NOWOŚCI
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Stephen King. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Stephen King. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 7 grudnia 2017

1242. Mroczna wieża, reż. Nikolaj Arcel

     Ten rok jest szczęśliwym dla wszystkich sympatyków Stephena Kinga. Z każdej strony bombardowani jesteśmy ekranizacjami powieści tego poczytnego autora, z różnym efektem. Nie dość, że możemy oglądać jego bohaterów na ekranach telewizorów, to w dodatku możemy zachwycać się historiami na kinowych salach. Jednakże zawiedzeni będą długodystansowi sympatycy „Mrocznej wieży”, której wielotomowa seria uwięziona została w niespełna dwugodzinnym seansie. 
     Jeden wielki wszechświat, zamieszkiwany przez najróżniejsze istoty w ich niesamowitych krainach. Na straży tych światów, w samym ich centrum, stoi potężna, mroczna wieża, która odgradza je od wielkiej Ciemności. Jest jednak pewien czarnoksiężnik- Walter (Matthew McConaughey), korzystający z potęgi dziecięcych umysłów i chcący obalić za ich pomocą wspomnianą wieżę, aby wpuścić za barierę krwiożercze potwory. Od zarania dziejów wieży tej strzeże stowarzyszenie Rewolwerowców, do którego należy też Roland (Idris Elba), a przynajmniej należał dopóki nie zawładnęła nim żądza zemsty. Do ich świata przybywa młody chłopak- Jake (Tom Taylor), który od śmierci swojego ojca gnębiony jest straszliwymi wizjami.
      Należę wśród tych szczęśliwców, którym obca jest seria Mrocznej wieży od Kinga. Przeczytałam raz jedno opowiadanie w tym temacie i totalnie zniechęciłam się do dalszej lektury. Nie mniej, kiedy rozszalało się info o ekranizacji, a z plakatu złowieszczo spoglądał Idris Elba wiedziałam, że to muszę to zobaczyć! I tak oto weszłam na salę pozbawiona wszelkich nadziei na sukces po wszystkich tych negatywnych opiniach. Wyszłam natomiast podekscytowana z jednym credo krzątającym mi się to głowie.
     „Mroczna wieża” zaintrygowała mnie od samego początku swoją historią. Nie wiedziałam czego się spodziewać, bo po wspomnianym opowiadaniu zapamiętałam jedynie Rolanda i wampiry bodajże. O filmie wiedziałam tylko tyle, że będzie tam wieża. Mroczna wieża. Tyle z fabuły. Wciągnęła mnie historia młodego Jake'a- takiego typowego odludka, którego nikt nie rozumie, nawet jego własna matka, który walczy o każdy jeden dzień, aby nie skończyć w wariatkowie. No i teoretycznie mu się udaje, ale tak jakby nie do końca. Jego wątek jest idealnie dramatyczny, w szczególności, gdy spojrzy się na końcowe atrakcje, które wyciskają łzy z oczu. Oczywiście, jego rolę w całym tym przedsięwzięciu można było rozpracować już w chwili, gdy się pojawia na ekranie, ale ja byłam pochłonięta trawieniem przedmowy o Wieży, szokującym wejściem itp. Historia kupiła mnie na starcie choć tak naprawdę spodziewałam się bardziej jałowych terenów i lekko klimatów postapokaliptycznych, a nie zatłoczonego i pełnego chaosu Nowego Jorku. Początkowo przeplatanie akcji z Jakiem, a rozgrywek Waltera z Rolandem sprawiały wrażenie faktycznej podstawy na fabułę. Z początku z lekka dziwnie to wyglądało, ale wkrótce skręciło we właściwym kierunku. Postać Rolanda i Waltera wprowadzają motyw odwiecznej walki dobra ze złem, choć na moje oko to oboje wyglądają na nie do końca dobrych obywateli tego świata. Chęć zemsty, chęć władzy... w tym nie ma ani krztyny szlachetności. Jednakże są chwile, są chwile, które zapierają dech w piersi.
     Uwielbiam ujęcia, w których Roland wycisza siebie, swoje myśli, swoje ciało, kiedy wyostrza słuch, kiedy szpanuje swoimi rewolwerowymi zdolnościami, to jest to na co czeka się cały film i włos się od tego jeży. Cudowne! W szczególności, że nie są to jakieś pokraczne slow motion, tylko takie chwile, gdzie można napawać się zachwytem wywoływanym przez konkretną scenę. Podobało mi się to. Ten film ma niesamowity klimat, niby taka zwyczajna szara rzeczywistość każdego z nas, w którą wkrada się cień zła i paranormalnych łap. Oczywiście, nie udało uniknąć się przesady, jak chociażby te wszystkie dziwaczne istoty, które były aż nazbyt karykaturalne. Zachwycająco wyglądało za to niebo, a Wieża prezentowała się naprawdę... wzniośle! Do tego wszystkiego ciekawe kompozycje muzyczne, a w ich realizacji oczywiście sam wielki Junkie XL, który robi z tego prawdziwą magię.
     Przyznaję się bez bicia, że po seansie potężnie mnie wzięło na Idrisa Elbę. Jego dobra rola w „Pacific Rim” poszła na bok w obliczu Rolanda. Rewolwerowiec, jego credo, jego wyciszanie, jego stylizacja, cały Idris i więcej Idrisa, i pozostaje tylko Idris. Ze swoją powagą, lekką nonszalancją, z całą tą charyzmą stał się naprawdę idealnym Rolandem i kandydatem na obrońcę ludzkości. Nie mogę jednak zapomnieć o pięknym Matthew McConaughey, który lata swojej piękności miał już za sobą, a teraz zaprezentował się nam w skrojonym na miarę image a'la „man in black”. Ma w sobie pazur, ale udało mu się oddać lekkie znużenie całą tą postawą i tym, jak on się musi namęczyć, aby odnaleźć to jedno jedyne światło, które obali mroczną Wieżę. Tom Taylor dzielnie dotrzymuje tym panom towarzystwa, aż człowiekowi zaczyna obchodzić jego los. I na pewnym etapie nie dziwi już, że jest współczesnym synem samej Lagerthy. Tak... przez pół filmu myślałam nad tym skąd ja znam tę piękną buzię.
     „Mroczna wieża” zdecydowanie wpisał się w moje gusta. Nie zachwycał może jakoś specjalnie fabułą, ale jej wielowarstwowość wystarczyła, aby zaspokoić moje pragnienia. Pewnie, że momentami było nudno i abstrakcyjnie, aż do bólu. Całość kupiła mnie jednak klimatem, który dało się wykreować dzięki pięknej scenografii, muzyce, czy stylizacji bohaterów. W dodatku kto, jak kto, ale Idris Elba zdecydowanie przyciąga uwagę nawet najbardziej zagorzałych pacyfistów. Mnie ujął charyzmą i niezmienną barwą swojego głosu, bo w jego ustach nawet reklama psiej karmy byłaby najlepszym credo, które warto byłoby wcielić w swoje życie!

Ocena: 6/10

Oryginalny tytuł:  The Dark Tower / Reżyseria: Nikolaj Arcel / Scenariusz: Nikolaj Arcel, Akiva Goldsman, Anders Thomas Jensen, Jeff Pinkner / Zdjęcia: Rasmus Videbæk / Muzyka: Junkie XL / Obsada: Idris Elba, Matthew McConaughey, Tom Taylor, Claudia Kim, Jackie Earle Haley, Dennis Haysbert / Kraj: USA / Gatunek: Horror, Fantasy
Premiera: 27 lipca 2017 (Świat) 11 sierpnia 2017 (Polska)

sobota, 24 czerwca 2017

SZORTy #41: Skóra, w której żyję, Misery, Kwiat pustyni

Oryginalny tytuł: La Piel que habito | Reżyseria: Pedro Almodóvar | Scenariusz: Pedro Almodóvar | Obsada: Antonio Banderas, Elena Anaya, Marisa Paredes, Jan Cornet Roberto Álamo, Eduard Fernández | Kraj: Hiszpania | Gatunek: Thriller, Dramat
Premiera: 19 maja 2011 (Świat) 16 września 2011 (Polska)
Ocena: 8/10

     Jeden z najchętniej oglądanych i najpopularniejszych hiszpańskich reżyserów. Pedro Almodóvar daje kolejne genialne dzieło, bazując na szokującej powieści autorstwa Thierry'ego Jonqueta „Tarantula”.
     Hiszpański chirurg plastyczny pracuje nad syntetyczną, odporną na uszkodzenia skórą. Swoje testy przeprowadza na tajemniczej kobiecie, pięknej kobiecie, którą przetrzymuje w swoim domu.
     Jeden z najbardziej zaskakujących filmów, jakie przyszło mi oglądać. Szokujących, a przy tym mocno zdeprawowanych i przerażających. „Skóra, w której żyję” rozpoczyna się zdecydowanie za bardzo spokojnie. Od razu zapala się lampka ostrzegająca, bo coś tutaj nie gra. Mocno medyczny charakter, z precyzją chemika dobieranie struktur dających pożądany efekt, pożądany produkt. Wystąpienia na konferencjach, a potem? Cóż... potem włamanie, dziwaczne w skutkach, które szokuje. Jednakże jak myślicie, że na tym skończą się zwroty w akcji to bardzo się mylicie. Tego co ma nadejść nikt się nie spodziewa, no bo jak? Nie mniej, od pewnego momentu z łatwością można się domyślić w czym tkwi sekret tej produkcji, co jest jej drugim dnem. Świetnie jest to zmontowane, Almodóvar sprawnie buduje napięcie- to pewne. Bierze na barki historię, która wstrząsała czytelnikami, a niczego nie świadomy widz zaplątał się w siatkę tajemnic filmowych. Stworzenie psychologicznej warstwy filmu również się udało, choć nie dla każdego będzie to wystarczające. Można było co prawda bardziej popracować nad ludzkimi relacjami, stworzyć większą problematykę postaci, ale i tak efekt jest zachwycający. Świetnie się to ogląda, film wciąga jak niewiele produkcji. Zdecydowanie godny polecenia z uwagi na historię i jej poprowadzenie. Godny polecenia z uwagi na swoją moc w przekazie, no i klimat, klimat tajemnicy, który jest tutaj traumatyzujący.

Oryginalny tytuł: Misery | Reżyseria: Rob Reiner | Scenariusz: William Goldman | Obsada: Kathy Bates, James Caan, Richard Farnsworth, Frances Sternhagen, Lauren Bacall, Graham Jarvis | Kraj: USA | Gatunek: Thriller
Premiera: 30 listopada 1990 (Świat) 31 grudnia 1990 (Polska)
Ocena: 7/10

     Klasyka kina grozy, zekranizowana na podstawie kultowej powieści Stephena Kinga. Nieprzeciętna „Misery” będąca odskocznią od aktorskiej kariery Reinera, natomiast dla Kathy Bates stała się przełomem.
     Poczytny pisarz ulega wypadkowi podczas śnieżycy. Odnajduje go i pomaga mu tajemnicza pielęgniarka, która okazuje się być najwierniejszą fanką jego twórczości, w szczególności tej związanej z postacią Misery.
     Interesująca produkcja, utrzymana w dość kiczowatym klimacie, ale tak bardzo oddająca charakter przełomu lat 80tych i 90tych ubiegłego wieku. Fabularnie jest to zdecydowanie coś dla miłośników książek, którzy tym seansem ustrzec się mogą od pewnej psychozy wywołanej nadmierną fascynacją treścią ulubionych powieści. Tutaj zdecydowanie podziałał czynnik zbyt poważnego potraktowania książki i nadmiernego przywiązania do jej głównej bohaterki. Jest to przykład genialnego złoczyńcy wykreowanego przez świat, którego zamiłowaniem stały się powieści konkretnego autora. Typowy stalker, który tworzy ołtarzyki z ukochanym pisarzem i marzy o podejściu z nim do ślubnego kobierca. Trzeba przyznać, że motyw całkiem przedni wywołujący sporo niepokoju w człowieku. Jednakże trzeba przyznać również, że jest to tytuł mocno przewidywalny, niczym nie zaskakujący widza, aczkolwiek pewnie w ówczesnych czasach ktoś jeszcze mógł uwierzyć uroczej buźce Annie. Rozwój wydarzeń bardzo dobrze buduje napięcie, gdyż nie do końca wiadomo, co stanie się ze wspomnianym pisarzem. Aż ciężko rozmyślać nad tym, czy i sam Stephen King przeżył podobne chwile grozy. Hm. Jest tutaj również kilka scen, które kumulują w nas emocje, jak chociażby wykradanie się z pokoju, a później prędkie do niego wracanie, przed powrotem Annie. Takich emocji człowiek nie chciałby doświadczyć w realu. Jak dla mnie jest to naprawdę bardzo fajny film, który potrafi zaintrygować i przykuć uwagę widza. Nietuzinkowy, a z drugiej strony na tyle życiowy, aby poczuć się nim całkowicie omamionym.

Oryginalny tytuł: Desert Flower | Reżyseria: Sherry Hormann | Scenariusz: Sherry Hormann | Obsada: Liya Kebede, Sally Hawkins, Craig Parkinson, Meera Syal, Anthony Mackie, Juliet Stevenson, Timothy Spall | Kraj: Wielka Brytania, Austria, Niemcy | Gatunek: Dramat, Biograficzny
Premiera: 05 września 2009 (Świat) 26 marca 2010 (Polska)
Ocena: 8/10

     Produkcja Sherry Hormann, amerykańskiej reżyserki cichych obrazów, która u swoich podstaw ma wstrząsającą historię modelki Waris Dirie. Kobieta po latach postanowiła opowiedzieć całemu światu o dramacie somalijskich dziewcząt, a przyjęło to powieść jej autobiograficznej powieści o tytule- „Kwiat pustyni”.
     Młoda i piękna dziewczyna, ucieka ze swojego rodzinnego domu w Somalii i przyjeżdża na Wyspy Brytyjskie. Kiedy po sześciu latach, rodzina, u której się zatrzymała postanawia powrócić do kraju, ona szuka swojego szczęścia gdzie indziej. Przypadkowo wkracza w świat mody, choć piętno tego co jej zrobiono w dzieciństwie, nie pozwala jej otworzyć się na ludzi.
     Czasami słyszymy historie, które wydają się nam bardzo obce. Historie, które dotykają małych zakątków naszego świata. Często są to historie, o których w ogóle się nie mówi z uwagi na religijne, plemienne przekonania. Czasami ktoś się przełamie i potem powstają takie traumatyczne książki, jak „Kwiat pustyni”, na podstawie których robi się filmy. Obraz Sherry Hormann przesycony jest emocjami. Prezentuje obraz wycofanej dziewczyny, która nie włada dobrze językiem angielskim, a pęta jej przeszłości nie ograniczają jej swobodę w kontaktach z innymi ludźmi- w szczególności mężczyznami. Jak można bowiem żyć z taką krzywdą wyrządzoną przez bliskich? I to jeszcze w tak młodym wieku? Waris jakoś żyła i radziła sobie z tym świetnie, choć i nie bez skrępowania. Ze łzami w oczach obserwujemy jak traumatyczne są to dla niej wspomnienia. Ze łzami w oczach obserwujemy relację z tej straszliwej chwili. Inaczej nie da się na to patrzeć. Oczywistym jest, że takie sceny zawsze najbardziej będą poruszać i wydaje się, że są to jedyne chwile, które wzbudzają większe emocje w widzu. Nie mniej, kogo nie cieszą postępy dziewczyny w świecie mody? Kogo nie ucieszy przemiana jaką przechodzi? Może i nie jest to poprowadzone dynamicznie, bo jakże może skoro to dramat, ale z pewnością jest w stanie przykuć uwagę. W szczególności, że Waris jest niesamowicie piękna. Każda sesja z jej udziałem uwydatnia jej urodę coraz bardziej, choć nie trudno oprzeć się wrażeniu, że modelka trafiła do jakiegoś zupełnie innego światka modelingu. Na ekranie towarzyszy jej cudowna Sally Hawkins, która stara się realizować tu swoje własne marzenia, ale znajomość z Waris nie pozostała bez wpływu na nią samą. Kolejna cudowna przemiana. Film może i nie jest jakiś wielce wybitny, może momentami zanudza, a innym razem ułagadza fakty. Pewne jest jednak to, że porusza i to niejednokrotnie, a fakt, że rytualne okaleczanie dziewczynek jest wciąż praktykowane, nawet po interwencji Waris w ONZ jest po prostu... obezwładniające.

niedziela, 10 stycznia 2016

Książka #386: Bazar złych snów, aut. Stephen King

      Tak bardzo dobry w długich powieściach, tak dobry również w krótkich nowelkach. Stephen King sprawdza się niemalże w każdej dziedzinie, choć duża część czytelników fanuje go za literaturę przesiąkniętą grozą. „Bazar złych snów” jest kolejną antologią opowiadań, w której ten kultowy autor zawiera najrozmaitszych rodzajów nowele. I wszystko byłoby dobrze, gdyby nie tytuł, który wskazywałby zasadniczo na jeden typ prozy.
      Od grozy, przez dramaturgię i sensację, aż na fantastyce kończąc. Stephen King wydaje się sprawdzać w każdej dziedzinie i tematyce. Opowiadania o potworach z kosmosu, tajemniczych zdolnościach, różnorakich miejscach i najdziwniejszych z wybryków. Niekiedy ocierające się o fantastykę naukową, a innym razem historie mogące spotkać każdego z nas. Antologia stanowi nie tylko przekrój różnych fabularnych motywów, ale również i skrajnych bohaterów, których spotkać można na każdym kroku.
      Nic tak bardzo nie boli jak czytelniczy zawód na ulubionym pisarzu. Na pisarzu, na którego najnowszą publikację czeka się miesiącami. Czyżby na tym polegał właśnie problem? Na tym, że tak wiele oczekiwało się po „Bazarze złych snów”? W końcu książka w makabrycznym wydaniu, z bardzo wymownym tytułem sugerującym prawdziwy pojazd po bandzie w kwestii horroru, a tu w konsekwencji otrzymujemy coś bardzo dalekiego od naszych oczekiwań. King oczywiście udowadnia, że wyobraźnię ma przeogromną. W końcu... kto jest w stanie stworzyć aż 21 tak skrajnie różnych od siebie opowiadań?! Najwyraźniej nawet i Kingowi nie udaje się utrzymać uwagi widza na zbyt długi czas, aczkolwiek to wszystko uzależnione jest od osobistych preferencji czytelnika. Ci, którzy gustują w bardziej enigmatycznej twórczości autora, w bardziej krwiożerczych tekstach, mogą poczuć się lekko zawiedzeni, a niekiedy nawet i zaskoczeni męczarnią jaką muszą przejść, aby przekopać się przez te wszystkie litery i dotrzeć do upragnionej prozy.
      Całość zaczyna się bardzo obiecująco. Opowiadanie „130. kilometr” to nic innego jak ukłon w stronę klasycznych zabójczych samochodów Kinga, a także autek z piekła rodem. Właśnie ten tekst postawił poprzeczkę bardzo wysoko, zachwycając koncepcją potwora przyjmującego postać samochodu. Nie można odmówić mu również humoru, kiedy wizualizujemy sobie pożeranie kobiecych pośladów przez drzwi samochodowe. Z tytułów bardziej enigmatycznych na uwagę zasługuje „Wydma”. Bardzo niepozorny tytuł, z bardzo niepozorną fabułą. Wyspa, której piaski przepowiadają śmierć? Nie może być chyba nic bardziej frapującego, w szczególności, gdy przypomnimy sobie o finale, który pozostawia czytelnika w totalnej rozsypce. King nie odwraca się też i od fantastyki. Jego opowiadanie o tytule „UR” świetnie łączy w sobie ostatni krzyk mody, jakim są czytniki e-booków oraz sensacje o światach równoległych. Bardzo ciekawe, momentami zaskakujące połączenie między różnymi światami i skutki ewentualnej ingerencji w przyszłość. „Ten autobus to inny świat” prezentuje zupełnie inny wątek. Na pewnej płaszczyźnie łączy elementy thrillera wraz z dramatyzmem całej sytuacji. Obojętność na ludzką tragedię, która dominuje w świecie, a tutaj zostaje wyrzucona na światło dzienne przez samego autora. Podobny wątek kieruje tytułem „Premium Harmony”. Nie ważne, że żona właśnie zmarła, nie ważne, że na tylnym siedzeniu samochodu ugotował się psiak. Najważniejsze, że w sklepie znaleźliśmy nasze ukochane fajki. Najciekawszymi opowiadaniami z całej antologii okazują się być te dotyczące samej śmierci. Kiedy „Życie po życiu” kręci się bardziej wokół przeżywania swojego życia na nowo i popełniania wciąż tych samych błędów- trudno o inny przebieg zdarzeń, kiedy odradzamy się bez tej niesamowitej wiedzy, tak „Nekrologi” to głównie kwestia śmiertelna. Ten drugi tekst zdecydowanie najbardziej przykuwa uwagę również ze względów moralnych. Zabijanie ludzi za pomocą nekrologów? Jest to dar, czy bardziej przekleństwo? Raczej graniczy to z głupotą, bo kto zabija żyjącą osobę z premedytacją?!
      Szkoda, że z tak wielu opowiadań zaledwie garstka zasługuje na faktyczną uwagę. Stephen King każde z nich opatruje krótkim opisem, małym wstępem, który pomoże pojąć większą głębię całej lektury. Nie raz uprzedza, że opowiadanie może być wytworem zupełnie nowym, a innym razem efektem ciągłego dopracowywania. „Bazar złych snów” mógłby być jednak o wiele bardziej porywający, mogłoby być w nim więcej tekstów typu „Nekrologi”, czy „130. kilometr”. Jednakże każdy znajdzie tutaj coś dla siebie, bowiem nawet fani bardziej enigmatycznego i filozoficznego Kinga powinni być zadowoleni z efektów pracy nad najnowszą antologią.


Ocena: 3/6
Recenzja dla portalu A-G-W.info!
a-g-w.info
proszynski.pl

Tytuł oryginalny: The Bazaar of Bad Dreams / Tłumaczenie: Tomasz Wilusz / Wydawca: Prószyński i S-ka / Gatunek: horror, dramat, sci-fi / ISBN 978-83-8069-174-2 / Ilość stron: 672 / Format: 142x202mm
Rok wydania: 2015

sobota, 29 października 2011

818. Szpital "Królestwo" (sezon 1), reż. Craig Baxley

Oryginalny tytuł: Kingdom Hospital
Reżyseria: Craig Baxley
Scenariusz: Stephen King, Richard Dooling, Lars von Trier, Tabitha King
Zdjęcia: David Connell
Muzyka: Gary Chang, Hal Beckett
Kraj: USA
Gatunek: Horror, Komedia, Dramat
Premiera światowa: 03 marca 2004 na stacji ABC
Premiera polska: 06 maja 2005 na stacji TVP1
Liczba odcinków: 13
Obsada: Andrew McCarthy, Allison Hossack, Bruce Davidson, Jamie Harold, Sherry Miller, Diane Ladd, Jack Coleman, Julian Richings, Del Pentecost, Jodelle Ferland, Kett Turton



    W 2004 roku na ekranach amerykańskich telewizorów stacja NBC wypuściła serial, którego scenarzystą, a także producentem wykonawczym jest wzięty, znany i lubiany twórca powieści grozy – Stephen King. Ten osoby nikomu nie należy przedstawiać, dlatego też spodziewano się, że serial „Szpital Królestwo” bazujący na scenariuszu duńskiego mini-serialu Larsa Von Triera „Królestwo”, odniesie nie lada sukces. Pomimo tego, że reżyserii podjął się Craig R. Baxley, którego produkcje wykazują raczej poziom przeciętny, to jednak sama historia i klimat filmu jest charakterystyczny dla powieści Stephena Kinga. 
    Akcja serialu rozgrywa się w szpitalu „Królestwo” w Maine, który powstał na ruinach fabryki, w której przed 130 laty wybuchł pożar, zabijając niemalże wszystkie dzieci. Od pewnego czasu szpital nawiedzają trzęsienia ziemi, a wraz z nimi uwolnione zostają nieczyste siły. Wkrótce po szpitalu roznosi się plotka, że jest on nawiedzony. Lekarze, ale także i pacjenci pełni własnych dramatów życiowych i zawodowych zaczynają dostrzegać rzeczy niemożliwe. Jedna z częstych pacjentek szpitala- pani Druse (Diane Ladd), twierdząca, że jest medium, próbuje porozumieć się z duchami, które opanowały szpital. Zawierza jej pewien lekarz- dr Hook (Andrew McCarthy), który na własne oczy dostrzega ducha małej dziewczynki o imieniu Mary (Jodelle Ferland). Kiedy do szpitala trafia znany malarz- Peter Rickman (Jack Coleman), wszystko obraca się na korzyść szpitala, gdyż dzięki pomocy ducha o wyglądzie mrówkojada- Antubisa, stanowi teraz łącznik pomiędzy światem żywych, a światem umarłych. Wkrótce wszyscy będą musieli się zjednoczyć, aby zniszczyć zło, które chce uśmiercić wiele istnień znajdujących się w szpitalu „Królestwo”.

czwartek, 9 grudnia 2010

546. Stukostrachy, reż. John Power

542. Skazani na Shawnshank, reż. Frank Darabont

539. Sekretne okno, reż. David Koepp

poniedziałek, 6 grudnia 2010

323. 1408, reż. Mikael Hafstrom