NOWOŚCI
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą historyczne. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą historyczne. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 8 kwietnia 2013

Książka #248. Dotyk złodziejki, aut. Mia Marlowe

Tytuł oryginalny: Touch of a Thief
Gatunek: romans, erotyk
Rok wydania: 2011 (Świat), 2013 (Polska)
Tłumaczenie: Krystyna Kowalska
ISBN 978-83-10-12199-8
Ilość stron: 320    Format: 135x204 mm

Kup książkę: Nasza Księgarnia

    Najgorętszy tytuł tego sezonu. Po trylogii obfitującej w najbardziej zmysłowe sceny rozbudzające wyobraźnię kobiet czytających, przyszedł czas na okrycie seksownej tajemnicy dawnych czasów. Debiut Mii Marlowe o tytule „Dotyk złodziejki” jest pierwszym tomem sagi pełnej miłości, namiętności i erotyzmu. Marlowe rozbudziła już czytelniczki za oceanem, a teraz jej bohaterowie  ruszają na podbój polskich serc.

     Złodziej z Mayfair jest jednym z najbardziej poszukiwanych przestępców na całym świecie. Jednakże porucznik Quinn nic nie robi sobie z szalejącego w jego ojczystym kraju złoczyńcy. Do momentu, kiedy z jego ukochanych Indii znika potężny brylant Krew Tygrysa, a jego przyjaciel, książę Sandźaj zostaje pozbawiony tronu. Wówczas Quinn postanawia skorzystać z usług złodzieja z Mayfair, który ku jego ogromnemu zaskoczeniu okazuje się być kobietą. Porucznik nie wie, że Viola ma rzadko spotykany dar, pomagający jej w zawodzie- słyszy klejnoty. Mężczyzna proponuje złodziejce układ, nie zdając sobie sprawy, że wkrótce połączy ich coś o wiele bardziej pasjonującego niż wspólne interesy.
     Debiutancka powieść Mii Marlowe jest niczym powiew gorącego powietrza. Wdziera się przebiegle w nasze zmysły i dotyka najczulszych punktów. Jest to genialne połączenie romansu utrzymanego w historycznym klimacie pełnym przygód. O dziwo, wszystkie te elementy zostają znakomicie wyważone, a tym samym nie ma tu miejsca ani na nudę, ani na samoistne zapalenie. Oczywiście, można by to uznawać jako wadę, bowiem chodzi tu nie tylko o umiejętność rozgrzania naszych serc do czerwoności, ale przede wszystkim zainteresowanie czytelniczki fabułą. Nie jest może ona jakoś szczególnie elokwentna, brak jej jakiś zaskakujących zwrotów akcji, nie trzyma w napięciu, ale zdecydowanie intryguje. Autorce udaje się nawiązać do kilku faktów historycznych, które sprawnie wkręca w swoją powieść. Przede wszystkim wykorzystuję teorię psychometrii, gdyż według niej na świecie istnieją ludzie obdarzeni podobnymi talentami, a czytanie, słuchanie kamieni jest jedną z jej odmian. Pisarka nawiązuje do znanej na całej świecie „Kamasutry”, będącej inspiracją dla sceny otwierającej powieść. Mia Marlowe tworząc opowieść wokół hinduskich wierzeń i klimatu nie zapomina przypomnieć czytelnikowi o tendencji do migracji indyjskich książąt do krajów europejskich w tym Anglii, jak i buncie sipajów, który został tutaj użyty jedynie dla podbudowania nastrojów w Indiach po zniknięciu Krwi Tygrysa. Niestety, nie istnieje czerwony brylant taki, jak ten, a jedynie mniejsze i mało znaczące, choć i tak bardzo rzadkie klejnoty.
    Bohaterowie, choć szarżujący w czasach, gdzie zagrożeniem dla reputacji kobiety było samotne podróżowanie po kraju, bądź sam na sam z obcym mężczyzną, wydają się być całkowicie wyzwoleni. Z początku zamknięci w sobie nie dają czytelnikowi wejść poza granice powierzchowności, lecz z biegiem stron coraz bardziej zaczynamy darzyć ich sympatią i kibicować ich namiętnemu uczuciu. Viola prezentująca elegancję, gorący temperament i niełatwy charakterek, a jednak o gołębim sercu, które boi się ponownego zranienia. Quinn będący ucieleśnieniem ideału z powodu swojej urody, a także umiejętności nabytych u indyjskiej kurtyzany, ale i materiałem do ciężkiej pracy. Każdy z nich noszący ogromny ciężar na barkach, który trochę maleje, gdy odnajdują siebie.
    Powieść jest zdecydowanie bardzo łatwą w odbiorze lekturą. Nawet dla ludzi nieprzepadających za historycznymi wywodami przebrnięcie przez nią nie będzie budziło większych problemów. Nic dziwnego, kiedy autorka w taki sposób bawi się emocjami kobiet. Bardzo dobre rozumie nasze potrzeby, a także to co nas rozbudza, w końcu jest jedną z nas. Choć ubiera swoich bohaterów w zastraszającą ilość warstw materiałów, to pisze o tym w taki sposób, że wydaje się jakoby zdjęcie tej krynoliny, pantalonów i tony falbanek było nie tylko najbardziej podniecającą, ale również i najprostszą sprawą pod słońcem. Nie mniej to właśnie wyczekiwanie na kolejne pełne namiętności sceny sprawiają, że krew pulsuje nam w żyłach, a całość staje się jeszcze bardziej przyswajalna i zjadliwa.
    „Dotyk złodziejki” to dopiero pierwszy tom pasjonującej i pełnej erotyzmu sagi, która uwodzi każdą czytelniczkę już od pierwszej strony. Powieść bawiąca się naszym umysłem i naszym sercem, bez skrupułów rozpalająca je do czerwoności. Po lekturze mamy ochotę wołać o więcej, nawet wtedy, gdy romans kończy się takim a nie innym finałem. Nie zaskakuje, bo ten typ historii zawsze musi kończyć się podobnie, ale odrobina chaosu, zagadek do rozwiązania i misji do wykonania, powoduje, że nie jest on kolejną banalną opowiastką. Czyta się miło, aż człowiek gorączki dostaje. Zdecydowanie jest to idealna propozycja na wciąż chłodne wieczory.
Ocena: 5/6

Recenzja dla Wydawnictwa Nasza Księgarnia!

piątek, 26 listopada 2010

192. Lot 93, reż. Paul Greengrass

 Oryginalny tytuł: United 93
Reżyseria: Paul Greengrass
Scenariusz: Paul Greengrass
Zdjęcia: Barry Ackroyd
Muzyka: John Powell
Kraj: USA, Wielka Brytania, Francja
Gatunek: Dramat, Historyczny
Premiera światowa: 28 kwietnia 2006
Premiera polska: 01 września 2006
Obsada: Corey Johnson, Christian Clemenson, April Telek, Trish Gates, David Alan Basche. Polly Adams, Cheyenne Jackson

    11 września 2001 roku zostały porwane 4 samoloty. Dwa z nich uderzyły w bliźniacze wieże World Trade Center, znajdujących się w dzielnicy Manhattan w Nowym Jorku. Kolejny uderzył w Pentagon. Czwartym samolotem jest samolot linii United 93, który również został uprowadzony, ale dzięki odwadze pasażerów nigdy nie dotarł do celu, którym prawdopodobnie miał być Biały Dom.
    Film powstał na podstawie wydarzeń z 11 września 2001 roku, kiedy cały świat wstrzymał oddech widząc dym unoszący się z World Trade Center. Pamiętam, że do mojej mamy zadzwonił wtedy wujek i kazał jej włączyć TV. Tak jak każdy myślałam, że to był jakiś film. Gdy jednak zorientowałam się, że to dzieje się naprawdę nie mogłam oderwać wzroku od telewizora. Wciąż zastanawiało mnie ilu ludzi jeszcze znajdą żywych i ile w ogóle zginęło. To były straszne wydarzenia i wtedy gdy tylko o tym myślałam to zbierało mi się na płacz.
    Pewnie dlatego właśnie spodziewałam się czegoś lepszego po tym filmie. Myślałam, że ukarzą cały dramatyzm tej sytuacji, rozpacz, przerażenie, no nie wiem jakiekolwiek uczucia. To co zobaczyłam w tym filmie po prostu mnie przerosło. W końcu film ma tytuł Lot 93 więc musi dotyczyć bezpośrednio tego co się działo na tym samolocie, a tutaj tylko migawki i dopiero pod koniec dopiero coś tam się działo. Półtorej godziny filmu to jest totalny chaos. W ogóle nic z tego nie rozumiałam. Było to takie przeskakiwanie z jednej wieży lotów do innej. Totalny chaos, nie wiedziałam co, gdzie i jak. Poza tym tutaj obserwują jakiś samolot, za chwile obserwują inny, potem tamten pierwszy im znika, potem znowu się pojawia. Rozumiem, że tak było naprawdę, ale można było to przedstawić w bardziej uporządkowany sposób, a nie, żeby widz taki jak ja, czyli taki nie znający się na lotnictwie zastanawiał się pół filmu o co chodzi. Dopiero ostatnie 30 minut było dla mnie sensowne i taki powinien być cały film, a nie tylko urywek. Ja rozumiem, że oni to robią tylko na podstawie zapisów i rozmów telefonicznych, ale na pewno było tego więcej, a nie tylko jakieś strzępy. Zresztą wiele można było się domyśleć i tak już potem oczywiście było, gdy większa część pasażerów zainterweniowała. Film mnie osobiście w ogóle nie wzruszył, nie wczułam się i to pewnie dlatego. Oglądałam dokument o locie 93 i powiem wam, że tam naprawdę płakałam, bo to było naprawdę poruszające, te relacje rodzin i wogóle, tutaj też mogli przecież coś takiego zrobić, tzn. chodzi mi o to, że jak dzwonili do swoich rodzin to mogli też z tym jakieś tło wytworzyć, bo jak dla mnie to tutaj nic nie było poruszającego, smutne, bo wydarzenia tamtych dni są przygnębiające, ale nie poruszające tak bardzo jak powinny być. Jeżeli ktoś chce zobaczyć lepszy film od tego, a też dotyczący Lotu 93 i wydarzeń z 11 września to niech obejrzy sobie owy dokument, którego tytułu już nie pamiętam... hmm.. jak znajdę to najwyżej was poinformuję.
Możecie mnie potępiać za to co napisałam, ale takie jest moje zdanie. Ja jestem osobą bardzo wrażliwą więc powinnam ryczeć na tym filmie jak dziecko, ale niestety nic takiego miejsca nie miało. Film to tylko i wyłącznie suche fakty bez żadnych emocji.
    Tylko proszę niech mi nikt tutaj nie pisze, że nie mam szacunku do tamtej tragedii i do ofiar, bo o to chodzi, że mam i to nawet duży szacunek, ale uważam, że można było zrobić lepszy film.
    Mocną stroną tego filmu są napisy na końcu, tzn. te wyjaśnienia. Szokujące i najbardziej wzruszające ku pamięci ofiar ataku z 11 września 2001 roku.
    Tragedia wstrząsnęła całym światem, ale film nie wstrząsnął mną.
    Co do aktorów to nie spotkamy tutaj żadnej gwiazdy filmowej, jedyną znaną mi twarzą była postać jednego z pasażerów, gdyż aktor go grający występował w Mumii. Nie była to też zbyt znacząca rola, ale utrzymał się on najdłużej przy życiu z Amerykanów, którzy zbezcześcili sarkofag Imhotepa. Mówię o Coreyu Johnsonie.
    Podsumowując film w ogóle mi się nie podobał, był strasznie chaotyczny i w ogóle nie poruszający, ale ze względu na wydarzenia tamtych dni wypadałoby, żeby każdy go obejrzał.

wtorek, 21 września 2010

689. Księżniczka i cesarz, reż. Ashutosh Gowariker

Oryginalny tytuł: Jodhaa Akbar 
Reżyseria: Ashutosh Gowariker 
Scenariusz: Ashutosh Gowariker, Haider Ali
Zdjęcia: Kiran Deohans 
Muzyka: A. R. Rahman 
Kraj: Indie  
Gatunek: Historyczny / Melodramat / Akcja
Premiera światowa: 15 lutego 2008 
Premiera polska: brak danych 
Obsada: Hrithik Roshan, Aishwarya Rai, Sonu Sood, Suhasini Mulay, Kulbhushan Kharbanda


    Cały świat poznał twórczość Ashutosha Gowarikera po jego filmie „Lagaan” z 2001 roku, który zyskał wiele nagród oraz nominacji w tym do Oscara za najlepszy film nieanglojęzyczny. W 7 lat po tym sukcesie postanowił nakręcić kolejny film o historii Indii, w którym to przedstawia jedną z wersji historii miłosnej hinduskiej księżniczki Jodhy oraz muzułmańskiego cesarza Akbara w filmie „Księżniczka i cesarz” („Jodhaa Akbar”). Tym samym zyskał uznanie wśród krytyków i zdobył nagrodę Międzynarodowej Indyjskiej Akademii Filmowej dla najlepszego reżysera oraz dla najlepszego filmu. 
    W XVI wieku krajem indyjskim rządził młody muzułmański cesarz Dżalal ad-Din Muhammad. Jego armia stoczyła wiele walk wewnątrz kraju, aby podporządkować sobie władców poszczególnych jego części. Ci, którzy nie chcieli ulec dobrowolnie musieli stanąć do walki. Pewnego dnia do cesarza przybywa hinduski król Radżastanu z ofertą zaręczyn. Po długim namyśle cesarz przystaje na propozycję. Jednakże córka króla -  Jodhaa, nie podziela tego optymizmu obawiając się, że będzie musiała przejść na islam. Dlatego też przed ślubem stawia cesarzowi warunki, dzięki którym będzie mogła podtrzymywać tradycję oraz swoją wiarę. Cesarz Dżalal przystaje na warunki i w końcu dochodzi do małżeństwa, które jednoczy islam oraz hinduizm. Z początku młodzi są dla siebie obcy, ale po pewnym czasie zaczynają lepiej się poznawać i szanować siebie nawzajem. Dzięki miłości do Jodhy, cesarz zaczyna bardziej interesować się dobrem obywateli przez co zostaje okrzyknięty „Wielkim” (Akbar). Wtedy dochodzi do wojny, w której najeźdźcą jest mąż siostry cesarza chcący dojść do władzy w Delhi oraz brata księżniczki chcący odzyskać tron swojego rodzinnego Radżastanu. 
    „Księżniczka i cesarz” to nie jest typowe bollywoodzkie kino. Nie ma tutaj ckliwych historii i jeszcze bardziej ckliwych dialogów. Nie usłyszymy tutaj piosenek i nie zobaczymy choreografii charakterystycznych dla tego typu filmów. Wszystko powiem kręci się wokółhistorii Indii, dla której podstawą jest miłość cesarza Akbara do księżniczki Jodhy. Nie jest to opowieść łatwa, chociaż jest to bardziej moje subiektywneodczucie, ponieważ nie przepadam za elementami historycznymi. Nie przepadam także za takimi filmami, gdzie podstawą są bezmyślne sceny walk armii. Oczywiście zdarzają się wyjątki, takie jak „300”, gdzie z przyjemnością patrzę na sceny batalistyczne. Takich dużo było w tej produkcji, ale nie były one zbytnio zachęcające. Myślę jednak, że moja początkowa niechęć do filmu wynikała bardziej z aspektów politycznych. Wszystko kręci się bowiem wokół władzy nad Indiami. Ten wątek przewijał się w zasadzie przez cały film, bowiem najpierw była to władza jakiej domagał się Sujamal, potem tą po którą chciał sięgnąć Raja. W międzyczasie ujawniła się także władza jaką miała Starsza Matka nad cesarzem. Moja uwaga bardziej skupiła się wątkach romantycznych, czyli zalotach cesarza do księżniczki. Przyznam, że niektóre ze scen wywoływały niekontrolowany chichot. Niektóre z nich wywoływały u mnie nieposkromioną zazdrość o delikatność tego uczucia. Wiadomo jednak, że jak każde uczucie także i to miało swoje wzloty i upadki. Jednakowoż po wielu przeszkodach miłość odnalazła swoją stałą i nie liczyło się już nic więcej oprócz niej samej. Filmo bfitował także w walki wręcz. Cesarz bardzo sprawnie operował swoim mieczem, co widać było nie tylko podczas treningów, ale także w walkach z przeciwnikami. Ponadto pokazano także inną jego cechę, a mianowicie poskramianie słoni, których w całym filmie pojawiło się około 90.  Ze słoniami tego filmu wiąże się także bardziej obrzydliwa część filmu, kiedy to odgrywały sporą rolę jako niszczyciele – przede wszystkim ludzkich istnień podczas wojny. Pomimo wszystko film fascynuje. Szokujące jest to, że trwa trzy i pół godziny, ponieważ w ogóle się tego nie odczuwa. Historia, pomimo tego, że jest trudna, całkowicie pochłania widza.
    Za zdjęcia do filmu odpowiadał Kiran Deohans, który stworzył wspaniałą atmosferę dla filmu. Jego praca idealnie oddawała urok i klimat wszystkich miejsc, w których kręcone były zdjęcia. Drugimi stotnym elementem była oczywiście muzyka A.R. Rahmana, na którego koncie jest już wiele prestiżowych nagród. Został wyróżniony przede wszystkim za muzykę do filmu „Slumdog. Milioner z ulicy”, za którego otrzymał Oscara a także Złotego Globa i Baftę. Z kolei za reżyserię muzyczną dla filmu „Księżniczka i cesarz” otrzymał nagrodę IIFA. To tylko świadczy o tym jak wiele wniósł do filmu i żejego kompozycje z pewnością zasługują na uwagę. To właśnie w tej muzyce dało się odczuć prawdziwe Indie. Były to typowe hinduskie piosenki, które może i nie wpadały w ucho tak jak utwory typowych filmów Bollywoodu, ale niósł się wraz znimi wspaniały nastrój i wiedziało się, że traktują o czymś poważniejszym niż tylko uczucie miłości.
    Dla Hrithika Roshana oraz Aishwaryi Rai byłto drugi film, w którym wystąpili grając parę. Pierwszy raz spotkali się naplanie filmu „Dhoom 2”, gdzie zagrali zakochanych w sobie złodziejaszków. Hrithik przez większą część filmu obnosił się ze swoimi mięśniami, a prawdziwą gratką dla fanek jego muskułów jest scena treningu z mieczem, którą obserwuje Jodhaa. Aktorsko wypadł bardzo dobrze, więc nie mam mu nic do zarzucenia. Z kolei Aishwarya na potrzeby filmu nosiła brązowe soczewki kontaktowe, co zmieniło zupełnie wyraz jej twarzy. Oczywiście był to też pewnie efekt większej ilości spożywanego jedzenia, które musiała ograniczyć, aby schudnąć do roli wfilmie „Dhoom 2”. Teraz wyglądała zdrowiej, a aktorsko także wypadła korzystniej. Można by powiedzieć, że aktorstwo obsady nie było aż tak zniewalające jak można byłoby się spodziewać, ale wydaje mi się, że i tak bardzo dobrze się spisali. Sprostali zadaniu i z pewnością przekonali wszystkich do tego, że są granymi przez siebie postaciami.
    Mówi się, że nie należy oceniać książki po okładce. Ja dodaję też do tego, aby nie zrażać się do filmu tylko dlatego, że sklasyfikowany jest on jako historyczny, kostiumowy czy też biograficzny. Jak się okazuje takie filmy zaskakują i zachwycają widza z zupełnie innej strony. Tutaj bowiem całą uwagę poświęca się szczegółom, które mają za zadanie zbliżyć widza do dawnych czasów, czy też przekonać do konkretnej historycznej postaci. Jak się okazuje nawet reżyserzy Bollywoodu dobrze radzą sobie w tym zakresie. Najlepsze jest jednak to, że potrafią rozgraniczyć pewne aspekty i na czas powagi i zadumy potrafią odstąpić od infantylnych historyjek i dialogów. „Księżniczka i cesarz” jest właśnie tego rodzaju filmem, nie tylko pociąga fabułą, ale także rewelacyjną oprawą, i to właśnie dzięki temu ma szansę nadłużej utrwalić w myślach widzów prawdziwą historię pięknej miłości muzułmańskiego cesarza do hinduskiej księżniczki.