NOWOŚCI
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą akcja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą akcja. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 8 stycznia 2019

1255. Ant-Man i Osa, reż. Peyton Reed

     „Avengers: Wojna bez granic” wprowadziło spore zamieszanie w kinowe uniwersum Marvela. Wszyscy zastanawiają się, co będzie z dalszymi losami ich ulubionych superbohaterów. W końcu wiele dotychczasowych filmów obiecywało powroty postaci. I tak oto mamy powrót jednego z nich, powrót, który tak naprawdę umiejscowiony jest w czasie równoległym do rozgrywającej się wojny z Thanosem. Człowiek Mrówka powrócił w iście uskrzydlonym towarzystwie- i nie mówię to o Antonim, a o Osie!
Źródło: Galapagos Films

     Po starciu Tony'ego Starka ze Steve'em Rogersem, która zapoczątkowała rozłam w grupie Avengers, Scott Lang (Paul Rudd) odsiaduje areszt domowy. Hank Prym i Hope van Dyne (Michael Douglas i Evangeline Lily) są rozzłoszczeni na swojego starego kumpla za ujawnienie ich technologii całemu światu, jednakże sytuacja zmusza ich do ponownego kontaktu. Okazuje się, że Lang może być ich jedyną nadzieją na uratowanie Janet- kochającej żony i matki. Jednakże już na samym początku ich misji na ich drodze staje tajemniczy Duch, który ma wobec nich całkowicie odmienne plany.

     Gdy oglądamy takie starcia, jak w filmie „Avengers: Wojna bez granic” i rozmyślamy nad tym dlaczego jedni superbohaterowie mają przerąbane walcząc z Thanosem i jego zakonem koszmarnych i mrocznych bachorów, a drudzy mają całą aferę totalnie w nosie, bo w ogóle w niej nie uczestniczą, dostajemy jakieś dziwaczne wykręty, „A, bo on ma areszt domowy!”. Jak wyraźnie pokazuje „Ant-man i Osa”, twórcy MCU nie potrafią się trzymać konkretnej linii. Skoro ma areszt domowy, to ma areszt domowy, a nie biega sobie po San Francisco pomagając swoim starym kumplom. A jeżeli już wynajduje się sposób na bieganie sobie po San Francisco pomagając kumplom, to równie dobrze mogę skorzystać z technologii i ratować połowę ludzkości przed pstryknięciem Thanosa. Cóż, najwyraźniej była to jakaś supertajna wojna, bo przecież ani Thanos, ani Stark, ani T'Challa nie wrzucił na Fejsbuczka relacji na żywo z toczącej się wojny. Ostatecznie, po całej aferze już tylko mrówki mogły poszaleć na perkusji. 
Źródło: Galapagos Films

     W czasie kiedy reszta bohaterów ratowała wszechświat Ant-Man znakomicie się bawił, przynajmniej przez ostatnie kilka dni, kiedy to zrobił z domu potężny tor przeszkód do zabaw z córką, no i notorycznie zwiększając, i zmniejszając siebie oraz wszystko, co wokół niego. Tu kopniak w piszczel, tam plaskacz w twarz, innymi słowy rozrywek mu nie brakowało. W szczególności, gdy przez swoją nieuwagę doprowadził do wyślizgnięcia się nogi poza dopuszczalną granicę i po raz kolejny funkcjonariusze robili mu wjazd na chatę. Nic fascynującego, niestety. Nie oznacza to jednak, że cały film jest poniżej przeciętnej przewidywalności. Udaje się rozbudować pewną zaskakującą- na swój sposób, bo w innej kategorii jest coś całkowicie oczywistego i oczekiwanego do nadejścia- zważywszy na zapowiedzi i otwarcie filmu.

      Sporym atutem, ale też i już znakiem rozpoznawczym tego tytułu jest jego subatomowy charakter. Nie tylko ze względu na kreatywność twórców odnośnie jego wykorzystania, ale przede wszystkim sposób prezentacji. Przecież pomniejszając się do maksymalnej minimalności można dostrzec najprawdziwsze cuda. Być mniejszym niż roztocze na kanapie? Fascynujące! A jak to wszystko pięknie wygląda, tak kolorowo... Jest się czym zachwycić. Natomiast samo wykorzystywanie technologii na zwiększanie i zmniejszanie przedmiotów? Hmm... jest kilka rzeczy, które sprawiają frajdę- jazda na hulajnodze, duża podawajka dropsów, no i oczywiście koło z resorakami. Super. Obawiam się jednak, że jest to jedyna prawdziwa zaleta filmu, ponieważ z tego aspektu wychodzi praktycznie wszystko. Daje to całą masę powodów do żartów, więc nie brakuje tutaj humoru, ale też dostarcza rozrywki wizualnej. 
Źródło: Galapagos Films

     Fabuła filmu nie porusza zbyt wielkiej problematyki moralnej, życiowej, itd. Krąży jednak wokół tematu rodzicielstwa, bo kto jak kto, ale Scott Lang jest genialnym ojcem i za to ma ogromnego plusa. Uwielbiam jego relację z małą Cassie, tworzą cudowny duet. Może to kwestia samego Paula Rudda i uroczej Abby. Ciepło się robi na sercu, gdy się na nich patrzy. Innym ciekawym duetem jest oczywiście Scott-Hope. Tych dwoje się uwielbia, choć wiadomo trzeba się czasem pozłościć, żeby nudno nie było. Jest między nimi zdrowa chemia, która dobrze odbija się na całej produkcji. Natomiast, czy problem Ducha jest czymś, co angażuje nas emocjonalnie? Wątpliwe. Myślę jednak, że jest to problem samej aktorki, która ewidentnie nie jest w stanie przekonać nas do swojej kreacji. Hannah John-Kamen jest bardziej przekonująca i tajemnicza z maską na twarzy, niż bez niej. Wyczuwam tutaj nowy syndrom Kylo Rena. Bardziej fascynuje misja Hope i jej ojca, to najbardziej absorbujący ze wszystkich wątków i najchętniej resztę wyrzucilibyśmy za okno, bo są całkowicie bezużyteczne. Łatwo tutaj dostrzec emocje bohaterów, łatwo jest się nimi zainfekować. W dodatku Lily i Douglas świetnie wypadają w tej relacji, jak prawdziwa córka z ojcem, aż miło popatrzeć. 
Źródło: Galapagos Films

     Człowiek Mrówka i Osa to kino całkowicie rozrywkowe. Do tego stopnia, że totalnie nic nie wnoszące do fabuły, przynajmniej na razie. Jest typowym zapychaczem czasu w oczekiwaniu na „Avengers: Endgame”, którego premiera zbliża się wielkimi krokami i coś mi się wydaje, że ciężko będzie się dostać na seans w pierwszym terminie, bo chyba cała druga połowa wszechświata chce wiedzieć co się stało z tą pierwszą. Kiedy większość superbohaterów walczyło Ant-Man przebimbał całą akcję walcząc z małymi, nic nieznaczącymi kryminalistami, i pomagał rozwiązywać rodzinne dramaty. Problemy tak samo malutkie, jak jego postura. Szkoda, że całość wypada tak mizernie i mało porywająco, bo można było dać więcej, żeby bardziej podjudzić oczekiwanie widza na finał.

Ocena: 6/10
Recenzja filmu DVD „Ant-Man i Osa” - dystrybucja Galapagos Films

Oryginalny tytuł: Ant-Man and the Wasp / Reżyseria: Peyton Reed / Scenariusz: Andrew Barrer, Gabriel Ferrari, Chris McKenna, Erik Sommers, Paul Rudd / Zdjęcia: Dante Spinotti / Muzyka: Christophe Beck / Obsada: Paul Rudd, Evangeline Lily, Michael Douglas, Michelle Pfeiffer, Laurence Fishburne, Hannah John-Kamen, Michael Pena, Walton Goggins / Kraj: USA, Wielka Brytania / Gatunek: Akcja, Sci-Fi

Premiera kinowa: 04 lipca 2018 (Świat) 03 sierpnia 2018 (Polska)
Premiera DVD: 05 grudnia 2018

czwartek, 5 lipca 2018

1251. Czarna Pantera, reż. Ryan Coogler

     Ponowne seanse niektórych filmów potrafią całkowicie odmienić nasze wrażenia. Cudownie jeżeli kolejne spotkanie z bohaterami pomoże nam odkryć nowe płaszczyzny wspaniałości i wielkie zalety. Gorzej kiedy następna randka z tytułem zmusza nas do myślenia „co my takiego w nim widzieliśmy?”. Najnowszy film Marvela, który mamy okazję odnaleźć na sklepowych półkach, plasuje się gdzieś pomiędzy tymi dwoma skrajnymi, bo choć „Czarna Pantera” ma całą masę zalet i jest naprawdę wyjątkową postacią, to jednak... coś tutaj nie gra. 
Źródło: Galapagos Films

    Mieszkańcy Wakandy, tajemnej afrykańskiej krainy, od pokoleń strzegli swojego dziedzictwa. Robili wszystko, aby sekrety ich domu pozostały nieznane reszcie świata. Kiedy w straszliwych okolicznościach ginie król- T'Chaka (John Kani), to jego syn T'Challa (Chadwick Boseman) ma zasiąść na tronie i stać się nową Czarną Panterą. Jednakże, gdy na horyzoncie pokazuje się inny prawowity dziedzic, porzucony przed laty na łaskę i niełaskę ludzi, losy Wakandy mogą się diametralnie zmienić. T'Challa musi staną do rytualnej walki z nowo przybyłym kuzynem Erikiem (Michael B. Jordan), a gdy wynik jest odmienny od oczekiwanego będzie musiał połączyć ze sobą różne plemiona, spajając tradycję i nowoczesną technologię napędzaną wibranium, aby zawalczyć o wolność swojego domu.

      Najbardziej boli chyba jak film Waszego ulubionego uniwersum nie do końca Wam przypasuje. A najgorzej, jak ciężko rozwikłać w czym tkwi problem danej produkcji. Zasadniczo „Czarna Pantera” był filmem, na który czekałam od czasu „KA: Wojna bohaterów”. Od kiedy poznałam tę postać zostałam nią zauroczona. No i masz! Indywidualny film, tak niedługo po premierze. I co? Jedno wielkie „meeeeh”. To smutne, gdy wrażenia po seansie takiego filmu porównuje się do tych z przygody z Kapitanem Ameryką, do którego uprzedziłam się na całe życie. Chyba. Ciężko powiedzieć, że Pantera jest filmem marnym, ale... coś tutaj nie zagrało. Fabuła, która nie do końca porywa, to bazująca na prastarych problemach rodzinnych i schematach opowieść. Powrót „marnotrawnego syna” tutaj przybiera bardziej formę powrót zaginionego członka rodziny, który oczywiście musi upominać się o swoje. Dla zasady. Dodaje to sporo pazura z bardzo wielu powodów. Robi się o wiele dramatyczniej i o wiele bardziej dynamicznie.
Źródło: Galapagos Films

     Bardzo zachwycają te afrykańskie tradycje. Rytualne walki, a później tajemne obrządki nadawania mocy Czarnej Pantery. Bardzo dużo tutaj kolorów, różnych elementów charakterystycznych dla konkretnych plemion. Jednakże... jest to już za bardzo zagrane na pograniczu fantazji. Atrakcje niczym z „Króla lwa”, do którego bez oporów porównywano film po premierze, to zdecydowanie była za duża przesada. Nie mniej, jeżeli to przebolejemy, to przecież pozostaje najważniejszy problem- wsadzenie do tego fantazyjnego świata, opartego na magii, tradycji i niezwykłej etniczności mieszkańców Wakandy, nowoczesnych technologii napędzanych wibranium. Z łatwością można to zrozumieć, bo przecież twórcy dosadnie wyjaśniają co, skąd i dlaczego, ale nie każdemu łatwo będzie przetrawić to oczywiste zderzenie nowego ze starym. Dobrze, że podejmują tę próbę, ale jak w moim mniemaniu za bardzo razi to w oczy, niestety.

     Nie oznacza to jednak, że źle się na to patrzy. Fajnie to wszystko wygląda, chociaż momentami odrobinę przypomina sceny walki z gry niż dopracowaną nierzeczywistość. Robią wrażenie wszystkie te gadżety napędzane wibranium, stworzone przez księżniczkę Shuri, a będące na wyposażeniu Czarnej Pantery. To taki afrykański Agent 007! Ewentualnie... marvelowski Batman. Dzięki tym gadżetom nasz czarny bohater nabiera dynamizmu i barwy. Dostarcza zdecydowanie więcej atrakcji, m.in. przez swój nadzwyczajny kostium. Oczy cieszą się również na widok wszelkich walk, choć trzeba przyznać, że z tą finałową to zdecydowanie przedobrzyli. Po co?! Do tego wszystkiego nie mają one żadnego ciekawego podkładu. Kompozytor za bardzo się tutaj nie wykazał, ale na uznanie zasługują kawałki nawiązujące do klimatu harlemowskich dzielnic Nowego Jorku. Od razu nabiera to bardziej gangsterskiego wydźwięku. 
Źródło: Galapagos Films

     W „Czarnej Panterze” większość obsady to afroamerykanie. Przyjmuje to formę ukłonu w stronę ich korzeni. Dlatego do filmu zaangażowano najlepszych za najlepszych, a przynajmniej tych bardziej znanych. Chadwick Boseman jest księciem z niesamowicie pięknym akcentem. Do pokochania. Idealnie nadaje się na postać Czarnej Pantery. Jego przeciwnikiem staje się Michael B. Jordan, który ponownie wkracza na ring, tym razem jako spadkobierca dosłownego tronu. On chyba pokazuje największy charakterek i jest naprawdę wyrazistym czarnym charakterem. Jednakże jego oddanie sprawie zdecydowanie budzi spory respekt. Wśród kobiet pojawiają się same czarnoskóre piękności. Króluje im Angela Bassett, która swobodnie się czuje w takiej dostojnej stylizacji. Lupita Nyong'o również ma swoje pięć minut, zupełnie jak Letitia Wright, którą kojarzyć mogą fani Netflixa z serialu „Black Mirror”. Jednakże spośród nich najjaśniej świeciła Danai Gurira. Może to kwestia roli, a może po prostu jej charyzmy. Niesamowicie waleczna, niczym w „The Walking Dead”, bardzo oddana sprawie- kobieta z zasadami, pani generał. Zachwyca kocimi ruchami, stanowczością i błyskotliwością. Idealna obrończyni narodów!
Źródło: Galapagos Films

     Największą zaletą, a jednocześnie problemem „Czarnej Pantery” jest jej indywidualność. Prezentuje sobą coś zupełnie innego niż dotychczas otrzymywaliśmy ze strony Marvela. Nie dość, że dostajemy ludzi odmiennych rasowo, z niesamowitymi obrzędami i historią, które gwarantują niesłychane wrażenia wizualne, to dodatkowo próbuje się to scalić z najwyższą możliwą technologią. Ponadto bohaterskość tego tytułu dociera do zupełnie innego grona odbiorców, zwracają uwagę na zupełnie inne wartości niż dla przeciętnego człowieka. To, poza nieco bardziej stonowaną warstwą wizualną i muzyczną, zdecydowanie odmienia go od poprzednich marvelowskich produkcji.

Ocena: 6/10
Recenzja filmu DVD „Czarna Pantera” - dystrybucja Galapagos Films

Oryginalny tytuł: Black Panther / Reżyseria: Ryan Coogler / Scenariusz: Joe Robert Cole, Ryan Coogler / Zdjęcia: Rachel Morrison / Muzyka: Ludwig Göransson / Obsada: Chadwick Boseman, Michael B. Jordan, Lupita Nyong'o, Danai Gurira, Martin Freeman, Angela Bassett, Forest Whitaker, Andy Serkis, Daniel Kaluuya, Letitia Wright, Winston Duke / Kraj: USA / Gatunek: Akcja, Sci-fi

Premiera kinowa: 29 stycznia 2018 (Świat) 14 lutego 2018 (Polska)
Premiera DVD: 20 czerwca 2018

sobota, 24 lutego 2018

1245. LEGO®Ninjago: Film, reż. Charlie Bean, Paul Fisher, Bob Logan

    Filmy z serii LEGO cieszą się ogromną popularnością. Nigdy nie wiadomo jaki jeszcze szalony pomysł wpadnie do głowy twórcom. Wszystko zaczęło się od „LEGO®Przygoda”, która pokazała nam nowy wymiar animacji i przede wszystkim przebojowych kloców LEGO. Potem był czas genialnego Batmana, który bawił do łez i dał szansę na polubienie tego mrocznego superbohatera. Teraz przyszła kolej na kultowy produkt Ninjago, który to sympatycy mogli oglądać już w wersji z przeznaczeniem na mały ekran. Dlaczego więc ekipa Charliego Beana postanowiła zrobić z tego film? Pewnie, żeby ciągnąć ten ciekawy cykl. Szkoda jedynie, że nie podzielili sukcesu poprzedników.
Źródło: Galapagos Films
     Ninjago City notorycznie atakowane jest przez złowieszczego Garmadona (Jakub Wieczorek), pałającego żądzą władzy. Nie przysparza to sympatii ze strony rówieśników porzuconemu przez niego synowi- Lloydowi (Aleksander Sosiński), który pragnie jedynie odzyskać rodzinę. Ciężko jest to jednak osiągnąć, gdy stale walczy się ze swoim ojcem. W końcu chłopak i grupa jego przyjaciół w obliczu zagrożenia przywdziewają stroje ninja, wskakują do swoich mechów i pod duchowym przewodnictwem Mistrza Wu (Stefan Knothe) bronią miasta przed każdym atakiem. Wszystko się jednak sypie, gdy ogarnięty gniewem na swojego ojca Zielony Ninja ściąga siejącego zniszczenie gigantycznego kota.
     „LEGO®Ninjago: Film” to bardzo złożony twór, który zdecydowanie nie potrafi wzbudzić większych emocji u odbiorcy. Czasami, gdy scenarzyści mają ambicję stworzenia filmu, gdzie każdy będzie identyfikował się z bohaterami, gdzie historia będzie bardzo przejmująca i trafiająca do najmłodszych widzów dając im naukę, to wychodzi potem totalny chaos. I choć produkcja Charliego Beana mówi praktycznie o wszystkim, to nie daje zupełnie nic. Fabularnie to prosta historia o dzieciakach spełniających marzenia byciu bohaterami miasta. W głębi serca każdy z nas chciał lub nawet nadal chce coś znaczyć dla społeczeństwa. Z drugiej zaś strony ta sama grupka staje się uosobieniem współczesności i jej problemów. Bohaterowie, którzy nie potrafią spojrzeć w głąb siebie i odnaleźć w nim potencjał, a zamiast tego posiłkują się wszelkimi udogodnieniami jakie tylko oferuje im współczesna technologia. Są od niej tak uzależnieni, że nie potrafi poradzić sobie bez niej, gdy pojawia się problem.
Źródło: Galapagos Films
     Historia ukazuje również dramat młodego chłopaka, który wychowywał się bez ojca. Co gorsza, ten ojciec to wielki złoczyńca, a więc dzieciak nie ma najlepszych notowań w szkole i w ogóle... w mieście. Jednak pomimo wszystko pragnie bliskości i jest w stanie zrobić wszystko, aby zrealizować swoje pragnienia- nawet zniszczyć miasto. Kiedy ma więc okazję na poprawę relacji z ojcem, nie waha się ani chwili. Może nadrobić stracony czas, nauczyć się tego, czego nie potrafił zrobić bez przewodnictwa rodzica. W tych momentach klaruje się obraz bardzo ciekawej postaci Garmadona, który poza mistrzem Wu wzbudza najwięcej i najciekawszych emocji. Z jednej strony człowiek kreujący się na tego złego, który pragnie jedynie większej władzy. Z drugiej udręczona dusza, która porzuciła swoją rodzinę dla realizacji wielkich życiowych celów. Postać nieodgadniona całkowicie rozdarta pomiędzy chęcią posiadania, a swoim instynktem ojcowskim.
     Akcja rozwija się tutaj bardzo dynamicznie, ale ten chaos momentami nuży. Ileż można obserwować ciągłych zwrotów akcji, dziwacznie klockowych wojaży duchowych, czy scen walki nie mających końca. Tu coś wybuchnie, tam ktoś komuś przywali, a gdzieniegdzie jeszcze ktoś będzie toczył walkę na śmierć i życie bambusowymi pałkami. Dla najmłodszych widzów będzie to zapewne nie lada rozrywka, ale starszemu będzie tutaj czegoś brakowało. Spoiwa, który nadałby tym wygibasom na ekranie większy sens. Tymczasem sceneria mienia się zdecydowanie za szybko. Gdzieniegdzie scenarzyści wplatają jakieś żarty i gagi, ale to odgrzewane kotlety, wciąż powtarzane schematy, które już dawno temu przestały ludzi bawić. Nie ma w tych dowcipach niczego odkrywczego, film nie śmieje się sam z siebie. To spory minus, który sprawia, że cały obraz odbieramy raczej drętwo.
Źródło: Galapagos Films
     Sporą zaletą filmów LEGO jest ich warstwa wizualna, bo nie ma się co oszukiwać- oglądać ożywione klocki na ekranie, to naprawdę fantastyczna zabawa. Twórcy realizują najbardziej pokręcone scenariusze użytkowników tych klocków, a i sam film na takowy się stylizuje. Bowiem podobnie jak „LEGO Przygoda”, tak też i „Ninjago” łączy w sobie świat realny z klockowym, gdzie fabuła krystalizuje się w głowie małego chłopca. Szkoda tylko, że wybuchy nie mają klockowego charakteru, a ognie piekielne nie są latającymi klocuszkami. Dobrze jednak, że twórcy nie poszli w kierunku wykreowania klocków komputerowo, a użyli tych realnych, przez co zupełnie inaczej się to ogląda. Zupełnie jakby klocki LEGO ożyły naprawdę. 
Źródło: Galapagos Films
     Już na etapie seansu kinowego miałam spory problem z „LEGO® Ninjago: Film”. Nie była to kwestia nieznajomości tematu, ale słabej jakości fabuły. Animacja w ogóle nie angażuje emocjonalnie widza, nie odczuwamy sympatii do postaci na ekranie, nie przejmują nas też ich losy- wszystko traktujemy raczej na chłodno. Ten sam problem miałam podczas seansu domowego. Bez względu na to, czy jesteśmy fanami serii LEGO, czy klocków Ninjago, nie będziemy w pełni ukontentowani. Szkoda, bo mogłaby to być bardzo ciekawa pozycja wśród kultowych filmów, a tak to pozostaje zadrą w oku. Nie dostarcza zbyt wiele rozrywki, można wręcz powiedzieć, że niemiłosiernie nudzi. Film ma sporo zalet, do których pewnie zaliczam jego wygląd, ale jednak po seansie uczucie dominuje jedno- chciałabym go rzucić w głąb swojej pamięci. W moim przypadku jest to film naraz (co wyjaśnia, dlaczego obejrzałam go razy dwa). 

Ocena: 5/10
Recenzja filmu DVD „LEGO®Ninjago Film” - dystrybucja Galapagos Films
Film dostępny również w wersji Blu-Ray.

Oryginalny tytuł: LEGO®Ninjago Movie / Reżyseria: Charlie Bean, Paul Fisher, Bob Logan / Scenariusz: Bob Logan, Paul Fisher, William Wheeler / Muzyka: Mark Mothersbaugh / Dubbing polski: Jakub Wieczorek, Aleksander Sosiński, Grzegorz Drojewski, Grzegorz Kwiecień, Bartosz Martyna, Przemysław Stippa, Monika Pikuła, Laura Breszka, Stefan Knothe / Kraj: USA, Dania / Gatunek: Animacja, Komedia, Akcja
Premiera kinowa: 20 września 2017 (Świat) 22 września 2017 (Polska)
Premiera DVD: 15 lutego 2017

niedziela, 5 listopada 2017

1241. Wonder Woman, reż. Patty Jenkins

     Superbohaterski świat aż roi się od pięknych heroin. Przynajmniej na komiksowym papierze, gdyż w filmowym uniwersum wciąż jest ich zdecydowanie za mało, a u DC to już w ogóle. Dlatego też, gdy przy okazji filmu „Batman v. Superman” na horyzoncie pojawia się Wonder Woman, wszyscy od razu przerzucili się na fanowanie tej przepięknej bohaterce. Już wówczas wiedziano, że Amazonka imieniem Diana doczeka się osobnego filmu, a kiedy w końcu się pojawił... cały świat maniaków filmowych wstrzymał oddech.
Źródło: Galapagos Films
     Piękna, rajska wyspa Themiscyra od czasu stworzenia przez boga bogów Zeusa zamieszkiwana jest przez plemię Amazonek. Diana jest jedynym dzieckiem pośród nich, dzieckiem samej królowej Hippolity (Connie Nielsen), która pod czujnym okiem najlepszego dowódcy szkolona jest na najlepszą wojowniczkę na wyspie. Kiedy dorasta u brzegu wyspy pojawia się mężczyzna- kapitan Trevor (Chris Pine), którego ratuje z opresji. Gdy wraz za nim przybywa rzesza Niemców, Amazonka (Gal Gadot) dowiaduje się o toczącej się na całym świecie wielkiej wojnie. Uważając, że za wszystkim stoi bóg wojny imieniem Ares postanawia wyruszyć wraz z kapitanem na pole bitwy, aby odnaleźć winowajcę. Nie spodziewa się, że znajdzie tam o wiele więcej, a przy okazji stanie się legendą wzniecającą ogień w sercach.
     Wonder Woman jest dla DC tym samym, czym dla Marvela jest Kapitan Ameryka. Oba filmy to superbohaterskie kino rozrywające się w czasach wojennych. Kiedy sobie to uzmysłowiłam ogarnęło mnie lekkie przerażenie, gdyż ta kombinacja w ogóle mi nie podchodzi. Niestety, starcie dwóch całkiem odmiennych światów, czyli kina wojennego z naszpikowaną efektami przygodówką, to coś co totalnie się dla mnie gryzie i traci na autentyczności. Tym sposobem zamiast zabawiać, „Wonder Woman” stała się dla mnie rozrywką nijaką, wręcz nużącą- przynajmniej na pewnym etapie.
Źródło: Galapagos Films
Wspaniale jest obserwować kształtującą się legendę, która jednoczy serca i rozpala w nich chęć do walki. W trakcie tworzy się całkiem ciekawa fabuła, spokojnie mogącą uzupełniać, czy też nadawać inny sens prawdziwej historii. Obraz, jak to obraz wojenny, nie raz okazuje się być wstrząsający. Szokuje brutalnością, ale przynajmniej nie mydli oczu. I to byłoby fajne, gdyby nie to, że cały czas przed naszymi oczami widnieje przepiękna wyspa i chyba najlepiej rozegrana scena walk w tym filmie! 
Jednakże po całym tym całkowicie przyziemnym fragmencie nagle dostajemy po głowie czymś całkowicie metafizycznym. Oczywiście, można było oczekiwać takowego rozwoju sytuacji, takowego finału, ale... serio?! Zamknięcie, ostateczna rozgrywka, całkowicie odbiega od klimatu reszty filmu. Scena nakręcona tak słabym CGI, że aż oczy od tego bolały. Diana skakała niczym Lara Croft w swojej najlepszej rozgrywce na starych komputerach. Sama scena naładowana patosem, zbędnymi dialogami, które aż się prosiły, aby przywalić im samolotem prosto w twarz. Nie mniej, wszystkie urywki, w których to Wonder Woman biegnie, skacze, wywija lassem, krzyżuje przedramiona, czy po prostu powiewa swoją kusą spódniczką, to urywki, na które czekamy przez resztę czasu podczas seansu.
Źródło: Galapagos Films
     Nie ma jednak co narzekać, no dobra... starcie z bossem było do bani, ale sama Wonder Woman jest naprawdę niezwykłą postacią. Urzeka swoją nieporadnością, kiedy to próbuje ogarnąć prawa rządzące w rzeczywistym, pozawyspowym świecie. Przy tym wzbudza możliwie największą sympatię nie tylko innych bohaterów, ale również wśród widzów. Jest charyzmatyczna i niesamowicie odważna. Da się ją lubić i właśnie takich bohaterów nam potrzeba. Oczywiście, jest też bardzo głupiutka- z początku, co Gal Gadot dodatkowo podkreślała. Niekiedy jej mimika twarzy jest przekomiczna. Nie mniej, jest niesamowicie piękna i ludzie od castingu nie mogli lepiej wybrać. Jest wręcz stworzona do tej roli, choć trochę kaleczy ją aktorsko. Liczę jednak, że się rozwinie. Ciekawą postacią mógłby być też Chris Pine AKA Kapitan Trevor, gdyby nie to, że jest tak paskudnie przystojny, że aż nie da się na niego patrzeć. Kończy więc jako mocno przesadzona postać. Chciał być dobry, aż za bardzo.
Źródło: Galapagos Films
Jednakże największym zawodem jest kreacja David Thewlisa. Ciężko jest uwierzyć w to, jaka rola przypadła mu w udziale. Naprawdę. Totalny niewypał, jak dla mnie. Serio, do takiej roli wybrać kogoś takiego. Z wąsem. Z totalną mimozą na twarzy. Wiem, że udawało mu się odgrywać całkiem ciekawe akcje, ale... NIE! Totalnie nie ten klimat, totalnie nie ta dynamika i mimika. 
     Na „Wonder Woman” bardzo przyjemnie się patrzy. Poza tymi niektórymi wpadkami wizualnymi to ujęcia są bardzo piękne. Najpiękniejsza jest ta część kręcona na wyspie, a na lokalizacje wybrano włoskie wybrzeże Amalfi. Wszystko po to, aby oddać jej rajski charakter. Zadanie zrealizowane w pełni. Wojenny świat też jest nie najgorszy. Cudowny Londyn wraz ze swoją XX wieczną stylizacją, a także makabryczne pola bitewne, które zachwycają surowością, a śmierć dało się wyczuć na kilometr. Scenografie przepiękne, jest się czym pozachwycać. Całości dopełniają interesujące kompozycje Gregsona-Williamsa. Aczkolwiek nic nie przebija motywu przewodniego naszej bohaterki, który aż wbija w fotel i ma w sobie ten amazoński pazur. 
Źródło: Galapagos Films
     Superbohaterski, kobiecy film Patty Jenkins ma w sobie wszystko to, co powinno mieć kino akcji. „Wonder Woman” jest wybuchowa, zawadiacka, ale też okraszona humorem i emocjami. Zaskakujące, że w takim tytule pojawić może się wątek romantyczny. Jeszcze bardziej zaskakuje osadzenie historii w czasach wojennych. Seourowy klimat z pola bitwy mocno się gryzie z komputerową efektownością typową dla kina superbohaterskiego. To zdecydowanie nie moja bajka, a jednak przyjemnie spędza się czas przy tym filmie. A czas ten upływa w wyczekiwaniu na boga wojny, uroczych uśmiechów i kolejnych dynamicznych podskoków cudownej Wonder Woman. 

Ocena: 6/10
Recenzja filmu DVD „Wonder Woman” - dystrybucja Galapagos Films

Oryginalny tytuł: Wonder Woman / Reżyseria: Patty Jenkins / Scenariusz: Allan Heinberg / Zdjęcia: Matthew Jensen / Muzyka: Rupert Gregson-Williams / Obsada: Gal Gadot, Chris Pine, Danny Huston, David Thewlis, Connie Nielsen, Robin Wright, Said Taghmaoui, Ewen Bremner, Lucy Davis, Elana Anaya / Kraj: USA, Wielka Brytania, Włochy, Chiny, Hongkong, Kanada, Nowa Zelandia / Gatunek: Akcja, Fantasy, Sci-Fi
Premiera kinowa: 15 maja 2017 (Świat) 02 czerwca 2017 (Polska)
Premiera DVD: 11 października 2017

czwartek, 21 września 2017

1238. Kong: Wyspa Czaszki, reż. Jordan Vogt-Roberts

     Swoje pierwsze kroki na wielkim ekranie stawiał w 1933 roku. Od tamtej pory siał zamęt i zniszczenie w Nowym Jorku, bowiem to tam upatrzył sobie wysoką Empire State Buidling, gdzie zabierał na małe randez-vous urocze blondyneczki. Jednakże wraz z XXI wiekiem wielki goryl z tajemniczej wyspy dokonuje wielkich zmian w ludzkim światopoglądzie, bo nie dość, że stracił głowę dla szatynki, to w dodatku nie dał się zaciągnąć na zamurowany ląd. Jordan Vogt-Roberts, obiecujący reżyser młodego pokolenia, zabiera nas w niesamowitą podróż po najcudowniejszych zakątkach świata, abyśmy mogli na własne oczy zobaczyć sekrety, które „skrywa” nasza planeta w najnowszym filmie „Kong: Wyspa Czaszki”.
http://www.wbep.pl/
Źródło: Warner Bros.
     Czasy Zimnej Wojny, kiedy to Stany Zjednoczone walczyły o władzę z Rosją. Chcąc ubiec swoich rywali Rząd amerykański postanawia wysłać ekipę badaczy na nowo odkrytą wyspę, aby móc szczycić się tym, co tam odnajdą. Wyprawie przewodzi agent Bill Randa (John Goodman), który wraz z najlepszym tropicielem- kapitanem Jamesem Conradem (Tom Hiddleston), fotoreporterką wojenną (Brie Larson), a także ekipą żołnierzy dowodzoną przez podpułkownika Packarda (Samuel L. Jackson) dostają się na wyspę, która dotychczas pozostawała niewidoczna dla ludzkiego oka. Jednakże już na starcie badania geologiczne zamieniają się w walkę o przetrwanie, gdy podróżnikom przyjdzie stawić czoło mitycznym stworzeniom zamieszkującym wyspę, a także... ich królem!
     Po filmie „Kong: Wyspa Czaszki” spodziewać można się było wszystkiego. Jednakże biorąc pod uwagę to, co dostawaliśmy do tej pory, niewielu raczej oczekiwało takiego fantastycznego filmu, przy którym można się znakomicie bawić. Owszem, twórcy nie unikają klasycznego problemu z przewidywalnością scenariusza, jednakże rozrywka jaką dostarczają zdecydowanie rekompensuje wszelkie mankamenty. Powracamy do początków wielkiego potworasa. W końcu wiemy skąd się wziął i dlaczego był tak bardzo wzburzony przez większość swojego filmowego życia. Nadal nie pojmujemy sentymentu do kobiet, bo jakoś ciężko jest to podciągnąć pod matczyną problematykę- ze względu na rozbieżność rozmiarów, ale kto tam zrozumie goryla. Świetnie za to pokazuje się schematyczność działania określonych typów bohaterów- zawsze jakiś teoretycznie niczego nieświadomy odkrywca, zawsze jakiś wybawiciel dzięki któremu spora część ekipy przetrwa starcie z drapieżnikiem, tudzież zabójczymi Czaszkołazami (nazwa głupia, ale fajnie brzmi!), no i zawsze też trzeba w takich rozgrywkach upchać narwańca, który ma ochotę zrównać z ziemią całą wyspę, bo głupia duże coś zabiło mu żołnierzy. Oczywiście, ten ostatni typek ma ciekawą psychologiczną postawę, którą osobiście lubię nazwać mianem zboczenia zawodowego, czy też swoistego pracoholizmu. Na szczęście, dzięki materiałom znajdującym się nawet na wydaniu DVD poznamy wyciętą scenę, która jeszcze dokładniej wyjaśnia takie pokrętne zachowanie Packarda wobec Chapmana.
http://www.wbep.pl/
Źródło: Warner Bros.
Bardzo fajnym pomysłem okazało się rozdzielenie ekipy podróżników, z czego każdy mierzył się z innymi „problemami”, ale ostatecznie wszyscy stanęli przed jednym- wynośmy-się-stąd-w-cholerę problemem. Standardowo w filmie przygodowym bohaterowie sami muszą się prosić o dodatkowe atrakcje przywołujące widza o mikro zawały serca, więc rozrywka jest tutaj zapewniona począwszy od humoru, przez gigantyczne napięcie, aż na wzruszeniach kończywszy. Dlatego tak wspaniałym jest tutaj załączenie dodatkowego wątku, który czai się pobocznie, pomimo tego że jest jednocześnie otwarciem, co i zakończeniem całego obrazu. 
     Wiele wcieleń króla Konga widzieliśmy dotychczas. Jedne były bardziej straszne, inne mniej śmieszne, a ten spod skrzydeł Jordana Vogt-Robertsa jest po prostu najbardziej realistyczną istoto człekopodobną jaka stąpała po ekranie kinowym. Jest to najlepiej wykreowany Kong, z jakim przyszło mi się zapoznać. Nie dość, że wygląda dostojnie, to w dodatku zachowania ma jednocześnie ludzkie oraz zwierzęce. Z pewnością ekipa, która pracowała nad ostatecznym wyglądem Konga przez półtora roku nie zmarnowała tego czasu. Zdecydowanie można powiedzieć, że jest to najbardziej realistyczna małpa w kinie, oczywiście poza tymi żywymi małpami. Oddano każdy jej ruch i rzeczywiście wygląda jak żywa. Dodatkowo je zachowania, jej delikatność wobec Weaver, drapieżność wobec innych bestii, czy zacięta rywalizacja względem Packarda- czynią ją najbardziej ludzką z ludzkich małp.
http://www.wbep.pl/
Źródło: Warner Bros.
     Pamiętać trzeba jednak, że „Wyspa Czaszki” to nie tylko Kong. Król bowiem chroni równowagę tej wspaniałej pływającej skały przed okrutnymi istotami. Potwory najrozmaitsze od wodnych bawołów, przez gigantyczne pająki o odnóżach mylących się z bambusami dopóki nie przebiją nam gardła, aż po dziwaczne jaszczurki o jęzorach tak długich, że nie ma przed nimi ucieczki. Aż przykre, że zamieszkują tak specjalne. A są to miejsca niezwykle cudowne, bowiem zdjęcia robiono zarówno w australijskich lasach, jak i wietnamskich dżunglach. Ukazują całe piękno tych miejsc, jednocześnie podsycając klimat całej opowieści. Bardzo dużym atutem tego obrazu są same zdjęcia i zabawa kamerą. Można wręcz powiedzieć, że wykorzystano możliwości scen do samego końca. Dlatego tak bardzo genialne są wszystkie ujęcia Konga na tle zachodzącego słońca, ale największe wrażenie robi pierwszy atak i ujęcia z wewnątrz śmigłowca. Genialna zabawa, genialnie zrealizowane zdjęcia i świetna perspektywa nadająca realności. Dzięki takim zabiegom widz o wiele szybciej angażuje się w całą historię i staje się uczestnikiem wyprawy. Takie rzeczy tylko w kinie, o ile kogoś nie kręcą faktyczne wyprawy!
     Po swoich przygodach w filmie „Thor” nie wydaje się, aby ktokolwiek lepiej nadawał się do roli tropiciela jak sam Tom Hiddlestone w towarzystwie swojego brytyjskiego akcentu. Na ekranie towarzyszy mu ostatni z możliwych wyborów, który okazuje się być bardzo trafionym, czyli sama zdobywczyni Oscara Brie Larson. Duet bardzo zgrany, świetnie się dogadujący i rewelacyjnie wyglądający razem na ekranie. Pobić ich może jedynie duet Brie-Kong. Znowu cudownie jest zobaczyć Johna Goodmana w jakimś całkiem ciekawym filmie i to w nawet zaskakującej roli. Jednakże ciepło niezmiennie od niego bije więc chyba pozostaje moim filmowym faworytem na wiele wiele lat. Samuel L. Jackson oczywiście bez większych zaskoczeń. Standardowo narwany, standardowo hałaśliwy i standardowo rozwalę-ci-zaraz-łeb. Rola wręcz stworzona dla niego, ale jak sobie człowiek pomyśli, że tym wojskowym mógłby zostać sam J.K. Simmons i przypomni sobie jego rolę w „Whiplash” to stwierdzi, że mogłoby to być minimalnie lepszym wyborem.
http://www.wbep.pl/
Źródło: Warner Bros.
     Zaskakujące w „Kong: Wyspa Czaszki” jest to, że przyjemnie się patrzyło na ten film. Pomimo tak wielu pokracznych pokrak, które zobaczyliśmy na ekranie, pomimo wielu absurdów, które z łatwością można byłoby wyśmiać trzeba stwierdzić, że jest to rasowe kino przygodowe z nutką romansu i grozy w tle. Przede wszystkim jest to bardzo dobrze zrealizowany obraz, który na długo zagości w pamięci. Nie stanowi może zbyt wielkiego pola do rozważań, ale nie jest to główny cel blockbusterów. Nie oznacza to jednak, że nie zwraca uwagi na problematyki osamotnienia potworów, czy też żołnierzy naznaczonych piętnem wojny. Zdecydowanie faworyt do obejrzenia nawet z całą rodziną o każdej porze dnia i nocy. W szczególności, że majestatyczny i z pozoru groźny Kong wzbudza jak najbardziej przyjacielskie uczucia.

Ocena: 6/10
Recenzja filmu DVD "Kong: Wyspa Czaszki" - dystrybucja Galapagos Films
Film dostępny na DVD, Blu-Ray, a także w wersji Blu-Ray 3D oraz 4K HD. 

galapagos.com.plOryginalny tytuł: Kong. Skull Island / Reżyseria: Jordan Vogt-Roberts / Scenariusz: Max Borenstein, Dan Gilroy, Derek Connolly / Zdjęcia: Larry Fong / Muzyka: Henry Jackman / Obsada: Tom Hiddleston, Samuel L. Jackson, Brie Larson, John C. Reilly, John Goodman, Corey Hawkins, Tian Jing, John Ortiz / Kraj: USA, Kanada, Chiny, Wietnam, Australia / Gatunek: Przygodowy, Fantasy
Premiera kinowa: 28 lutego 2017 (Świat) 10 marca 2017 (Polska)
Premiera DVD: 30 sierpnia 2017

wtorek, 8 sierpnia 2017

SZORTy #44: Gamer, Lockout, Klucz do wieczności


Oryginalny tytuł: Gamer | Reżyseria: Mark Neveldine, Brian Taylor | Scenariusz: Mark Neveldine, Brian Taylor | Obsada: Gerard Butler, Michael C. Hall, Alison Lohman, Kyra Sedgwick, Amber Valletta, Terry Crews | Kraj: Wielka Brytania, Niemcy | Gatunek: Thriller, Sci-Fi
Premiera: 03 września 2009 (Świat) 23 października 2009 (Polska)
Ocena: 3/10
     Duet Neveldine & Taylor jest specyficzny. Nie każdemu musi przypaść do gustu sieka jaką serwuje ta dwójka, a którą zademonstrowali już przy okazji serii ze Stathamem. Wrócili z nowym tytułem- „Gamer”. Nie wiem dlaczego oczekiwałam, że mi się to spodoba...
     Świat przyszłości, w którym skazańcy mogą wykupić sobie drogę na wolność poprzez udział w grze na żywo. Przy pomocy nanotechnologii bogaci gracze mogą przejmować kontrolę nad ich umysłami i brać udział w rozgrywkach na śmierć i życie. Kiedy jeden z więźniów jest już bliski ukończenia swojej gry znajdzie się na celowniku twórcy całego wynalazku.
     Koncepcja baaardzo ciekawa. Niczym połączenie „Death Race” z „Surogatami”. Genialnie przerażająca wizja świata przyszłości, kiedy to nasze umysły miałyby być kontrolowane przez tych, którzy dadzą więcej kasy i to tylko dla swojej własnej przyjemności. Z początku powstająca Społeczność przeradza się w Zabójców, gdzie nie ważne staje się już przekuwanie w rzeczywistość swoich fantazji, także erotycznych, ale gra toczy się o większą stawkę- o życie. Ta rozrywka dotyczy tylko skazańców, którzy mogą wykupić sobie drogę na wolność? Brzmi znajomo? Statham również szalał w podobnej zabawie tylko nie strzelał do innych z karabinu, a jedynie rozwalał fury swoją bryką. To akurat jest mocno wtórne, ale i tak budzi pewien strach, powoduje dyskomfort. Jednakże poza samym pomysłem film nie oferuje absolutnie nic. Jest tak samo chaotyczny jak poprzednie produkcje. Całość wygląda jak jedna montażowa sieczka, która straszliwie męczy i wyzwala chęć na rozwalenie telewizora już po kilkudziesięciu minutach. Za dużo migania, za dużo abstrakcyjności, za dużo szatkowania, które przyprawia o ból głowy, a wręcz okropnie drażni. Do tego na pewnym etapie traci się gdzieś sens całej tej opowieści, a beznadziejne aktorstwo wcale nie polepsza sytuacji. Jedyne czym można się zachwycić to postać Michaela C. Halla- tak samo psychopatyczny, jak i jego Dexter. Problem tylko w tym, że ostatnie minuty z jego udziałem są totalnie nielogiczne. Zapowiadało się naprawdę ciekawie, ale tylko na interesującym zarysie się skończyło. Reszta jest ciężka do przetrawienia i przetrwania.

Oryginalny tytuł: Lockout | Reżyseria: James Mather, Stephen St. Leger | Scenariusz: James Mather, Stephen St. Leger, Luc Besson | Obsada: Guy Pearce, Maggie Grace, Vincent Regan, Joseph Gilgun, Lennie James, Peter Stormare, Jacky Ido | Kraj: Francja | Gatunek: Thriller, Akcja, Sci-Fi
Premiera: 07 kwietnia 2012 (Świat) 03 sierpnia 2012 (Polska)
Ocena: 5/10
     Kino akcji w najlepszym wydaniu, w dodatku całkowicie wkupuje się w łaski współczesności z uwagi na swój fantastyczny charakterek. Luc Besson powraca z nowym hitem o tytule „Lockout”.
     Banda psychopatycznych skazańców przejmuje władzę w więzieniu orbitalnym. Zanim zniszczą całą stację kosmiczną muszę znaleźć sposób na wydostanie stamtąd córki prezydenta. W tym celu władze wysyłają na miejsce tajnego agenta, który liczy na to, że przy okazji załatwi swoje prywatne sprawy z jedną z więzionych tam osób.
     Kolejny film o więzieniu, z którego ktoś próbuje się wydostać, albo próbuje wejść do środka. Zmienna? Tym razem akcja rozgrywa się w kosmosie, więc ewidentnie jest to bardzo przyszłościowy film z dość ciekawą koncepcją wyzbycia się najgroźniejszych skazańców z powierzchni Ziemi. Do tego ciekawa intryga w związku ze skazańcami, bo co jeden gorszy jest od drugiego. Jedna samotna kobietka pomiędzy bandą zwyrodnialców? Nie trudno o konkretne i niezbyt pozytywne wnioski. Maggie Grace gra tutaj typową kobietkę, którą trzeba ratować z opresji. Nic zaskakującego. Nie mniej, gdy do akcji wkracza agent Snow przynajmniej robi się zabawnie, gdyż do tej pory jedynie wiało grozą. Pearce pokazuje się z zupełnie innej strony, takiej jego twarzy próżno szukać w innych filmach, bo widać, że tutaj dobrze się bawi. Całość bardzo fajnie się ogląda, wszelkie dłużyzny rozluźnione zostają sarkastycznymi uwagami, przez co nie ma opcji znużenia. Momentami zaskakuje, kiedy serwuje nagłe zwroty w akcji, albo prezentuje kolejne odchyły psychopatów. Ciekawy film, choć czegoś ewidentnie mu brak- stawiam na dynamizm!

Oryginalny tytuł: Self/less | Reżyseria: Tarsem Singh | Scenariusz: David Pastor, Àlex Pastor | Obsada: Ryan Reynolds, Natalie Martinez, Matthew Goode, Ben Kingsley, Victor Garber, Derek Luke | Kraj: USA | Gatunek: Thriller, Sci-Fi
Premiera: 10 lipca 2015 (Świat) 24 lipca 2015 (Polska)
Ocena: 4/10
     Hinduski reżyser, który ma na swoim koncie bardzo skrajne produkcje- od „Celi”, aż po „Śnieżkę”. Najnowszy tytuł do skrajnych może nie należy, ale z pewnością zmusza do refleksji.
     Zamożny biznesman coraz gorzej znosi postępującą chorobę. Postanawia podjąć ryzyko przeniesienia jego świadomości do młodszego ciała, wyhodowanego syntetycznie w tym celu w laboratorium. Od tamtej pory nawiedzają go obce wspomnienia, więc chce poznać tego przyczynę.
      „Klucz do wieczności” wyglądał na całkiem interesujący i przede wszystkim dynamiczny film. Pozory jednak ponownie mnie zmyliły. Fabuła nadal pozostaje zastanawiająca i mocno niepokojąca, tak samo jak i wszystkie obrazy, które naruszają tematykę ludzkiej świadomości, ale cały wątek jest poprowadzony tak leniwie, że siłą trzeba się powstrzymywać przed przerwaniem seansu. Na szczęście człowiek jest bestią niezwykle ciekawską, a każdego z pewnością zaintryguje fakt tajemniczych wspomnień, a na pewnym etapie – jak postąpi główny bohater. To pytanie, które trzyma nas przed ekranem, bo na pewno nie jest to Ryan Reynolds choć wydaje się być o wiele mniej drażliwy niż w dotychczasowych filmach. Tajemnica, która jest raczej do przewidzenia, a która nasuwa kolejne znaki zapytania. I choć bohater nie należy do jakichś szczególnie charyzmatycznych, to i tak wyczekujemy na rozwój jego losów. Trzeba przyznać niestety, że ta kolejka w tej poczekalni dłuży się niemiłosiernie, a my marzymy o pochwyceniu w rękę jakiejś gry w ramach rozrywki. Nikt nie potrafi odpowiedzieć na pytanie, jak to się stało, że z tak ciekawego pomysłu, który mógł dać początki rozważań na temat człowieczeństwa, ale również być inspiracją do ciekawych, dynamicznych akcji, powstała taka mimoza, która broni się jedynie zakończeniem. Hm. Dziwaczny to twór jest, po raz kolejny. Brawo Tarsem!

piątek, 4 sierpnia 2017

1233. Logan, reż. James Mangold

     Kiedy siedemnaście lat temu (tak, 17 lat!) rozpoczęła się filmowa przygoda z „X-Menami” żaden fan nie spodziewał się, że obraz ten doczeka się tak wielu kontynuacji, przedkontynuacji, a także historii pobocznych. Wszyscy cieszyli się na myśl, że powstaną filmy z ich ulubionym mutantem- Wolverinem. Wszyscy potem płakali po kątach, gdy tytuły te nie sprostały ich oczekiwaniom. Postawiono wszystko na jedną kartę i idąc w ślad za świetnie przyjętym „Deadpoolem” przyznali „Loganowi” czerwony znaczek- rzucając w niego wulgaryzmami i brutalnością zyskując przy tym... niemalże arcydzieło!
Źródło: Showtimes.com
     Rok 2029. Ludzie nie pamiętają już o istnieniu mutantów. Jednostki, które przetrwały chowają się po kątach, aby spokojnie dożyć starości. Logan (Hugh Jackman) robi co może, aby uzbierać pieniądze potrzebne do godnego życia dla niego i jego mentora Charlesa Xaviera (Patrick Stewart). Chwyta się każdego zlecenia, chcąc czym prędzej zrealizować swój cel, gdyż stan profesora pogarsza się z dnia na dzień stanowiąc zagrożenie nie tylko dla niego samego, ale również dla ludzi znajdujących się wokół niego. W trakcie jednego ze zleceń poznaje małą meksykańską dziewczynkę imieniem Laura (Dafne Keen), nie spodziewając się, że na zawsze odmieni jego życie. Nie będzie to jednak sielanka, bowiem w drogę za nią rusza armia ulepszonych i świetnie wyszkolonych najemników dowodzonych przez Pierce'a (Boyd Holbrook), która nie cofnie się przed niczym, aby ją odzyskać.
     Są takie filmy, które trzeba przetrawić zanim cokolwiek się o nich powie szerzej. Są takie filmy, z którymi trzeba się przespać, żeby umysł poukładał to, co właśnie zostało mu zaserwowane. Czasem trzeba ogarnąć swoje wrażenia i zazwyczaj trzeba na to niewiele czasu. Jednakże w przypadku „Logana” sprawa jest tak samo wyjątkowa, jak wyjątkowy jest ten film. Potrzeba było niemalże pół roku i aż trzech seansów, aby zebrać się w sobie i sklecić kilka słów na temat tego dlaczego ten film staje się jednym z najbardziej ulubionych. Najnowszy film, a przy tym ostatni z udziałem Logana pod postacią Hugh Jackmana, to zupełne inne spojrzenie na całą serię o mutantach. Pewnie powodem jest to, że bardzo często zapomina się o nich, tak jak i zapomniał o nich świat stworzony w tym filmie. Tutaj nie chodzi już o żadne z xmenowskiej mocy, nie chodzi o dziwaczne starcia między mutantami Xaviera, a wyznawcami Magneto. Ta produkcja to niesamowicie surowy, bardzo przejmujący i niezwykle dramatyczny obraz starości. Starości oprószonej siwizną, trawionej chorobą, ale również marzeniami. Ta produkcja przedstawia, że to nie jest świat dla starych mutantów. A jednocześnie ukazuje, że starość nie oznacza końca naszego życia, bo nawet i w tym przygnębiającym czasie mogą spotkać nas niespodzianki, które na nowo tchną w nas życie. 
Źródło: Showtimes.com
Poza tą dozą dramatyzmu, który niejednokrotnie doprowadza do łez nie brakuje tutaj i licznych scen, które stanowią idealną równowagę dla rozważań na temat schyłku życia. Napędzane dynamizmem, a także zielonym specyfikiem od Alkali, przepełnione są pazurami z adamantium wbijającymi się w ciało, czy odcinającymi kolejne członki ludzkiego ciała. Twórcy nie szczędzili tutaj brutalności, a krew, ręce i nogi latały wszędzie. Natchnione gniewem i zwierzęcym zewem wielokrotnie nawoływały do pierwszych spotkań widza z Wolverinem, kiedy to był napędzanym furią zawadiaką i najemnikiem.
      „Logan” jest ostatnim filmem o mutantach, w którym zobaczymy Hugh Jackmana. Sam aktor chciał godnie pożegnać się z postacią, będącą jego życiem od niespełna dwóch dekad. Okazało się to być naprawdę idealnym pożegnaniem i jednocześnie zakończeniem pewnej epoki w produkcjach z serii „X-Men”. Sam Jackman stworzył tu najlepszego Wolverine'a w całej swojej karierze, jak i chyba najlepszą rolę jaką kiedykolwiek wykreował. Był zaangażowany, pełen pasji, gniewu, współczucia, miłości- stał się kwintesencją samego Logana. Zmierzył się ze swoją przeszłością, zmierzył się ze swoją młodością i pogodził z tym, że nie jest już tym samym Hugh Jackmanem, ani tym samym Wolverinem co wtedy, gdy zaczynał tę podróż. Zdecydowanie dał z siebie wszystko, co stanowiło wisienkę na udziale w tych filmach. Tak chciał, aby go zapamiętano i tak właśnie go zapamiętamy. Na wspomnienie tej roli będzie nam się kręciła łezka w oku, tak jak to błądziła w naszych oczach podczas całego seansu. Równie wspaniałą rolą poszczycić się może Patrick Stewart. Wraz z Jackmanem przez lata tworzyli wyjątkowy duet opierający się na przyjaźni, ale również na pewnego rodzaju relacji ojca z synem. To wszystko znajduje odbicie w tym, co serwują nam także i przy najnowszym filmem. Ich relacja jest poruszająca, pełna wyrzeczeń, ale i szacunku. Nie zdarzyłoby się to, gdyby nie było między nimi chemii i gdyby oboje nie byli genialnymi aktorami. Stewart tym razem objawił nam się jako człowiek kruchy, chory, którego umysł uznany został za broń masowego rażenia. Obarczony wyrzutami sumienia stał się postacią wręcz tragiczną. Okazał się być więc idealnym uzupełnieniem dla zamkniętego w sobie Logana.
Źródło: Showtimes.com
     Naprzeciw tej paradzie staruszków wychodzi młoda dziewczyna, a w zasadzie dziewczynka. Przepełniona gniewem, ale nie chęcią zemsty. Pragnąca jedynie odnaleźć swoje miejsce w świecie zupełnie jej nieznanym. Bierze z życia pełnymi garściami i szybko chłonie wiedzę. Relacja jaką Laura ma z Loganem to typowy przykład patologicznej rodziny, ale także i w tej patologii jest metoda. Zarówno jeden staruszek, jak i drugi, stają się jej mentorami. Chronią ze wszystkich sił i starają się pomóc w odnalezieniu swojej drogi. Dafne Keen stała się genialną Laurą. Stała się takim drugim Wolverinem, tylko że w znacznie mniejszym i bardziej kobiecym wydaniu. Sama furia i dzikość, której próżno będzie szukać w przyszłych jej filmach.
     Teksańskie opuszczone tereny, od których aż bije przygnębieniem stały się idealnym tłem na pożegnanie z Loganem. Nie można prosić o bardziej surową atmosferę, gdy doda się do tego muzykę Marco Beltramiego. Wraz ze zdjęciami Johna Mathiesona daje to niezapomniane, emocjonujące przeżycie, przy których jeszcze bardziej odczuwamy otaczającą bohaterów samotność. Bardzo dobrze się to ogląda, a słucha jeszcze przyjemniej.
Źródło: Showtimes.com
      Najnowsze spojrzenie na postać najbardziej charakternej postaci z drużyny X-menów pokazuje, że nawet bohaterów ostatecznie dotknie nieunikniona ręka starości. Zważywszy na problem postaci zarysowany już na początku seansu jej koniec może być tylko jeden. To jednak nie przeszkodziło w pełni odczuwać każdą minutę „Logana”. Całkowicie inne spojrzenie na marvelowskie, xmenowskie kino, w końcu dojrzałe i przyprawiające o przygnębienie, gdzie pokazuje się superbohatera jako zwykłego człowieka, a nie tylko maszynę do zabijania. Wielopłaszczyznowość fabuły, która bawi, przeraża, a także doprowadza do łez sprawia, że każdy fan tego dzikiego mutanta będzie usatysfakcjonowany tak godnym pożegnaniem. Rewelacyjnie zagrany, cudownie rozbrzmiewający w uszach i pomimo swojej surowości, i brutalności niesamowicie piękny film!

Ocena: 9/10

Oryginalny tytuł: Logan / Reżyseria: James Mangold / Scenariusz: James Mangold, Michael Green, Scott Frank / Zdjęcia: John Mathieson / Muzyka: Marco Beltrami / Obsada: Hugh Jackman, Patrick Stewart, Dafne Keen, Stephen Merchant, Boyd Holbrook, Richard E. Grant, Elizabeth Rodriguez, Eriq La Salle / Kraj: USA, Kanada, Australia / Gatunek: Dramat, Akcja, Sci-Fi
Premiera kinowa: 17 lutego 2017 (Świat) 03 marca 2017 (Polska)