NOWOŚCI
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Galapagos. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Galapagos. Pokaż wszystkie posty

piątek, 15 lutego 2019

1256. Mała Stopa, reż. Karey Kirkpatrick

     Zima w pełni wobec czego zimowe klimaty w kinematografii są jak najbardziej trafione. W szczególności, gdy dotyczą animacji, bo śnieżne opowieści dostarczać mogą wiele frajdy zarówno małym, jak i dużym widzom. „Mała Stopa” stworzona przez Kareya Kirkpatricka zdecydowanie do takich należy, bo przecież porusza temat fascynujący ludzkość od dziesiątków lat- opowieści o Yeti, przedstawiona z całkiem innej perspektywy, a do tego świetnie wyglądająca wzbudza sympatię i ciekawość.
Źródło: Galapagos Films

     Migo (Stefan Pawłowski) jest synem tego, który każdego poranka musi wybudzić Słońce ze snu uderzając głową w wielki gong. Każdy wśród ich małej, górskiej społeczności ma w swoim życiu jakiś cel, aby przysłużyć się dobru ogółu. Jedyne czego się obawiają, to nie tylko proroctwa z tajemniczych kamieni zawieszonych na szyi wielkiego wodza, ale również i „Małej Stopy”. Dlatego też, gdy podczas swoich starań odnalezienia miejsca w życiu Migo trafia do świata małych stóp, zarówno jego życie, jak i żywot Percy'ego (Sebastian Stankiewicz) ulegnie diametralnej zmianie.

     Podobają mi się współczesne animacje i ich złożoność. To już nie są jedynie bajki dla dzieci, z lekkim morałem przyswajalnym przez każdego, to naprawdę mądre kino, które zadowoli także dorosłego widza. „Mała Stopa” to historia opowiedziana z całkiem innej perspektyw. Do tej pory to ludzie fascynowali się pogłoskami o istnieniu Yeti, wzajemnie się nakręcając i tworząc coś na skraju lokalnej legendy, a wręcz budząc strach. A gdyby tak sytuacja się odwróciła, gdyby to ludzie byli tym tajemniczym gatunkiem żyjącym gdzieś pod wielką chmurką i o którym szepcze się, że istnieje lub też nie. Świetny pomysł, który znajduje ujście w naprawdę przezabawnych scenach związanych z pierwszym spotkaniem, próbą komunikacji, czy zachwytem Wielkiej stopy nad Małą stopą. Urocze i zabawne jednocześnie. Przy tym naprawdę można się świetnie bawić. Jednakże gdzieś pomiędzy tą zabawą pojawia się również czas na refleksję i to refleksję ocierającą się nie tylko o tolerancję, strach przed odmiennością i starciem rzeczywistości z legendą. To coś znacznie głębszego. Animacja budzi lekką trwogę w widzu, przyrównując wierzenia Yeti do naszych własnych chrześcijańskich. To już jest temat bardzo „śliski”, który może rzutować na odbiór filmu u jednej z grup odbiorców. Mądrości zapisane na kamiennych tablicach, brzmi znajomo? Tutaj twórcy podejmują bardzo odważną decyzję pójścia o krok dalej i pokazania drugiej strony tych zasad, czy jak to tam zwać.
Źródło: Galapagos Films

     „Mała Stopa” bardzo fajnie prezentuje się pod względem wizualnym. Utrzymana w zdecydowanie zimowych barwach bardzo dobrze buduje cały klimat. Wszędzie śnieg, do tego górzyste tereny- plenery więc magiczne. Nawet wtedy, gdy sielskie leśne klimaty zamieniamy w metropolię- lekki kontrast, ale i tak komponuje się do całości. W tym wszystkim urocze istoty, które może urodą swoją nie zachwycają, ale postarano się o ich niesamowity wygląd. Każdy z Yetich jest inny, ma inne cechy charakteru, a co za tym idzie inne cechy wizualne. Nie trudno więc stwierdzić, że produkcja dostarcza przyjemnych wrażeń dla oka.

     Dubbing nigdy nie jest łatwą rzeczą, ale problemem jest w przypadku produkcji aktorskich. W sytuacji animacji nie ma większego wyzwań, gdyż postać jest taka jaką ją usłyszymy, jakie cechy charakteru zaserwuje jej aktor wraz ze swoją interpretacją. W „Małej Stopie” pierwsze skrzypce grają Migo wraz z Percym, a więc Stefan Pawłowski i Sebastian Stankiewicz. Ciężko oceniać poza stwierdzeniem, że świetnie się spisali, bowiem ich głosy dobrze tutaj zagrały dając uczucie spełnienia dla tych właśnie postaci. Zaskakującym okazało się zepchnięcie na dalszy plan towarzyszki Percy'ego, bowiem Brenda mogła sporo namieszać w fabule. Twórcy najwyraźniej poszli innym tropem i to bardzo dobrym w dodatku. Reszta postaci stanowiła bardzo dobre tło, motor do działania, wizualizację pewnych pragnień i obaw. A obsada dubbingująca? Urzeczywistniła te emocje. 
Źródło: Galapagos Films

     Najnowsza animacja Kareya Kirkpatricka to nie jest żadne objawienie, niestety. Owszem, film jest bardzo pomysłowy w swojej interpretacji, z pewnością dostarcza wielu bardzo złożonych emocji, jednakże czegoś mi tutaj brakuje. I nie mowa tu o złocistej kresce Disneya, ale zwyczajnego ducha w opowieści. „Mała Stopa” i owszem porusza ważne tematy, w szczególności dla małego dziecka, które dopiero poznaje świat, próbuje również robić to w dość zabawny i przystępny sposób, ale całe go zagłębianie się w inną kulturę wydaje się dość lakoniczne. Coś takiego jest w tej animacji, co nie pozwala zapamiętać jej na dłużej. Nie robi aż tak spektakularnego wrażenia, choć nie można jej odmówić, że przyjemnie się ją ogląda.

Ocena: 6/10
Recenzja filmu DVD „Mała Stopa” - dystrybucja Galapagos Films

Oryginalny tytuł: Smallfoot / Reżyseria: Karey Kirkpatrick / Scenariusz: Karey Kirkpatrick, John Requa, Glenn Ficarra / Muzyka: Heitor Pereira / Dubbing polski: Sebastian Stankiewicz, Stefan Pawłowski, Jacek Król, Małgorzata Kozłowska, Anna Smołowik, Jakub Wieczorek, Wojciech Mecwaldowski, Arkadiusz Jakubik / Kraj: USA / Gatunek: Animacja

Premiera kinowa: 13 września 2018 (Świat) 28 września 2018 (Polska)
Premiera DVD: 30 stycznia 2019

wtorek, 8 stycznia 2019

1255. Ant-Man i Osa, reż. Peyton Reed

     „Avengers: Wojna bez granic” wprowadziło spore zamieszanie w kinowe uniwersum Marvela. Wszyscy zastanawiają się, co będzie z dalszymi losami ich ulubionych superbohaterów. W końcu wiele dotychczasowych filmów obiecywało powroty postaci. I tak oto mamy powrót jednego z nich, powrót, który tak naprawdę umiejscowiony jest w czasie równoległym do rozgrywającej się wojny z Thanosem. Człowiek Mrówka powrócił w iście uskrzydlonym towarzystwie- i nie mówię to o Antonim, a o Osie!
Źródło: Galapagos Films

     Po starciu Tony'ego Starka ze Steve'em Rogersem, która zapoczątkowała rozłam w grupie Avengers, Scott Lang (Paul Rudd) odsiaduje areszt domowy. Hank Prym i Hope van Dyne (Michael Douglas i Evangeline Lily) są rozzłoszczeni na swojego starego kumpla za ujawnienie ich technologii całemu światu, jednakże sytuacja zmusza ich do ponownego kontaktu. Okazuje się, że Lang może być ich jedyną nadzieją na uratowanie Janet- kochającej żony i matki. Jednakże już na samym początku ich misji na ich drodze staje tajemniczy Duch, który ma wobec nich całkowicie odmienne plany.

     Gdy oglądamy takie starcia, jak w filmie „Avengers: Wojna bez granic” i rozmyślamy nad tym dlaczego jedni superbohaterowie mają przerąbane walcząc z Thanosem i jego zakonem koszmarnych i mrocznych bachorów, a drudzy mają całą aferę totalnie w nosie, bo w ogóle w niej nie uczestniczą, dostajemy jakieś dziwaczne wykręty, „A, bo on ma areszt domowy!”. Jak wyraźnie pokazuje „Ant-man i Osa”, twórcy MCU nie potrafią się trzymać konkretnej linii. Skoro ma areszt domowy, to ma areszt domowy, a nie biega sobie po San Francisco pomagając swoim starym kumplom. A jeżeli już wynajduje się sposób na bieganie sobie po San Francisco pomagając kumplom, to równie dobrze mogę skorzystać z technologii i ratować połowę ludzkości przed pstryknięciem Thanosa. Cóż, najwyraźniej była to jakaś supertajna wojna, bo przecież ani Thanos, ani Stark, ani T'Challa nie wrzucił na Fejsbuczka relacji na żywo z toczącej się wojny. Ostatecznie, po całej aferze już tylko mrówki mogły poszaleć na perkusji. 
Źródło: Galapagos Films

     W czasie kiedy reszta bohaterów ratowała wszechświat Ant-Man znakomicie się bawił, przynajmniej przez ostatnie kilka dni, kiedy to zrobił z domu potężny tor przeszkód do zabaw z córką, no i notorycznie zwiększając, i zmniejszając siebie oraz wszystko, co wokół niego. Tu kopniak w piszczel, tam plaskacz w twarz, innymi słowy rozrywek mu nie brakowało. W szczególności, gdy przez swoją nieuwagę doprowadził do wyślizgnięcia się nogi poza dopuszczalną granicę i po raz kolejny funkcjonariusze robili mu wjazd na chatę. Nic fascynującego, niestety. Nie oznacza to jednak, że cały film jest poniżej przeciętnej przewidywalności. Udaje się rozbudować pewną zaskakującą- na swój sposób, bo w innej kategorii jest coś całkowicie oczywistego i oczekiwanego do nadejścia- zważywszy na zapowiedzi i otwarcie filmu.

      Sporym atutem, ale też i już znakiem rozpoznawczym tego tytułu jest jego subatomowy charakter. Nie tylko ze względu na kreatywność twórców odnośnie jego wykorzystania, ale przede wszystkim sposób prezentacji. Przecież pomniejszając się do maksymalnej minimalności można dostrzec najprawdziwsze cuda. Być mniejszym niż roztocze na kanapie? Fascynujące! A jak to wszystko pięknie wygląda, tak kolorowo... Jest się czym zachwycić. Natomiast samo wykorzystywanie technologii na zwiększanie i zmniejszanie przedmiotów? Hmm... jest kilka rzeczy, które sprawiają frajdę- jazda na hulajnodze, duża podawajka dropsów, no i oczywiście koło z resorakami. Super. Obawiam się jednak, że jest to jedyna prawdziwa zaleta filmu, ponieważ z tego aspektu wychodzi praktycznie wszystko. Daje to całą masę powodów do żartów, więc nie brakuje tutaj humoru, ale też dostarcza rozrywki wizualnej. 
Źródło: Galapagos Films

     Fabuła filmu nie porusza zbyt wielkiej problematyki moralnej, życiowej, itd. Krąży jednak wokół tematu rodzicielstwa, bo kto jak kto, ale Scott Lang jest genialnym ojcem i za to ma ogromnego plusa. Uwielbiam jego relację z małą Cassie, tworzą cudowny duet. Może to kwestia samego Paula Rudda i uroczej Abby. Ciepło się robi na sercu, gdy się na nich patrzy. Innym ciekawym duetem jest oczywiście Scott-Hope. Tych dwoje się uwielbia, choć wiadomo trzeba się czasem pozłościć, żeby nudno nie było. Jest między nimi zdrowa chemia, która dobrze odbija się na całej produkcji. Natomiast, czy problem Ducha jest czymś, co angażuje nas emocjonalnie? Wątpliwe. Myślę jednak, że jest to problem samej aktorki, która ewidentnie nie jest w stanie przekonać nas do swojej kreacji. Hannah John-Kamen jest bardziej przekonująca i tajemnicza z maską na twarzy, niż bez niej. Wyczuwam tutaj nowy syndrom Kylo Rena. Bardziej fascynuje misja Hope i jej ojca, to najbardziej absorbujący ze wszystkich wątków i najchętniej resztę wyrzucilibyśmy za okno, bo są całkowicie bezużyteczne. Łatwo tutaj dostrzec emocje bohaterów, łatwo jest się nimi zainfekować. W dodatku Lily i Douglas świetnie wypadają w tej relacji, jak prawdziwa córka z ojcem, aż miło popatrzeć. 
Źródło: Galapagos Films

     Człowiek Mrówka i Osa to kino całkowicie rozrywkowe. Do tego stopnia, że totalnie nic nie wnoszące do fabuły, przynajmniej na razie. Jest typowym zapychaczem czasu w oczekiwaniu na „Avengers: Endgame”, którego premiera zbliża się wielkimi krokami i coś mi się wydaje, że ciężko będzie się dostać na seans w pierwszym terminie, bo chyba cała druga połowa wszechświata chce wiedzieć co się stało z tą pierwszą. Kiedy większość superbohaterów walczyło Ant-Man przebimbał całą akcję walcząc z małymi, nic nieznaczącymi kryminalistami, i pomagał rozwiązywać rodzinne dramaty. Problemy tak samo malutkie, jak jego postura. Szkoda, że całość wypada tak mizernie i mało porywająco, bo można było dać więcej, żeby bardziej podjudzić oczekiwanie widza na finał.

Ocena: 6/10
Recenzja filmu DVD „Ant-Man i Osa” - dystrybucja Galapagos Films

Oryginalny tytuł: Ant-Man and the Wasp / Reżyseria: Peyton Reed / Scenariusz: Andrew Barrer, Gabriel Ferrari, Chris McKenna, Erik Sommers, Paul Rudd / Zdjęcia: Dante Spinotti / Muzyka: Christophe Beck / Obsada: Paul Rudd, Evangeline Lily, Michael Douglas, Michelle Pfeiffer, Laurence Fishburne, Hannah John-Kamen, Michael Pena, Walton Goggins / Kraj: USA, Wielka Brytania / Gatunek: Akcja, Sci-Fi

Premiera kinowa: 04 lipca 2018 (Świat) 03 sierpnia 2018 (Polska)
Premiera DVD: 05 grudnia 2018

niedziela, 6 stycznia 2019

1254. Iniemamocni 2, reż. Brad Bird

      Uwielbiam kino superbohaterskie, ale to... jakoś mnie nie bierze. Minęło prawie milion lat od premiery pierwszego filmu. No prawie, bo tak naprawdę to 14, a jakby to wieki temu było. Z niewiadomych przyczyn tytuł powraca na ekrany- może za sprawą nowej fali fascynacji nad superbohaterami? Brad Bird znowu próbuje swoich sił, ze skutkiem raczej przeciętnym. Cokolwiek miał na myśli „Iniemamocni 2” w ogóle nie spełniają swojej tajemnej przesłanki. 
Źródło: Galapagos Films

     Po latach życia w ukryciu, bohaterowie znowu mają szansę walczyć w blasku fleszy. Orędownikiem sprawy zostaje Helena Parr znana również jako Elastyna (Dorota Segda), ku niepocieszeniu Pana Iniemamocnego (Piotr Fronczewski), który w czasie, gdy ona ratuje świat, on paraduje po mieszkaniu opiekując się dzieciakami. Te również rwą się do walki, chociaż rodzice mocno stopują rozwój ich zdolności. Do czasu! Kiedy pojawia się nowe zagrożenie zawracające w głowie nawet największym bohaterom, okazuje się, że to właśnie ci mniej znaczący mogą więcej zdziałać.

     W końcu w świecie „Iniemamocnych” nadchodzi czas kiedy bohaterowie znowu będą mogli działać legalnie. Jedyne co muszą zrobić, to udowodnić światu, że są potrzebni. Zadanie z pozoru całkiem proste, całkowicie realne do wykonania, bo przecież świat zawsze potrzebuje bohaterów. A jednak coś musi pójść nie tak, wiadomo. W końcu zawsze istnieją jakieś przesłanki, żeby działać wbrew dobru. Zawsze znajdą się powody do bycia złym i nikczemnym, i te, które pojawiają się tutaj są całkowicie uzasadnione. Aczkolwiek... dokąd to wszystko prowadzi? Do tego, żebyśmy podążali żądzą zemsty? Najwyraźniej, choć należy pamiętać, że karma wraca. Fabuła nie zaskakuje w tym względzie, niestety. W dodatku drugi film Brada Birda powiela schemat poprzedniego, bo znowu musi być zły, znowu ktoś z rodziny musi być w tarapatach i znowu ten najmniej oczywisty bohater musi pomóc. Szkoda. W dodatku, choć to film akcji, dość mało porywające są wszelkie dynamiczne sceny. Pościgi? Są! Sceny walki? Ależ oczywiście! Nie mniej, na mnie o wiele większe wrażenie zrobiło opiekowanie się małym Jack Jackiem i wszelkie urokliwe sceny z jego udziałem. Choć sama nie rozumiem, jak mogę uznawać walkę superbohaterskiego niemowlaka z szopem za coś uroczego. Jest tu jednak coś co przykuwa uwagę już na samym początku. Pamiętacie scenę zamykającą pierwszy film? Otóż drugi właśnie od niej się zaczyna. Fajnie więc, że Bird postanowił kontynuować rozpoczęty wątek- to raczej rzadkość w szczególności, gdy od tej chwili- w czasie rzeczywistym, mija ponad dekada. Takie zabiegi zawsze będę pochwalać, bo idealnie łączą w całość dwa różne filmy. Ten w dodatku świetnie się rozwija- rzutując zarówno na młodych superbohaterów, jak i na dynamikę całego obrazu. Choć niestety, ale w niektórych aspektach daje to odmienne od oczekiwanych skutki.
Źródło: Galapagos Films

      W całym filmie podoba mi się zmiana jaka następuje w bohaterach. Rodzice nie tylko zamieniają się rolami, ale ta zamiana pomaga im również zrozumieć siebie wzajemnie. W dodatku, jak to zwykle bywa w bohaterskim świecie- stając w obliczu ogólnoświatowej tragedii, sygnowanej ewentualną stratą któregokolwiek z członków rodziny, dochodzi do wielkich obrotów w myśleniu, co wychodzi na dobre wszystkim. Najciekawiej z tego wszystkiego ogląda się zmianę w dzieciach, które dostają wiatru w skrzydła i pragnąc działać jeszcze bardziej skoro już zostali superbohaterami i mają eleganckie wdzianka- czerwień i czerń są tak bardzo twarzowe, że ochy i achy. Pomija się tutaj aspekty dorastania młodego Dasha, a skupia bardziej na nastoletnich problemach Violet, no bo przecież wiadomo, że nie ma nic gorszego niż miłosne dramaty nastolatków. A co z małym Jack Jackiem? Ewidentnie rozwija się prawidłowo. Na tyle prawidłowo, na ile mogą rozwijać się bobasy obdarzone supermocami. Urocza istotka, w szczególności w duecie z zachwycającą Edną, której głosu użyczyła zjawiskowa Kora, świętej pamięci.

      Coś jest w tym filmie takiego, co skutecznie mnie od niego odpycha. Jest to jedna z tych produkcji Disneya, do której nie lubię powracać, a przecież jest o superbohaterach. Zastanawiam się, czy problemem tutaj nie jest sama animacja. Choć ciekawa, dla mnie prezentuje się dość bezkształtnie. Nie jest to typowy Disney, ale podobne cechy noszą wszystkie filmy, przy których majstruje Pixar. Produkcje Disneya zawsze prezentowały się w wersji rysowanej, a tutaj przychodzi animacja komputerowa 3D i tak średnio mnie to kręci. Oczywiście, film jest bardzo dobrze zrealizowany- fajnie się to ogląda od strony wizualnej. Bardzo dużo jest tutaj zmiennych, wiele ciekawych postaci, przy których istotne jest uwydatnienie charakterystycznych cech, i to się udaje. Nie jest to jednak moja bajka i nie będzie u mnie hitem. Przyznać jednak muszę, że zamiana zamku Disneylandu na charakterystycznym nieboskłonie na wersję „Iniemamocnych” jest genialnym elementem, który nadaje produkcji indywidualność.
Źródło: Galapagos Films

     „Iniemamocni 2” nie staną na mojej filmoteczce na honorowym miejscu wśród ulubionych filmów. Jest to bardzo przeciętny film, który rzuca widza ze skrajności w skrajność. Z jednej strony jest bardzo przewidywalny w popychaniu fabuły w schematyczność, aby za chwilę czymś zadziwić, co pozwoli zapomnieć o mankamentach produkcji. Z drugiej strony potrafi zanudzić pomimo tego, że bohaterowie szaleją na ekranie, ale przy tym potrafi na swój sposób zaintrygować. Poza tym próbuje być bardzo przyziemny, ale jednocześnie nie chce zapomnieć o tym, że przecież jest superbohaterski. Mnie to nie ujęło, mój mały jest chyba za młody jeszcze na takie filmy, ale być może starsi młodzi odnajdą w tym zainteresowanie i bodziec do fascynacji superbohaerskim kinem.

Ocena: 5/10
Recenzja filmu DVD „Iniemamocni 2” - dystrybucja Galapagos Films

Oryginalny tytuł: The Incredibles 2 / Reżyseria: Brad Bird / Scenariusz: Brad Bird / Zdjęcia: Mahyar Abousaeedi, Erik Smitt / Muzyka: Michael Giacchino / Polski dubbing: Piotr Fronczewski, Dorota Segda, Karolina Gruszka, Borys Wiciński, Sonia Bohosiewicz, Grzegorz Małecki, Piotr Gąsowski, Kora / Kraj: USA / Gatunek: Animacja, Przygodowy

Premiera kinowa: 05 czerwca 2018 (Świat) 13 lipca 2018 (Polska)
Premiera DVD: 28 listopada 2018

piątek, 14 grudnia 2018

1253. Ocean's 8, reż. Gary Ross

     Minęły całe wieki od premiery pierwszego filmu z ekipą „Oceana...”. Z niewiadomych dla mnie przyczyn produkcja rozrosła się do serii, którą uwielbiają wszyscy, a ja musiałam posiłkować się coraz większą ilością wykałaczek wspierających powieki, żeby nie zasnąć. Jednakże, gdy słyszy się, że popularny obraz doczeka się kobiecej wersji, wiadomym jest jedno – trzeba to zobaczyć! I chociaż w czasie fali kinowych seansów nie miałam najmniejszej ochoty na film z kradzieżami w tle, tak już premiera DVD tytułu „Ocean's 8” skutecznie popchnęła mnie do realizacji celu.
Źródło: Galapagos Films

     Niesłusznie skazana Debbie Ocean (Sandra Bullock) po latach odsiadki próbuje stanąć na nogi. Kobieta odnawia stare znajomości, zawiera także nowe i postanawia jak najszybciej wzbogacić się idąc w ślady brata, który przed laty zasłynął z serii wielkich rabunków. Za cel obiera sobie uroczą aktorkę Daphne Kluger (Anne Hathaway), która podczas uroczystej gali MET ma założyć wspaniałą brylantową kolię wartą miliony. Do przedsięwzięcia angażuje nie tylko słynną projektantkę mody, czy wyspecjalizowaną hakerkę, ale przede wszystkim specjalistkę od biżuterii. Zasada jest jedna- żadnych mężczyzn! A jeżeli przy okazji uda się zemścić na jednym z nich, to wszystkie będą zadowolone.

     Niegdyś kino rabunkowo-przekrętowe należało do moich ulubionych i to chyba głównie zasługa brytyjskich twórców, którzy jak nikt inny rozbrajali banki i dawali pstryczka w nos gangsterom. Seria „Oceana...” to zupełnie inny poziom oszustwa. Tutaj sumienność przeplata się z kreatywnością, a delikatność krzyżuje się ze swoistą elegancją. To już nie jest kwestia obrobienia sejfu gangsterowi, a dobranie się do najpiękniejszych bogactw tego świata. Nie inaczej jest w przypadku, gdzie królują kobiety, a za sprawą pięknej blondynki wszyscy wiedzą, że najlepszym przyjacielem kobiety są diamenty. Trochę więc powierzchownym i całkowicie schematycznym jest skupienie uwagi kobiecego grona na tychże przezroczystych kamyczkach, które idealnie odbijają światło i przepięknie prezentują na kobiecym ciele. Pomimo tego, że jest to stereotypowe spoglądanie na kobiety, tak nie stanowi to żadnej ujmy dla odbioru całości filmu. Bowiem akcja jest poprowadzona bardzo sprawnie, budowanie napięcia, ale przede wszystkim całej tej otoczki wielkiego przedsięwzięcia, w którym nie wiadomo czy wszystko całkowicie się zgra, jest bardzo zachęcające. W szczególności, że uderza to w tematy dotyczące głównie kobiet, mężczyźni raczej niekoniecznie odnajdą się w temacie. W końcu mamy tutaj nie tylko diamenty, które stają się obiektem pragnienia, ale także najrozmaitsze kreacje, no i przede wszystkim wyjściowy charakter tego spotkania przed telewizorem. Widz, aż niekomfortowo się czuje i zastanawia się czy nie powinien czasem przebrać się w smoking, tudzież suknię balową, która od tysiącleci kurzy się w odmętach szafy. Taki jest właśnie ten film, cuchnie przepychem, ale też i daje do zrozumienia, że każdy jest jedynie człowiekiem i podobne sytuacje przydarzyć mogą się każdemu, bez względu na to, w którym miejscu drabiny rozwojowej się znajduje.
Źródło: Galapagos Films

     Twórcom udaje się sprawnie poprowadzić intrygę, która początkowo bardzo niemrawo posuwa się na przód. Jednakże kiedy wszystkie elementy zaczynają się zazębiać, a my coraz bardziej zaczynamy odczuwać tremę przed ujawnieniem jakiegoś ze szczegółów, to wszystko nabiera całkowicie nowego wymiaru. Wraz z postępem akcji kolejne bohaterki pokazują na co je stać i po faktycznie pojawiły się przy tym projekcie, a i niektóre z nich potrafią nieźle zaskoczyć. Nigdy natomiast nie rozumiałam klasyfikacji gatunkowej tego rodzaju filmów. Opcje są dwie, albo te filmy nie są śmieszne i nie powinny być nazwane komediami kryminalnymi, albo to ja nie mam poczucia humoru. Stawiam jednak na to pierwsze, choć muszę przyznać, że wymknęło mi się parsknięcie śmiechem na widok baniek mydlanych.

     W tym wszystkim brak mi jest większej ilości nawiązań do poprzednich filmów, choć oczywiście doceniam te elementy, które faktycznie się pojawiły. Brak mi czegoś na kształt żałoby, choć nie twierdzę, że ma to być przyozdobione jakimś załamaniem nerwowym skutkującym morderstwem. Choć w sumie można spojrzeć na całą fabułę, jako formę żałoby. Uczczenie pamięci brata poprzez zrobienie skoku w jego stylu. Rzecz interpretacji.

     Uwielbiam kobiece filmy, co nie powinno być większym zaskoczeniem. Wszelkie żeńskie odpowiedzi na męskie produkcje mają u mnie plus na starcie. Nie wszystkim jednak udaje się utrzymać na poziomie, a co niektóre produkcje udowadniają, że kobiety bywają znacznie gorsze od mężczyzn. Jednakże w tym przypadku kobiety dorównują inteligencją mężczyzną, a w dodatku mają większą siłę przebicia, gdyż nikt nie będzie ich podejrzewał o to, co planują zrobić. Dlatego tak ważnym było zaangażowanie odpowiednich kobiet do tej produkcji. Wszystkie sprawdziły się bardzo dobrze, choć nie do końca udaje mi się ogarnąć casting w przypadku niektórych ról. Rihanna... serio? Sto razy bardziej wolę duet Sandry Bullock i Cate Blanchett. Te dwie idealnie dogadują się na planie, co przekłada się na całkiem zaskakujący duet. Do tego Anne Hathaway ze swoim uśmiechem i cudowną prezencją, która pięknie serwuje zamysł aktorskiej incpecji. Do tego inspirująca Helena Bonham Carter. Urocza w swojej niedoskonałości. Każda z kobiet odgrywa tutaj ważną rolę, nawet taka Sarah Paulson, która zrobiła oszałamiającą karierę na tworach „American Horror Story”.
Źródło: Galapagos Films

     „Ocean's 8” to nie jest kino, które mnie porywa. Fajnie się ogląda, można dostać ciekawej zajawki na punkcie skoków na wspaniałe bogactwa, ale tempo zdecydowanie nie moje. Historia całkiem błaha, do tego mocno spłycająca kobiety pokazując je jako istoty, które pragną jedynie diamentów, no i oczywiście zemsty. Za mało tutaj budowania jakiś większych relacji, za mało dynamizmu, który jeżył by włos na przedramieniu. Za mało tutaj pasji i kreatywności, choć ostatecznie ciekawie poprowadzony jest ciąg przyczynowo-skutkowy. Do tego wszystkiego wspaniała i przepiękna obsada, którą miło się obserwuje. Nie jest to żaden ewenement w świecie kina, nie jest to nic nowego- niestety, ale na luźny, niezobowiązujący wieczór będzie idealny.


Ocena: 6/10
Recenzja filmu DVD „Ocean's 8” - dystrybucja Galapagos Films

Oryginalny tytuł: Ocean's 8 / Reżyseria: Gary Ross / Scenariusz: Olivia Milch, Gary Ross / Zdjęcia: Eigil Bryld / Muzyka: Daniel Pemberton / Obsada: Sandra Bullock, Cate Blanchett, Anne Hathaway, Mindy Kaling, Sarah Paulson, Awkwafina, Rihanna, Helena Bonham Carter / Kraj: USA / Gatunek: Komedia kryminalna

Premiera kinowa: 05 czerwca 2018 (Świat) 22 czerwca 2018 (Polska)
Premiera DVD: 14 listopada 2018

sobota, 13 października 2018

1252. Han Solo. Gwiezdne Wojny - historie, reż. Ron Howard

     „Hana Solo” od samego początku skazywano na porażkę. W zasadzie, tak jak w ogóle całą serię „Gwiezdne Wojny – historie”. Ba, nawet ja uważałam to za niepotrzebny zapychacz, bo sama- jako wzrokowiec, bardziej lgnę do właściwej sagi niż do tych osobnych opowieści. W końcu, ileż można oglądać Gwiezdne Wojny? Czy to już nie przesadne napawanie się franczyzą? Lubię być jednak zaskakiwana, tak jak wszyscy sympatycy kina. A Ronowi Howardowi udało się mnie zaskoczyć, ponownie! Udało mu się stworzyć godną rozrywkę bez rozrywającego uszy „pił-pił-pił”. 
Źródło: Galapagos Films

     Han (Alden Ehrenreich) szaleje sobie po galaktyce podbierając jej mieszkańcom najrozmaitsze wartościowe przedmioty. Podczas jednej z akcji zostaje zdemaskowany wraz ze swoją partnerką Qi-rą (Emilia Clarke), a po bardzo długiej ucieczce ostatecznie zostają rozdzieleni. Po trzech latach walki dla Imperium nadarza się okazja uratowania ukochanej z rąk wroga. Tym sposobem trafia pod skrzydła Becketta (Woody Harrelson) i jego ekipy- przemytników, pracujących dla największych złoczyńców galaktyki. Liczy na to, że zyski z tej pojedynczej akcji pomogą mu wrócić do domu i uwolnić dziewczynę. Los bywa jednak przewrotny i nic nie jest takim jak tego oczekiwał.

     Osobiście, bardzo szanuję treści zawarte w filmach serii „Gwiezdne Wojny- historie”, bowiem idealnie uzupełniają dobrze znane tytuły z sagi. Spokojnie można potraktować to jako ciekawostki, a także odpowiedzi na gnębiące nas od wielu lat pytania. No bo, czy ktoś nie zastanawiał się nad genezą przyjaźni Hana Solo i Chewbacki? A tak w ogóle to czemu Han Solo, a nie Han Kowalski? Czy Solo to w ogóle nazwisko, czy tylko określenie stanu Hana? No i oczywiście jak wyglądało przejęcie Sokoła Millenium? Kilka pytań, które zadawaliśmy sobie podświadomie, ale nigdy nie wymawialiśmy ich na głos, bo i nad czym tu rozmyślać. I wtem oto pojawia się taki „Han Solo” ze swoją historią, którą wielu uważało za niepotrzebną- ze mną na czele, a jednak dała kilka odpowiedzi, ale z drugiej strony pozostawiła nas z wieloma pytaniami.
Źródło: Galapagos Films

     Nadal będę się jednak upierać, że to jest zapychacz pomiędzy kolejnymi premierami sagi, bo pomimo powyższych plusów, to tak naprawdę niewiele film wnosi poza najzwyklejszą w świecie rozrywką. Spełnia przy tym wszystkie przesłanki tego gatunku, bo jest i motyw przyjaźni po grób, która zaczyna się w dość specyficzny sposób, miłości i złamanego serca przepełnionego uczuciem zdrady, a także cała masa najrozmaitszych akcji zapierających dech w piersi naszpikowana zaskoczeniami i wielkim „coooo?!”. Z pewnością jest to propozycja bardzo wciągająca, nawet dla ludzi, którzy nie lubią przemytniczych akcji tak, jak ja. Scena w pociągu wymiata i sprawia, że nawet mąż, który nie lubi Gwiezdnych Wojen będzie oglądał to z charakterystycznym napięciem i zafascynowaniem, niepozwalającym nawet na skorzystanie z toalety. Nie są to już tylko walki na „pił-piłki”, wymachiwania świetlnymi latarkami, ale dostarczający wrażeń spektakl starcia dobrych i złych, gdzie poświęca się życia dla obcych ludzi, zwierząt, a nawet i robotów. Może to być wzruszające, oczywiście dla tych, którzy dysponują takim poziomem wrażliwości.
Źródło: Galapagos Films

     Szkoda, że tak mało uwagi poświęca się więc samym bohaterom, bo Han Solo jest tylko jakimś chłopakiem z przeszłością- nie wiadomo jaką. Qi-ra to jego młodzieńcze marzenie po transformacji, a w tej roli totalnie przeciętna Emilia Clarke, która mogłaby zostać na zawsze Daenerys Targaryen. Beckett symbolizujący oddanie, ale też i kawał szui. Zdecydowanie najwięcej humoru wniosła tu najmniej ludzka postać- robota L3. Dowcipna w nonszalancki sposób, taki lekko upośledzony, bo całkowicie oderwany od prawdy. No, ale to w końcu „Gwiezdne Wojny”. W każdym filmie musi się znaleźć robot z charakterem, którego pokochają miliony. Jest też cała masa innych postaci, których przyszłość znamy bądź nie, a tak naprawdę nie wiemy jak toczą się ich losy do tego czasu. Co jest też dość dziwne, jak na tego rodzaju prequel.

      Pomimo wszystko, bardzo przyjemnie patrzy się na tę produkcję. Nie jest wizualnie nachalna, nie jest naszpikowana zbędnym CGI, które razi w oczy i poddaje w wątpliwość to, co na ekranie. Tak jak i w przypadku „Rogue One” animacja jest niczym delikatne dotknięcie pędzlem, widoczne jest w subtelny sposób, bez przesadzania w którąkolwiek ze stron. Wszystkie sceny dopracowane, scenografie jak z pejzażu- nic tylko zachwycać się nad spokojem niektórych z nich i poczuć się prawie jak na wakacjach, o ile oczywiście na pierwszym planie nie szaleje bitwa na śmierć i życie. Całości dopełnia muzyka, w której nutach wybrzmiewają znane nam już dźwięki z poprzednich filmów, wciąż jednak utrzymuje swój indywidualny charakter.
Źródło: Galapagos Films

      „Han Solo. Gwiezdne Wojny – historie” to film, na który świetnie uzupełnia kultową sagę. Nie jest nachalny i raczej z uśmiechem podchodzi do wielu kwestii. Wydaje się być gdzieś z boku całych tych wydarzeń mających miejsce w przyszłości przez swoje otoczenie, a przy tym jest bardzo wczesnym zalążkiem rebelii. Wygląda bardzo ładnie, brzmi też nie najgorzej, a historie poboczne, które się tutaj rozrywają dają idealne dopełnienie całości. Całości, która jest genialną rozrywką całkowicie absorbującą widza- o dziwo! Nie ma szans na nudę, nie ma na nią czasu. Tutaj trzeba ratować galaktykę- kiedyś, bo na razie trzeba się skupić na bohaterach.

Ocena: 7/10
Recenzja filmu DVD „Han Solo. Gwiezdne Wojny - Historie” - dystrybucja Galapagos Films

Oryginalny tytuł: Solo. A Star Wars Story / Reżyseria: Ron Howard / Scenariusz: Lawrence Kasdan, Jonathan Kasdan / Zdjęcia: Bradford Young / Muzyka: John Powell / Obsada: Aldenn Ehrenreich, Emilia Clarke, Woody Harrelson, Joonas Suotamo, Donald Glover, Paul Bettany / Kraj: USA / Gatunek: Przygodowy, Sci-fi

Premiera kinowa: 10 maja 2018 (Świat) 25 maja 2018 (Polska)
Premiera DVD: 05 września 2018 

środa, 26 września 2018

1252. Avengers: Wojna bez granic, reż. Anthony Russo, Joe Russo

     My, fani Marvela, 10 lat czekaliśmy na ten dzień. Od chwili, gdy było wiadomo, że „Iron Man” dał początek serii filmów, ekranizacji kultowych komiksów, z fascynacją wyczekiwaliśmy kolejnych zapowiadanych tytułów, prezentujących nowych bohaterów i odkrywających nowe sekrety tego uniwersum. I oto nadszedł ten czas, kwintesencja tej dekady przygotowań, która daje początek nowemu, brutalnie kończąc z tym, co znane było nam dotychczas. Tego, co nadeszło nikt się nie spodziewał, bo bracia Russo wraz z „Wojną bez granic”, z nieskrywaną satysfakcją, wyrwali nam serca z piersi. Wyrwali je również i mnie.
Źródło: Galapagos Films

    Statek z ocalałymi po upadku Asgardu przemierzając kosmos w poszukiwaniu nowego domu zostaje zaatakowany przez Thanosa (Josh Brolin) i jego dzieci, którzy przeszukują wszechświat w poszukiwaniu kamieni nieskończoności. Ci, którzy przeżyli pierwsze starcie ostatkiem sił wysyłają przebywającego na statku Hulka (Mark Ruffalo), aby ostrzegł drużynę Avengers na ziemi o nadejściu wroga. Bohaterowie ponownie łączą siły, szukając pomocy na całym świecie, aby opracować plan powstrzymania zbliżającej się katastrofy. Tymczasem Strażnicy Galaktyki pod przewodnictwem Star-Lorda (Chris Pratt) odnajdują dryfującego w przestrzeni Thora (Chris Hemsworth) i pomagają mu zdobyć broń, która jako jedyna ma szansę pokonać Thanosa. 

     Czekaliśmy na tę chwilę. Czekaliśmy na to, aż w końcu przybędzie Thanos, o którym tak długo się gada, i zrobi niemałą poruchawę. W końcu poznaliśmy genezę Kamieni nieskończoności, i zobaczyliśmy je wszystkie w jednym miejscu, w jednym czasie. Przy okazji doświadczyliśmy też spektrum ich możliwości, wydawałoby się, że pełne spektrum, ale coś kołacze mi się z tyłu głowy myśl iż to nie wszystko na co stać te błyskotki.
Źródło: Galapagos Films

Sześć pięknie mieniących się kamyczków, takie niepozorne, a cały wszechświat o nie walczy. Wszystkie wyrwane siłą z rąk ich opiekunów bo jak wiemy Thanos się nie patyczkuje. Ta istota to niezwykle zacięta persona, która ma cel, w jej mniemaniu niezwykle światły, i nie cofnie się przed niczym, aby wypełnić swoje przeznaczenie. Przed niczym. Poświeci wszystko, co dla niego ważne, wszystko co dla niego ukochane. Z jednej strony bardzo przerażający w swojej skuteczności, a z drugiej... tkwi w nim coś takiego, co porusza serce. Niezwykle wzruszająca jest geneza jego nietypowej relacji z Gamorą, który to wątek świetnie uwidoczniono dzięki wyprawie na Vormir. Jedna z najpiękniejszych i najbardziej wzruszających scen w całym filmie. 

     „Avengers: Wojna bez granic” to nie tylko opowieść o kamykach, które mogą zniszczyć połowę wszechświata. To nie tylko historia walki dobrych mróweczek z wielkim złem, bo nie wszystko jest tutaj czarno-białe. Nowy film od braci Russo przede wszystkim traktuje o odwadze i oddaniu. Te dwa elementy zawsze pojawiają się w filmach superbohaterskich, bo nie każdy ma na tyle siły, aby stoczyć walkę z kosmitami, żarłocznymi potworami, czy zabójczymi maszynami. Tutaj wszystko wydaje się kumulować, dochodzi do niesamowitego katharsis, które przynosi oczyszczenie, ale i nie tylko. Przeżywamy jeden zwrot akcji za drugim, jedno zaskoczenie przechodzi w drugie, a każda kolejna minuta filmu przynosi kolejną niepowetowaną stratę, która rozdziera nasze serca.
Źródło: Galapagos Films

Dla zwykłego człowieka będzie to zwykły film, ale dla prawdziwego fana Marvela będzie to niewiarygodne przeżycie. Przez te wszystkie lata zdążyliśmy się zżyć z postaciami, które podawało nam Studio. Nawet te będące z nami dopiero od roku, czy dwóch również stały się nam bliskie, bo zwyczajnie je polubiliśmy. Razem z nimi śmialiśmy się, walczyliśmy, czuliśmy smutek i upokorzenie, a nawet i miłość. Fascynowaliśmy się kolejnymi konfliktami pomiędzy nimi, serce radowało nam się na narodziny niezwykłych miłości, a także nietypowych relacji. Dochodziło do spotkań niezwykle egocentrycznych, ale i genialnych umysłów, miłośników muzyki lat 80tych i tych, którzy nie rozumieją co to w ogóle jest. To wszystko generowało wiele przezabawnych sytuacji, które stanowiły dobrą odskocznię i dawały rozluźnienie przed nadejściem nieuchronnego. Genialnym pomysłem było połączenie dwóch światów- wojowników prosto z ziemi oraz wojowników kosmosu. Świetne zderzenie, które idealnie się uzupełniło sprawiając, że „Wojna bez granic” to film lekki, ale i przygnębiający zarazem. Jeden z najlepszych w całej serii.
Źródło: Galapagos Films

     Najnowszy film braci Russo to nie tylko emocjonalny rollercoaster uzbrojona licznymi nawiązaniami do poprzednich filmów. Obraz ten to przede wszystkim fascynujące dzieło artystyczne, które kładzie swoich poprzedników na łopatki. Oczywiście, można było jeszcze bardziej dopracować Thanosa, żeby wyglądać bardziej realistycznie, można było lepiej wypracować walkę w Wakandzie, czy nawet bardziej wygładzić walkę z Ebony Maw, jednakże reszta filmu mocno to rekompensuje. Wszystkie zdjęcia na Vormirze... dzieła sztuki. Nic tylko drukować i robić z tego fototapetę na ścianie. Pomysłowo potraktowano również Nidavellir, planeta wyglądała pięknie i majestatycznie, no i jej cel istnienia również jak najbardziej słuszny i pożyteczny. Nowy tytuł „Avengers” prezentuje się zdecydowanie najlepiej ze wszystkich dotychczasowych. Zabawa zdjęciami i formami toczy się na różnych płaszczyznach, w różnych przestrzeniach, więc nie ma szansy na wizualną nudę. W szczególności, gdy dochodzimy do kulminacyjnego punktu filmu. Oczywiście, można było inaczej to rozegrać, wymyślić całkiem inny sposób na prezentację tego wydarzenia. Wciąż nie rozumiem dlaczego Russo wybrali akurat tę formę, choć podobnoż dla nich nich jest ona dosadna, aczkolwiek niebrutalna.

W tym wszystkim mamy oczywiście miejsce również na charakteryzację, bo przecież zamiana Josha Brolina w Thanosa to coś naprawdę spektakularnego, ale i jego dzieci wyglądały zjawiskowo. Ja osobiście najbardziej upodobałam sobie duet Proxima Midnight- Corvus Glaive, przypasowała mi ta stylizacja. Wszystko wygląda pięknie, bardzo efektowne, ale w sumie epickość to coś, czego nigdy nie brakowało filmom kuźni Marvela. Cudownie się na to patrzy, bo to bajka dla oczu.
Źródło: Galapagos Films

     Najnowszy film MCU, najnowszy tytuł z serii „Avengers”, to epickie i niezwykle szokujące wydarzenie. Emocje po seansie nie opadają i choć wydarzenia całego filmu zapowiadały konkretny kierunek w jakim pójdzie akcja, tak dowierzaniu nie ma końca nawet i na kilka tygodni po obejrzeniu filmu. Pozostawia on po sobie pewną pustkę, pewną chęć obejrzenia na nowo wszystkich tytułów z ostatniej dekady tego uniwersum, a nawet pragnienie ponownego sterroryzowania swojej duszy „Wojną bez granic”. To z pewnością bardzo wyjątkowy film, który łączy w sobie wszystko to, co powinien zawierać ten gatunek- miejsce na radość, miłość, a nawet i nienawiść. Tę produkcję bardzo łatwo można pokochać za jej nieszablonowość, za jej charakter, za jej pasję, ale równie szybko, tak jak to bywa z każdą miłością, może nam złamać serca. Z pewnością powrócę do tego filmu i z pewnością ponownie uzbroję się w paczkę chusteczek!

Ocena: 9/10
Recenzja filmu DVD „Avengers: Wojna bez granic” - dystrybucja Galapagos Films

Oryginalny tytuł: Avengers. Infinity War / Reżyseria: Anthony Russo, Joe Russo / Scenariusz: Christopher Markus, Stephen McFeely / Zdjęcia: Trent Opaloch / Muzyka: Alan Silvestri / Obsada: Robert Downey Jr., Chris Hemsworth, Mark Ruffalo, Chris Evans, Scarlett Johansson, Benedict Cumberbatch, Chris Pratt, Tom Holland, Chadwick Boseman, Zoe Seldana, Tom Hiddleston, Paul Bettany, Josh Brolin / Kraj: USA / Gatunek: Akcja, Sci-fi 

Premiera kinowa: 23 kwietnia 2018 (Świat) 26 kwietnia 2018 (Polska) 
Premiera DVD: 05 września 2018

niedziela, 1 lipca 2018

1250. Atak paniki, reż. Paweł Maślona

     Kiedy 4 lata temu oglądałam argentyńskie „Dzikie historie” wydawało mi się, że nikt nie jest w stanie lepiej przedstawić agresji w człowieku niż Damián Szifrón. Film sympatię krytyków, a także i moją. Teraz polski młody reżyser zainspirowany tamtym scenariuszem tworzy podobny przebój kinowy tym razem skupiając się na panice. „Atak paniki” jako jeden z najlepszych filmów ubiegłego roku w końcu doczekał się swojej premiery na DVD i Blu-Ray. Teraz każdy z nas może popanikować razem z bohaterami tej zakręconej, spanikowanej historii.
Źródło: Galapagos Films

     Małżeństwo (Artur Żmijewski, Magdalena Segda) wraca z urlopu w Egipcie w towarzystwie trupa na pokładzie samolotu. Ich syn (Olaf Marchwicki) upala się wraz z przyjaciółmi i wycina numer jednemu maniakowi gier komputerowych (Barłomiej Kotschedoff). Ten z kolei próbuje uratować swoje cybernetyczne imperium z matką za sterami myszki i klawiatury, bo on sam obsługiwać musi jedno z wesel. Panna młoda (Julia Wyszyńska) jest w ciąży, a jej nowy mąż (Grzegorz Damięcki) gdzieś znika. Pewnie rozmyśla nad swoim pożegnaniem ze swoją byłą żoną (Magdalena Popławska), kiedy to zabrał ją na obiad pod pretekstem podpisania papierów rozwodowych. Na dłuższą chwilę przed weselem dawna przyjaciółka (Aleksandra Pisula) panny młodej próbuje ukryć swoją prawdziwe zajęcie, nie wytrzymując presji pakuje torbę i ucieka.

     Bardzo łatwo przyrównywać „Atak paniki” do „Dzikich historii”, w końcu jest to podobny zamysł fabularny i w dodatku podobnej formie. Cały film poszatkowany jest na kilka elementów, historii, które w odróżnieniu od argentyńskiego hitu przeplatają się wzajemnie, wiążąc bohaterów ze sobą, a nie stanowią sześciu sekwencji zaczynających się jedna po drugiej. Oczywiście, że nie w każdym przypadku wiadomo jak łączą się bohaterowie, w zasadzie to niekiedy w jednej historii znajdzie się kilku bohaterów z poprzednich, a innym razem jeden z nich pojawi się w kilku. Początkowo jednak twórcy zachowują ten sekret dla siebie. Zaskakują innymi rozwiązaniami, które zdecydowanie są mocno abstrakcyjne, ale niekoniecznie niemożliwymi do wydarzenia się. 
Źródło: Galapagos Films

     W końcu rzadko spotykane są podobne przypadki w samolotach jakiej doświadczyło małżeństwo wracając z urlopu. Aczkolwiek już powód, dla którego ma to miejsce wydaje się już bardziej przyziemny i łatwiejszy do zrozumienia dla każdego kto pracuje. Najbardziej zadziwiająca i bardzo na czasie jest opowieść o graczu komputerowym, tak bardzo poświęconemu swojej pasji, tak bardzo uzależnionemu, że agresja aż z niego kipi. Wielka kulminacja następuje na weselu i o dziwo wzbudza chyba najwięcej emocji. Chociaż... jest jeszcze historia małżeństwa w separacji, które ostatecznie ma się rozejść. Jest to przede wszystkim rewelacyjnie zagrana sekwencja, króluje tutaj Magdalena Popławska, która stworzyła bardzo realną, znerwicowaną postać. Cudownie się patrzy na jej emocje, bo zaraża nas nimi i aktualnie zaczynamy kobiecie współczuć. Niesamowicie charyzmatyczna rola. Najdurniejszym z epizodów jest ten dotyczący upalenia się dzieciaków, w zasadzie najmniej interesujący i chyba sami twórcy byli tego świadomi, bo temu wątkowi poświęcili najmniej uwagi. Zdecydowanie za mało emocji wywołują również fragmenty z internetową gwiazdką porno. Szkoda, bo potencjał był przeogromny. Fajne jest jednak to, że każda z tych sytuacji popycha człowieka na skraj wytrzymałości. Przy takim uderzeniu napięcia wiele osób potrafi wybuchnąć. W szczególności, gdy jest się na ślubie w zaawansowanej ciąży i istnieje obawa o poród w trakcie. Nie ma tutaj jednak takich absurdów, na które aż podśmiewujemy się z poddenerwowania. Nie ma takich sytuacji, w obliczu których śmialibyśmy się z niedowierzania. Zdecydowanie nie jest to tak hardkorowe, jak w przypadku „Dzikich historii”, a można było bardziej podkręcić klimat. 
Źródło: Galapagos Films

     Sporym problemem prawdziwego zaangażowania się w akcje jest aktorstwo. Twórcy nie do końca poradzili sobie z nagromadzeniem takiej ilości postaci w jednym filmie. Trzeba się postarać i uczynić je na tyle wyrazistymi, aby nie zaginęły w tłumie. W tym przypadku wyróżnia się jedynie wspomniana wcześniej kreacja Magdaleny Popławskiej. Nic dziwnego, że została wyróżniona za tę rolę, w pełni zasłużenie. Jednakże wszelkie zachwyty nad Bartłomiejem Kotschedoffem dla mnie są bezsensowne. Owszem, miał bardzo ciekawą kreację, ale tak jak w przypadku Aleksandry Pisuli mam wrażenie, że był aż nadto przejaskrawiony. Zdecydowanie nie wypadało to naturalnie, nie było w tym większego realizmu, który można by odnaleźć w każdym z nas.

     Początkowo miałam nadzieję, że chociaż formatem „Atak paniki” przypominać będzie argentyńską produkcję. Szybko jednak pojęłam zamysł twórców i przeszłam nad tym do porządku w pełni koncentrując się na filmie. Przyznam się jednak, że takie przeplatanie różnych wątków, które nie są ulokowane w tym samym czasie, i mam tutaj na myśli przynajmniej kilka dni, a nie kilka miesięcy, może doprowadzić do sporej konsternacji i rzeczywistego zagubienia w czasie. Jedyne co jesteśmy w stanie doprecyzować, to czy coś działo się przed tym wydarzeniem, czy po. Jednakże w sytuacji małżeństw w kontakcie z synem... u mnie nastąpiła czarna dziura w próbie ulokowania w czasie tej imprezy, a w zasadzie to ich podróży samolotem, a może... tak, takie zagubienie mi towarzyszyło u końca tego seansu. Nie mówiąc już o wielkim finale, który stanowił ogromny zlepek finałów wszystkich historii i nie było to finałem na miarę kina nolanowskiego, niestety. Był to finał na miarę „O rety! Zaraz mi głowa eksploduje!”. Oczopląs gwarantowany... Wkradł się tutaj zbędny chaos, który pozostawia w myśli to co się obejrzało, ale z drugiej strony ma się ochotę wypchnąć go z odmętów pamięci.
Źródło: Galapagos Films

     Najnowsza produkcja Pawła Maślony to coś nowego w polskiej kinematografii. Oczywiście, antologii próbowało wcześniej już bardzo wielu twórców, ale niewielu podeszło do tego tak ambitnie chcąc przekazać prawdziwy problem. „Atak paniki” nie jest filmem wyjątkowym, ale z pewnością zachwyca pod pewnymi względami. Nie trąci banalnością, zaskakuje, a momentami nawet rozśmiesza swoją durnością. Niestety, nie jest to film dla każdego, jak już przekonałam się patrząc na mojego męża. Nie do każdego trafić musi tak chaotyczna i agresywna forma przekazu. Pewnym jest jednak, że dzięki temu na długo pozostaje w pamięci, bo w końcu jest to coś innego, coś świeżego w naszym polskim kinie.

Ocena: 8/10
Recenzja filmu DVD „Atak paniki” - dystrybucja Galapagos Films

Oryginalny tytuł: Atak paniki / Reżyseria: Paweł Maślona / Scenariusz: Paweł Maślona, Bartłomiej Kotschedoff, Aleksandra Pisula / Zdjęcia: Cezary Stolecki / Muzyka: Radzimir Dębski / Obsada: Artur Żmijewski, Dorota Segda, Olaf Marchwicki, Bartłomiej Kotschedoff, Julia Wyszyńska, Grzegorz Damięcki, Magdalena Popławska, Aleksandra Pisula / Kraj: Polska / Gatunek: Dramat, Komedia
Premiera kinowa: 17 sierpnia 2017 (Świat) 19 stycznia 2018 (Polska)
Premiera DVD: 06 czerwca 2018

wtorek, 19 czerwca 2018

1249. Coco, reż. Lee Unkrich, Adrian Molina

     Do jednych trzeba dojrzeć, a inne trzeba obejrzeć kilka razy, aby zakochać się po uszy. Oczywiście, pomaga w tym również dobra historia i genialny podkład muzyczny. Z tych powodów wiadomym było, że animacja „Coco” opowiadająca o jednej z najpiękniejszych meksykańskich tradycji, a ostatecznie zdobywczyni Oscara za najlepszą animację ubiegłego roku, będzie niewiarygodnym sukcesem. Twardziele płaczą, antymuzyczni zaczynają tańczyć, a ci co dotychczas nie mieli z tym problemu bliscy są załamania nerwowego. Najnowsza produkcja duetu Unkrich & Molina to emocjonalny rollercoaster, na który na długo zapada w pamięć. 
Źródło: Galapagos Films

     Miguel (Michał Rosiński) pochodzi z przeklętej rodziny. Wiele lat temu jego prapraprababkę i praprapradziadka rozdzieliła muzyka- ona chciała poświęcić się ich córeczce Coco, a on wolał poświęcić się muzyce. Od tamtej pory jego rodzina zajmuje się produkcją butów i chyba jako jedyna w Meksyku całkowicie separuje się od muzyki. Oczywiście, poza Miguelem, bo ten mały chłopiec kocha muzykę i swoją gitarę, a pasję tę zawdzięcza wielkiemu muzykowi Ernesto de la Cruzowi (Bartosz Opania). Kiedy w dniu meksykańskiego dnia zmarłych chłopiec odkrywa kto jest jego praprapradziadkiem postanawia wziąć udział w konkursie talentów. Niestety, niefortunny zbieg wydarzeń sprawia, że Miguel trafia do świata zmarłych i tam poznaje resztę swojej rodziny, a spotkanie to odmieni jego życie na zawsze.

     Aby w pełni zakochać się w „Coco” wystarczą dwa seanse. Wtedy zaczynamy dostrzegać znacznie więcej ponad tą przytłaczającą warstwą wizualną. To właśnie animacja jest tym elementem, który dostrzegamy od razu i który trafia do nas najbardziej. Pełnia kolorów, bardzo kontrastowych, momentami bardzo krzykliwych, dodatkowo urozmaiconych światłem. Pięknie to wygląda, ale prawdziwą moc, która w tym tkwi dostrzegamy dopiero za drugim razem. Przy pierwszym jest to szok, totalne oszołomienie wywołane oczopląsem od nadmiaru wrażeń kolorystycznych. Ciężko zauważyć coś więcej pod tą tęczową produkcją, pomarańczowością kwiatów aksamitek, pstrokatością strażników i bladymi licami kościotrupów. Nie trudno jednak docenić piękno, które w tym tkwi, bo przecież takie jest właśnie meksykańskie święto zmarłych- pełne mocy, światła i koloru.
Źródło: Galapagos Films

Film duetu Unkrich i Molina przedstawia nam tradycję meksykańską nie tylko od strony kolorystycznej. Dias de Muertos to zupełnie inny rodzaj święta niż nasz Dzień zmarłych. To zdecydowanie bardziej kolorowe, bardziej radosne i żywe święto. „Coco” przenosi nas do tej tradycji, w której tworzy się ołtarzyki w domach układając potrawy na stołach, dekoruje się groby zmarłych i zaprasza do wspólnego posiłku ich dusze. Oczywiście, animacja bardzo wiernie oddaje zamysł, ale dodatkowo cudownie interpretuje to, co w niej najważniejsze. Miguel ma rzadką możliwość poznania swoich bliskich i poczucia prawdziwej mocy, jaka tkwi w rodzinnej miłości. Poznaje podwaliny jego rodzimej tradycji, rozumiejąc każdy jej symbol- nawet ten ze zdjęciami bliskich na domowych otłarzykach. Twórcy bardzo sprytnie wykorzystali akurat ten element rytuału, otwierając drzwi dla swojej wyobraźni i rozbudzając ciekawość widza.

Temu najważniejszemu wątkowi towarzyszy również dramat rodzinny, który poróżnił kochających się ludzi, a którego powodem była nie tyle miłość do muzyki, co raczej chora ambicja. Wprowadzenie elementu grozy, do tej jaskrawej animacji całkowicie odmieniło charakter tej opowieści. Widać zdecydowane przejście pomiędzy beztroską, a czyhającym złem, które przychodzi znienacka. Nie mniej, wprowadza sporo zamieszania, a przede wszystkim jeden z najgenialniejszych twistów w historii animacji. Oczywiście, większość się tego spodziewała- wystarczyło wyłapać szczegóły z rozmów, ale i tak... „whooooaaaaaaaaaa!”. I wtedy się zaczyna....
Źródło: Galapagos Films

     … zaczyna się robić naprawdę melancholijnie, oczy nam się pocą i w ogóle szkoda gadać. Przepięknie zanimowane wspomnienia w połączeniu z niezwykle uroczym wykonaniem piosenki „Pamiętaj mnie”- trudno jest się nie rozkleić. I choć meksykańskie rytmy „Un Poco Loco”, „La Llorona” oraz „Corazon” wpadają w ucho i wprawiają w ruch stopy, to jednak pod względem emocjonalnym nic nie przebija „Pamiętaj mnie”. W szczególności, że sterroryzowano nas nią kilkakrotnie, w tym dwa razy w najbardziej odpowiednich do tego momentach, gdy chcemy wypłakać sobie oczy. To bardzo naładowany miłością utwór, który pokazuje prawdziwą moc miłości oraz wspomnień. Rozchwianie emocjonalne gwarantowane!

Wypowiadają się o animacjach za każdym razem powtarzam, że jeżeli dubbing to tylko w takich produkcjach. Nie mamy wtedy uczucia, że głos nie pasuje do konkretnej osoby. Muszę przyznać, że jeżeli chodzi o dobór obsady do polskiej wersji „Coco”, to spisano się tutaj znakomicie. W szczególności, że wszystkie piosenki wykonywali aktorzy! Tak, wiem... szczęka na kolanach! Michał Rosiński spisał się chyba lepiej niż oryginalny Miguel- świetnie! Wrażenia mojej mamy bezcenne: „To Kulesza? Poważnie?!”. Kilka razy, ale jest i to jaka... prawdziwa Meksykanka z charakterkiem. Do tego wszystkiego Maciej Stuhr, który zaczyna dzielnie kroczyć śladami ojca w kwestii dubbingowania filmów i jest jednym z najbardziej rozpoznawalnych głosów w animacjach zaraz za swoim ojcem – Jerzym Stuhrem, oraz Jarosławem Boberkiem.
Źródło: Galapagos Films

     Mało jest takich animacji dla dzieci, które traktują o czymś. Zazwyczaj są to historie z historią raczej banalną, jakich wiele w dzisiejszych czasach. Natomiast „Coco” wnosi coś nowego, daje poznać zupełnie inny świat wraz z jego najciekawszą z tradycji. Oczywiście, wszystko to doprawione odrobiną grozy, ale przede wszystkim tonami słodkości, od której aż niedobrze się robi. Jest to jednak potrzebne dla tej historii i to czyni ją jeszcze bardziej wyjątkową, i emocjonującą. Produkcja Unkricha i Moliny to feeria barw i niesamowitych kompozycji muzycznych Michaela Giacchino. Wszystko podsycone meksykańskimi rytmami i kolorami. Jest żywo, jest zabawnie, jest przede wszystkim... bardzo uczuciowo, bo takiego ciepła i pozytywnych emocji po zakończeniu seansu już dawno nie doświadczyłam ze strony animacji dla dzieci.

Ocena: 8/10
Recenzja filmu DVD „Coco” - dystrybucja Galapagos Films

Oryginalny tytuł: Coco / Reżyseria: Lee Unkrich, Adrian Molina / Scenariusz: Adrian Molina, Matthew Aldrich / Muzyka: Michael Giacchino / Dubbing polski: Michał Rosiński, Maciej Stuhr, Bartosz Opania, Agata Kulesza, Ewa Szykulska, Tomasz Błasiak, Marian Opania, Paweł Wawrzecki, Teresa Lipowska / Kraj: USA / Gatunek: Animacja, Familijny, Przygodowy

Premiera kinowa: 20 października 2017 (Świat) 24 listopada 2017 (Polska)
Premiera DVD: 09 maja 2018