Czarna Pantera
Czarna Pantera powraca! Tym razem jednak wrażenia po ponownym seansie plasują się gdzieś pomiędzy "co ja takiego w tym widziałem?!", a "naprawdę niesamowite zjawisko".
Czarna Pantera powraca! Tym razem jednak wrażenia po ponownym seansie plasują się gdzieś pomiędzy "co ja takiego w tym widziałem?!", a "naprawdę niesamowite zjawisko".
Opowieść o tym jak korzystać z nowinki od Naszej Księgarni, z przymrużeniem oka.
Do tej pory powieści, które wyleciały spod skrzydeł wydawnictwa Szósty zmysł, zaskakiwały swoją niebanalnością. Tym razem wydawnictwo poszło w trochę odmienną stronę i zaserwowało coś, co łączy ze sobą miłość i sport. k jak i nasz w zetknięciu z tą lekturą.
Oryginalny tytuł: Man on Fire
Reżyseria: Tony Scott
W
Nowym Orleanie dochodzi do wybuchu na jednym z promów w wyniku czego
śmierć ponosi ponad 500 osób. Na miejsce przybywa agent ATF- Doug Carlin,
który bada miejsce zbrodni i odkrywa, że przyczyną tragedii był wybuch
bomby na pokładzie. FBI chce odnaleźć zamachowca i dlatego proszą o pomoc
Carlina, który zna się narzeczy bardziej niż ktokolwiek inny. Za pomocą
nowoczesnej technologii mają możliwość obejrzenia wydarzeń z
czterodniowym opóźnieniem, dlatego mają nadzieję, że Carlin dzięki tym
ujęciom pomoże im schwytać winowajcę. Jednakże Carlin odkrywa, że nie są
to zwyczajne filmy nagrane przez satelity, ale relacja na żywo- okazuje
się bowiem, że spece od fizyki znaleźli most łączący teraźniejszość z
przeszłością. Carlin ma nadzieję na przedwczesne złapanie zamachowca,
uratowanie pięknej kobiety imieniem Claire, a także uratować wszystkich
pasażerów promu. Aby to zrobić decyduje się na drastyczny krok.
Film
to zdecydowanie spora dawka akcji. Jest kilka scen, które z pewnością
przykuwają uwagę. Oczywiście najlepszą z nich moim skromnym zdaniem jest
pościg Douga za Carrollem. Fascynował jednakże nie sam wyścig, ale to jak
się odbywał. Bowiem Doug nie ścigał go w teraźniejszości, ale w
przeszłości. Mógł tego dokonać za sprawą specjalnych… soczewek? Jakoś
tak. W każdym bądź razie jeździł po mieście z dziwnym hełmem, przez który
widział przeszłość. Cała akcja była o tyle intrygująca, że musiał on
uważać na to jak prowadzi w teraźniejszości pomimo tego, że miał te
‘okulary’ na głowie. Wyglądało to dość niezwykle i faktycznie przykuwało
uwagę. Pomysł po prostu genialny. Cała akcja w przeszłości także misię
podobała. Nie powiem Wam co dokładnie się działo, ale momentami trzymało
w napięciu, a zakończenie? Bombowe. Lepszego bym chyba nie wymyśliła.
Zaskakujące zakończenie, którego w sumie można było się domyśleć
odpowiednio zwieńczyło cały film i sprawiło, że moje wrażenia są jak
najbardziej pozytywne.
Przyznam się
od razu, że jednym z elementów, dla których odczuwałam ogromną
chęć obejrzenia tego filmu był sam Denzel Washington. Uwielbiam go.
Jeszcze w żadnym filmie mnie nie zawiódł. Moim zdaniem jest świetnym
aktorem. Zawsze idealnie potrafi wczuć się w graną przez siebie rolę i to
widać. Robi wszystko tak, abybyło dopięte na ostatni guzik. No, a o
tym, że znowu zagrał genialnego agenta to nie będę się wypowiadać.
Widocznie w takich rolach wypada najlepiej. Tym razem czarnym charakterem
został James Caviezel, którego ja wciąż pamiętam z roli Jezusa w
„Pasji”. Wtedy stworzył postać, o której nie powinnam się w
ogóle wypowiadać, bo to nie na miejscu i żadne moje słowa nie oddadzą w
pełni jej sensu. Od tamtej pory nie przypadły mu jednak żadne wiekopomne
role. Ta może i była ciekawa, ale było go zdecydowanie za mało, zarówno
pod względem postaci, jak i jego charakteru. Główną rolę kobiecą zagrała
Paula Patton. Śliczna dziewczyna, którą ja osobiście widziałam jeszcze
tylko w jednym filmie-„Lustra”. Zobaczymy czy przypadnie jej więcej ról.
Jak na razie słabo jej idzie, a i też za rewelacyjna to ona nie jest. W
pozostałych rolach wystąpili między innymi Val Kilmer oraz Adam Goldberg.