NOWOŚCI
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Peyton Reed. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Peyton Reed. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 8 stycznia 2019

1255. Ant-Man i Osa, reż. Peyton Reed

     „Avengers: Wojna bez granic” wprowadziło spore zamieszanie w kinowe uniwersum Marvela. Wszyscy zastanawiają się, co będzie z dalszymi losami ich ulubionych superbohaterów. W końcu wiele dotychczasowych filmów obiecywało powroty postaci. I tak oto mamy powrót jednego z nich, powrót, który tak naprawdę umiejscowiony jest w czasie równoległym do rozgrywającej się wojny z Thanosem. Człowiek Mrówka powrócił w iście uskrzydlonym towarzystwie- i nie mówię to o Antonim, a o Osie!
Źródło: Galapagos Films

     Po starciu Tony'ego Starka ze Steve'em Rogersem, która zapoczątkowała rozłam w grupie Avengers, Scott Lang (Paul Rudd) odsiaduje areszt domowy. Hank Prym i Hope van Dyne (Michael Douglas i Evangeline Lily) są rozzłoszczeni na swojego starego kumpla za ujawnienie ich technologii całemu światu, jednakże sytuacja zmusza ich do ponownego kontaktu. Okazuje się, że Lang może być ich jedyną nadzieją na uratowanie Janet- kochającej żony i matki. Jednakże już na samym początku ich misji na ich drodze staje tajemniczy Duch, który ma wobec nich całkowicie odmienne plany.

     Gdy oglądamy takie starcia, jak w filmie „Avengers: Wojna bez granic” i rozmyślamy nad tym dlaczego jedni superbohaterowie mają przerąbane walcząc z Thanosem i jego zakonem koszmarnych i mrocznych bachorów, a drudzy mają całą aferę totalnie w nosie, bo w ogóle w niej nie uczestniczą, dostajemy jakieś dziwaczne wykręty, „A, bo on ma areszt domowy!”. Jak wyraźnie pokazuje „Ant-man i Osa”, twórcy MCU nie potrafią się trzymać konkretnej linii. Skoro ma areszt domowy, to ma areszt domowy, a nie biega sobie po San Francisco pomagając swoim starym kumplom. A jeżeli już wynajduje się sposób na bieganie sobie po San Francisco pomagając kumplom, to równie dobrze mogę skorzystać z technologii i ratować połowę ludzkości przed pstryknięciem Thanosa. Cóż, najwyraźniej była to jakaś supertajna wojna, bo przecież ani Thanos, ani Stark, ani T'Challa nie wrzucił na Fejsbuczka relacji na żywo z toczącej się wojny. Ostatecznie, po całej aferze już tylko mrówki mogły poszaleć na perkusji. 
Źródło: Galapagos Films

     W czasie kiedy reszta bohaterów ratowała wszechświat Ant-Man znakomicie się bawił, przynajmniej przez ostatnie kilka dni, kiedy to zrobił z domu potężny tor przeszkód do zabaw z córką, no i notorycznie zwiększając, i zmniejszając siebie oraz wszystko, co wokół niego. Tu kopniak w piszczel, tam plaskacz w twarz, innymi słowy rozrywek mu nie brakowało. W szczególności, gdy przez swoją nieuwagę doprowadził do wyślizgnięcia się nogi poza dopuszczalną granicę i po raz kolejny funkcjonariusze robili mu wjazd na chatę. Nic fascynującego, niestety. Nie oznacza to jednak, że cały film jest poniżej przeciętnej przewidywalności. Udaje się rozbudować pewną zaskakującą- na swój sposób, bo w innej kategorii jest coś całkowicie oczywistego i oczekiwanego do nadejścia- zważywszy na zapowiedzi i otwarcie filmu.

      Sporym atutem, ale też i już znakiem rozpoznawczym tego tytułu jest jego subatomowy charakter. Nie tylko ze względu na kreatywność twórców odnośnie jego wykorzystania, ale przede wszystkim sposób prezentacji. Przecież pomniejszając się do maksymalnej minimalności można dostrzec najprawdziwsze cuda. Być mniejszym niż roztocze na kanapie? Fascynujące! A jak to wszystko pięknie wygląda, tak kolorowo... Jest się czym zachwycić. Natomiast samo wykorzystywanie technologii na zwiększanie i zmniejszanie przedmiotów? Hmm... jest kilka rzeczy, które sprawiają frajdę- jazda na hulajnodze, duża podawajka dropsów, no i oczywiście koło z resorakami. Super. Obawiam się jednak, że jest to jedyna prawdziwa zaleta filmu, ponieważ z tego aspektu wychodzi praktycznie wszystko. Daje to całą masę powodów do żartów, więc nie brakuje tutaj humoru, ale też dostarcza rozrywki wizualnej. 
Źródło: Galapagos Films

     Fabuła filmu nie porusza zbyt wielkiej problematyki moralnej, życiowej, itd. Krąży jednak wokół tematu rodzicielstwa, bo kto jak kto, ale Scott Lang jest genialnym ojcem i za to ma ogromnego plusa. Uwielbiam jego relację z małą Cassie, tworzą cudowny duet. Może to kwestia samego Paula Rudda i uroczej Abby. Ciepło się robi na sercu, gdy się na nich patrzy. Innym ciekawym duetem jest oczywiście Scott-Hope. Tych dwoje się uwielbia, choć wiadomo trzeba się czasem pozłościć, żeby nudno nie było. Jest między nimi zdrowa chemia, która dobrze odbija się na całej produkcji. Natomiast, czy problem Ducha jest czymś, co angażuje nas emocjonalnie? Wątpliwe. Myślę jednak, że jest to problem samej aktorki, która ewidentnie nie jest w stanie przekonać nas do swojej kreacji. Hannah John-Kamen jest bardziej przekonująca i tajemnicza z maską na twarzy, niż bez niej. Wyczuwam tutaj nowy syndrom Kylo Rena. Bardziej fascynuje misja Hope i jej ojca, to najbardziej absorbujący ze wszystkich wątków i najchętniej resztę wyrzucilibyśmy za okno, bo są całkowicie bezużyteczne. Łatwo tutaj dostrzec emocje bohaterów, łatwo jest się nimi zainfekować. W dodatku Lily i Douglas świetnie wypadają w tej relacji, jak prawdziwa córka z ojcem, aż miło popatrzeć. 
Źródło: Galapagos Films

     Człowiek Mrówka i Osa to kino całkowicie rozrywkowe. Do tego stopnia, że totalnie nic nie wnoszące do fabuły, przynajmniej na razie. Jest typowym zapychaczem czasu w oczekiwaniu na „Avengers: Endgame”, którego premiera zbliża się wielkimi krokami i coś mi się wydaje, że ciężko będzie się dostać na seans w pierwszym terminie, bo chyba cała druga połowa wszechświata chce wiedzieć co się stało z tą pierwszą. Kiedy większość superbohaterów walczyło Ant-Man przebimbał całą akcję walcząc z małymi, nic nieznaczącymi kryminalistami, i pomagał rozwiązywać rodzinne dramaty. Problemy tak samo malutkie, jak jego postura. Szkoda, że całość wypada tak mizernie i mało porywająco, bo można było dać więcej, żeby bardziej podjudzić oczekiwanie widza na finał.

Ocena: 6/10
Recenzja filmu DVD „Ant-Man i Osa” - dystrybucja Galapagos Films

Oryginalny tytuł: Ant-Man and the Wasp / Reżyseria: Peyton Reed / Scenariusz: Andrew Barrer, Gabriel Ferrari, Chris McKenna, Erik Sommers, Paul Rudd / Zdjęcia: Dante Spinotti / Muzyka: Christophe Beck / Obsada: Paul Rudd, Evangeline Lily, Michael Douglas, Michelle Pfeiffer, Laurence Fishburne, Hannah John-Kamen, Michael Pena, Walton Goggins / Kraj: USA, Wielka Brytania / Gatunek: Akcja, Sci-Fi

Premiera kinowa: 04 lipca 2018 (Świat) 03 sierpnia 2018 (Polska)
Premiera DVD: 05 grudnia 2018

niedziela, 9 sierpnia 2015

1182. Ant-Man, reż. Peyton Reed

     Ten film całkowicie zmieni twój światopogląd. Już nigdy więcej mrówki nie będą takie same. Oto bowiem nadchodzi najmniejszy superbohater, jaki kiedykolwiek pojawił się na wielkim ekranie. Tym razem Marvel sięga po niemalże nieznaną postać i próbuje w jak najciekawszy sposób zaprezentować ją światu. Człowiek Mrówka jest na tyle wyjątkowy, na tyle wszechstronny i mrówkowy, że koniecznie trzeba zobaczyć go w przybliżonej wersji podczas projekcji „Ant-Mana” w kinie!
     Przed wieloma laty dr Hank Pym (Michael Douglas) za dnia był szalonym naukowcem w elitarnej grupie S.H.I.E.L.D. a skrycie walczył z przestępczością w stroju wyposażonym w wynalazek jego życia. Widząc jakie zagrożenie niesie ze sobą podzielenia się tym z kimś innym postanowił na zawsze zrzucić „zbroję”. Jednakże teraz jego dawny uczeń jest o krok od dopięcia tego samego co on. Pym podstępnie proponuje więc sprytnemu złodziejaszkowi- Scottowi Langowi, który dopiero co opuścił więzienie i nie chce zrobić niczego, czym mógłby zawieść swoją małą córeczkę- nietypową pracę. Przyodziewając jego dawny kostium, zmniejszając się do rozmiaru robaka i komunikując się z mrówkami musi powstrzymać szalonego Darrena Crossa (Corey Stoll) przed realizacją jego planu.
     Filmy Marvela mam już w swoim standardzie kinowym. Zawsze muszę zobaczyć takowy jak najszybciej i to na dużym ekranie. No chyba, że mowa o „Kapitanie Ameryce”- wtedy nie za bardzo przestrzegam narzuconych sobie reguł. Wybacz koleś, nie przepadam za tobą. Widząc więc zwiastun produkcji o całkowicie nieznanym- choć gdzieś tam chyba zasłyszanym wcześniej, bohaterze- wiadomo, trzeba było wyruszyć na salę. Sam seans? Jednych zawodzi, drugich wręcz przeciwnie. Zdecydowanie podpisuję się pod tą drugą grupą, gdyż nie do końca pojmuję, czym tak bardzo zawiedzeni są fani ekranizacji komiksowych. Wiadomo, nie jest to obraz na miarę „Thora”, czy „Iron Mana”. Twór Reeda to bardzo prosta, pod każdym względem, opowieść. Jedni dopatrują się tutaj klimatu pierwszych filmów kuźni, a ja widzę po prostu bardzo lekką rozrywkę z rozbrajającym dowcipem i świetnym powiązaniem z innymi filmami wytwórni.
     Nie od dziś wiadomo, że Marvel wykonał genialną robotę łącząc ze sobą niemalże wszystkie swoje produkcje. Bez względu na to, czy to detalami, czy scenami po napisach końcowych- o tak! Film Marvela bez sceny po napisach, nie jest filmem Marvela. Musi być co najmniej jedna, aczkolwiek „Ant-Man” daje nam dwie. Podwójna dawka szczęścia! Mrówka nie tylko po napisach idealnie nawiązuje do następnego wielkiego filmu, czyli „Kapitan Ameryka: Civil War”, ale również w trakcie samego filmu. Początkowe odwiedziny u S.H.I.E.L.D. - tak... jeszcze istniejącej, bo to historia, późniejsze zabawne nawiązania do Avengersów („Nie możemy zadzwonić do Avengersów?”), no i w końcu starcie z jednym z nich, gdzie nie może być chyba nic bardziej rozbrajającego w całym filmie.
     Do tej sceny dorównywać może jedynie ostateczne starcie z Yellowjacket, no bo przecież gigantyczna zabawkowa lokomotywka, no i oczywiście pokraczny mrówko-pies, to przecież coś czego nie można zobaczyć na co dzień. To poczucie humoru rozkwita tutaj zdecydowanie za sprawą Paula Rudd'a, który już w trakcie pracy przy „Friends” pokazał, że ma całkiem niezły dowcip, który rozbawiał nas przy wielu innych komediach. Do tego postać Michaela Peny, czyli człowieczka „matka nie żyje, ojciec deportowany, ale fura jest!” i naprawdę... jeżeli ktoś potrafi objaśnić ciąg przyczynowo-skutkowy jego rozkmin i donosów, to jest wielki! Ostatnia zamykająca scena i wielkie „he!?” na twarzach widzów. Lepszego zamknięcia z jego udziałem nie widzę.
     Efekciarstwo w tym filmie jest na całkiem porządnym poziomie. Nie jest to może kolejny „Thor: Mroczny świat”, czy „Avengers: Czas Ultrona”, ale... kurcze, te mrówki... te wizualizacje subatomowe (czy jak to się tam zwało)- rewelacja! Technologie, którymi dysponują bohaterowie, coś genialnego. Pomniejszacz cząsteczek? Cudo! Aczkolwiek breja z uroczych owieczek już takim cudem nie jest, ble! Nie mniej spece od efekciarstwa musieli się sporo nasilić, bo przecież efekty to jedno, a powiększyć świat znany i lubiany to drugie. Bardzo dobra integracja człowieczka w kombinezoniku i mrówków go otaczających. Tak świetnie prowadzone interakcje pozwalają budować sympatię człowieka do mrówek. No, bo komu nie było przykro na widok skrzydełka Antoniego? Smuteczek, jak nic. Nie ma więc tutaj efektu przeładowania, parodii filmów o superbohaterach. Uzyskano konkretny wygląd, który zadowoli każdego.
     Zdziwieni, że taki tekst zaczyna się od teorii co do udziałów lekkich w tej produkcji? Cóż, pewnie dlatego, że nie można tutaj mówić o większej głębi. Fabularnie film to jeden wielki misz masz tematyczny. Wątek kradziejstwa, odkupowania win i odzyskiwania zaufania swojej córki oraz pozycji w społeczeństwie – to zadanie Paula Rudd'a. „Subtelne” dążenie do władzy absolutnej, ale przede wszystkim symbol przyrostu formy nad treścią – to nikt inny jak sam Corey Stoll. Szkoda tylko, że nie potrafi być takim bad-assem jak walczy z Mistrzem i „Wirusem”. Bowiem jako Yellowjacket- świetny. Zupełnie jak nie ten człowiek. No i oczywiście musiał, no po prostu musiał się pojawić tutaj doroślejszy wątek problematyki relacji córka-ojciec po utracie matki/żony. Ach, te dramaty, tak bardzo naciągane. I do tego tajemnice, bo w końcu... „Masz tę moc!”. Michael Douglas i Evangeline Lilly- duet niemalże idealny. Świetnie sprawujący się jako ojciec i jego ukochana córeczka, której nic nie wolno, bo jeszcze sobie krzywdę zrobi. Różnorodność, jak ta lala. Szkoda, że nie zawsze taka mieszanka dobrze wpływa na rozwój fabuły. Tu może podążyć w ciekawym kierunku, więc... czas pokaże.
     Człowiek Mrówka nie jest filmem idealnym, ale jest to zdecydowanie jedna z ciekawszych produkcji Marvela. Zupełnie inne spojrzenie na superbohatera, który nie zawsze musi być szlachetny z czynu. „Ant-Man” to obraz, który nie tylko pozwoli nam oswoić się z mrówkami- także tymi niedobrymi, gryzącymi. Dzięki niemu te stworzonka już nigdy nie będą takie same. Jednakże jest to przede wszystkim samodoskonalenie się z własnej nieprzymuszonej woli w świecie rzucającym nam kłody pod nogi, zawsze! Peyton Reed w ciekawy sposób pokazał nam nowe oblicze kultowego bohatera, który udowadnia, że to nie rozmiar jest ważny, liczy się... serce!

Ocena: 7/10

Recenzja dla portalu A-G-W.info!

 


Oryginalny tytuł: Ant-Man / Reżyseria: Peyton Reed / Scenariusz: Adam McKay, Paul Rudd, Edgar Wright, Joe Cornish / Na podstawie: komiksu Jacka Kirby'ego, Stana Lee i Larry'ego Liebera / Zdjęcia: Russell Carpenter / Muzyka: Christophe Beck / Obsada: Paul Rudd, Michael Douglas, Evangeline Lilly, Corey Stoll, Bobby Cannavale, Judy Greer, Abby Ryder Forston, Michael Pena/ Kraj: USA / Gatunek: Akcja, Sci-Fi

Premiera: 29 czerwca 2015 (Świat) 17 lipca 2015 (Polska)

poniedziałek, 6 grudnia 2010

317. Dziewczyny z drużyny, reż. Peyton Reed

poniedziałek, 29 listopada 2010

215. Sztuka zrywania, reż. Peyton Reed

Oryginalny tytuł: The Break-Up
Reżyseria: Peyton Reed
Scenariusz: Jeremy Garelick, Jay Lavender
Zdjęcia: Eric Alan Edwards
Muzyka: Jon Brion
Kraj: USA
Gatunek: Komedia romantyczna
Premiera światowa: 01 czerwca 2006
Premiera polska: 04 sierpnia 2006
Obsada: Vince Vaughn, Jennifer Aniston, Cole Hauser, Jon Favreau, Joey Lauren Adams

    Brooke i Gary poznają się na jednym z meczy. Od razu przypadają sobie do gustu. Są już ze sobą dość długi czas, aż do pewnego przełomowego momentu w ich życiu. Brooke zrywa z Gary`m. Brooke chce tylko, żeby Gary zrozumiał swój błąd i zmienił swoje zachowanie. Niestety Gary jakoś nie specjalnie zauważa intencje Brooke i oboje robią sobie na złość. Problem w tym, że mieszkanie, w którym mieszkają należy do nich obojga i żadne nie chce się wynieść. Jedynym rozwiązaniem jest sprzedaż mieszkania.
    Tutaj od razu uczepię się tytułu! Jak ja to uwielbiam... Nie mogli filmu po prostu nazwać "Rozstanie". Brzmiałoby to o wiele lepiej, a nie kurcze tworzą jakieś nowe zabawy słowne. Chyba nigdy tego nie skumam.
    Film jest dosyć nietypową komedią romantyczną. Nie dość, że rozpoczyna się w dosyć dziwnym momencie, to w dodatku kończy się w jakiś dziwny sposób, dla mnie totalnie nie romantyczny, ale to może tylko moje zdanie :P Mianowicie... film rozpoczyna się tym, że Brooke po kolacji dla niej, Garego i ich najbliższych, którą sama przygotowała, musi sama po niej posprzątać, gdyż Gary jest zbyt zajęty grą telewizyjną. Jakież było zdziwienie, gdy zobaczyłam tam GTA: San Andreas :D buhaha :D ale do rzeczy :P Brooke nie wytrzymała i zerwała z Garym. Nie, żeby specjalnie tego chciała, tak jak pisałam wyżej, pragnęła tylko, żeby zrozumiał swój błąd i zrozumiał to jak bardzo ją kocha i jej potrzebuje. Ale... oczywiście jak to bywa z facetami oni nie są zbyt domyślni (bez urazy dla płci męskiej).
    Ten film specjalnie oglądałam z moim chłopakiem :P nie żebym zrobiła to specjalnie :D po prostu chciałam, żeby zobaczył jak to jest. Wydaje mi się, że ten film jest idealny dla par. Można bowiem zobaczyć w nim dwie strony medalu. Kobiety mogą zobaczyć jak czują się faceci, a faceci mogą w końcu zrozumieć, chociaż częściowo, skomplikowane myślenie kobiety.
    Momentami było w filmie naprawdę prześmiesznie. Dla przykładu, gdy Brooke poszła na depilację :P aby przykuć uwagę Garego :D normalnie rozwaliło mnie to, gdy przechadzała się nago po domu, a Gary wbił w nią oczy na tak długo, że aż pobili go w grze bokserskiej :D no to miałam ubaw :) a już nie mówiąc o wyrazie twarzy Brooke podczas depilacji :P to musiało boleć! Poza tymi śmiesznymi fragmentami były też te naprawdę przykre.  Poryczałam się chyba z 3 razy na tym filmie a mój Misiek podawał mi tylko chusteczki. Pierwszy motyw, gdy Brooke wyszła niby na randkę, bo od razu z niej wyszła, a właściwie wysiadła z taksówki, wróciła do domu, a tam Gary zorganizował ze znajomymi i dziewczynami grę w rozbieranego pokera i Brooke akurat wróciła, gdy jedna laska już prawie w całkowitym negliżu tańczyła kusząco dla Garego. Gdy zobaczyłam minę Brooke po prostu się popłakałam.  Drugą sceną, przy której znowuż ryczałam była scena, w której Brooke przybrała inną strategię i postanowiła zaprosić na koncert Garego. Czekała na niego, a on nie przyszedł... i ostatnia scena połączona właściwie  z tą drugą, gdy Gary przyszedł ją przeprosić, ze nie przyszedł a ona już płakała. Wyjaśniła mu dokładnie o co jej chodziło i w ogóle z tym całym zerwaniem i cały czas płakała. Nie wiem czemu, ale nie mogę patrzeć jak ktoś ryczy w filmie bo mnie też się chce płakać. Acha przypomniała mi się jeszcze jedna łzawa scena... gdy Gary się zmienił. Zrobił dla Brooke kolację i naprawdę wszystko zrozumiał i powiedział jej tyle pięknych słów.
    Coś co mnie zaskoczyło w filmie w ogóle :) POLSKA :D tak nasz piękny, cudowny kraj w filmie amerykańskim :) najpierw flaga i nasze godło w firmie Garego i jego braci, a potem jego koszulka z napisem "Polish Proud", czyli tłumacząc z wolna "Polska duma". Poruszyło mnie to o dziwo :)
    Zakończenie filmu jest dosyć niespotykane tak jak już pisałam o tym, bo nie kończy się happy endem, chociaż w pewnym sensie... zależy jak to rozumieć :)
    W głównych rolach zobaczymy hollywoodzką parę- Jennifer Aniston w roli Brooke i Vince Vaughna w roli Garego. Oboje zagrali świetnie, a w szczególności Jennifer. Znowu przypomniała nam swoje śmieszne minki :D
    Film bardzo mi się podobał i możecie mi uwierzyć, że jest to wręcz idealny film dla par, aby w końcu mogły docenić się wzajemnie. Coś o tym wiem... bo u mnie zdało to egzamin :P

środa, 19 maja 2010

636. Jestem na tak, reż. Peyton Reed

Reżyseria: Peyton Reed
Scenariusz: Nicholas Stoller, Jarrad Paul, David Iserson, Andrew Mogel
Zdjęcia: Robert D. Yeoman
Muzyka: Mark Everett, Lyle Workman
Na podstawie: powieści Danny`ego Wallace`a
Kraj: USA / Australia
Gatunek: Komedia
Premiera światowa: 09 grudnia 2008
Premiera polska: 26 grudnia 2008
Główne role:
             Jim Carrey jako Carl Allen
             Zooey Deschanel jako Allison
             Bradley Cooper jako Peter
             John Michael Higgins jako Nick
             Rhys Darby jako Norman
             Terence Stamp jako Terrence Bundley
Historia:
    CarlAllen to zirytowany bankier, który od lat siedzi na jednym stanowisku. W trzylata po tym jak opuściła go żona Carl wiecznie jest niezadowolony, a wszelkiepróby wyciągnięcia go gdziekolwiek przez jego przyjaciół kończą się niepowodzeniem.Carl ze swoim negatywnym nastawieniem do swojego świata zaczyna denerwowaćswoich przyjaciół kiedy opuszcza najważniejsze dla nich wydarzenia. Jednakpewnego dnia spotyka swojego dawnego kumpla imieniem Nick, który jest terazzupełnym jego przeciwieństwem. To właśnie on proponuje mu wyjście na seminariumprowadzone przez Terrence`a Bundleya, gdzie słowo „nie” zastąpione zostajesłowem „tak”. Gdy w końcu Carl udaje się na to spotkanie wychodzi z niegocałkowicie odmieniony i postanawia zmienić swoje życie.  Z początku wydaje mu się być to dośćnaciągane, ale wkrótce zda sobie sprawę z tego, że mówienie „tak” może otworzyćgo na cały świat. Tak właśnie poznaje piękną Allison i zaczyna żyć pełniążycia.
Moja opinia o filmie:
    „Jestemna tak” to ekranizacja jednej z powieści Danny`ego Wallace`a, której realizacjipodjął się Peyton Reed („Dziewczyny z drużyny”, „Sztuka zrywania”). Film tenwielokrotnie porównywany był do innego filmu, w którym wystąpił Jim Carrey-„Kłamca, kłamca”, w którym to zastosowano podobny pomysł na film. Nie będępróbowała porównywać filmu „Kłamca, kłamca” z „Jestem na tak”, ponieważ oba tefilmy mają do przesłania dwie zupełnie różne od siebie wartości. Mogę jedyniepowiedzieć, że „Jestem na tak” bawi, ale nie aż tak, jak „Kłamca, kłamca”.
    Muszępowiedzieć, że film mi się spodobał. Bardzo przyjemnie się go oglądało, pomimotego iż nie powalałam dowcipami. Pozostawia po sobie miłe uczucie, a to jużcoś. Zawsze lubiłam filmy z Jimem Carreyem, w szczególności komedie, ponieważma on swój sprawdzony sposób gry. W filmie tym niewiele z tego zobaczymy odziwo, a i tak jest się z czego pośmiać. Oczywiste staje się kiedy człowiekzmuszony jest do ciągłego mówienia „tak” zamiast „nie”, że przyniesie tocałkiem zabawne konsekwencje. Już na sam początek dostajemy lekkie przegięcie zniemocy powiedzenia „nie”. Niektóre z sytuacji wydają się być dość irracjonalnejak na przykład propozycja starszej pani, która mnie osobiście rozbroiła. Niemówiąc już o tym co się działo kiedy Carl odmawiał. Można byłoby pomyśleć, że wkońcu musi się zdarzyć coś złego skoro wszystko idzie tak dobrze. Przykładembyło dawanie niezliczonej liczby pożyczek na różne bzdety. W końcu jednakdoczekaliśmy się takiej sceny, która jak dla mnie była przesadą, ale winteresujący sposób łączyła ze sobą wszystkie fakty, aby w końcu dowalićCarlowi z całej siły. Na pewno nie jest to film, przy którym boki ze śmiechumożna zrywać, ale uśmiechniecie się nie raz i parskniecie śmiechem na komizmzaistniałych sytuacji.
    Nie jestto jednak coś czego już nie widzieliśmy. Przykładem jest wspomniany przeze mnie„Kłamca, kłamca”. Ten sam schemat. Jest to historia takich jakich wielepowstało i w dodatku, tak jak zawsze przy podobnych produkcjach, niesie za sobąpewne przesłanie. Każdy odbiera film na swój własny sposób. Według mnie morałemtego filmu jest to iż powinniśmy się cieszyć każdą chwilą naszego życia.Powinniśmy korzystać z możliwości jakie ofiaruje nam los, a na pewno niepożałujemy. Oczywiście pomijamy fakt, iż Carl pracował w banku więc mógł sobiepozwolić na więcej rzeczy niż przeciętny człowiek, ale chodzi o samą myślprzewodnią filmu. Nie ma to jak optymistyczny akcent.
    Osobiściebardzo podobały mi się pomysły na spędzanie czasu przez Carla. Te spontanicznewycieczki, te wszelkiego rodzaju kursy, skok na bungee, no i pomocpotrzebującym. Myślę, że każdy powinien tego spróbować, postarać się byćchociaż jeden cały dzień „na tak”. Wydaje mi się jednakże, że można byłojeszcze więcej takich scen nakręcić, bo dzięki temu bywało naprawdę zabawnie.
    JimCarrey idealnie nadaje się do podobnych komedii, ale wydaje mi się, że w tymfilmie przystopował. Nie było widać tak często jego zabójczych min, czy gestów,które w jego przypadku żyją własnym życiem. Szkoda, że ich nie było, ale zdrugiej strony wydaje mi się, że nie pasowałyby do tej roli. Jim idealniezagrał swoją postać. Był poważny, ale również zabawny. Sam wykonał wspominanyprzeze mnie skok na bungee, no ale w sumie kto by nie chciał, gdyby miałokazję. Ostatnio nie występuje jednak w zbyt dużej ilości filmów. Długo kazałna siebie czekać, gdyż ostatnim filmem jaki z nim widziałam to „Numer 23”. Uboku Carreya wystąpiła Zoey Deschanel. Po okropnej tragedii jaką przeżyłamoglądając ostatni film z nią „Zdarzenie”, Zoey podniosła się z popiołów i tak wfilmie „Jestem na tak” znowu była pełną życia i radosną dziewczyną, która niekaleczy oczu swoim aktorstwem. Bardzo mi się podobała w tym filmie. A gdydowiedziałam się, że sama śmigała skuterkiem w filmie, gdyż jej kaskaderkamiała biodrowe problemy jakieś, to w ogóle zabłysnęła. Zresztą Zoey zawszedarzyłam sympatią, już od chwili, gdy ujrzałam ją w filmie „Miłość nazamówienie”. Intryguje mnie i mam nadzieję, że zobaczę z nią jeszcze wieleciekawych filmów.
    Mnieosobiście film się spodobał. Uważam, że może nie jest jakimś arcydziełem, alezdecydowanie jest to dobry film. Na szczęście nie żenuje tak jak większośćkomedii dzisiejszych czasów, a momentami bywa naprawdę zabawnie. Wprawia wdobry nastrój i może pomóc w zmianie nastawienia do świata. W dodatku powrótJima Carreya na ekran całkowicie odmienionego, to trzeba zobaczyć.
Galeria:
 
 
 
   

  
OCENA: 8/10            Bardzo dobry