NOWOŚCI
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą klimat afrykański. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą klimat afrykański. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 5 lipca 2018

1251. Czarna Pantera, reż. Ryan Coogler

     Ponowne seanse niektórych filmów potrafią całkowicie odmienić nasze wrażenia. Cudownie jeżeli kolejne spotkanie z bohaterami pomoże nam odkryć nowe płaszczyzny wspaniałości i wielkie zalety. Gorzej kiedy następna randka z tytułem zmusza nas do myślenia „co my takiego w nim widzieliśmy?”. Najnowszy film Marvela, który mamy okazję odnaleźć na sklepowych półkach, plasuje się gdzieś pomiędzy tymi dwoma skrajnymi, bo choć „Czarna Pantera” ma całą masę zalet i jest naprawdę wyjątkową postacią, to jednak... coś tutaj nie gra. 
Źródło: Galapagos Films

    Mieszkańcy Wakandy, tajemnej afrykańskiej krainy, od pokoleń strzegli swojego dziedzictwa. Robili wszystko, aby sekrety ich domu pozostały nieznane reszcie świata. Kiedy w straszliwych okolicznościach ginie król- T'Chaka (John Kani), to jego syn T'Challa (Chadwick Boseman) ma zasiąść na tronie i stać się nową Czarną Panterą. Jednakże, gdy na horyzoncie pokazuje się inny prawowity dziedzic, porzucony przed laty na łaskę i niełaskę ludzi, losy Wakandy mogą się diametralnie zmienić. T'Challa musi staną do rytualnej walki z nowo przybyłym kuzynem Erikiem (Michael B. Jordan), a gdy wynik jest odmienny od oczekiwanego będzie musiał połączyć ze sobą różne plemiona, spajając tradycję i nowoczesną technologię napędzaną wibranium, aby zawalczyć o wolność swojego domu.

      Najbardziej boli chyba jak film Waszego ulubionego uniwersum nie do końca Wam przypasuje. A najgorzej, jak ciężko rozwikłać w czym tkwi problem danej produkcji. Zasadniczo „Czarna Pantera” był filmem, na który czekałam od czasu „KA: Wojna bohaterów”. Od kiedy poznałam tę postać zostałam nią zauroczona. No i masz! Indywidualny film, tak niedługo po premierze. I co? Jedno wielkie „meeeeh”. To smutne, gdy wrażenia po seansie takiego filmu porównuje się do tych z przygody z Kapitanem Ameryką, do którego uprzedziłam się na całe życie. Chyba. Ciężko powiedzieć, że Pantera jest filmem marnym, ale... coś tutaj nie zagrało. Fabuła, która nie do końca porywa, to bazująca na prastarych problemach rodzinnych i schematach opowieść. Powrót „marnotrawnego syna” tutaj przybiera bardziej formę powrót zaginionego członka rodziny, który oczywiście musi upominać się o swoje. Dla zasady. Dodaje to sporo pazura z bardzo wielu powodów. Robi się o wiele dramatyczniej i o wiele bardziej dynamicznie.
Źródło: Galapagos Films

     Bardzo zachwycają te afrykańskie tradycje. Rytualne walki, a później tajemne obrządki nadawania mocy Czarnej Pantery. Bardzo dużo tutaj kolorów, różnych elementów charakterystycznych dla konkretnych plemion. Jednakże... jest to już za bardzo zagrane na pograniczu fantazji. Atrakcje niczym z „Króla lwa”, do którego bez oporów porównywano film po premierze, to zdecydowanie była za duża przesada. Nie mniej, jeżeli to przebolejemy, to przecież pozostaje najważniejszy problem- wsadzenie do tego fantazyjnego świata, opartego na magii, tradycji i niezwykłej etniczności mieszkańców Wakandy, nowoczesnych technologii napędzanych wibranium. Z łatwością można to zrozumieć, bo przecież twórcy dosadnie wyjaśniają co, skąd i dlaczego, ale nie każdemu łatwo będzie przetrawić to oczywiste zderzenie nowego ze starym. Dobrze, że podejmują tę próbę, ale jak w moim mniemaniu za bardzo razi to w oczy, niestety.

     Nie oznacza to jednak, że źle się na to patrzy. Fajnie to wszystko wygląda, chociaż momentami odrobinę przypomina sceny walki z gry niż dopracowaną nierzeczywistość. Robią wrażenie wszystkie te gadżety napędzane wibranium, stworzone przez księżniczkę Shuri, a będące na wyposażeniu Czarnej Pantery. To taki afrykański Agent 007! Ewentualnie... marvelowski Batman. Dzięki tym gadżetom nasz czarny bohater nabiera dynamizmu i barwy. Dostarcza zdecydowanie więcej atrakcji, m.in. przez swój nadzwyczajny kostium. Oczy cieszą się również na widok wszelkich walk, choć trzeba przyznać, że z tą finałową to zdecydowanie przedobrzyli. Po co?! Do tego wszystkiego nie mają one żadnego ciekawego podkładu. Kompozytor za bardzo się tutaj nie wykazał, ale na uznanie zasługują kawałki nawiązujące do klimatu harlemowskich dzielnic Nowego Jorku. Od razu nabiera to bardziej gangsterskiego wydźwięku. 
Źródło: Galapagos Films

     W „Czarnej Panterze” większość obsady to afroamerykanie. Przyjmuje to formę ukłonu w stronę ich korzeni. Dlatego do filmu zaangażowano najlepszych za najlepszych, a przynajmniej tych bardziej znanych. Chadwick Boseman jest księciem z niesamowicie pięknym akcentem. Do pokochania. Idealnie nadaje się na postać Czarnej Pantery. Jego przeciwnikiem staje się Michael B. Jordan, który ponownie wkracza na ring, tym razem jako spadkobierca dosłownego tronu. On chyba pokazuje największy charakterek i jest naprawdę wyrazistym czarnym charakterem. Jednakże jego oddanie sprawie zdecydowanie budzi spory respekt. Wśród kobiet pojawiają się same czarnoskóre piękności. Króluje im Angela Bassett, która swobodnie się czuje w takiej dostojnej stylizacji. Lupita Nyong'o również ma swoje pięć minut, zupełnie jak Letitia Wright, którą kojarzyć mogą fani Netflixa z serialu „Black Mirror”. Jednakże spośród nich najjaśniej świeciła Danai Gurira. Może to kwestia roli, a może po prostu jej charyzmy. Niesamowicie waleczna, niczym w „The Walking Dead”, bardzo oddana sprawie- kobieta z zasadami, pani generał. Zachwyca kocimi ruchami, stanowczością i błyskotliwością. Idealna obrończyni narodów!
Źródło: Galapagos Films

     Największą zaletą, a jednocześnie problemem „Czarnej Pantery” jest jej indywidualność. Prezentuje sobą coś zupełnie innego niż dotychczas otrzymywaliśmy ze strony Marvela. Nie dość, że dostajemy ludzi odmiennych rasowo, z niesamowitymi obrzędami i historią, które gwarantują niesłychane wrażenia wizualne, to dodatkowo próbuje się to scalić z najwyższą możliwą technologią. Ponadto bohaterskość tego tytułu dociera do zupełnie innego grona odbiorców, zwracają uwagę na zupełnie inne wartości niż dla przeciętnego człowieka. To, poza nieco bardziej stonowaną warstwą wizualną i muzyczną, zdecydowanie odmienia go od poprzednich marvelowskich produkcji.

Ocena: 6/10
Recenzja filmu DVD „Czarna Pantera” - dystrybucja Galapagos Films

Oryginalny tytuł: Black Panther / Reżyseria: Ryan Coogler / Scenariusz: Joe Robert Cole, Ryan Coogler / Zdjęcia: Rachel Morrison / Muzyka: Ludwig Göransson / Obsada: Chadwick Boseman, Michael B. Jordan, Lupita Nyong'o, Danai Gurira, Martin Freeman, Angela Bassett, Forest Whitaker, Andy Serkis, Daniel Kaluuya, Letitia Wright, Winston Duke / Kraj: USA / Gatunek: Akcja, Sci-fi

Premiera kinowa: 29 stycznia 2018 (Świat) 14 lutego 2018 (Polska)
Premiera DVD: 20 czerwca 2018

poniedziałek, 19 grudnia 2016

1216. Tarzan: Legenda, reż. David Yates

      Kiedy reżyser w jednym roku kalendarzowym próbuje zapanować nad więcej niż jednym filmem niemal pewnym jest, że co najmniej jeden z nich będzie ciężki do przełknięcia. O ile nie wszystkie. Nawet taki twórca jak David Yates, który zafascynował nas swoją filmową wizją Harry’ego Pottera, może zaliczyć podobną wpadkę. Więc gdy doszły nas słuchy, że w tym roku miały pojawić się dwie jego produkcje z pewnym dystansem podchodziliśmy do realizacji- w szczególności, że jeden z nich to kolejny tytuł z czarodziejskiego świata. Oczywiście druga propozycja na tym ucierpiała, a Tarzan: Legenda”, nawet przy udziale Skarsgårda i Robbie, nie sprostał oczekiwaniom.
Źródło: Galapagos Films
      Tarzan (Alexander Skarsgård) i jego ukochana Jane (Margot Robbie) opuścili afrykańską dżunglę, aby osiedlić się w Londynie. On przybrał imię John, pobrali się, zamieszkali w rezydencji przodków Greystoke i wiodą na pozór szczęśliwe życie. Niestety, nie mogą założyć pełnej rodziny więc gdy nadarza się okazja powrotu do Afryki i ukochanej dżungli Konga oboje nie zastanawiają się ani przez chwilę. Na miejscu zajmować mają się sprawami handlowymi we współpracy z belgijskim kapitanem Leonem Romem (Christoph Waltz), nie wiedząc, że zmienił ich dawny dom nie do poznania. Nie chcąc brać udziału w jego nikczemnym planie kolonizacji Konga będą musieli zjednoczyć się ze swoimi dawnymi rodzinami, a nawet i wrogami, aby wyzwolić Afrykę z niewoli.
      Wszyscy znamy historię Tarzana. A przynajmniej myślimy, że ją znamy, bo doświadczenie z disneyowską wizją niewiele nam pomoże przy Tarzan: Legenda”. Nowe oblicze kultowej postaci to dalsze jego losy, które w połączeniu z rzeczywistymi wydarzeniami stanowić mają nie lada atrakcję. I choć sam pomysł połączenia historii człowieka małpy z kolonizacją Konga jest niezwykle poruszający, to z wykonaniem już nie jest aż tak dobrze. Fabuła nie da rady utrzymać widza w ciągłym zainteresowaniu, gdy cała jego uwaga skupić ma się na kilku oklepanych chwytach. W pierwszej połowie filmu można się zanudzić niemalże na śmierć. Nie dzieje się tutaj nic konkretnego a chwila nieuwagi wywołana rozpraszającym bobasem potrafi wytrącić człowieka z rytmu i zagubić w wątkach. W szczególności, że retrospekcje z afrykańskiego życia Tarzana i Jane pojawiały się znikąd i były co najmniej dziwne. Zupełnie odbiegały od znanej nam przeszłości dwojga bohaterów. Świetnie jednak pokazuje się tu kupieckie zapędy Belgów, którzy spragnieni kongijskich dóbr niewolili i mordowali tubylców. Okazało się to być dobrym pomysłem dzięki któremu fantastyczna fabuła zyskała więcej realizmu. Prawdziwy wybuch rewelacji nastąpił w dalszej części filmu. Jakieś dziwne romantyczne odruchy Kapitana Roma wobec Jane, a do tego pojawił się motyw zemsty i to w najbardziej instynktownym jego charakterze. Nie obyło się bez wzruszeń, ale najważniejsze, że ostatecznie akcja się rozruszała wywołując lekkie palpitacje serca.
Źródło: Galapagos Films
      Kiedy patrzy się na nowego Tarzana” nie trudno porównywać go do czarodziejskiego świata. To tak jakby Potter przybrał gatki o kolorze ziemi i biegał sobie po lianach. Tak samo wygląda to wizualnie. Zupełnie jakby zasoby i znajomości Yatesa ugrzęzły na etapie Insygniów Śmierci” i nie mogły nabrać więcej realności. Gdzie tam dżungli do magii i autentyczności Księgi dżungli”. Przecież wiadomo, że zwierzęta nie mogą być żywe. Ale serio… za każdym razem, gdy Tarzan łapał za lianę- często również nieskończenie długą, i odwalał swoje podniebne tańce, to aż miało się ochotę zamknąć oczy. Takie rzeczy mogą przejść tylko przy okazji filmów o Harrym Potterze”. Nie mniej, zdjęcia cudowne. Te spojrzenia na kongijską dżunglę… aż chciałoby się tam pojechać. Na uwagę zasługuje również cała stylizacja ówczesnych czasów. Te wnętrza i stroje naprawdę oddają ich charakter. Aczkolwiek trzeba przyznać, że najwięcej uwagi przykuwa nie ubieranie bohaterów a ich rozbieranie. W szczególności Alexa. Im mniej ma na sobie tym bardziej zaangażowany się staje.
      Alexander Skarsgård nie byłby moim pierwszym wyborem do nowego Tarzana, ale po tym co pokazał przy okazji Czystej krwi” z rozgorączkowaniem wyczekiwałam jego dzikiej kreacji. Można by pomyśleć, że dzikszy od Erica już nie będzie a jednak im więcej John zrzuca ciuchów, tym bardziej Alex angażuje się w odgrywanie kultowej postaci Tarzana. Ze swoją muskulaturą, którą wywijał na wierzch tuż przed każdą sceną, gdzie musiał odsłonić swój tors, prezentował się znakomicie. Tym sposobem można mu wybaczyć lekkie niedoróbki aktorskie, które ogarnął pod koniec filmu. Lepiej późno niż wcale. Margot Robbie też się nie popisała. Mało charyzmatyczna jej kreacja, ale chociaż ładnie się prezentowała. Sporym zaskoczeniem okazał się Christoph Waltz, który chyba po raz pierwszy niewiele wniósł do filmu, w którym się pojawił. Podobnie do Samuela L. Jacksona, którego początkowo ciężko rozpoznać. Najlepiej wypada Djimon Hounsou. Szkoda, że pojawia się na ekranie w dwóch scenach.
Źródło: Galapagos Films
      Opowieść o chłopcu wychowanym przez małpy jest chyba największym hołdem wobec natury jaki mogła wydać na świat literatura i kinematografia. Filmów było sporo, a Tarzan: Legenda” jest kolejną z ciekawych wizji. Cudowność i zieloność dżungli w połączeniu z suchą i krwawą historią przejmowania Konga daje coś odkrywczego i odświeżającego. Szkoda jedynie, że fabularnie film osiada na mieliźnie nudy, oferując poszatkowane wstawki nie dające niemal nic, rozkręcając się dopiero u finału. Słabo zbudowane napięcie, które ostatecznie daje o sobie znać. Wizualnie też mogłoby być zdecydowanie lepiej, bardziej realistycznie, a nie tak groteskowo. Dobrze, że chociaż można sobie popatrzeć na duet Skarsgård i Robbie, bo choć słabo między nimi iskrzy, to przynajmniej zachwycają publikę.

Ocena: 5/10
Recenzja filmu DVD „Tarzan: Legenda” - dystrybucja Galapagos Films


Oryginalny tytuł: The Legend of Tarzan / Reżyseria: David Yates / Scenariusz: Craig Brewer, Adam Cozad / Zdjęcia: Henry Braham / Muzyka: Rupert Gregson-Williams / Obsada: Alexander Skarsgård, Margot Robbie, Samuel L. Jackson, Christop Waltz, Djimon Hounsou, Jim Broadbent, Ben Chaplin / Kraj: USA, Wielka Brytania, Kanada / Gatunek: Przygodowe
Premiera kinowa: 27 czerwca 2016 (Świat) 01 lipca 2016 (Polska)
Premiera DVD i Blu-ray: 09 listopad 2016

poniedziałek, 4 lipca 2016

Książka #409: Przepisy na miłość i zbrodnię, aut. Sally Andrew


     Sally Andrew, początkująca pisarka mocno związana z afrykańskimi plenerami i kulturą, postanawia przelać swoją miłość do nich na papier. Barwy, zapachy i smaki Afryki widziane jej oczami, wyczuwane jej nosem i próbowane jej kubkami smakowymi przybierają formę powieści o tytule „Przepisy na miłość i zbrodnię”, otwierającej serię o niebywałej kobiecie- tannie Marii. Jednakże to nie jej historia jest czymś co zachwyca, a raczej mały prezent, który autorka zostawia swoim czytelnikom pod postacią smaków egzotycznego kraju.
     Tannie Maria słynie ze swojego zamiłowania do kuchni. Jej najlepsze przepisy trafiają na łamy lokalnej gazety jej małego Karru. Niestety, jej szefowa Hattie oznajmia, że na skutek zmian będzie musiała zmienić jej kącik na porady dla mieszkańców. Rozwiązanie tworzy się samo- kącik porad w odpowiedzi na listy czytelników ze smakowitym przepisem mającym pomóc na problemy. Jednakże zwyczajne pisanie do gazety i smakowanie nowych potraw przestaje być takie beztroskie, gdy w ręce tannie Maria trafia list kobiety maltretowanej przez swojego męża. Tannie widząc w niej samą siebie i swoje dawne problemy postanawia jej pomóc. Gdy dowiaduje się, że kobieta zostaje zamordowana robi wszystko, tannie Maria zamienia się w detektywa, aby dowiedzieć się kto jest zabójcą.
     Dla kogoś kto lubuje się afrykańskich klimatach powieść pewnie będzie nie lada gratką, a nawet i dla każdego zwykłego człowieka może nią być, bo w końcu za sprawą książek można odbyć całkiem fajne podróże. Tutaj oczywiście nie brakuje barwnych opisów lokalnej sawanny, nie brakuje tej niesamowitej gorącej atmosfery, ale przede wszystkim nie brakuje tutaj smaku! Tego ostatniego jest co niemiara, a wszystko przez ciekawą (pod tym względem) postać tannie Marii. Kobieta z zamiłowaniem do gotowania tworzy naprawdę rewelacyjne przepisy i co najlepsze... sami również możemy je przyrządzić! W jaki sposób? Autorka zostawia u końca książki pokaźną ilość przepisów, jakie Marie wykorzystała w poradach do piszących listy czytelników, czy po prostu, aby podlizać się funkcjonariuszowi Kannemeyerowi, czy poprawić humor koleżankom z pracy. Dzięki temu mamy pod ręką taką mini książkę kucharską z afrykańskimi przysmakami. Szczęśliwie, można je przygotować z produktów dostępnych na polskim rynku, a mnie osobiście ślinka cieknie na myśl o dżemie morelowym, czy wspomniane niejednokrotnie ciasto czekoladowe na maślance. Gdyby komuś nie udało się przez to poczuć klimatu, bo do przepisów docieramy dopiero pod koniec książki, to na pierwszy rzut oka dostrzeżemy z czym mamy do czynienia. Poza ciekawymi i, mam nadzieję, jadalnymi przepisami, dostajemy całą masę słówek afrykanerskich. Z jednej strony jest to bardzo ciekawa atrakcja dla czytelnika gustującego w podobnych zabiegach, z drugiej zaś może być bardzo męczące i uciążliwe, kiedy w trakcie czytania będziemy łamać sobie język, aby spróbować wymówić te dziwaczne słówka. Inną kwestią jest to, że dopiero na końcu książki znajdziemy mini słowniczek do stosowanych wyrazów, co jest sporym utrudnieniem, bo ciężko jest co chwilę zaglądać na tyły, aby zrozumieć, co też dana postać miała na myśli. Oczywiście, bardzo często z kontekstu można wywnioskować co oznaczają wybrane słowa, choć nie zawsze, więc po pewnym czasie zaczniemy ignorować ten problem.
     Gdyby tak zabrać wszystkie powyższe atrakcje to z tej powieści nie zostałoby praktycznie nic, co mogłoby zachęcić do lektury. Fabuła jest dość schematyczna, momentami wręcz strasznie naciągana. Oczywiście, nabiera odrobinę powagi, gdy wtrąca się tutaj temat maltretowania swoich żon, co najwyraźniej w RPA dotyka co drugie małżeństwo, a w co aż trudno uwierzyć. Poza tym jednak jest to zwyczajna historia o kobiecie, która nie potrafi usiedzieć na tyłku i po prostu musi wtrącać się tam gdzie nie potrzeba i ryzykować własne życie, dla ludzi, których nawet nie zna. Z pozoru lekkiej opowieści o przepisach, problemach rodzinnych i związkowych nagle zaczyna tworzyć się jakiś dziwaczny kryminał. Ktoś ginie, tannie Maria oczywiście od razu wie kim jest ofiara, od razu wystawia oczywiste podejrzenia i tak dalej i tak dalej. Dzięki jej nadpobudliwości i ocenianiu ludzi po pozorach szybko przeskakujemy z jednego podejrzanego na drugiego, a już totalnym ciosem jest rozwiązanie kim jest zabójca. Te ciągłe poszukiwania są dość męczące, momentami nawet nużące, a jedyną ciekawą i mrożącą krew w żyłach akcją jest ta w spiżarce. A szkoda! Gdzieś pomiędzy wytworzył się jakiś pseudo romans, który wziął się nie wiadomo skąd. Ewidentnie naturalna kolej rzeczy, że zwykła kobieta wpada w zauroczenie względem każdego wąsatego funkcjonariusza policji. Wszystko to mogłoby się potoczyć pewnie i o wiele lepiej, gdyby postacie były w miarę ciekawe. Niestety, mamy tylko kilka kobiet stłamszonych przez mężczyzn i potrzebujących innych mężczyzn, a także mężczyzn, którym najwyraźniej odebrało zdrowy rozsądek i zdolność logicznego myślenia, ale... kto by na to patrzył. Wszyscy są jacyś bez charakteru i jedynie młoda Jessie ze swoim gekonem wydają się być w miarę rozgarnięci.
     „Przepisy na miłość i zbrodnię” to nie jest powieść idealna, do takiej jej bowiem bardzo daleko. Nie mniej, choć fabuła momentami straszliwie się ślimaczy, a zachowania bohaterów wydają się co najmniej irracjonalne, to szczęśliwie bardzo szybko pochłania się kolejne strony. Oznacza to, że przy lekturze nie męczymy się aż tak bardzo, jak mogłyby wskazywać na to niemożliwe do wymówienia afrikaanerskie słówka poupychane dość gęsto w całej treści. Dodaje to jednak oryginalnego klimatu, bo bohaterom niestety nie udało się go wytworzyć. No chyba, że jedynie tannie Marii, która przy pomocy przepisów przeniosła nas do tego egzotycznego świata. Przynajmniej te niesamowite smakołyki zostaną nam po tej podróży.

Ocena: 3/6
Recenzja dla wydawnictwa Otwarte!
otwarte.eu


Tytuł oryginalny: Recipes for Love and Murder / Tłumaczenie: Adriana Sokołowska-Ostapko / Wydawca: Otwarte / Gatunek: kryminał, obyczajowe / ISBN 978-83-7515-363-7 / Ilość stron: 480 / Format: 136x205mm
Rok wydania: 2015 (Świat), 2016 (Polska)

niedziela, 6 lipca 2014

1136. Rodzinne rewolucje, reż. Frank Coraci

Oryginalny tytuł: Blended
Reżyseria: Frank Coraci
Scenariusz: Ivan Menchell, Clare Sera
Zdjęcia: Julio Macat
Muzyka: Rupert Gregson-Williams
Kraj: USA
Gatunek: Komedia
Premiera: 22 maja 2014 (Świat) 04 lipca 2014 (Polska)
Obsada: Adam Sandler, Drew Barrymore, Bella Thorne, Emma Fuhrmann, Alyvia Alyn Lind, Braxton Beckham, Kyle Red Silverstein, Kevin Nealon, Terry Crews, Wendi McLendon-Covey, Joel McHale

    Znany duet aktorski- Barrymore & Sandler, ponownie na wielkim ekranie. Ten, który zapoczątkował ich wspólne spotkania w „Od wesela do wesela”- Frank Coraci, teraz jeszcze raz jednoczy jedną z najulubieńszych komediowych dwójek na planie „Rodzinne rewolucje”. I choć widz pełen obaw przed nieokrzesanym poczuciem humoru Sandlera wkracza na salę kinową, to po seansie może być pewien jednego – Barrymore zawsze wyciągnie ze swojego kolegi to, co najlepsze. Tak jak to było w przy okazji „50 pierwszych randek”.

sobota, 16 października 2010

013. Sahara, reż. Breck Eisner

Oryginalny tytuł: Sahara
Reżyseria: Breck Eisner
Scenariusz: James V. Hart, Thomas Dean Donnelly, Joshua Oppenheimer, Josh Friedman, Clive Cussler, John C. Richards
Na podstawie: powieści Clive`a Cusslera
Zdjęcia: Seamus McGarvey
Muzyka: Clint Mansell, Brian Tyler
Kraj: Hiszpania / USA / Niemcy / Wielka Brytania
Gatunek: Przygodowy
Premiera światowa: 04 kwietnia 2005
Premiera polska: 14 kwietnia 2005
Obsada: Matthew McConaughey, Penelope Cruz, Steve Zahn, Lambert Wilson

    Film o perypetiach poszukiwacza przygód. Dirk Pitt (Matthew McConaughey), wraz ze swoim przyjacielem (Steve Zahn), jedzie do Afryki,aby odnaleźć wrak statku sprzed 150 lat. Spotyka on piękną panią doktor (Penelope Cruz), która podróżuje do Mali w celu znalezienia źródła dziwnej zarazy, która być może zagraża całej Afryce. Na przeszkodzie stoją im nie tylko męczące warunki pustynne, ale również ludzie afrykańskiego dyktatora.
    Film swoją akcją przypomina trochę filmy typu Indiana Jones, z tą różnicą, że tam się więcej działo, a tutaj akcja była troszkę przynudnawa. 
    W sumie napięcia tutaj za bardzo nie było, no chyba, że ja go nie odczuwałam przez moje zmęczenie i niezbyt przyjazne nastawienie do tego filmu. 
    Nie było tutaj jako takich efektów specjalnych. Na uwagę zasługuje przede wszystkim wspaniałe ujęcie Afryki, piaski pustyni, zwierzęta, wody... muzyka także nie jest niczego sobie, taka jak zwykle bywa w filmach przygodowych. 
  Trochę mnie zdziwiło obsadzenie McConaugheya w tym filmie, no ale tak to jest jak się ogląda z nim tylko komedie romantyczne. Najbardziej trafną decyzją było wciągnięcie do filmu Steve`a Zahna, który swoimi śmiesznymi tekstami poprawiał mi humor.
    Nie umiem nawet określić co podobało mi się w tym filmie. natomiast główną wadą było to, że nie wciągnął mnie tak bardzo jak tego potrzebowałam.