NOWOŚCI
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Marvel. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Marvel. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 8 stycznia 2019

1255. Ant-Man i Osa, reż. Peyton Reed

     „Avengers: Wojna bez granic” wprowadziło spore zamieszanie w kinowe uniwersum Marvela. Wszyscy zastanawiają się, co będzie z dalszymi losami ich ulubionych superbohaterów. W końcu wiele dotychczasowych filmów obiecywało powroty postaci. I tak oto mamy powrót jednego z nich, powrót, który tak naprawdę umiejscowiony jest w czasie równoległym do rozgrywającej się wojny z Thanosem. Człowiek Mrówka powrócił w iście uskrzydlonym towarzystwie- i nie mówię to o Antonim, a o Osie!
Źródło: Galapagos Films

     Po starciu Tony'ego Starka ze Steve'em Rogersem, która zapoczątkowała rozłam w grupie Avengers, Scott Lang (Paul Rudd) odsiaduje areszt domowy. Hank Prym i Hope van Dyne (Michael Douglas i Evangeline Lily) są rozzłoszczeni na swojego starego kumpla za ujawnienie ich technologii całemu światu, jednakże sytuacja zmusza ich do ponownego kontaktu. Okazuje się, że Lang może być ich jedyną nadzieją na uratowanie Janet- kochającej żony i matki. Jednakże już na samym początku ich misji na ich drodze staje tajemniczy Duch, który ma wobec nich całkowicie odmienne plany.

     Gdy oglądamy takie starcia, jak w filmie „Avengers: Wojna bez granic” i rozmyślamy nad tym dlaczego jedni superbohaterowie mają przerąbane walcząc z Thanosem i jego zakonem koszmarnych i mrocznych bachorów, a drudzy mają całą aferę totalnie w nosie, bo w ogóle w niej nie uczestniczą, dostajemy jakieś dziwaczne wykręty, „A, bo on ma areszt domowy!”. Jak wyraźnie pokazuje „Ant-man i Osa”, twórcy MCU nie potrafią się trzymać konkretnej linii. Skoro ma areszt domowy, to ma areszt domowy, a nie biega sobie po San Francisco pomagając swoim starym kumplom. A jeżeli już wynajduje się sposób na bieganie sobie po San Francisco pomagając kumplom, to równie dobrze mogę skorzystać z technologii i ratować połowę ludzkości przed pstryknięciem Thanosa. Cóż, najwyraźniej była to jakaś supertajna wojna, bo przecież ani Thanos, ani Stark, ani T'Challa nie wrzucił na Fejsbuczka relacji na żywo z toczącej się wojny. Ostatecznie, po całej aferze już tylko mrówki mogły poszaleć na perkusji. 
Źródło: Galapagos Films

     W czasie kiedy reszta bohaterów ratowała wszechświat Ant-Man znakomicie się bawił, przynajmniej przez ostatnie kilka dni, kiedy to zrobił z domu potężny tor przeszkód do zabaw z córką, no i notorycznie zwiększając, i zmniejszając siebie oraz wszystko, co wokół niego. Tu kopniak w piszczel, tam plaskacz w twarz, innymi słowy rozrywek mu nie brakowało. W szczególności, gdy przez swoją nieuwagę doprowadził do wyślizgnięcia się nogi poza dopuszczalną granicę i po raz kolejny funkcjonariusze robili mu wjazd na chatę. Nic fascynującego, niestety. Nie oznacza to jednak, że cały film jest poniżej przeciętnej przewidywalności. Udaje się rozbudować pewną zaskakującą- na swój sposób, bo w innej kategorii jest coś całkowicie oczywistego i oczekiwanego do nadejścia- zważywszy na zapowiedzi i otwarcie filmu.

      Sporym atutem, ale też i już znakiem rozpoznawczym tego tytułu jest jego subatomowy charakter. Nie tylko ze względu na kreatywność twórców odnośnie jego wykorzystania, ale przede wszystkim sposób prezentacji. Przecież pomniejszając się do maksymalnej minimalności można dostrzec najprawdziwsze cuda. Być mniejszym niż roztocze na kanapie? Fascynujące! A jak to wszystko pięknie wygląda, tak kolorowo... Jest się czym zachwycić. Natomiast samo wykorzystywanie technologii na zwiększanie i zmniejszanie przedmiotów? Hmm... jest kilka rzeczy, które sprawiają frajdę- jazda na hulajnodze, duża podawajka dropsów, no i oczywiście koło z resorakami. Super. Obawiam się jednak, że jest to jedyna prawdziwa zaleta filmu, ponieważ z tego aspektu wychodzi praktycznie wszystko. Daje to całą masę powodów do żartów, więc nie brakuje tutaj humoru, ale też dostarcza rozrywki wizualnej. 
Źródło: Galapagos Films

     Fabuła filmu nie porusza zbyt wielkiej problematyki moralnej, życiowej, itd. Krąży jednak wokół tematu rodzicielstwa, bo kto jak kto, ale Scott Lang jest genialnym ojcem i za to ma ogromnego plusa. Uwielbiam jego relację z małą Cassie, tworzą cudowny duet. Może to kwestia samego Paula Rudda i uroczej Abby. Ciepło się robi na sercu, gdy się na nich patrzy. Innym ciekawym duetem jest oczywiście Scott-Hope. Tych dwoje się uwielbia, choć wiadomo trzeba się czasem pozłościć, żeby nudno nie było. Jest między nimi zdrowa chemia, która dobrze odbija się na całej produkcji. Natomiast, czy problem Ducha jest czymś, co angażuje nas emocjonalnie? Wątpliwe. Myślę jednak, że jest to problem samej aktorki, która ewidentnie nie jest w stanie przekonać nas do swojej kreacji. Hannah John-Kamen jest bardziej przekonująca i tajemnicza z maską na twarzy, niż bez niej. Wyczuwam tutaj nowy syndrom Kylo Rena. Bardziej fascynuje misja Hope i jej ojca, to najbardziej absorbujący ze wszystkich wątków i najchętniej resztę wyrzucilibyśmy za okno, bo są całkowicie bezużyteczne. Łatwo tutaj dostrzec emocje bohaterów, łatwo jest się nimi zainfekować. W dodatku Lily i Douglas świetnie wypadają w tej relacji, jak prawdziwa córka z ojcem, aż miło popatrzeć. 
Źródło: Galapagos Films

     Człowiek Mrówka i Osa to kino całkowicie rozrywkowe. Do tego stopnia, że totalnie nic nie wnoszące do fabuły, przynajmniej na razie. Jest typowym zapychaczem czasu w oczekiwaniu na „Avengers: Endgame”, którego premiera zbliża się wielkimi krokami i coś mi się wydaje, że ciężko będzie się dostać na seans w pierwszym terminie, bo chyba cała druga połowa wszechświata chce wiedzieć co się stało z tą pierwszą. Kiedy większość superbohaterów walczyło Ant-Man przebimbał całą akcję walcząc z małymi, nic nieznaczącymi kryminalistami, i pomagał rozwiązywać rodzinne dramaty. Problemy tak samo malutkie, jak jego postura. Szkoda, że całość wypada tak mizernie i mało porywająco, bo można było dać więcej, żeby bardziej podjudzić oczekiwanie widza na finał.

Ocena: 6/10
Recenzja filmu DVD „Ant-Man i Osa” - dystrybucja Galapagos Films

Oryginalny tytuł: Ant-Man and the Wasp / Reżyseria: Peyton Reed / Scenariusz: Andrew Barrer, Gabriel Ferrari, Chris McKenna, Erik Sommers, Paul Rudd / Zdjęcia: Dante Spinotti / Muzyka: Christophe Beck / Obsada: Paul Rudd, Evangeline Lily, Michael Douglas, Michelle Pfeiffer, Laurence Fishburne, Hannah John-Kamen, Michael Pena, Walton Goggins / Kraj: USA, Wielka Brytania / Gatunek: Akcja, Sci-Fi

Premiera kinowa: 04 lipca 2018 (Świat) 03 sierpnia 2018 (Polska)
Premiera DVD: 05 grudnia 2018

środa, 26 września 2018

1252. Avengers: Wojna bez granic, reż. Anthony Russo, Joe Russo

     My, fani Marvela, 10 lat czekaliśmy na ten dzień. Od chwili, gdy było wiadomo, że „Iron Man” dał początek serii filmów, ekranizacji kultowych komiksów, z fascynacją wyczekiwaliśmy kolejnych zapowiadanych tytułów, prezentujących nowych bohaterów i odkrywających nowe sekrety tego uniwersum. I oto nadszedł ten czas, kwintesencja tej dekady przygotowań, która daje początek nowemu, brutalnie kończąc z tym, co znane było nam dotychczas. Tego, co nadeszło nikt się nie spodziewał, bo bracia Russo wraz z „Wojną bez granic”, z nieskrywaną satysfakcją, wyrwali nam serca z piersi. Wyrwali je również i mnie.
Źródło: Galapagos Films

    Statek z ocalałymi po upadku Asgardu przemierzając kosmos w poszukiwaniu nowego domu zostaje zaatakowany przez Thanosa (Josh Brolin) i jego dzieci, którzy przeszukują wszechświat w poszukiwaniu kamieni nieskończoności. Ci, którzy przeżyli pierwsze starcie ostatkiem sił wysyłają przebywającego na statku Hulka (Mark Ruffalo), aby ostrzegł drużynę Avengers na ziemi o nadejściu wroga. Bohaterowie ponownie łączą siły, szukając pomocy na całym świecie, aby opracować plan powstrzymania zbliżającej się katastrofy. Tymczasem Strażnicy Galaktyki pod przewodnictwem Star-Lorda (Chris Pratt) odnajdują dryfującego w przestrzeni Thora (Chris Hemsworth) i pomagają mu zdobyć broń, która jako jedyna ma szansę pokonać Thanosa. 

     Czekaliśmy na tę chwilę. Czekaliśmy na to, aż w końcu przybędzie Thanos, o którym tak długo się gada, i zrobi niemałą poruchawę. W końcu poznaliśmy genezę Kamieni nieskończoności, i zobaczyliśmy je wszystkie w jednym miejscu, w jednym czasie. Przy okazji doświadczyliśmy też spektrum ich możliwości, wydawałoby się, że pełne spektrum, ale coś kołacze mi się z tyłu głowy myśl iż to nie wszystko na co stać te błyskotki.
Źródło: Galapagos Films

Sześć pięknie mieniących się kamyczków, takie niepozorne, a cały wszechświat o nie walczy. Wszystkie wyrwane siłą z rąk ich opiekunów bo jak wiemy Thanos się nie patyczkuje. Ta istota to niezwykle zacięta persona, która ma cel, w jej mniemaniu niezwykle światły, i nie cofnie się przed niczym, aby wypełnić swoje przeznaczenie. Przed niczym. Poświeci wszystko, co dla niego ważne, wszystko co dla niego ukochane. Z jednej strony bardzo przerażający w swojej skuteczności, a z drugiej... tkwi w nim coś takiego, co porusza serce. Niezwykle wzruszająca jest geneza jego nietypowej relacji z Gamorą, który to wątek świetnie uwidoczniono dzięki wyprawie na Vormir. Jedna z najpiękniejszych i najbardziej wzruszających scen w całym filmie. 

     „Avengers: Wojna bez granic” to nie tylko opowieść o kamykach, które mogą zniszczyć połowę wszechświata. To nie tylko historia walki dobrych mróweczek z wielkim złem, bo nie wszystko jest tutaj czarno-białe. Nowy film od braci Russo przede wszystkim traktuje o odwadze i oddaniu. Te dwa elementy zawsze pojawiają się w filmach superbohaterskich, bo nie każdy ma na tyle siły, aby stoczyć walkę z kosmitami, żarłocznymi potworami, czy zabójczymi maszynami. Tutaj wszystko wydaje się kumulować, dochodzi do niesamowitego katharsis, które przynosi oczyszczenie, ale i nie tylko. Przeżywamy jeden zwrot akcji za drugim, jedno zaskoczenie przechodzi w drugie, a każda kolejna minuta filmu przynosi kolejną niepowetowaną stratę, która rozdziera nasze serca.
Źródło: Galapagos Films

Dla zwykłego człowieka będzie to zwykły film, ale dla prawdziwego fana Marvela będzie to niewiarygodne przeżycie. Przez te wszystkie lata zdążyliśmy się zżyć z postaciami, które podawało nam Studio. Nawet te będące z nami dopiero od roku, czy dwóch również stały się nam bliskie, bo zwyczajnie je polubiliśmy. Razem z nimi śmialiśmy się, walczyliśmy, czuliśmy smutek i upokorzenie, a nawet i miłość. Fascynowaliśmy się kolejnymi konfliktami pomiędzy nimi, serce radowało nam się na narodziny niezwykłych miłości, a także nietypowych relacji. Dochodziło do spotkań niezwykle egocentrycznych, ale i genialnych umysłów, miłośników muzyki lat 80tych i tych, którzy nie rozumieją co to w ogóle jest. To wszystko generowało wiele przezabawnych sytuacji, które stanowiły dobrą odskocznię i dawały rozluźnienie przed nadejściem nieuchronnego. Genialnym pomysłem było połączenie dwóch światów- wojowników prosto z ziemi oraz wojowników kosmosu. Świetne zderzenie, które idealnie się uzupełniło sprawiając, że „Wojna bez granic” to film lekki, ale i przygnębiający zarazem. Jeden z najlepszych w całej serii.
Źródło: Galapagos Films

     Najnowszy film braci Russo to nie tylko emocjonalny rollercoaster uzbrojona licznymi nawiązaniami do poprzednich filmów. Obraz ten to przede wszystkim fascynujące dzieło artystyczne, które kładzie swoich poprzedników na łopatki. Oczywiście, można było jeszcze bardziej dopracować Thanosa, żeby wyglądać bardziej realistycznie, można było lepiej wypracować walkę w Wakandzie, czy nawet bardziej wygładzić walkę z Ebony Maw, jednakże reszta filmu mocno to rekompensuje. Wszystkie zdjęcia na Vormirze... dzieła sztuki. Nic tylko drukować i robić z tego fototapetę na ścianie. Pomysłowo potraktowano również Nidavellir, planeta wyglądała pięknie i majestatycznie, no i jej cel istnienia również jak najbardziej słuszny i pożyteczny. Nowy tytuł „Avengers” prezentuje się zdecydowanie najlepiej ze wszystkich dotychczasowych. Zabawa zdjęciami i formami toczy się na różnych płaszczyznach, w różnych przestrzeniach, więc nie ma szansy na wizualną nudę. W szczególności, gdy dochodzimy do kulminacyjnego punktu filmu. Oczywiście, można było inaczej to rozegrać, wymyślić całkiem inny sposób na prezentację tego wydarzenia. Wciąż nie rozumiem dlaczego Russo wybrali akurat tę formę, choć podobnoż dla nich nich jest ona dosadna, aczkolwiek niebrutalna.

W tym wszystkim mamy oczywiście miejsce również na charakteryzację, bo przecież zamiana Josha Brolina w Thanosa to coś naprawdę spektakularnego, ale i jego dzieci wyglądały zjawiskowo. Ja osobiście najbardziej upodobałam sobie duet Proxima Midnight- Corvus Glaive, przypasowała mi ta stylizacja. Wszystko wygląda pięknie, bardzo efektowne, ale w sumie epickość to coś, czego nigdy nie brakowało filmom kuźni Marvela. Cudownie się na to patrzy, bo to bajka dla oczu.
Źródło: Galapagos Films

     Najnowszy film MCU, najnowszy tytuł z serii „Avengers”, to epickie i niezwykle szokujące wydarzenie. Emocje po seansie nie opadają i choć wydarzenia całego filmu zapowiadały konkretny kierunek w jakim pójdzie akcja, tak dowierzaniu nie ma końca nawet i na kilka tygodni po obejrzeniu filmu. Pozostawia on po sobie pewną pustkę, pewną chęć obejrzenia na nowo wszystkich tytułów z ostatniej dekady tego uniwersum, a nawet pragnienie ponownego sterroryzowania swojej duszy „Wojną bez granic”. To z pewnością bardzo wyjątkowy film, który łączy w sobie wszystko to, co powinien zawierać ten gatunek- miejsce na radość, miłość, a nawet i nienawiść. Tę produkcję bardzo łatwo można pokochać za jej nieszablonowość, za jej charakter, za jej pasję, ale równie szybko, tak jak to bywa z każdą miłością, może nam złamać serca. Z pewnością powrócę do tego filmu i z pewnością ponownie uzbroję się w paczkę chusteczek!

Ocena: 9/10
Recenzja filmu DVD „Avengers: Wojna bez granic” - dystrybucja Galapagos Films

Oryginalny tytuł: Avengers. Infinity War / Reżyseria: Anthony Russo, Joe Russo / Scenariusz: Christopher Markus, Stephen McFeely / Zdjęcia: Trent Opaloch / Muzyka: Alan Silvestri / Obsada: Robert Downey Jr., Chris Hemsworth, Mark Ruffalo, Chris Evans, Scarlett Johansson, Benedict Cumberbatch, Chris Pratt, Tom Holland, Chadwick Boseman, Zoe Seldana, Tom Hiddleston, Paul Bettany, Josh Brolin / Kraj: USA / Gatunek: Akcja, Sci-fi 

Premiera kinowa: 23 kwietnia 2018 (Świat) 26 kwietnia 2018 (Polska) 
Premiera DVD: 05 września 2018

czwartek, 5 lipca 2018

1251. Czarna Pantera, reż. Ryan Coogler

     Ponowne seanse niektórych filmów potrafią całkowicie odmienić nasze wrażenia. Cudownie jeżeli kolejne spotkanie z bohaterami pomoże nam odkryć nowe płaszczyzny wspaniałości i wielkie zalety. Gorzej kiedy następna randka z tytułem zmusza nas do myślenia „co my takiego w nim widzieliśmy?”. Najnowszy film Marvela, który mamy okazję odnaleźć na sklepowych półkach, plasuje się gdzieś pomiędzy tymi dwoma skrajnymi, bo choć „Czarna Pantera” ma całą masę zalet i jest naprawdę wyjątkową postacią, to jednak... coś tutaj nie gra. 
Źródło: Galapagos Films

    Mieszkańcy Wakandy, tajemnej afrykańskiej krainy, od pokoleń strzegli swojego dziedzictwa. Robili wszystko, aby sekrety ich domu pozostały nieznane reszcie świata. Kiedy w straszliwych okolicznościach ginie król- T'Chaka (John Kani), to jego syn T'Challa (Chadwick Boseman) ma zasiąść na tronie i stać się nową Czarną Panterą. Jednakże, gdy na horyzoncie pokazuje się inny prawowity dziedzic, porzucony przed laty na łaskę i niełaskę ludzi, losy Wakandy mogą się diametralnie zmienić. T'Challa musi staną do rytualnej walki z nowo przybyłym kuzynem Erikiem (Michael B. Jordan), a gdy wynik jest odmienny od oczekiwanego będzie musiał połączyć ze sobą różne plemiona, spajając tradycję i nowoczesną technologię napędzaną wibranium, aby zawalczyć o wolność swojego domu.

      Najbardziej boli chyba jak film Waszego ulubionego uniwersum nie do końca Wam przypasuje. A najgorzej, jak ciężko rozwikłać w czym tkwi problem danej produkcji. Zasadniczo „Czarna Pantera” był filmem, na który czekałam od czasu „KA: Wojna bohaterów”. Od kiedy poznałam tę postać zostałam nią zauroczona. No i masz! Indywidualny film, tak niedługo po premierze. I co? Jedno wielkie „meeeeh”. To smutne, gdy wrażenia po seansie takiego filmu porównuje się do tych z przygody z Kapitanem Ameryką, do którego uprzedziłam się na całe życie. Chyba. Ciężko powiedzieć, że Pantera jest filmem marnym, ale... coś tutaj nie zagrało. Fabuła, która nie do końca porywa, to bazująca na prastarych problemach rodzinnych i schematach opowieść. Powrót „marnotrawnego syna” tutaj przybiera bardziej formę powrót zaginionego członka rodziny, który oczywiście musi upominać się o swoje. Dla zasady. Dodaje to sporo pazura z bardzo wielu powodów. Robi się o wiele dramatyczniej i o wiele bardziej dynamicznie.
Źródło: Galapagos Films

     Bardzo zachwycają te afrykańskie tradycje. Rytualne walki, a później tajemne obrządki nadawania mocy Czarnej Pantery. Bardzo dużo tutaj kolorów, różnych elementów charakterystycznych dla konkretnych plemion. Jednakże... jest to już za bardzo zagrane na pograniczu fantazji. Atrakcje niczym z „Króla lwa”, do którego bez oporów porównywano film po premierze, to zdecydowanie była za duża przesada. Nie mniej, jeżeli to przebolejemy, to przecież pozostaje najważniejszy problem- wsadzenie do tego fantazyjnego świata, opartego na magii, tradycji i niezwykłej etniczności mieszkańców Wakandy, nowoczesnych technologii napędzanych wibranium. Z łatwością można to zrozumieć, bo przecież twórcy dosadnie wyjaśniają co, skąd i dlaczego, ale nie każdemu łatwo będzie przetrawić to oczywiste zderzenie nowego ze starym. Dobrze, że podejmują tę próbę, ale jak w moim mniemaniu za bardzo razi to w oczy, niestety.

     Nie oznacza to jednak, że źle się na to patrzy. Fajnie to wszystko wygląda, chociaż momentami odrobinę przypomina sceny walki z gry niż dopracowaną nierzeczywistość. Robią wrażenie wszystkie te gadżety napędzane wibranium, stworzone przez księżniczkę Shuri, a będące na wyposażeniu Czarnej Pantery. To taki afrykański Agent 007! Ewentualnie... marvelowski Batman. Dzięki tym gadżetom nasz czarny bohater nabiera dynamizmu i barwy. Dostarcza zdecydowanie więcej atrakcji, m.in. przez swój nadzwyczajny kostium. Oczy cieszą się również na widok wszelkich walk, choć trzeba przyznać, że z tą finałową to zdecydowanie przedobrzyli. Po co?! Do tego wszystkiego nie mają one żadnego ciekawego podkładu. Kompozytor za bardzo się tutaj nie wykazał, ale na uznanie zasługują kawałki nawiązujące do klimatu harlemowskich dzielnic Nowego Jorku. Od razu nabiera to bardziej gangsterskiego wydźwięku. 
Źródło: Galapagos Films

     W „Czarnej Panterze” większość obsady to afroamerykanie. Przyjmuje to formę ukłonu w stronę ich korzeni. Dlatego do filmu zaangażowano najlepszych za najlepszych, a przynajmniej tych bardziej znanych. Chadwick Boseman jest księciem z niesamowicie pięknym akcentem. Do pokochania. Idealnie nadaje się na postać Czarnej Pantery. Jego przeciwnikiem staje się Michael B. Jordan, który ponownie wkracza na ring, tym razem jako spadkobierca dosłownego tronu. On chyba pokazuje największy charakterek i jest naprawdę wyrazistym czarnym charakterem. Jednakże jego oddanie sprawie zdecydowanie budzi spory respekt. Wśród kobiet pojawiają się same czarnoskóre piękności. Króluje im Angela Bassett, która swobodnie się czuje w takiej dostojnej stylizacji. Lupita Nyong'o również ma swoje pięć minut, zupełnie jak Letitia Wright, którą kojarzyć mogą fani Netflixa z serialu „Black Mirror”. Jednakże spośród nich najjaśniej świeciła Danai Gurira. Może to kwestia roli, a może po prostu jej charyzmy. Niesamowicie waleczna, niczym w „The Walking Dead”, bardzo oddana sprawie- kobieta z zasadami, pani generał. Zachwyca kocimi ruchami, stanowczością i błyskotliwością. Idealna obrończyni narodów!
Źródło: Galapagos Films

     Największą zaletą, a jednocześnie problemem „Czarnej Pantery” jest jej indywidualność. Prezentuje sobą coś zupełnie innego niż dotychczas otrzymywaliśmy ze strony Marvela. Nie dość, że dostajemy ludzi odmiennych rasowo, z niesamowitymi obrzędami i historią, które gwarantują niesłychane wrażenia wizualne, to dodatkowo próbuje się to scalić z najwyższą możliwą technologią. Ponadto bohaterskość tego tytułu dociera do zupełnie innego grona odbiorców, zwracają uwagę na zupełnie inne wartości niż dla przeciętnego człowieka. To, poza nieco bardziej stonowaną warstwą wizualną i muzyczną, zdecydowanie odmienia go od poprzednich marvelowskich produkcji.

Ocena: 6/10
Recenzja filmu DVD „Czarna Pantera” - dystrybucja Galapagos Films

Oryginalny tytuł: Black Panther / Reżyseria: Ryan Coogler / Scenariusz: Joe Robert Cole, Ryan Coogler / Zdjęcia: Rachel Morrison / Muzyka: Ludwig Göransson / Obsada: Chadwick Boseman, Michael B. Jordan, Lupita Nyong'o, Danai Gurira, Martin Freeman, Angela Bassett, Forest Whitaker, Andy Serkis, Daniel Kaluuya, Letitia Wright, Winston Duke / Kraj: USA / Gatunek: Akcja, Sci-fi

Premiera kinowa: 29 stycznia 2018 (Świat) 14 lutego 2018 (Polska)
Premiera DVD: 20 czerwca 2018

czwartek, 29 marca 2018

1246. Thor: Ragnarok, reż Taika Waititi

     Zbliża się wojna ostateczna, wojna ponad podziałami, wojna gdzie będą ginąć ulubieńcy, a znienawidzeni będą na szczycie. Zanim to jednak nastąpi możemy nacieszyć oczy przepięknym Ragnarokiem, w którym to Thor odegra kluczową rolę. Za najnowszy film o asgardzkich poczynaniach boga piorunów wziął się sam Taika Waititi, który udowodnił już nie raz, że dysponuje ponadprzeciętnym poczuciem humoru. Nie powinno nas więc dziwić, i nie dziwi oczywiście, że stworzył taki zaskakujący film, w którym magia, apokalipsa i humor łączą się z dźwiękami elektronicznymi muzyki z lat 80tych. Uwaga, oto nadciąga wyjątek od superbohaterskiej reguły, a na imię mu „Thor: Ragnarok”!
Źródło: Galapagos Films

     Thor (Chris Hemsworth) wraca do Asgardu po kolejnej niebezpiecznej misji. To co zastaje na miejscu przechodzi jego najśmielsze pojęcia- jego ojciec (Anthony Hopkins) wprowadza całkowicie beztroski tryb życia, ciesząc swoich podwładnych teatralnym hołdem dla jego syna- Lokiego (Tom Hidlestone). Bóg piorunów od razu demaskuje Lokiego, zmuszając go do zabrania go w miejsce przebywania ich ojca- na Ziemię. Docierają jednak za późno, a wraz z odejściem staruszka nadchodzi coś złowieszczego- ich wygnania siostra imieniem Hela (Cate Blanchett), która królowała obok ich ojca zanim jeszcze się urodzili. Teraz domaga się zadośćuczynienia- tronu i podległości wszystkich światów.

     Nic tak nie cieszy serca geeka, jak udany film z jego ulubionej kuźni. Stwierdzając, że „Thor: Ragnarok” to film rewelacyjny, nie będziemy musieli doszukiwać się przesady. To rzeczywiście jeden z najlepszych filmów od Marvela ostatnich lat, dorównywać mogą mu jedynie „Strażnicy Galaktyki”- niestety. To zdecydowanie inny rodzaj filmu niż dotychczas nam prezentowano. To zupełnie inny gatunek Thora! Nie jest tak lukrowo jak dotychczas, nie jest tak jaskrawo, jak dotychczas. Taika Waititi pokazuje całkowicie odmienione oblicze boga piorunów, a jak wiemy ma ich bardzo wiele- to jednak najlepiej podeszło pod preferencje fanów, gdyż film zbiera znakomite opinie w sieci. Może to za sprawą świetnej akcji, może za sprawą rewelacyjnych postaci, a może to po prostu przez uderzenie w nostalgiczne punkty widzów, którzy z sentymentem spoglądają wstecz do lat 80tych.
Źródło: Galapagos Films

      Fabuła nie należy do specjalnie banalnych, choć w zasadzie ciężko o bardziej okrojony wątek niż wywlekanie na wierzch sekretów rodzinnych i ponowne przywoływanie wygnanych postaci. W końcu w czym bogowie nordyccy są lepsi od zwykłych śmiertelników? Też mogą mieć podobne problemy. Poza tym jest to całkiem spory misz-masz lokalizacyjny i tematyczny. Trochę tutaj o gladiatorach i walkach na arenie, trochę o przetrwaniu w straszliwej nędzy. Za chwilę pojawia się motyw ambicji, a także walki z demonami przeszłości. Wszystko po to, aby powrócić do Asgardu i... nie da się tego zdania skończyć bez spoilerów. Panuje tutaj lekki chaos, ale na szczęście ma jakieś sensowne podwaliny, które spajają wszystko w całość. Tym fundamentem jest ratowanie świata przed Helą, a ta- jak pokazuje, nie cofnie się przed niczym, aby osiągnąć swój cel. Tym samym dzięki niej przeżywać będziemy mikrozawały, chwile rozpaczy (no bo przecież... jak to?!), ale też niezapomnianych efektów. Hela porządnie miesza w historii, a trzeba przyznać, że Cate Blanchett w tej roli spełnia się idealnie. Jest bezwzględna, ale niesamowicie piękna.

Jednakże nowy „Thor” to tak naprawdę ciągła rozrywka, nie ma co się tutaj doszukiwać większej głębi. Nafaszerowany licznymi gagami i humorem sytuacyjnym sprawia, że widz bardzo dobrze się bawi. Niestety, momentami niektóre żarty wydają się nie na miejscu, inne wypadają dość nienaturalnie i choć z uśmiechem przyjmujemy komentarz Korga odnośnie relacji Thor-Mjolnir, tak ten odnośnie Surtura w Asgardzie niekoniecznie. Wszyscy jednak zgodnie śmieją się podczas wizyty Thora u Surtura, przedstawienia w Asgardzie, sztuczki Thora i Lokiego z kategorii „Ratunku!”, no i oczywiście z genialnych, choć odrobinę odchylniętych postaci Korga i Grandmastera. Starzy wyjadacze również nie szczędzą nam chwili radości.
Źródło: Galapagos Films

Genialnym jest pojawienie się tutaj zupełnie innego superherosa, Avengera i nie mówię tutaj jedynie o Hulku- choć jego rola jest o wiele bardziej znacząca niż można by oczekiwać (scena z nalotem na psa... śmiać się można przez pięć minut, a potem jeszcze kolejne na każde wspomnienie o tym upadku!). Cudownie patrzy się na pogłębiającą się relację „najmocniejszego z Avengerów” z blondaskiem, choć nie tak bardzo głęboką i wyjątkową więź jaką miał Thor z Mjolnirem (jak to zauważyła postać Korga). Całkiem odświeżającym było zobaczenie w filmie Doktora Strange, któremu raczej nie po drodze do świata Asgardczyków, a tu proszę- dostarczył całej gamy rozrywki dla widza, a także ponadprzeciętnych wrażeń Lokiemu.

     Nie da się nie oceniać filmu Marvela bez komentarza odnośnie warstwy wizualnej, a nie ma co- efekciarstwo tutaj mamy pierwszorzędne. Wszystko bardzo realistyczne, dopracowane w najmniejszych szczegółach, a te dotyczące samego Ragnaroku wzbudzają ogromny zachwyt. Nic jednak nie przebija tych wyjątkowych ujęć, gdzie zobaczyć można starcia Heli z Walkiriami. To się nazywa idealne wykorzystanie slow-motion, a do tego ta animacja... pięknie i opływowo. Sakaar to zupełnie inna para kaloszy. Wszędzie walają się śmieci- przynajmniej w tej superbiednej części planety, natomiast ta należąca do elity- wygląda całkiem kolorowo i sympatycznie- wiadomo, kontrast musi być dla wyłapania szerszego kontekstu. Wszystko ma taki retro styl. Do tego idealnie pasuje muzyczka elektroniczna prosto z lat 80tych. Aż noga sama chodzi na dźwięki kompozycji Marka Mothersbaugha. Świetnie się to komponuje- znowu na zasadzie kontrastów, bo gdzie do takiego kosmicznego filmu, tak bardzo przyziemna muzyka. A jednak się sprawdza! Łatwo można to powiązać ze „Strażnikami Galaktyki” i to pewnie dlatego są to jedne z najbardziej wyjątkowych i niebanalnych filmów kuźni Marvela. 
Źródło: Galapagos Films

     Z każdym kolejnym filmem Marvela uważamy, że jest lepszy od poprzedniego. Jednakże w serii o Thorze jest to teza potwierdzona, bo każdy kolejny, osobny jego film jest lepszy od poprzedniego. Taika Waititi wprowadził sporo zmian wraz z „Thor: Ragnarok”. Nie dość, że całkowicie odmienił wizerunek filmu, to w dodatku przeprowadził metamorfozę tytułowej postaci. Swoje macki maczał w tym sam Stan Lee, który musi pojawić się oczywiście w każdej marvelowej produkcji. Z pewnością jest to bardzo efektowny obraz. Bardzo dużo się tu dzieje i dzieje się naprawdę pięknie. Aż łezka kręci się w oku na wspomnienie tych zjawiskowych zdjęć i stylizacji. Waititi przemyca do scenariusza odrobinę swojego poczucia humoru- lekkiego, odświeżającego, na tyle, że każdy będzie się dobrze bawił. Produkcja nie zagwarantuje nam wycieczek emocjonalnych i sesji terapeutycznych, ale wprowadzenie rozmaitych i bardzo ciekawych postaci, i wrzucenie ich w wir niezwykłych wydarzeń wzbudza sporo fascynacji. Nie ma czasu na nudę, jest za to czas na zabawę!

Ocena: 9/10
Recenzja filmu DVD „Thor: Ragnarok” - dystrybucja Galapagos Films

Oryginalny tytuł: Thor: Ragnarok / Reżyseria: Taika Waititi / Scenariusz: Craig Kyle, Christopher Yost, Eric Pearson / Zdjęcia: Javier Aguirreasarobe / Muzyka: Mark Mothersbaugh / Obsada: Chris Hemsworth, Tom Hiddleston, Cate Blanchett, Anthony Hopkins, Idris Elba, Jeff Goldblum, Tessa Thompson, Karl Urban, Mark Ruffalo, Benedict Cumberbatch / Kraj: USA / Gatunek: Fantasy, Przygodowy

Premiera: 10 października 2017 (Świat) 25 października 2017 (Polska)
Premiera DVD: 14 marca 2017 

sobota, 30 września 2017

1239. Strażnicy Galaktyki vol. 2, reż. James Gunn

     Kinowe Uniwersum Marvela rozszalało się na dobre, kiedy do ekipy dołączyli „Strażnicy Galaktyki”. 3 lata temu wzbudzali zachwyt wśród widowni i krytyków, którzy pokochali nie tylko historię, ale przede wszystkim nietuzinkowych bohaterów. Teraz James Gunn powraca z najnowszą odsłoną ich przygód, bowiem ta nietypowa rodzina wyrzutków społecznych ponownie ratuje wszechświat przed złem i nikczemnością. „Strażnicy Galaktyki vol. 2” to film z kategorii „bardziej”- bardziej emocjonujący, bardziej dynamiczny i jeszcze bardziej zakręcony.
Źródło: Galapagos Films

     Ekipa Star-Lorda (Chris Pratt) zyskała sławę po tym jak ostatnim razem udało im się ocalić galaktykę przed Ronanem oraz kamieniem nieskończoności. Teraz dostają kolejne zlecenia, ale ich nieokrzesane zachowanie ściąga na nich gniew zleceniodawców, którzy ścigają ich przez połowę kosmosu. Przed zbliżającą się zgubą ratuje ich tajemniczy mężczyzna. Oni sami jednak uszkadzają statek i zmuszeni są lądować na nieznanej sobie planecie. Podczas gdy Rocket (Bradley Cooper) wraz z Grootem (Vin Diesel) próbują podreperować statek, Peter wraz zresztą drużyny wyrusza na planetę Ego (Kurt Russell), gdzie poznaje swoje korzenie oraz przeznaczenie. Tymczasem poprzez galaktykę pędzą za nimi najemnicy z Yondu (Michael Rooker) na czele, którzy nie cofną się przed niczym, aby sowicie zarobić na zleceniu.
     James Gunn nie osiada na laurach. Świadomy tego, że postawił sobie wysoko poprzeczkę chciał przeskoczyć pierwszy film albo chociaż uczynić go równie zaskakującym i zachwycającym co pierwszy. Ewidentnie widać, że plany skończyły się sukcesem i pod wieloma względami „Strażnicy Galaktyki vol. 2” przebijają pierwszy film. Co najbardziej zaskakujące, udaje się tutaj uniknąć problemów wielu innych sequeli, ponieważ ten jeszcze bardziej rozbudowuje swoich bohaterów, prezentuje ich przemianę w najlepszy z możliwych sposobów, a do tego dokłada równie porywającą historię przewodnią wokół, której kumulują się działania postaci filmu. Nie jest to ten sam kotlet odgrzany ponownie, to pełnoprawna kontynuacja mogąca szczycić się najlepszą wśród tegorocznych sequeli.
Źródło: Galapagos Films

Wszystko co niedopowiedziane w części pierwszej w końcu znajduje rozwiązanie. W najnowszym filmie Gunna bohaterowie będą jednoczyć się w rozwikłaniu tajemnicy pochodzenia Petera Quilla. I już na tym etapie fabuła ciekawie się rozwarstwia. Nie tylko poznajemy ojca, ale również odnajdujemy nowego Star-Lorda i wyjaśnienie jego przetrwania po akcji z kamieniem nieskończoności. Nie tylko dostajemy potężnego złoczyńce, ale zostaje on zestawiony również ze skokami w przeszłość. Zaledwie jeden wątek z wielu w tym filmie, a dostarcza najrozmaitszych emocji, tak bardzo ze sobą sprzecznych. Przy okazji tej historii wychodzi zupełnie inna relacja, która przyprawia o zawrót głowy, ale przede wszystkim o potok łez.
Zawieszona w kosmosie opowieść Gamory i Nebuli również znajduje swój ciąg w tym tytule. W końcu mamy okazję poznać bliżej niebieską część córeczek Thanosa, a także zrozumieć motywy jej działania. Nierzadko była też obiektem drwin ze strony towarzyszy podróży, co akurat nie jest dziwne, a i jej towarzysze raczej czarne poczucie humoru mają. Czasami odnosi się wrażenie, że jej postać jest jedynie zapychaczem, aby inni mieli okazję się wykazać, ale na szczęście szybko to mija, gdy przychodzi do faktycznej rozgrywki.
Źródło: Galapagos Films

Największą przemianę przeszła chyba postać Draxa. Oczywiście, twórcy nie zapominają dlaczego w ogóle znalazł się w tej bandzie nieszczęśników, ale dają mu coś innego- poczucie humoru. Tym sposobem przy większości wiekopomnych chwil, czy chociażby każdej innej sytuacji wymagającej powagi, wkracza Drax ze swoim pokrętnym wtrąceniem rozwalającym cały system i rozśmieszającym wszystkich, na sali oczywiście. Niby śmiertelnie poważny, ale tak bardzo nieporęczny z wyczuciem chwili. O dziwo to bawi, ale co jeszcze dziwniejsze momentami też drażni, gdy sięga do przesady. Nie mniej, jego dyskusja na temat brzydoty Mantis to największy hit tej odsłony „Strażników...”. Takich scen jest za dużo, aby wszystkie wymieniać, ale koniec końców tym razem to Drax jest tym, który skupia najwięcej uwagi, bo najbardziej bawi swoimi komentarzami. Inną istotą, mogącą bardziej zachwycać niż on jest sam Groot. On zachwyca bezustannie, ale teraz jest małym drzewkowym dzieciątkiem. Jego zachowania porównywać można z półtorarocznym dzieckiem, który teoretycznie rozumie, ale jakby nie do końca. Wzbudza największe instynkty macierzyńskie, kiedy dzieje mu się krzywda. Aż ma się ochotę wejść na plan i poklepać go pocieszająco po ramieniu, ewentualnie ululać do snu.
Film porusza jeszcze całą masę innych tematów, czy to bunt załogi Yondu, jego odrzucenie z kręgu najemników- jego prawdziwej rodziny, jego niesamowitą relację z Rocketem, czy też dziwaczne zachowania Sprzymierzonych (BTW co to w ogóle za jedni?!). I co zaskakujące, pomimo tego, że jest tutaj cała masa historii pobocznych, wszystkie idealnie się ze sobą przeplatają, wzajemnie uzupełniają i dzięki temu nie ma się wrażenia przeładowania- wręcz przeciwnie, jest jeszcze bardziej intrygująco i dynamicznie.
Źródło: Galapagos Films

    Dorównując swojemu poprzednikowi „Strażnicy Galaktyki vol. 2” są równie dynamiczni, równie kolorowi i równie zachwycający muzycznie. Efekciarstwo w tym filmie jest pierwszorzędne, aczkolwiek przeładowanie grafiką znajduje również ujście w jakiejś pokrace. Niestety, nie udało się tego uniknąć i niestety finałowa akcja na Ego jest tego przykładem. Mocno rozdrażniający pokaz mocy, który jest ukłonem dla lat osiemdziesiątych, z tym muszę się zgodzić, ale finalnie jak dla mnie jest jedynie zapychającą i przesadną popisówką. Pięknie natomiast wygląda tutaj kosmos. Każda jedna planeta, a planeta Ego to już w ogóle pokaz najcudowniejszych piękności wszechświata. Zachwycają barwy, zachwyca animacja, która wygląda naprawdę realistycznie, jakbyśmy siedzieli na jednej z tych asteroidek i obserwowali z niej bezmiar cudownego kosmosu. A dużo się w nim dzieje. Szalone pościgi, jeszcze bardziej szalone wybuchy i od groma innych kosmicznych atrakcji, które przyciągną uwagę każdego.
Bezzaprzeczalną zaletą „Strażników Galaktyki” jest ich oprawa muzyczna. Z jednej strony genialny podkład muzyczny Tylera Batesa, a z drugiej... rewelacyjny zlepek najlepszych kawałków muzycznych. Do tego świetnie dopasowane do scen akcji, jak chociażby wspaniała akcja na statku Yondu w rytmie „Come a Little Bit Closer” w wykonaniu Jay and the Americans, też „Mr. Blue Sky” z niezwykłym układem tanecznym Groota i szalejącą w tle walką z gigantycznym potworaskiem, czy też „The Chain” nadający grozy chwilowemu rozstaniu przyjaciół. Utwory mniej lub bardziej znane współczesnemu odbiorcy, które latami biegały po falach radiowych lub też nie. Świetnie tutaj spełniają swoją rolę i udowadniają, że kompozycje niekoniecznie tematycznie powiązane z fabuła filmu, czy jej linią czasową, mogą idealnie się sprawdzić i nadawać dodatkowego charakteru.
Źródło: Galapagos Films

     „Strażnicy Galaktyki vol. 2” to autentycznie film niezwykły. Czysta rozrywka podrasowana intrygującą fabułą. James Gunn poszedł o krok dalej, chcąc dać widzowi nowe powody do miłości do tego filmu, a być może nawet przekonać do niego jego zagorzałych przeciwników. Niegdysiejsi wrogowie stają się sojusznikami, a wszystko przez coraz większy rozwój postaci oraz ich relacji. To nie są ci sami Strażnicy co w pierwszymi filmie. Są mądrzejsi o nowe doświadczenia, a co za tym idzie jeszcze bardziej zabawni, jeszcze bardziej angażujący się oraz bardziej intrygujący. To wszystko, jak zawsze, w najwspanialszej oprawie studia Marvela, czyli masa wybuchów, feeria światła i barw, a także rewelacyjny dobór ścieżki dźwiękowej. I to wszystko zawstydzić powinno inny największy, kosmiczny hit- „Star Wars”.
Ocena: 8/10
Recenzja filmu DVD „Strażnicy Galaktyki vol. 2” - dystrybucja Galapagos Films
Film dostępny również na Blu-Ray oraz Blu_Ray 3D.

galapagos.com.plOryginalny tytuł: Guardians of the Galaxy vol. 2 / Reżyseria: James Gunn / Scenariusz: James Gunn / Zdjęcia: Henry Braham / Muzyka: Tyler Bates / Obsada: Chris Pratt, Zoe Saldana, Dave Bautista, Bradley Cooper, Vin Diesel, Kurt Russell, Michael Rooker, Karen Gillan, Pom Klementieff, Sylvester Stallone, Elizabeth Debicki, Chris Sullivan, Sean Gunn / Kraj: USA / Gatunek: Akcja, Sci-Fi
Premiera: 19 kwietnia 2017 (Świat) 05 maja 2017 (Polska)
Premiera DVD: 20 września 2017

środa, 5 kwietnia 2017

1223. Doktor Strange, reż. Scott Derrickson

     Epoka filmowego uniwersum Marvela trwa w najlepsze. Wielkimi krokami zbliżamy się do „Infinity War” więc studio musi się spieszyć z wprowadzaniem nowych bohaterów, którzy mają się pojawić w starciu Avengers z Thanosem. „Doktor Strange” jest jedną z bardziej enigmatycznych postaci, równie zapatrzoną w siebie jak Iron Man, a film o nim jest jeszcze bardziej strange niż on sam. Scott Derrickson też jest w sumie strange. Tak samo, jak i dwa jego wcześniejsze horrory.
Źródło: Galapagos Films
     Doktor Stephen Strange (Benedict Cumberbatch) jest jednym z najgenialniejszych neurochirurgów jakiego widział świat, widząc ratunek tam, gdzie inni spisali pacjenta na straty. Niestety, ulega poważnemu wypadkowi, który uszkadza nerwy w jego rękach- wyrok jest okrutny, neurochirurgia musi odejść w zapomnienie. Szukając pomocy trafia do Nepalu, gdzie trenując pod czujnym okiem Starożytnej (Tilda Swinton) próbuje sięgnąć dalej niż ludzki umysł i wziąć w posiadanie kosmiczną materie, która wspomoże jego leczenie. Nieoczekiwanie znajdzie się pośrodku wojny z byłym mistrzem Kaeciliusem (Mads Mikkelsen), który chce sprowadzić do naszego świata złego i bezdusznego pożeracza światów.
      Po raz pierwszy od czasu „Kapitan Ameryka: Zimowy Żołnierz” pojawił się u mnie problem z przetrawieniem filmu Marvela. Zapytacie, ale jak to?! Ty... Geek Marvela ma mieszane uczucia co do seansu z udziałem tak genialnej postaci jak Doktor Strange?! Zaskakujące, ale prawdziwe. W szczególności, że sama produkcja ma bardzo wiele płaszczyzn, z czego jedna przemawia do mnie bardziej, druga już zdecydowanie mniej. „Doktor Strange” bowiem okazał się być swoistym- ciekawym, acz bardzo... dziwnym, połączeniem „House'a”, „Incepcji” i „Siedem lat w Tybecie”. I jak etap neurochirurgicznych poczynań tego Strange'a uważam za całkiem fascynujące, a w dodatku uznaję go za naprawdę wkurzającą, acz intrygującą postać, tak etapu joginistycznego nie potrafię ogarnąć. Całkowicie naciągany wydaje mi się wątek projekcji astralnych, czakr i innych dziwnych reinkarnacji- tak jak tytułowy bohater, jestem totalnie ograniczona rozumowo w tym zakresie. Nie przyjmuję do wiadomości takich możliwości, a tym bardziej w wykonaniu Marvela, który ostro pojechał po bandzie. Atrakcje rodem z „Incepcji” choć spektakularne, wydają się być bezsensowne. Dzięki nim mamy tutaj troszkę akcji, kiedy w końcu skończą się te filozoficzne treningi i rozważania. Twórcy nie stronią również od humoru. Rozbrajające są akcje z lewitującą pelerynką, a i nawet najbardziej makabryczna sekwencja rozluźniona została lekkim dowcipem.
Źródło: Galapagos Films
     Strange, jedno słowo, które idealnie opisuje wrażenia po tym filmie- także wizualne, o dziwo. Tutaj w najbardziej absurdalnych momentach przypomina odrobinę „Ant-Mana”- w jego najbardziej absurdalnych wizualnie scenach. Po prostu... było to za ciężkie, zbyt przytłaczające, co nie oznacza, że nie piękne. Łamanie Nowego Jorku, aż za bardzo przypomina ujęcia z „Incepcji”. Spektakularne, zachwycające i konieczne do obejrzenia w 3D. Może wtedy jakaś ściana biurowca nas przygniecie dla podsycenia atmosfery. Wygląda to jednak bardzo poprawnie, bardzo gładko i o dziwo... realistycznie. Jak na typową marvelową bajeczkę przystało nie zabrakło i malowniczym detali. Te niekoniecznie trafiają w gusta. Główny boss, z którym przychodzi zmierzyć się naszym protagonistom wygląda jeszcze gorzej niż Thanos, a te wszędobylskie obłoczki z materii są komicznie kolorowe. Dziwnie wygląda również wątek astralny. Serio. Dziwnie. Po prostu. Niby ładnie, ale zbyt przesadnie. Efekty są więc na przyzwoitym poziomie, w szczególności, gdy skupiają się na tworzeniu rozetek z kamienic.
     To co naprawdę jest tutaj wyjątkowe, to muzyka Michaela Giacchino. To co ten człowiek robi z dźwiękami jest obezwładniające. Idealnie podkreślające atmosferę, dramatyzm i waleczność kolejnych scen. Podsyca mistyczną atmosferę, nadaje duchowości, a także orientalności. Każdy jeden dźwięk stopniuje napięcie i wyzwala skrywane emocje. Jest czym się zachwycić. Zdecydowanie!
Źródło: Galapagos Films
     Doktor Strange nie jest jakimś niezwykłym superbohaterem. Jego moc nie wynika z tego, że ugryzł go pająk, albo pijawka, która pojawiła się w rzeczce. Nie natchnęło go, kiedy uległ wypadkowi, a uderzenie nie przestawiło mu kręgu, odblokowując magiczną klepkę w mózgu odpowiadającą za czary. Wszystko to zostaje przez niego przestudiowane i wyuczone. Więc skoro supermocą Batmana jest to, że jest bogaty, tak u Strange'a jest to genialny umysł. W tej roli pojawia się Sherlock Holmes, który idealnie się tutaj sprawdza. Benedict miał więc już do czynienia z trochę separacyjnym umysłem, który się wielbi za jego wielkość, ale nie pomaga w pokochaniu go. Zapatrzony w siebie, uważający się za Boga. Przystojny, ale lekko chamowaty. Och, zupełnie jak Tony Stark- ten na szczęście się ogarnął, może w końcu dojrzał. W opozycji do niego stawia się bohaterów całkiem wyblakłych. Na ich czele stoi Rachel McAdams, która niby jest, a równie dobrze mogłoby jej nie być. Lepszy duet udało się Cumberbatchowi stworzyć z lewitującą pelerynką. Miło było znowu popatrzeć na Madsa Mikkelsena, a Tilda Swinton idealnie wpasowała się urodą w Starożytną mniszkę.
Źródło: Galapagos Films
     „Doktor Strange” to film, wobec którego mam naprawdę mieszane uczucia. Typowe rozdarcie pomiędzy byciem wiernym fanem Marvela, świetną postacią i dość niemrawą akcją. Pierwsza połowa za bardzo monotonna, ale szybko nabiera rozpędu, aby doprowadzić widza do zaskakującego finału. Za dużo tutaj nawiązań do innych obrazów, za dużo warstw filmu, które o dziwo tworzą spójną całość. Pomimo wszystko jest to interesująca historia z rewelacyjnymi rozwiązaniami wizualnymi. Ciekawe zabawy z czasem, przestrzenią oraz materią, zabarwione humorem w idealnej wręcz proporcji. Postaci mogłyby być bardziej zaangażowane w relacje z innymi bohaterami, ale za czerwoną pelerynkę, która wybrała Stephena Strange'a, niczym różdżka Olivandera postawiła na Harry'ego Pottera, zdecydowanie na plus. Rozdarcie trwa, nawet po dwóch seansach.


Ocena: 7/10
Recenzja filmu DVD „Doktor Strange” - dystrybucja Galapagos Films
Film dostępny na DVD, Blu-Ray oraz Blu-Ray 3D. Tę ostatnią można otrzymać również w Steelbooku.


Oryginalny tytuł: Doctor Strange / Reżyseria: Scott Derrickson / Scenariusz: Scott Derrickson, C. Robert Cargilll, Jon Spaihts / Na podstawie: komiksu Steve'a Ditko / Zdjęcia: Ben Davis / Muzyka: Michael Giacchino / Obsada: Benedict Cumberbatch, Chiwetel Ejiofor, Rachel McAdams, Benedict Wong, Tilda Swinton, Mads Mikkelsen / Kraj: USA / Gatunek: Akcja, Przygoda, Sci-Fi
Premiera kinowa: 22 września 2016 (Świat) 14 października 2016 (Polska)
Premiera DVD: 15 marca 2017