosfery grozy, pozbawiony sensu, a przy tym straszliwie nudny.

Oryginalny tytuł: You're Next | Reżyseria: Adam Wingard | Scenariusz: Simon Barrett | Obsada: Sharni Vinson, Nicholas Tucci, Wendy Glenn, AJ Bowen, Joe Swanberg, Margaret Laney, Amy Seimetz, Ti West, Bob Moran, Barbara Crampton | Kraj: USA | Gatunek: Horror
Premiera: 10 września 2011 (Świat) 06 września 2013 (Polska)
Ocena: 4/10
     Wydawałoby się, że era slasherów już dawno minęła. I wtem pojawia się „Następny jesteś Ty” licząc na to, że będzie kolejnym cravenowym hiciorem. Wingard jednak się przeliczył, bo film pozbawiony jest duszy.
     Kobieta wyjeżdża wraz ze swoim narzeczonym na kolację do posiadłości jego rodziców, na której poznać ma całą jego rodzinę. Na miejscu nie jest jednak tak przyjemnie jak sądziła i choć obwiniać można by o to członków rodziny skaczących sobie do gardeł, to jednak głównymi sprawcami stają się uzbrojeni po uszy psychole.
     Film dość niemrawo podąża naprzód. Każdy z utęsknieniem wyczekuje na dreszczyk emocji inni niż ten towarzyszący rodzinnym kłótniom. I wtem staje się! Rozpoczyna się krwawa rzeźnia zapoczątkowana strzałem z kuszy między oczy szwagra. Tak by się przynajmniej wydawało, ale od jednego zabójstwa do drugiego minąć musi zdecydowanie zbyt długa chwila. Nie ma co się jednak dziwić, bowiem potencjalnych ofiar jest względnie niewiele. Aczkolwiek... sposoby na ukatrupienie rodziny dość niekonwencjonalne, w szczególności jeden spośród nich jest wyjątkowy. Zaskakująco dynamiczny i teoretycznie trzymający z lekka w napięciu, ale głupota goni głupotę, jak zwykle przy tego typu filmach więc nic się nie zmienia, niestety. Objawia się tutaj gwiazda morderstwa, Sharni Vinson, której powódki też są totalnie dziwaczne. Mocno naciągana fabuła nie pomaga, tak samo zresztą jak dziwaczny klimat budowany komicznymi maskami. Jak jednak wiadomo, takowe przerażają najbardziej, ale nie wtedy kiedy tak często korzystano z tego pomysłu. Cały czas liczyłam na jakiś twist. Teoretycznie finał oferuje taki, ale niestety... nie jest to coś czego nie można było przewidzieć. Innymi słowy film nie jest w stanie sprostać oczekiwaniom i niczym się nie różni od klasyków gatunku.

Oryginalny tytuł: Shelter | Reżyseria: Björn Stein, Måns Mårlind | Scenariusz: Michael Cooney | Obsada: Julianne Moore, Jonathan Rhys Meyers, Jeffrey DeMunn, Frances Conroy, Nate Corddry, Brooklynn Proulx | Kraj: USA | Gatunek: Horror
Premiera: 27 marca 2010 (Świat) 23 września 2011 (Polska)
Ocena: 7/10
     Szwedzcy twórcy stawiający pierwsze kroki w kinie grozy. Najpierw „Inkarnacja”, a za chwile kolejna odsłona „Underworld”. I choć sam tytuł przyniósł więcej strat niż zysków, to i tak śmiało można powiedzieć, że jest to jedno z filmowych zaskoczeń.
     Pani psychiatra, specjalizująca się w zaburzeniach osobowości mnogiej. Po utracie męża próbuje na nowo zdefiniować swoje życie wraz z córką. Aby mogła na nowo odnaleźć siebie jej ojciec prosi ją o poradę w sprawie jednego z pacjentów, wykazujący więcej niż jedną osobowość. Prowadząc badania i zagłębiając się coraz bardziej w jego psychikę z przerażeniem odkrywa, że prawdziwą przyczynę jego problemów.
     Lubię oglądać filmy, które okazują się być lepsze niż człowiek początkowo przypuszczał. „Inkarnacja” nie zapowiadała się na nic szczególnego. Film, który premierę miał jakiś czas temu i przeszedł praktycznie bez echa. Słaba promocja, nikt nic o nim nie mówił, czyli zazwyczaj niewielu ludzi po niego sięga. Widać to po słabych wynikach boxoffice. Jednakże okazuje się, że obraz ten staje się zupełnie czymś innym. Świetna gra psychologiczna, która z każdą minutą zamienia się w niesamowity dreszczowiec. Jeżeli ktokolwiek przypuszcza, że bohater Meyersa ma problem z głową... oj, będzie bardzo zaskoczony u finału produkcji! Takie niesamowite twisty sytuacyjne są czymś upragnionym w kinie. Coś co ma drugie dno i nigdy nie jest tym czym wydaje się być, może mocno pokiereszować ludzką psychikę. Duet Moore i Meyers udaje się dopiąć celu. Tworzą specyficzną parę, która igra z naszymi emocjami. Szwedzkim twórcom udało się stworzyć niesamowicie klimatyczny film, który u końca zaczyna lekko gubić się w swoim zamyśle. Psychologiczne igraszki wydają się być tutaj niczym w porównaniu ze starymi wierzeniami i mistyczne rytuały. Finał mocno szokujący i obezwładniający, choć na pewnym poziomie z pewnością do przewidzenia. Gdyby tylko cały motyw poprowadzony został tak jak do połowy filmu, byłoby to arcydzieło kina grozy. Zdecydowanie jest to jeden z tych filmów, który daje nam więcej niżeli moglibyśmy się po nim spodziewać!

sobota, 17 października 2015

1188. American Horror Story: Asylum, aut. Ryan Murphy, Brad Falchuk

     Pierwszym sezonem zawojowali cały świat. Poddając analizie fenomen nawiedzonych domów w „American Horror Story” Murphy i Falchuk sięgnęli po najwyższy poziom grozy, dobrze znany nie tylko w Ameryce, ale i w każdym zakątku świata. Kiedy widzom przypomniano o tym, że to właśnie ten duet stoi za barbarzyństwem czwartego sezonu „Glee”, na ekranach telewizorów pojawiła się kolejna odsłona mrożących krew w żyłach opowieści. Był nawiedzony dom, a w „American Horror Story Asylum” porusza się kolejny, intrygujący i przerażający element amerykańskiego domu strachu- odbiegający od humanitarnych zachowań zakład psychiatryczny.
     Zakład psychiatryczny Briarcliff lat 60tych. W tym czasie dochodzi do serii brutalnych morderstw, których ofiarami padają kobiety. Policji w końcu udaje się złapać zabójcę zwanego Krwawą Twarzą (Evan Peters) i umieszczają go w Briarcliff, które ma ocenić, czy jego zbrodnie wywołane były odpowiednim schorzeniem psychologiczny. Na miejscu pojawia się nieustraszona i bardzo ambitna dziennikarka Lana Winters (Sarah Paulson), która nie marzy o niczym innym jak o przeprowadzeniu wywiadu z seryjnym mordercą. Gdy jednak trafia do zakładu podpada siostrze przełożonej Jules (Jessica Lange), która uznaje, iż odmienna orientacja seksualna kobiety jest wynikiem jej zaburzeń psychicznym. W efekcie Winters zostaje umieszczona w Briarcliff, placówce, która za pomocą lobotomii, elektrowstrząsów i brutalnej kadry wytępia w ludziach wszelkie odmienności.
     Fabuła kolejnego sezonu „American Horror Story” wchodzi na zupełnie inne płaszczyzny niżeli debiutująca seria. Tym razem twórcy postanowili pojechać po bandzie i skoro produkcja traktowała o zakładzie psychiatrycznym, to wprowadzili widza w całkowitą dezorientację, coraz większą konsternację. Z jednej bowiem strony prezentuje się tutaj miejsce, totalnie dalekie od normalności, gdzie homoseksualizm leczy się lobotomią, a uzależnieni od seksu poddawani są najrozmaitszym eksperymentom. Brutalności jest tutaj co niemiara, w szczególności, że w dużej mierze zakrawa to również o swoiste szaleństwo. Porwania przez kosmitów, pokraczni mutanci kryjący się w lasach niedaleko zakładu, a nawet zakonnice opętane przez Szatana i dawni naziści teraz sprawdzający się w roli szurniętego doktora Frankensteina. Wszystko wydaje się całkowicie niespójne, momentami nawet szalenie nielogiczne, a jeden absurd napędza kolejny. Nie wiemy już, czy to twórcy zwariowali, czy my jesteśmy najgłupszymi z ludźmi nie do końca rozumiejącymi zamysł fabularny.
Nie mniej, ostatecznie to wielki finał historii rozjaśnia nam w głowach. Gdzieś pomiędzy rozlewem krwi, gdzieś pomiędzy psychoanalizą jednostki, a także dowodzeniem niewinności głównego podejrzanego o bycie Krwawą Twarzą plecie się intryga, a niemalże każdego dotyka zasłużony los. W tym wszystkim ciekawie sprawia się podzielenie serialu, na część dziejącą się w latach 60-tych, kiedy to Briarcliff rządziła Jules, a czasami obecnymi, gdzie dawny morderca powraca do swojej krwawej działalności. Wszystko to z pozoru wydaje się dość przerażające, ale prawda jest taka, że poza ładunkiem emocjonalnym i psychicznym nie wnosi nic do naszego życia. W zasadzie to chyba jedynie pierwsza połowa sezonu wydaje się jakoś sobie radzić, podczas gdy druga jej część wlecze się niemiłosiernie, niemalże na siłę ciągnąć konkretne wątki. Nawet i całe to zakończenie, które niby ma być zaskakujące, ale po tych wszystkich absurdach trudno jest wymyślić bardziej rozsądną odpowiedź.
     Trzeba przyznać, że obraz ma swój niepowtarzalny klimat. Już od pierwszych chwil, kiedy serwowane jest nam intro, dostajemy ciarek. Utrzymane w tym samym schemacie co w pierwszym sezonie, jedynie idealnie dostosowany do potrzeb „Asylum”. Z nadal przerażającą muzyką i niepokojącymi, w dodatku świetnie wystylizowanymi zdjęciami, wciąż sprawia, że po zapoznaniu się z nim przy okazji pierwszego epizodu nie czujemy się na tyle komfortowo, aby przy najbliżej okazji powtarzać ten incydent. Sama stylistyka Briarcliff robi piorunujące wrażenie. Samym wyglądem przyprawia o zawał serca, a jak już do akcji wkroczą typowe odcinki z niesłychaną stylizacją- tutaj ukłon w stronę świątecznego „Unholy Night”, gdzie chyba bardziej świątecznej makabry nie dało się odstawić. Klimat to także i muzyka. Przez całą serię seanse „umilać” będzie nam „Dominique”, każdego dnia puszczana na świetlicy Briarcliff. Nic dziwnego, że ludzie tam przebywający byli szaleni. Kawałek ma w sobie nietypowy urok, czym idealnie pasuje do charakteru serialu. Jednakże do najbardziej zmysłowych, a jednocześnie najbardziej majestatycznych utworów jest „Pater Noster” w wykonaniu Voices of Light. Ten chóralny, niesamowicie stylowy kawałek najbardziej zapada w pamięć i wywołuje dość sprzeczne emocje. Mój ulubiony!
     Jeden sezon i tak jak we wcześniejszym cała rzesza aktorów, która się tu przewija w najrozmaitszych scenach. Role drugoplanowe i wspierające jak najbardziej na plus. Jednakże to właśnie te z pierwszego planu najbardziej się wyróżniają skupiając na nich naszą uwagę. Na czele stoi genialna Jessica Lange w roli siostry Jules. Tak złożonej postaci już dawno nie było szansy oglądać w żadnym z telewizyjnych show. Surowa, ale jednocześnie skrywająca wielką tajemnica, która prowadzi do faktycznego załamania jej charakteru. Drugą, na którą warto zwrócić uwagę jest oczywiście Sarah Paulson jako Lana Winters. Kobieta bardzo szybko poddała się swojej kreacji, co się chwali- oczywiście. Jednakże najwięcej emocji wzbudza chyba Lily Rabe, jako siostra Mary Eunice. Postać, która zapowiadała się początkowo na powtórkę z pierwszego sezonu, gdzie jej Nora była mało wyrazista, no i rzadziej można było oglądać ją na ekranie. Tym razem wchodzi na wyżyny całkowicie nie przejmując się łamaniem stereotypów. Ewidentnie siła tego sezonu tkwiła w kobietach, ale nie oznacza to, że mężczyźni pozostawali w tyle. Świetnie sprawdzał się James Cromwell, który w roli doktora Ardena wykazał się brutalnością, surowością, ale również i zaskakującym ciepłem, jakie udało mu się wykrzesać wobec jednej z pracownic.
     Kwestia tego, czy „Asylum” jest lepsze od pierwszego „American Horror Story”, czy też nie to standardowo sprawa bardzo sporna, w szczególności, że na każdego widza działa co innego. Pierwszy sezon był z pewnością o wiele bardziej przerażający, a napięcie tkwiące w ludzkiej psychice nie miało okazji ujść. Z kolei „Asylum” zatrważa na zupełnie innych poziomach. Tutaj wszystko skupia się na analizie człowieka i różnych jego odcieniach. Przede wszystkim jednak ma o wiele ciekawszą strukturę, między innymi muzyczną. Jednakże fabularnie pozostaje daleko w tyle, akcja wlecze się niemiłosiernie, bardziej nudząc niż intrygując widza. Trzeba jednak przyznać, że ma swój niepowtarzalny klimat.

Ocena: 6/10

Oryginalny tytuł: American Horror Story Asylum / Reżyseria: Ryan Murphy i inni / Twórca: Ryan Murphy, Brad Falchuk / Zdjęcia: Michael Goi / Muzyka: James S. Levine / Obsada: Sarah Paulson, Jessica Lange, James Cromwell, Lily Rabe, Joseph Fiennes, Zachary Quinto, Evan Peters, Lizzie Brocheré, Dylan McDermott / Kraj: USA / Gatunek: Horror / Liczba odcinków: 13


Premiera: 17 października 2012 (FX) 26 października 2012 (FOX)

czwartek, 25 marca 2010

607. Lot nad kukułczym gniazdem, reż. Milos Forman

Oryginalny tytuł: One Flew Over the Cuckoo`s Nest
Reżyseria:
Milos Forman
Scenariusz: Bo Goldman, Lawrence Hauben
Zdjęcia: Bill Butler, Haskell Wexler
Muzyka: Jack Nitzsche
Na podstawie: powieści Kena Kessey`a
Kraj: USA
Gatunek: Dramat / Psychologiczny
Premiera światowa: 19 listopada 1975
Premiera polska: 31 grudnia 1975
Obsada: Jack Nicholson, Louise Fletcher, William Redfield, Will Sampson, Sydney Lassick, Danny DeVito, Christopher Lloyd, Brad Dourif
    „Lot nad kukułczym gniazdem” zaliczany jest już do klasyki światowego kina, który powinienobejrzeć każdy. Jest to ekranizacja jednej z powieści Kena Kaseya o nie tak dokońca szalonym człowieku przebywającym w zakładzie psychiatrycznym. Próbywyreżyserowania tej historii podjął się Milos Forman, Czechosłowak zpochodzenia, który stworzył rewelacyjny film, skłaniający do refleksji.Przyznam się, że najpierw musiałam poczytać trochę o tym filmie, opinie innych,aby zrozumieć go do końca i móc tutaj wypowiedzieć się na ten temat.
    Drobny złodziejaszek, Randal PatrickMcMurphy, trafia do zakładu psychiatrycznego z obozu pracy. Pomimo tego, iżspecjaliści uważają, że McMurphy tylko udaje, żeby wymigać się od pracy,postanawiają zatrzymać go na obserwacji. Na miejscu McMurphy uczęszcza naterapię grupową, gdzie poznaje wielu sympatycznych świrusów. Wkrótce okazujesię, że większość z nich przebywa tutaj tylko i wyłącznie dlatego, że sami tegochcą. Przebywając wśród wariatów McMurphy coraz częściej myśli o ucieczce wszczególności, że jedna z pielęgniarek Mildred Ratched wciąż zatruwa mu życie.Po ciężkich przejściach postanawia w końcu wprowadzić swój plan w życie i chce,aby jeden z chorych- Wódz, poszedł razem z nim. Dochodzi jednak do tragedii,która wstrząsa wszystkimi i doprowadza McMurphy`ego do granicy jego osobistej wytrzymałości.
    Minęłoprawie 35 lat od premiery tego znakomitego filmu. Wstyd, że dopiero teraz googlądam, ale lepiej późno niż wcale, po klasyki niestety trzeba sięgnąć, czysię tego chce czy nie. Jednakże z pewnym optymizmem podeszłam do tego filmu,starałam się maksymalnie skupić, aby nie stracić ani chwili z tego co miałam okazjęzobaczyć. Zaskoczyło mnie to jak bardzo film bez żadnej właściwie akcji może misię spodobać. W końcu podróże po ludzkim umyśle są nie mniej fascynujące. Filmwzruszający (ale nie wywołał u mnie łez), momentami wstrząsający, ale ogólniejest dość przyjemnym filmem z głębszym sensem.
    Film ten,jak to bywa z filmami psychologicznymi, jest pewnego rodzaju metaforą, którykażdy rozumuje według własnego widzimisię. Dla jednych nic to zupełnie nieoznacza oprócz wizyty w wariatkowie, dla innych jest to odniesienie docodziennego życia. Życia, w którym trudno jest nie zwariować, a granicapomiędzy normalnością a wariactwem jest bardzo cienka. Idealnym przykładem jestwłaśnie McMurphy, który jest normalnym człowiekiem, ale z czasem zaczęło się tozmieniać. Próbował on pokazać, że pomimo tego iż on i jego towarzysze znajdująsię w psychiatryku to nadal są normalnymi ludźmi, mającymi swoje potrzeby, czyto seksualne, czy choćby związane z oglądaniem rozgrywek. Podobało mi się tojak McMurphy zabrał wszystkich na ryby. Było to bardzo ciekawe i chociaż razoderwali się od swojej szalonej rzeczywistości. Zastanawiało mnie jednak,dlaczego Ci ludzie, większość z nich, siedzi w tym zakładzie z własnejnieprzymuszonej woli. Najwyraźniej stali się zbyt niewygodni dla otaczającegoich środowiska z tymi małymi swoimi dziwactwami. Każdy z nich w sumie mógł wkażdej chwili opuścić to miejsce- teoretycznie, bo przecież faktem jest, żesiedzieli tam zamknięci jak w więzieniu. W dodatku te wszelkie zasady, któretam obowiązywały były wręcz szokujące. A dla personelu, w szczególności dlasiostry Ratched, niewygodna zaczynała się robić postawa McMurphy`ego oraz to,że buntuje przeciwko załodze wszystkich przebywających tam wariatów. Zakończeniejest wobec tego niesamowicie wstrząsające jak dla mnie. Z początku trudno jestzrozumieć o co chodzi, ale dajcie sobie chwilę czasu do namysłu.
    Nicdziwnego, że film odniósł sukces i zyskał uznanie wśród krytyków. Podobnopowieść jest jeszcze lepsza, ale wątpię, żebym gdzieś ją u siebie dostała. Maon swój klimat, który pachnie szaleństwem, ale czy to ważne? Pierwszy raz widzęfilm o takiej tematyce, który nie odrzucił mnie od razu. Muzyka także dodatkowopomaga zagłębić się w temat. Nieżyjący już Jack Nitzsche wielokrotnieudowodnił, że jest dobrym kompozytorem.
    Byłamzaskoczona jak wielu znanych mi teraz aktorów potrafiłam znaleźć wśród tychszaleńców. Dla większości z nich był to debiut aktorski. W sumie dobrze, że takwysoko zaczęli, szkoda tylko, że niektórzy staczają się już tylko na dno. Głównązdrową rolę odgrywa Jack Nicholson, który po raz pierwszy od wielu lat bardzomi się spodobał. Niesamowicie był wtedy młody, ale to złowieszcze spojrzeniemiał już najwyraźniej wtedy. Bardzo przekonujący, zagrał tą rolę rewelacyjnie-bez żadnych problemów.  Spór toczył on zpiękną panią pielęgniarką Ratched, czyli Louise Fletcher. Podobał mi się bardzoton jej głosu oraz to jak umiała zachować zimną krew w ostrych sytuacjach. Wniej też było coś z psychozy, pomimo ciężkich obrażeń nadal uśmiechnięta i miładla innych, szokujące i przerażające jak dla mnie. Osobiście wcale się niedziwię, że to właśnie ona i Nicholson dostali Oscary za najlepsze rolepierwszoplanowe. Wśród bardziej znanych twarzy filmu zobaczyć tutaj możemypoczątki aktorstwa Christophera Lloyda znanego za rolę szalonego naukowca wfilmie „Powrót do przyszłości” oraz Danny`ego DeVito, czyli bliźniaczego brataArnolda Schwarzeneggera. Chociaż powiem szczerze, że DeVito nie poznałam wcale.Być może część fanów Władcy Pierścieni pozna wśród szaleńców Grimę „Gadzijęzyk”, czyli młodego Brada Dourifa w roli uroczego jąkały Billy`ego Bibbita.Wszyscy byli naprawdę rewelacyjni. Trudno jest zagrać takie szalone role, alenajwyraźniej im się udało osiągnąć cel.
    Cieszęsię, że udaje mi się nadrabiać zaległości filmowe, nawet te bardzo stare.Jeszcze bardziej cieszy mnie fakt, że w większości mam dość pozytywne zdanie naich temat chociaż ogólnie to szarpią mną sprzeczne emocje związane z zachwyteminnych i moją lekką dezaprobatą. Nie mniej jednak jest to film wartościowy,skłaniający do przemyśleń. Z pewnością nie każdemu przypadnie do gustu, boprzecież nie każdy musi kochać takie kino, ale jednak warto zwrócić na niegouwagę i poświęcić mu trochę ponad dwie godziny. Nie zapomnijcie tylko omaksymalnym skupieniu, gdyż nie jest to najłatwiejszy w odbiorze film.
Ocena: 9/10 

poniedziałek, 22 marca 2010

605. Weronika postanawia umrzeć, reż. Emily Young

Reżyseria: Emily Young
Scenariusz: Larry Gross, Roberta Hanley
Zdjęcia: Seamus Tierney
Muzyka: Murray Gold
Na podstawie: powieści Paulo Coelho
Kraj: USA
Gatunek: Dramat / Romans
Premiera światowa: 16 maja 2009
Premiera polska: 02 października 2009
Główne role:
             Sarah Michelle Gellar jako Veronica Deklava
             Jonathan Tucker jako Edward
             David Thewlis jako Doktor Blake
             Melissa Leo jako Mari
             Erika Christensen jako Claire
             Barbara Sukowa jako Pani Deklava
             Victor Steinbach jako Pan Deklava
Historia:
    Veronika Deklava jestodnoszącą sukcesy zawodowe piękną kobietą, która od pewnego czasu cierpi nadepresję nie mogąc znaleźć sobie miejsca w swoim życiu. W końcu podejmujedecyzję i próbuje zakończyć swoje cierpienia łykając najrozmaitsze tabletkipopijając je alkoholem. Kiedy po dwóch tygodniach wybudza się ze śpiączki kuswojemu przerażeniu odkrywa, że nadal żyje, a w dodatku znajduje się wprywatnym zakładzie psychiatrycznym doktora Blake`a. To właśnie ten ze swojąasystentką oznajmia jej, że w wyniku próby samobójczej wytworzył się w jejsercu tętniak, który w każdej chwili może ją zabić. Dziewczyna w ogóle się tymnie przejmuje, ale wciąż obmyśla jak odebrać sobie życie. Pomiędzy planowaniemswojej śmierci zaprzyjaźnia się z jednym z podopiecznych Blake`a o imieniuEdward. Ich przyjaźń wychodzi obojgu na dobre i w końcu Veronika odnajduje sensżycia.
Moja opinia o filmie:
    „Veronika postanawia umrzeć”to ekranizacja jednej z najpopularniejszych powieści Paolo Coelho uznawanego zajednego z najlepszych współczesnych pisarzy. Niestety książki nie czytałam,dlatego też nie mogę powiedzieć czy duet scenarzystów – Larry Gross („PokolenieP”) i Roberta Hanley, dobrze odwzorowała treść powieści, ale pewne jest, że maon w sobie coś, co sprawiło, że film Emily Young mnie zaczarował.
    Czasami żałuję, że nie znamżadnej powieści Paolo Coelho. Wielu moich znajomych ceni sobie jego twórczość,ja jednak wciąż obawiam się, że jego powieści do mnie nie trafią, nie zrozumiemich lub wydadzą mi się okropnie nudne i będę męczyć je całymi miesiącami. Możliwejednak, że po obejrzeniu tego filmu coś we mnie pęknie – w końcu, i postanowięto zmienić (oczywiście zakładając, że przerobię całego Stephena Kinga). Nawetteraz trudno jest mi powiedzieć coś na temat filmu. Z pewnością ma w sobie cośz tych psychologicznych produkcji, do których głębi nie potrafię dotrzeć. Zpewnością zaskoczyło mnie zakończenie tej historii, bo prawdę mówiącspodziewałam się czegoś innego – nie twierdzę, że to mi się nie spodobało.Ponadto ta muzyka, ten montaż i zdjęcia... sprawiają, że film z pewnością jestwyjątkowy.
    W dzisiejszych czasach cochwilę słyszy się o jakimś nastolatku, który próbuje sobie odebrać życie.Większości z nich się to udaje, ale co jest z tymi którzy pomimo wszystko żyjądalej? Czy proste jest pokazanie im sensu życia, udowodnienie, że naprawdę jestpo co żyć? A co gdybyście byli na miejscu niedoszłego samobójcy idowiedzielibyście się, że naprawdę umieracie? Uważacie, że zmieniłoby się Waszespojrzenie na świat? Takie właśnie pytania stawia przed nami historia Veroniki.Dziewczyna ma w zasadzie wszystko czego pragnąłby człowiek, wszystko opróczmiłości. To przyprawia ją o depresję, czemu dziwić się nie można. Próbujeodebrać sobie życie. Nie udaje jej się to i trafia do zakładu psychiatrycznego.Po tym jak poznaje prawdę o swoim zdrowiu dalej chce się zabić, aby odejść zeświata na własnych warunkach. Nie wiadomo do końca co jest przyczyną jejzachowania. Czy to niespełnione marzenia z dzieciństwa, czy po prostu braksatysfakcji z tego co robi na co dzień. Nie wiadomo czy to chęć mieć kogoś dokochania, a kogo nie ma. Nic właściwie nie wiadomo i jeżeli myślicie, żedostaniecie odpowiedź to się mylicie. Na szczęście nie zareagowałam na ten filmtak jak się obawiałam. Na szczęście nie ryczałam jak bóbr, nie mogąc zobaczyćkońca filmu. Nie dlatego, że mnie ten film nie wzruszał, ale dlatego, że miałtakie pozytywne działanie. W końcu chyba o to w tym wszystkim chodziło, żebynastrajał pozytywnie i dawał nadzieję, że nawet w najgorszych chwilach niemożemy myśleć o sięganiu po tabletki, skakanie z mostu, z bloku, itp.
    Zaletą tego filmu jest przedewszystkim oprawa audio-wizualna. Po raz pierwszy spotykam się z twórczościąSeamusa Tierneya, który odpowiadał za zdjęcia do tego filmu, i muszę szczerzepowiedzieć, że momentami były niezwykle urokliwe. Uchwycił to o co chodziło wtej historii. Dodatkowo zostały one świetnie zmontowane przez Una NiDhonghaile, momentami sprawiając, że film wydawał się wyjątkowy. Wszystkiegodopełniała idealnie dobrana muzyka kompozycji Murray`a Golda, który tworzyłtakże do filmu „Zgon na pogrzebie”. Każdy szczegółowo dopracowany utwór nadawałkażdej pojedynczej sytuacji głębi, ale też i inny wyraz.
    Wizerunek niezwyciężonejpogromczyni wampirów będzie chodził za Sarah Michelle Gellar chyba do końca jejkariery aktorskiej. Bez względu na to czy gra w głupich komediach typu „ScoobyDoo”, straszliwych horrorach jak „Koszmar minionego lata”, czy w poważnychprodukcjach na miarę „Weronika postanawia umrzeć” wszędzie widzę tą urocząbuzię, którą po raz pierwszy zobaczyłam w przełomowym serialu „Buffy – postrachwampirów”. Jednakże widać po jej twarzy, że minęło sporo czasu od tamtych lat,gdyż buzia znacznie jej się wysmukliła i spoważniała. Aktorsko także jest corazlepiej co udowodniła grając Weronikę. Osobiście bardzo mnie poruszyła. Naekranie towarzyszył jej między innymi David Thewlis, którego większość możekojarzyć z roli Remusa Lupina w „Harrym Potterze i więzień Azkabanu”, w każdymbądź razie ta młodsza część publiczności będzie go stąd kojarzyć. Jegoaktorstwo jest dla mnie niezwykłą zagadką, ponieważ nigdy nie podobało mi sięto jak grał. Zawsze był dla mnie nijaki, taki bezbarwny. Nawet w tym filmie niepotrafił przekazać żadnych uczuć. Inną znaną osobowością jest Jonathan Tucker. Zkażdym kolejnym filmem, patrząc na niego, mówię sobie, że skądś znam tą twarz,wiem, że go znam, ale za nic w świecie nie potrafię przypomnieć sobie chociażbyjednego filmu. Niestety, prawdopodobnie w przyszłości jak go gdzieś zobaczęznowu zapomnę, że grał on w „Weronika postanawia umrzeć”. W innych rolachzobaczyć możemy Erikę Christensen, Melissę Leo oraz Ericę Gimpel.
    Ogólnie rzecz ujmując „Weronikapostanawia umrzeć” nie trafi do każdego. Inni stwierdzą, że jest to naciąganahistoria, która niczym nie jest w stanie ich ująć, a wręcz przeciwnie zanudziich do granic możliwości. Dla drugich, z kolei, będzie to historia na tylewzruszająca i pouczająca, że być może ponownie sięgną po tę produkcję, a może inawet po twórczość brazylijskiego pisarza. Bez względu na to, po której stroniebędziecie się znajdować pamiętajcie, że odbieranie sobie życia nie jestrozwiązaniem problemu, a jedynie początkiem nowych, które co prawda nie będąjuż dotyczyć was samych, ale waszych najbliższych.
Galeria:
 
 
 
 
 
 
OCENA: 7/10            Dobry