NOWOŚCI
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Anthony Russo. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Anthony Russo. Pokaż wszystkie posty

środa, 26 września 2018

1252. Avengers: Wojna bez granic, reż. Anthony Russo, Joe Russo

     My, fani Marvela, 10 lat czekaliśmy na ten dzień. Od chwili, gdy było wiadomo, że „Iron Man” dał początek serii filmów, ekranizacji kultowych komiksów, z fascynacją wyczekiwaliśmy kolejnych zapowiadanych tytułów, prezentujących nowych bohaterów i odkrywających nowe sekrety tego uniwersum. I oto nadszedł ten czas, kwintesencja tej dekady przygotowań, która daje początek nowemu, brutalnie kończąc z tym, co znane było nam dotychczas. Tego, co nadeszło nikt się nie spodziewał, bo bracia Russo wraz z „Wojną bez granic”, z nieskrywaną satysfakcją, wyrwali nam serca z piersi. Wyrwali je również i mnie.
Źródło: Galapagos Films

    Statek z ocalałymi po upadku Asgardu przemierzając kosmos w poszukiwaniu nowego domu zostaje zaatakowany przez Thanosa (Josh Brolin) i jego dzieci, którzy przeszukują wszechświat w poszukiwaniu kamieni nieskończoności. Ci, którzy przeżyli pierwsze starcie ostatkiem sił wysyłają przebywającego na statku Hulka (Mark Ruffalo), aby ostrzegł drużynę Avengers na ziemi o nadejściu wroga. Bohaterowie ponownie łączą siły, szukając pomocy na całym świecie, aby opracować plan powstrzymania zbliżającej się katastrofy. Tymczasem Strażnicy Galaktyki pod przewodnictwem Star-Lorda (Chris Pratt) odnajdują dryfującego w przestrzeni Thora (Chris Hemsworth) i pomagają mu zdobyć broń, która jako jedyna ma szansę pokonać Thanosa. 

     Czekaliśmy na tę chwilę. Czekaliśmy na to, aż w końcu przybędzie Thanos, o którym tak długo się gada, i zrobi niemałą poruchawę. W końcu poznaliśmy genezę Kamieni nieskończoności, i zobaczyliśmy je wszystkie w jednym miejscu, w jednym czasie. Przy okazji doświadczyliśmy też spektrum ich możliwości, wydawałoby się, że pełne spektrum, ale coś kołacze mi się z tyłu głowy myśl iż to nie wszystko na co stać te błyskotki.
Źródło: Galapagos Films

Sześć pięknie mieniących się kamyczków, takie niepozorne, a cały wszechświat o nie walczy. Wszystkie wyrwane siłą z rąk ich opiekunów bo jak wiemy Thanos się nie patyczkuje. Ta istota to niezwykle zacięta persona, która ma cel, w jej mniemaniu niezwykle światły, i nie cofnie się przed niczym, aby wypełnić swoje przeznaczenie. Przed niczym. Poświeci wszystko, co dla niego ważne, wszystko co dla niego ukochane. Z jednej strony bardzo przerażający w swojej skuteczności, a z drugiej... tkwi w nim coś takiego, co porusza serce. Niezwykle wzruszająca jest geneza jego nietypowej relacji z Gamorą, który to wątek świetnie uwidoczniono dzięki wyprawie na Vormir. Jedna z najpiękniejszych i najbardziej wzruszających scen w całym filmie. 

     „Avengers: Wojna bez granic” to nie tylko opowieść o kamykach, które mogą zniszczyć połowę wszechświata. To nie tylko historia walki dobrych mróweczek z wielkim złem, bo nie wszystko jest tutaj czarno-białe. Nowy film od braci Russo przede wszystkim traktuje o odwadze i oddaniu. Te dwa elementy zawsze pojawiają się w filmach superbohaterskich, bo nie każdy ma na tyle siły, aby stoczyć walkę z kosmitami, żarłocznymi potworami, czy zabójczymi maszynami. Tutaj wszystko wydaje się kumulować, dochodzi do niesamowitego katharsis, które przynosi oczyszczenie, ale i nie tylko. Przeżywamy jeden zwrot akcji za drugim, jedno zaskoczenie przechodzi w drugie, a każda kolejna minuta filmu przynosi kolejną niepowetowaną stratę, która rozdziera nasze serca.
Źródło: Galapagos Films

Dla zwykłego człowieka będzie to zwykły film, ale dla prawdziwego fana Marvela będzie to niewiarygodne przeżycie. Przez te wszystkie lata zdążyliśmy się zżyć z postaciami, które podawało nam Studio. Nawet te będące z nami dopiero od roku, czy dwóch również stały się nam bliskie, bo zwyczajnie je polubiliśmy. Razem z nimi śmialiśmy się, walczyliśmy, czuliśmy smutek i upokorzenie, a nawet i miłość. Fascynowaliśmy się kolejnymi konfliktami pomiędzy nimi, serce radowało nam się na narodziny niezwykłych miłości, a także nietypowych relacji. Dochodziło do spotkań niezwykle egocentrycznych, ale i genialnych umysłów, miłośników muzyki lat 80tych i tych, którzy nie rozumieją co to w ogóle jest. To wszystko generowało wiele przezabawnych sytuacji, które stanowiły dobrą odskocznię i dawały rozluźnienie przed nadejściem nieuchronnego. Genialnym pomysłem było połączenie dwóch światów- wojowników prosto z ziemi oraz wojowników kosmosu. Świetne zderzenie, które idealnie się uzupełniło sprawiając, że „Wojna bez granic” to film lekki, ale i przygnębiający zarazem. Jeden z najlepszych w całej serii.
Źródło: Galapagos Films

     Najnowszy film braci Russo to nie tylko emocjonalny rollercoaster uzbrojona licznymi nawiązaniami do poprzednich filmów. Obraz ten to przede wszystkim fascynujące dzieło artystyczne, które kładzie swoich poprzedników na łopatki. Oczywiście, można było jeszcze bardziej dopracować Thanosa, żeby wyglądać bardziej realistycznie, można było lepiej wypracować walkę w Wakandzie, czy nawet bardziej wygładzić walkę z Ebony Maw, jednakże reszta filmu mocno to rekompensuje. Wszystkie zdjęcia na Vormirze... dzieła sztuki. Nic tylko drukować i robić z tego fototapetę na ścianie. Pomysłowo potraktowano również Nidavellir, planeta wyglądała pięknie i majestatycznie, no i jej cel istnienia również jak najbardziej słuszny i pożyteczny. Nowy tytuł „Avengers” prezentuje się zdecydowanie najlepiej ze wszystkich dotychczasowych. Zabawa zdjęciami i formami toczy się na różnych płaszczyznach, w różnych przestrzeniach, więc nie ma szansy na wizualną nudę. W szczególności, gdy dochodzimy do kulminacyjnego punktu filmu. Oczywiście, można było inaczej to rozegrać, wymyślić całkiem inny sposób na prezentację tego wydarzenia. Wciąż nie rozumiem dlaczego Russo wybrali akurat tę formę, choć podobnoż dla nich nich jest ona dosadna, aczkolwiek niebrutalna.

W tym wszystkim mamy oczywiście miejsce również na charakteryzację, bo przecież zamiana Josha Brolina w Thanosa to coś naprawdę spektakularnego, ale i jego dzieci wyglądały zjawiskowo. Ja osobiście najbardziej upodobałam sobie duet Proxima Midnight- Corvus Glaive, przypasowała mi ta stylizacja. Wszystko wygląda pięknie, bardzo efektowne, ale w sumie epickość to coś, czego nigdy nie brakowało filmom kuźni Marvela. Cudownie się na to patrzy, bo to bajka dla oczu.
Źródło: Galapagos Films

     Najnowszy film MCU, najnowszy tytuł z serii „Avengers”, to epickie i niezwykle szokujące wydarzenie. Emocje po seansie nie opadają i choć wydarzenia całego filmu zapowiadały konkretny kierunek w jakim pójdzie akcja, tak dowierzaniu nie ma końca nawet i na kilka tygodni po obejrzeniu filmu. Pozostawia on po sobie pewną pustkę, pewną chęć obejrzenia na nowo wszystkich tytułów z ostatniej dekady tego uniwersum, a nawet pragnienie ponownego sterroryzowania swojej duszy „Wojną bez granic”. To z pewnością bardzo wyjątkowy film, który łączy w sobie wszystko to, co powinien zawierać ten gatunek- miejsce na radość, miłość, a nawet i nienawiść. Tę produkcję bardzo łatwo można pokochać za jej nieszablonowość, za jej charakter, za jej pasję, ale równie szybko, tak jak to bywa z każdą miłością, może nam złamać serca. Z pewnością powrócę do tego filmu i z pewnością ponownie uzbroję się w paczkę chusteczek!

Ocena: 9/10
Recenzja filmu DVD „Avengers: Wojna bez granic” - dystrybucja Galapagos Films

Oryginalny tytuł: Avengers. Infinity War / Reżyseria: Anthony Russo, Joe Russo / Scenariusz: Christopher Markus, Stephen McFeely / Zdjęcia: Trent Opaloch / Muzyka: Alan Silvestri / Obsada: Robert Downey Jr., Chris Hemsworth, Mark Ruffalo, Chris Evans, Scarlett Johansson, Benedict Cumberbatch, Chris Pratt, Tom Holland, Chadwick Boseman, Zoe Seldana, Tom Hiddleston, Paul Bettany, Josh Brolin / Kraj: USA / Gatunek: Akcja, Sci-fi 

Premiera kinowa: 23 kwietnia 2018 (Świat) 26 kwietnia 2018 (Polska) 
Premiera DVD: 05 września 2018

poniedziałek, 16 maja 2016

1204. Kapitan Ameryka: Wojna bohaterów, reż. Anthony Russo, Joe Russo

     Ten rok jest wyjątkowy. Co rusz superbohaterowie toczą ze sobą walki lub zwyczajnie zlewają cały system. Nie wspominając już o tym, że studio Marvela dominuje w tym roku ze swoimi produkcjami. Kwiecień „należał” do starcia dwóch gigantów DC Comics- Batmana i Supermana, więc Marvel nie mógł pozostać w tyle- triumfując miesiąc później. Ponownie zaangażował braci Russo do kontynuacji przygód Kapitana Ameryki. Tym razem jednak skupił się na wyjątkowym konflikcie, który doprowadził do „Wojny bohaterów” i na zawsze, albo przynajmniej długi czas, podzielił fanów komiksowych ekranizacji na team Tony'ego Starka i team Stevena Rogersa.
     Grupa Avengers podzieliła cały świat. Choć dzielnie broni cywilów, to jednak ich ruchy nie obywają się bez strat w ludziach. Odpowiedzią na ich samowolną działalność staje się Protokół Sokovia, podpisany przez ponad 100 państw, który ma podporządkować decyzjom ONZ ruchy superbohaterów. Jedni z członków Avengers nie mają problemów, aby na to przystać- jak chociażby Tony Stark (Robert Downey Jr.), natomiast inni nie są w stanie przyjąć takich ograniczeń, przykładowo Steven Rogers (Chris Evans). Konflikt między bohaterami i dotychczasowymi przyjaciółmi pogłębia się, gdy na scenie ponownie pojawia się Zimowy Żołnierz (Sebastian Stan), ponownie siejąc zamęt. Stark musi powstrzymać Rogersa przed popełnieniem większej ilości błędów i wraz ze swoją ekipą wzbogaconą o nowicjuszy staje do walki z jego poplecznikami.
     Na to starcie czekali chyba wszyscy fani Marvela. To właśnie oni podzieleni zostali na dwie przeciwstawne frakcje. Tak Team Stark stanął naprzeciw Team Rogers nie tylko na ekranie, ale również wśród ludu fascynującego się ekranizacjami komiksów. „Wojna bohaterów” to jednak nie tylko rozgrywka między tym kto jest przystojniejszy, kto sympatyczniejszy, a kto mądrzejszy. Jest to przede wszystkim sprawnie przeprowadzona, dramatyczna rozgrywka o rzeczy ważne i ważniejsze. Zaskakujące jest to, jak bardzo rozbudowane są płaszczyzny tego konfliktu. Na etapie zapowiedzi determinujący wydaje się być zaledwie jeden czynnik, natomiast w trakcie trwania fabuły okazuje się, że dostajemy aż trzy bodźce do podziału i chęci sympatyzowania z jedną z drużyn- o dziwo... za każdym razem inną.
Kwestie, które dzielą Starka i Rogersa mają swoje korzenie już praktycznie w „Avengersach”, gdzie zawzięcie skakali sobie do gardeł, bo ich rozbuchane ego nie dawało dojść im do porozumienia. To co się wydarzyło w kontynuacji przygód ekipy superherosów pogłębiło ten problem i efekty widać już na samym początku filmu. Tym razem jednak każdy z nich ma więcej bądź mniej racji, ale każdego rozumowanie jest warte rozważenia i poparcia. Bardzo dobrze, że twórcom udało się zrobić coś więcej niżeli kino akcji z bohaterami w roli głównej. Obnażyli ich dusze, pomogli dotrzeć do początków i przestali robić z nich bogów, a w końcu zrobili ludzi posiadających serce oraz wyrzuty sumienia, a także ludzi którzy mogą upaść. W końcu przestała być to zwykła naparzanka tych dobrych ze złymi z kosmosu, bądź z Ziemi. Ostatecznie dostaliśmy przejmujący obraz drugiej strony barykady, czyli ludzi cierpiących po wybrykach Avengersów. Nie ma się jednak co martwić, bowiem nawet i w tym filmie pojawiają się sceny walki i to naprawdę bardzo dobre. Tak świetnie skrojone, że początek seansu to praktycznie taniec na ekranie z Czarna Wdową w roli primabaleriny, a nie kino superbohaterskie. Walka na lotnisku przypominająca te avengerskie, tak pięknie rozciągająca w czasie bieg Kapitana Ameryki i Zimowego Żołnierza. No i ostateczna bitwa, która najnormalniej w świecie łamie serce, bo przenosi się na zupełnie inny grunt. Zaskakuje i przede wszystkim wzrusza, jak nigdy dotąd żaden film Marvela.
     „Wojna bohaterów” to chyba pierwszy film ze świata Marvela, który w końcu łączy w sobie całość. Niesamowite jest to, jak fabuła jest skutkiem wydarzeń z poprzednich filmów i to nie tylko „Avengers”, ale również „Kapitana Ameryki”. Zachwycające jest to jak wiele potrafi nagromadzić przy sobie postaci. Tutaj nie ma przypadkowych osobników. Pojawiają się ci, podziwiani i poznani wcześniej- jak chociażby Ant-Man, a także ci, których historie dopiero poznamy- przykładowo Czarna Pantera. Marvel pokusza się nawet o powołanie do życia, do nowego życia, bohatera już nam znanego, czyli Spidermana. Ten ostatni dostarcza zdecydowanie najwięcej humoru. Zaprezentowanie go jako dzieciaka ze szkoły, totalnego fanboya bohaterów, to chwyt niemalże idealny, bowiem każdy mógłby się z nim utożsamiać. Natomiast Pantera... zachwyca pod względem wizualnym, ale również i mentalnym. Zarówno w swojej wersji zakamuflowanej, jak i obnażonej. Aż nie mogę doczekać się jego osobnego filmu. Natomiast starzy wyjadacze? Tony Stark bardzo zyskuje w ludzkich oczach. Po raz pierwszy od dawna, o ile w ogóle, pokazuje swoje prawdziwe oblicze, wrażliwe oblicze, skrywane pod tym nonszalanckim uśmiechem i ciętym dowcipem. Żarty idą na bok, a pojawiają się wyrzuty sumienia. Natomiast Steven Rogers... ten człowiek to ma przechlapane już na całej linii. Postać, która dotychczas uznawana była za wcielenie praworządności i lojalności również pokazała swoją prawdziwą twarz. I to nie taką jakiej byśmy oczekiwali. To sprawia, że w końcu przestał być nudnym lalusiem i stał się kimś o wiele bardziej interesującym.
     Choć tytuł „Wojna bohaterów” nie jest naszym wymarzonym dla nowej odsłony Kapitana Ameryki, to trzeba przyznać, że wszyscy wiele się po nim spodziewali- w tym też ja. Starcie wielkich ludzi, tak różnych charakterami, przeszło jednak najśmielsze oczekiwania. Wielopłaszczyznowy konflikt, który powoduje rozdarcie nie tylko w światku superbohaterów, ale także fanów tej serii filmów, wynosi to kino na zupełnie inny poziom. Ze zwyczajnej opowieści dla dzieciaków, gdzie walka goni walkę, a robot uderza drugiego potwora prosto w ryjek, stało się tu coś zjawiskowego- Marvelowi udaje się widza poruszyć dramatyzmem swojej produkcji. Do tego świetnie łączy w jedno wszystkie dotychczasowego wątki, a także nienachalnie wprowadza nowe twarze do kinowego uniwersum. Świetnie zrealizowane, naprawdę pierwszorzędne kino, który zaspokaja wszystkie nasze zmysły, a także i moje osobiste pragnienia związane z... Czarną Panterą!

Ocena: 8/10


Oryginalny tytuł: Captain America. Civil War / Reżyseria: Anthony Russo, Joe Russo / Scenariusz: Christopher Markus, Stephen McFeely / Na podstawie: komiksu Marka Millara / Zdjęcia: Trent Opaloch / Muzyka: Henry Jackman / Obsada: Chris Evans, Robert Downey Jr., Scarlett Johansson, Sebastian Stan, Anthony Mackie, Don Cheadle, Jeremy Renner, Chadwick Boseman, Paul Bettany, Elizabeth Olsen, Paul Rudd, Tom Holland, Daniel Brühl, Emily VanCamp, William Hurt, Martin Freeman / Kraj: USA / Gatunek: Akcja, Sci-Fi
Premiera: 12 kwietnia 2016 (Świat) 06 maja 2016 (Polska)

sobota, 10 października 2015

SZORTy #19: Przeznaczenie, Kapitan Ameryka. Zimowy Żołnierz, Gość

Oryginalny tytuł: Predestination | Reżyseria: Michael Spierig, Peter Spierig | Scenariusz: Michael Spierig, Peter Spierig | Obsada: Ethan Hawke, Sarah Snook, Noah Taylor | Kraj: Australia | Gatunek: Thriller, Sci-Fi
Premiera: 08 marca 2014 (Świat) 26 listopada 2014 (Polska na DVD)
Ocena: 8/10

     Bracia Spierig znowu stają za kamerą. Po wampirzej przygodzie zabierają się za bardziej czasowy temat- podróży w czasie. Ich ekranizacja opowiadania Roberta A. Heinleina, która przybrała tytuł „Predestination” jest jednym z najbardziej inteligentnych i przede wszystkim szokujących filmów roku 2014.
     Ethan Hawke pracuje dla tajemniczej agencji zajmującej się przeciwdziałaniem przestępstwom i atakom terrorystycznym.
     Ciężko jest cokolwiek napisać o filmie, którego każdy element zależy od drugiego. Problemem jest zaprezentowanie fabuły w taki sposób, aby nie zdradzić tej wielkiej pokrętnej idei, która szokuje każdego, który zderzył się z tym filmem. Faktem jest, że takiego związku przyczynowo-skutkowego nikt by się chyba nie spodziewał, a braciom Spierig należą się wielkie oklaski za logiczną i przede wszystkim spójną fabułę, która nie okazała się klapą. Połączenie wszystkich wątków, ale też montaż zdjęć tworzą świetny klimat. Z początku bowiem nic nie zapowiadało na taki rozwój wypadków, w zasadzie można byłoby powiedzieć, że wiało nudą i nic dobrego to nie wróży, aczkolwiek odkrywanie kolejnych fragmentów układanki sprawiało, że szczęka coraz niżej opadała. Najciekawsze jest to, że obraz potrafi zaintrygować widza- wiedząc, że coś musi się kryć za tym małym wywodem wprawia w ruch trybiki w głowie i tym sposobem szybko można ogarnąć, o co tak naprawdę toczy się stawka. Genialna historia dająca wczuć się w tragizm sytuacji i smutek postaci, cudownie pokręcona, ale nie dająca o sobie zapomnieć przez bardzo długi czas.

Oryginalny tytuł: Captain America. The Winter Soldier | Reżyseria: Anthony Russo, Joe Russo | Scenariusz: Christopher Markus, Stephen McFeely | Obsada: Chris Evans, Samuel L. Jackson, Scarlett Johansson, Robert Redford, Sebastian Stan, Anhony Mackie, Cobie Smulders | Kraj: USA | Gatunek: Akcja, Sci-Fi
Premiera: 13 marca 2014 (Świat) 24 marca 2014 (Polska)
Ocena: 5/10

    Jeżeli ktokolwiek pomyślał, że „Captain America. Pierwsze starcie” jest filmem nijakim to z pewnością nie widział jeszcze drugiej odsłony opowieści o klasycznym bohaterze Ameryki. Kolejna produkcja od Marvela nie powala, a wszystko zrzucić można nie tylko na wykonanie, ale przede wszystkim postać Chrisa Evansa.
     Po wydarzeniach w Nowym Jorku agencja TARCZA nie ma się najlepiej. Choć Steve Rogers daje z siebie wszystko na placu boju, infiltracja agencji sprawia, że jego trud wydaje się być daremny. Wraz z Nickiem Furym i agentką Romanoff stara się odnaleźć prawdziwego wroga. Nie wie jednak, że ma on mocnego zawodnika pod postacią Zimowego Żołnierza.
     Najnowszy film z Kapitanem Ameryką nie należy do najbardziej udanych. W moim mniemaniu jest chyba jednym z najgorszych jakie powstały, aczkolwiek wynikać to może z mojej ogólnej niechęci do tego marvelowskiego superbohatera. Chris Evans w ogóle nie ogarnia tej roli, jest chyba najbardziej wyblakłą, bezpłciową postacią EVER! „Zimowy Żołnierz” to jednakże fajne połączenie z historią pierwszego filmu i choć od czasu w jakim ulokowana jest fabuła mija wiele lat, to są smaczki, które świetnie się sprawdzają. Ciężko jest natomiast uporządkować tę wielopłaszczyznową opowieść. Z jednej strony atak na TARCZĘ, z drugiej zaś polityczna intryga, która zadowoli miłośników tego typu filmów. Dla mnie oznacza to jedynie nudną, ciężkostrawną papkę, będącą bardziej męczarnią niżeli przyjemnością. Pojawia się kilka zaskoczeń, pamiętnych zwrotów fabularnych, kilka spektakularnych scen akcji, które chwilami potrafią przykuć uwagę i zainteresować, ale ogólnie nie jest to w stanie przyćmić uczucia znużenia i beznadziejności odczuwanego przez większość seansu. 
 
Oryginalny tytuł: The Guest | Reżyseria: Adam Wingard | Scenariusz: Simon Barrett | Obsada: Dan Stevens, Maika Monroe, Brendan Meyer, Sheila Kelley, Leland Orser, Lance Reddick | Kraj: USA | Gatunek: Thriller, Akcja
Premiera: 17 stycznia 2014 (Świat) 31 października 2014 (Polska)
Ocena: 5/10

     Człowiek, którego ulubionym zajęciem jest straszenie swoich widzów wraz ze swoim kumplem scenarzystą- Simonem Barrettem, wyrusza w kolejną podróż po swojej chorej wyobraźni. Bawiąc się koncepcją wojskowości, amerykańskiego patriotyzmu tworzy „Gościa”, którego nikt nie chciałby mieć w swoim domu.
     Rodzina Petersonów traci swojego ukochanego syna i brata na jednej z misji wojskowych. Po niedługim czasie od jego śmierci na progu ich domostwa staje mężczyzna twierdzący, że jest jego bardzo bliskim przyjacielem. Bardzo silny i chętny do pomocy realizuje obietnicę złożoną ich synowi. Jednakże żaden z członków rodziny nie wie jak wielki sekret skrywa ich gość.
     Produkcja być może jest dość niebanalna. Historia wydaje się z pozoru mocno przyziemna, tak bardzo amerykańska z tym swoim patriotyzmem. W tym spokoju, pod warstwą dobroci i życzliwości, rodzi się jednakże coś zgoła odmiennego, coś co całkowicie zmienia obraz i pozostawia spory niesmak. Po co w klimatycznej opowieści, która z dramatu przeradza się w thriller- jakiś wątek pseudo psychopatyczny, w którym najważniejsze zdają się być niecne zamiary wojska. Wszystko przybiera dość absurdalny wygląd i choć wielu zachwyca się prześmiewczym charakterem wobec filmów klasy B, to mnie osobiście w ogóle to nie przekonuje. Całość wypada bardzo słabo, pokracznie. Aczkolwiek jest tutaj jeden nie taki mały, ale delikatnie umięśniony blond plusik. Dan Stevens, człowiek o twarzy mogącej zapowiadać jedynie mimotyczne role romantyczne, tutaj totalnie dał się porwać historii i swojemu bohaterowi. Wyszło nad wyraz dobrze, przekonująco i tak bardzo... hipnotyzująco.