NOWOŚCI
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą biblioteczka Mikołajka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą biblioteczka Mikołajka. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 3 września 2019

Książka #506: Biblioteczka Montessori. Astronomia, aut. Eve Herrmann


     Metoda Montessori staje się coraz popularniejsza wśród rodziców i dorosłych. Nastawiona głównie na rozbudzanie młodych umysłów i angażowanie ich do edukacji łączy zabawę z nauką. Dzięki Wydawnictwu Egmont do naszych rodzimych księgarń trafiły kolejne twory, które pomogą naszym pociechom. Biblioteczka Montessori to seria składająca się aktualnie z 9 zaskakujących i bardzo różnorodnych zestawów wykorzystujących różne sposoby na przekazanie wiedzy dzieciom. W nasze ręce trafiło jedno z takich wydań, które skupiło się na astronomii.

     Każdy z zestawów z Biblioteczki Montessori jest wyjątkowy. A nasza astronomia w sposób szczególny. Składa się z wielu kart z najrozmaitszymi ciałami niebieskimi, opisami do dopasowania oraz samymi nazwami. Jednak to jedyna niespodzianka, bowiem w zestawie odnajdujemy wspaniale wykonaną mapę nieba oraz książeczkę będącą przewodnikiem po gwiazdozbiorach. Innymi słowy pełny pakiet, aby w podstawowym stopniu zapoznać się z wyglądem nieboskłonu. 


     Małemu dziecku, czyli niespełna 4 letniemu największą frajdę sprawia zawsze to, co się rusza. Mapa nieba od razu przykuła uwagę Mikusia, ale z racji jego wysoce rozwiniętych zdolności destrukcyjnych wolałam delikatnie wyciągnąć mu ją spomiędzy palców i osobiście pokazać na czym rzecz polega. Jego uwaga szybko zmieniła kierunek i ukochała sobie stosiki kart, na których kształtowały się cudowne, piękne i niekiedy... prawie identyczne ciała niebieskie. I tutaj możliwości zabawy i jednocześnie nauki okazały się być niezmierzone i niezamierzone. Początkowo praca polegała na pokazywaniu młodemu kart i prezentowaniu kolejnych ciał niebieskich. Ciężko wymagać od niego wypowiedzenia słowa „planetoida”, gdy mnie samej język się plącze, a on ledwo ogarnia słowo „dziękuję”. Na cuda nie liczyłam. Nie mniej, dopasowanie do siebie rysunków, niekiedy bardzo do siebie podobnych, opanował do perfekcji. Mówiąc dopasować do siebie myślę o dołożeniu karty bez podpisu, do dokładnie takiej samej karty z podpisem. Dopasowywanie elementów do konkretnych nazw a nawet opisów...jak dla mnie to już wyższy lewej. Sama mam z tym problem, a lubuję się w astronomii. Do tego wszystkiego dołączona jest również książeczka z gwiazdozbiorami. Myślę, że ze względu na ich liczbę nie przełożono ich na twarde karty, ale przewodnik zdecydowanie to wynagradza opisując w najważniejszych słowach konkretny gwiazdozbiór i opatrując go rysunkiem. Nie jest to może fascynująca lektura, ale nie jest zbyt skomplikowana w doborze słów. Jak na podstawy sprawdza się świetnie.

     Zestawowi nie można zarzucić, że jest źle wykonany. Wręcz przeciwnie, wygląda rewelacyjnie. Do każdego elementu dołożono wielkich starań. Uwielbiam mapę nieba i liczę, że Miki też się zakocha. Świetne są te karty, a w tym wszystkim najlepsze są ilustracje Roberty Rocchi. Jej rysunki znakomicie dodają życia tym martwym rysunkom. Jest czym się pozachwycać za uchwycenie najważniejszych szczegółów, najmniejszych nawet detali. Pięknie, od razu przykuwa wzrok.


     „Biblioteczka Montessori. Astronomia” jest propozycją, która z pewnością zaintryguje niejedno dziecko. Przy tym zestawie można naprawdę dobrze się bawić, można odnaleźć swoje hobby, a nawet przeznaczenie. Astronomia to dość ciężka dziedzina (w końcu, ściśle powiązana z fizyką...) natomiast frajdą jest odkrywanie kolejnych elementów kosmicznej układanki i to w tak zaskakujący i różnorodny sposób. Przepięknie wykonana, przyciągająca wzrok i pomagająca się skoncentrować. Zdecydowanie ogarnięcie metody wiążącej rysunki z tekstem do nauki, sprawdza się o wiele lepiej. W końcu nawet dorośli w podobny sposób ćwiczą umysł do zapamiętywania. Zdecydowanie polecam każdemu i to nie tylko astronomię, ale również inne tematy z Biblioteczki.

Ocena: 6/6
Recenzja dla wydawnictwa Egmont!

Tytuł oryginalny: Il mio cofanetto Montessori di astronomia / Ilustracje: Roberta Rocchi / Wydawca: Egmont / Gatunek: dziecięce, edukacyjne / ISBN 978-83-281-3691-5 / Ilość stron: 60 / Format: 214x184mm

Rok wydania: 2019 (Polska)

środa, 7 sierpnia 2019

Książka #505: O maluchu w brzuchu, czyli skąd się biorą dzieci, aut. Marta Maruszczak


Każdy rodzic chce pokazać swojemu dziecku cały świat i pomóc zgłębić każdy jego sekret. Młody potomek, który rozbudza swoją ciekawość kolejnymi pytaniami, w końcu skieruje się w stronę wprawiającą rodziców w dyskomfort i zakłopotanie. Jednym z najcięższych pytań jest: „skąd się biorą dzieci?”. Większość rodziców snuje legendy opowiadane z dziada pradziada krążące wokół bocianów, kapusty, itp. Niewielu odważy się podjąć prawdziwą opowieść. Dla tych właśnie powstała najnowsza książka Marty Maruszczak- biologa, antropologa i medyka w jednym, o tytule „O maluchu w brzuchu, czyli skąd się biorą dzieci”.

Najmłodsza w całej rodzinie, dziewczynka imieniem Mela to bardzo dociekliwa istotka. Jej aktualnie największym pragnieniem jest poznać największą tajemnicę skrywaną przez rodzinę, chce wiedzieć skąd się biorą dzieci. Na jej liczne pytania odpowiada praktycznie cała rodzina- od dziadków po starszego brata. W końcu dowiaduje się czym jest miłość, jak dochodzi do poczęcia i czy dziecku jest dobrze w mamusinym brzuszku.

Książka adresowana jest głównie do najmłodszych czytelników, ale autorka zaleca, aby najpierw sami rodzice zapoznali się z jej treścią (chyba w celu filtrowania właściwych treści), a dopiero w dalszej kolejności zapoznawali z nią swoje pociechy pozwalając im samym odkrywać kolejne strony i zadawać pytania. W końcu do tego właśnie powinna służyć ta książka. Tu jednak napotyka się pewne problemy związane głównie z określeniem grupy docelowej. Całość skierowana jest bowiem do tych najmłodszych z dzieci, czyli w przedziale wiekowym od 0 do 6 lat. Ciężko jest nawiązywać dialog z tymi z najniższej granicy, w szczególności, że nie do końca mogą rozumieć świat. Mój trzy i pół letni synek wykazał praktycznie zerowe zainteresowanie treścią, skupiając się na aspekcie wizualnym książki. Co za tym idzie, wszelkie próby podejmowania dyskusji kończą się na suchym przedstawieniu faktów.

Innym problemem książki jest jej forma oraz język w niej użyty. Wszystko wydaje się być zrozumiałe, w końcu pisze to sama specjalistka w zakresie rozmnażania, itp. Jednakże to, co jest ewidentną zaletą jest też wadą, gdyż posługuje się językiem i sformułowaniami stricte medycznymi, które nie do końca staną się zrozumiałe dla młodych czytelników. Oczywiście, inaczej jeszcze wyglądałoby to w sytuacji lepszego zobrazowania, a nie: „Jajeczko jest mniejsze niż ziarenko piasku. Plemnik jest jeszcze mniejszy, istna drobinka”. Nie ma do tego żadnych rysunków pomocniczych, itp. Używając słów dla dorosłych tłumacząc coś dzieciom, trzeba byłoby postarać się o pomoc w wizualizacji, bo jednak powyższy opis mówi tyle, co nic. Natomiast fajne i co najważniejsze ciekawe, jest to, że dotyka się bardzo wielu sfer związanych z przyjściem dziecka na świat. Nie tylko dotyczącymi samego poczęcia, ale również typowo naukowych analiz, jak to jak dziecko się odżywia w macicy, itp. Szkoda jedynie, że prezentacja nie ma innej formy, bo takie fakty niby będące częścią opowieści dla małej Meli, nie do końca przekonuje. Fajnie, gdyby czytający rodzic mógł odnosić to, do osobistej dyskusji z własnym dzieckiem. Nie mniej, patrząc na to z drugiej strony- gdy w końcu nasza pociecha będzie czytać i będzie chciała poczytać tę książkę, to forma opowieści może lepiej do niej trafić.

Ilustracje to coś, za co uwielbiam brać do ręki książeczki dziecięce. Lubię poznawać kolejnych artystów, gdyż każdy ma inny charakter i inny styl. Niekoniecznie każdy z nich odpowiada mojemu gustowi, ale Monika Filipina zdecydowanie jest wśród tych charakteryzujących się ciekawą kreską. Dzięki tej artystce książka jest bardzo pozytywna w odbiorze. Oczywiście, nie wszystko zapewne mogła wyrysować, ale i tak zrobiła dobrą robotę. Ilustracje nie są toporne, mają pewną opływowość, subtelność i wyrazistość przeplataną z mgłą. W zależności od potrzeby albo skupia się na większej szczegółowości, albo chowa się za większymi przestrzeniami. Nie mniej, robi wrażenie.

Wierzę, że „O maluchu w brzuchu, czyli skąd się biorą dzieci” jest książką bardzo przydatną. Z pewnością nie jest to propozycja, która Was zgorszy, która zgorszy Wasze dzieci. Czasami trzeba będzie własnymi słowami złożyć o wiele szersze wyjaśnienia w kwestii danego zagadnienia, ale być może akurat nasze dzieci nie będą tak dociekliwe i zaspokoi je wiedza zaczerpnięta z książki. Ilustracje na pewno jest zainspirują, z pewnością zmuszą do działania również inne części mózgu małego dziecka. Nie jest to książka idealna, niestety, ale gdy potraktować ją dosłownie jako opowieść dla najmłodszych może połączyć przyjemne z pożytecznym. W innym przypadku, trzeba pamiętać, że się ją ma, gdy pociecha zacznie zadawać niewygodne pytania.

Ocena: 4/6
Recenzja dla wydawnictwa Nasza Księgarnia!

Tytuł oryginalny: O maluchu w brzuchu, czyli skąd się biorą dzieci / Ilustracje: Monika Filipina / Wydawca: Nasza Księgarnia / Gatunek: dziecięce / ISBN 978-83-10-13429-5 / Ilość stron: 40 / Format: 205x250mm

Rok wydania: 2019 (Polska)

niedziela, 14 lipca 2019

Książka #503: Dusia i Psinek-Świnek. Nikt się nie boi, aut. Justyna Bednarek

 „Dusia i Psinek-Świnek” to popularna na polskim rynku wydawniczym seria książek dla najmłodszych, o małej dziewczynce i jej najlepszym przyjacielu. Za tym sukcesem stoi duet pisarsko-ilustratorski, czyli Justyna Bednarek oraz Marta Kurczewska. „Nikt się nie boi” to kolejna odsłona zwariowanych przygód, a dla mnie pierwsze zderzenie z tym duetem. 
 
     Dusia to mały przedszkolaczek, której zawsze towarzyszy jej ulubiona przytulanka Psinek-Świnek. Razem się bawią i razem słuchają bajek opowiadanych im przez rodziców dziewczynki. Jednakże pewnego wieczoru Dusia pragnie zgoła odmiennych wrażeń przed snem- strasznej historii. Od tej opowieści o Zielonym Potworze pod łóżkiem dziewczynki zaczyna się cała seria pełnych strachu wydarzeń.

     Najgorszym w czytaniu książki należącej do jakiejś serii jest nieznajomość genezy, kontekstu i bohaterów. Wówczas wszystko wydaje się nie mieć sensu, a czytający może cierpieć na lekkie zirytowanie, gdy nagle fabuła kieruje się na zupełnie inną postać, która nijak ma się do wstępu książki. Tak jest również i w tym przypadku. W pewnym momencie cała uwaga czytelnika zostaje przerzucona z Dusi na jej przedszkolną koleżankę Monikę. Wszystko to z powodu strachu, który ją dopada, czy to na widok bąbla na czole wychowawczyni, czy wypranych czarnych spodni powiewających na wietrze. Jednakże niezrozumiały jest dla mnie brak formuły przyczyna-skutek. Czyżby wydarzenia z czerwonego czajniczka coś odmieniły? Jaki to miało wpływ na Monikę? A przede wszystkim... dlaczego w ogóle miałyby mieć? Wiele pytań, bardzo mało odpowiedzi. Tylko po to, abyśmy na następnej karcie znowu wylądowali w mieszkaniu Dusi. Gdzie tu sens i logika?
Bardzo ciekawe wydaje się wprowadzenie do świata zabawek, pewnej przechowalni, w której przebywają najlepsi przyjaciele dzieci, gdy te leżakują w przedszkolu. Dlaczego akurat wśród Psinki-Świnka i jego starych druhów pojawia się Zielony Potwór z potwornej historii? Zamysł jest oczywiście jeden- kwestia oswojenia z koszmarami i strachami, i pokazanie, że czasami to one boją się nas bardziej niż my ich. Oczywiście, konkluzja jest taka, że tak naprawdę nie ma się czego bać. Aczkolwiek, jeżeli jakiemukolwiek dziecku uda się dotrzeć do takich wniosków po tej książce to wielkie brawa! Mnie by to nie przekonało, a mojego synka nawet nie zaciekawiło.

     Kiedy logiczne książeczka odrobinę kuleje, tak wizualnie robi bardzo pozytywne wrażenie. Bardzo żywe ilustracje, kolorowe, a postacie o miękkich rysach- z pewnością przykuwające oko. Dla kontrastu- jako, że to historia o strachu, musi być również mrocznie, ponuro i odrobinie kanciasto dla podkreślenia atmosfery grozy. Ilustratorka bardzo dobrze operuje zarówno światłem, jak i cieniem, a jej prace wydają się żyć własnym życiem. Może się to spodobać, w szczególności, że Marta Kurczewska okazuje się być bardzo kreatywną artystką wymyślając wiele różnych postaci- także ze świata zabawek, no i oczywiście stylizacji bohaterów. Oczywiście, dla mnie hitem będzie Psinek-Świnek i jego alterego „superprosiak”. Tworzy się nowe pokolenie superbohaterów, super-Dusiów i superprosiaków.

     Odrobinę żałuję, że przygodę Mikusia z Dusią i Psinkiem-Świnką nie zaczęłam wcześniej. Wiele nas ominęło, przede wszystkim nadzieja na zrozumienie tego, co autorka miała na myśli. Takie książeczki, jak „Nikt się nie boi” oczywiście są potrzebne, ale zupełnie inaczej można przekazać tę samą naukę i to w bardziej logiczny sposób. Tutaj brakuje odrobinę pomysłu, a odrobinę konsekwencji. Zachwycona jestem z pewnością ilustracjami. Niektóre z nich aż się prosi przerobić na plakaty motywacyjne. Psinek-Świnek to najsłodszy pluszak na świecie. Chyba każdy chciałby mieć podobnego i to w dodatku żywego. Może być inspiracją do zrobienia niespodzianki dla własnej pociechy. Książeczka mogłaby być ciekawsza, fajniejsza, bardziej kreatywna. Widywałam lepsze, ale gorsze również.

Ocena: 3/6
Recenzja dla wydawnictwa Nasza Księgarnia!

Tytuł oryginalny: Nikt się nie boi / Ilustracje: Marta Kurczewska / Wydawca: Nasza Księgarnia / Gatunek: dziecięce / ISBN 978-83-10-13428-8 / Ilość stron: 32 / Format: 220x220mm

Rok wydania: 2019

niedziela, 16 czerwca 2019

Książka #500 #501: Co robi Pucio, Pucio. Zabawy gestem i dźwiękiem, aut. Marta Galewska-Kustra



     Trzy i pół roku dały mi czas na to, bym uzmysłowiła sobie, że słaby ze mnie logopeda. Na nic się zdało mówienie do dziecka, czytanie do poduszki, czytanie kiedy mały biegał. Wszyscy w koło powtarzali: „Czytaj mu, bo nawet jak Ci się wydaje, że nie słucha, to słucha”. Efekt tego taki, że młody w sierpniu kończy 3,5 roku, a jedyne co potrafi wydobyć z mowy to naśladowanie niektórych dźwięków, no i oczywiście monosylabizmy. Uwielbiam... Pucio z każdym dniem przykuwa coraz większą uwagę mojego dziecka, sam sięga po książeczki i sam dopraszał się o układanie puzzli. I bardzo dobrze, bowiem to właśnie ta postać literacka stworzona została przez Martę Galewską-Kustrę oraz Joannę Kłos, aby pobudzić mowę u dzieci. Urocza postać miała zmobilizować malców do mówienia, a autorka z ilustratorką wymyślały coraz to nowsze pomysły, żeby to uczynić.

     Po serii książek i puzzli przyszedł czas na małe książeczki o tytułach „Co robi Pucio?” oraz „Pucio. Zabawy gestem i dźwiękiem”. Obie propozycje dla najmłodszych zmieszczono w bardzo poręcznych wydaniach, dzięki czemu można je zapakować do matczynej torebki, czy też plecaczka malucha. Można zabrać je wszędzie i miło spędzić czas lub zabić go wykorzystując na naukę mowy. Nie są to bowiem książeczki przygodowe. Przedstawiają zwroty znane nam z codziennego życia w uzbrojeniu rysunków idealnie je odzwierciedlających.

     Pierwsza mini-książeczka, to „Co robi Pucio?”. Nie trudno się domyślić, że ma ona nie tylko wspomagać mowę, ale również i logiczne myślenie. Na jednej karcie mamy bowiem rysunek przedmiotu codziennego użytku, a na drugim czynność, którą Pucio wykonuje dzięki tej rzeczy. Oczywiście, kreatywność dzieci nie zna granic wobec czego mój brzdąc bawi się w odnajdywanie przedmiotów na rysunku i ekscytowanie się wniebogłosy, że odnalazł coś co było zasadniczo nie do odnalezienia. Zuch chłopak!
Natomiast kolejna propozycja dla najmłodszych, „Pucio. Zabawy gestem i dźwiękiem”, ma już zgoła odmienny charakter. Tak naprawdę, to właśnie ten tytuł powinien znaleźć się u dziecka od najmłodszych lat, bowiem zawiera w sobie to, co każdy zna od lat, a mój Mikuś łapie to w trymiga. Z jednej strony jest to znowuż szereg sytuacji, z którymi dziecko nie powinno mieć problemu. Z drugiej zaś spora ilość sylabizmów i naśladownictwa dźwięków. Małe brzdące zdecydowanie szybko łapią takie formy wyrażania myśli, a mój to już w szczególności, więc jak już sobie zaszczepią to w głowie, to ciężko będzie się tego pozbyć.

     Książki od Marty Galewskiej-Kustra wzbudzają wiele entuzjazmu nie tylko z powodu tego, co przekazują małym czytelnikom i ich rodzicom, ale przede wszystkim w jaki sposób to robią. Joanna Kłos stworzyła niebanalną postać małego chłopca, o bardzo prostej konstrukcji, ale bardzo dużym sercu. Rysunki zachwycają przede wszystkim minimalizmem i kolorystyką. Nie potrzeba większej ilości udziwnień i rozpraszaczy. To, co widzimy absolutnie spełnia swoją rolę, zachęcając coraz większą ilość czytelników do sięgnięcia po logopedyczne spotkania z Puciem. 

     Opiniowanie skuteczności książki jest raczej niemożliwe za sprawą jednego posiedzenia. Pewnym jest natomiast to, że skupia na sobie uwagę najmłodszego z czytelników i frapuje na tyle, że jest w stanie wejść z książeczką w interakcję. Czy jednak wpływa na poprawę mowy lub chociaż stanie się magicznym guzikiem, po wciśnięciu którego maluszek zacznie mówić? Cóż, u nas się to nie sprawdziło, ale może u innych... Na pewno wiele ulatnia więc zasadniczo można wydać te niewielkie pieniądze, aby przede wszystkim sprawić radość swojemu dziecku spotkaniami z ulubionym bohaterem ich literackiego świata. Świetne jest to, że obie książeczki dostosowane są do różnych potrzeb dzieci- takich, które dopiero zaczynają przygodę z mówieniem oraz takich, które chcą ją rozwinąć we właściwym kierunku. Jak dla mnie, super!

Ocena: 5/6
Recenzja dla wydawnictwa Nasza Księgarnia!

Tytuł oryginalny: Co robi Pucio, Pucio. Zabawy gestem i dźwiękiem / Ilustracje: Joanna Kłos / Wydawca: Nasza Księgarnia / Gatunek: dziecięce / ISBN 978-83-10-13469-1, 978-83-10-13468-4 / Ilość stron: 28 / Format: 135x135mm

Rok wydania: 2019 

czwartek, 21 lutego 2019

GeeKolekcja #87: Geekowa druga połowa roku 2018

Dawno nie było tutaj takiego luźnego postu o wszystkim i o niczym. Totalnie nie wiem, czy w ogóle chcecie oglądać wpisy tego typu, ale szczerze się przyznam, że jest to bardziej dla mnie niż dla Was. Jako osoba, która ostatnio może być określona mianem rybki Dory, dość często zapominam o wielu rzeczach, a posiadając taką biblioteczkę i filmotekę jaką posiadam ja, ciężko się nie pogubić w posiadanych zbiorach. Niejednokrotnie takie zestawienie "stosów" filmowo-książkowych uchroniło mnie przed powtórnym zakupem filmu tudzież książki. Drugie półrocze 2018 roku to oczywiście Targi Książki zarówno w Krakowie, jak i Katowicach. Z Katowic zawsze sprawniej przewieźć mi rzeczy niż z Krakowa- z oczywistych powodów, dlatego to co mogłam kupiłam właśnie w sąsiednim mieście. Ubiegły rok to rok figurek Funko POP przynajmniej u mniej, bo nastąpiła u mnie prawdziwa rozrzutność w tym kierunku. Nie przedłużając dłużej zapraszam do rzucenia okiem na moje geekowskie zdobycze.

1. Trylogia Władcy Pierścieni, aut. J.R.R. Tolkien: "Drużyna Pierścienia", "Dwie wieże", "Powrót króla" - do kolekcji 
2. "Pucio na wakacjach", aut. Marta Galewska-Kustra - do recenzji od Wydawnictwa Nasza Księgarnia
3. "Pucio uczy się mówić", aut. Marta Galewska-Kustra - zakupione do uzupełnienia kolekcji

4. "Gemina", aut. Amie Kaufman, Jay Kristoff - w zestawie wraz z dodatkami zakupione w ramach akcji Wydawnictwa Moondrive

+ zakładki od EpikPage: Batman, Iron Man, Doktor Strange, Yoda oraz Chewie.

 5. "Niebo na własność", aut. Luke Allnutt - zakup na Targach Książki w Krakowie u Wydawnictwa Otwartego
6. "Zabawa w chwanego", aut. Jack Ketchum - zakup na Targach Książki w Krakowie u Wydawnictwa Papierowy Księżyc
7. "Mam tak samo" oraz "Wygodniej być sobą", aut. Sarah Anderson - zakup na Targach Książki u Wydawnictwa Moondrive - do tego torba "Jeszcze tylko jeden rozdział" oraz kalendarz w gratisie,

+ zakładki od EpikPage: Wonder Woman, Thanos, Spiderman oraz Lordzio Voldemordzio,
+ skarpetki i zakładki od Molom.pl

8. "Elmer", aut. David McKee - zakup na Targach Książki w Krakowie u grupy wydawniczej Publicat
9. "Dzielna Małpka", aut. Marta Altes - zakup na TKK u wydawnictwa TAKO

+ puzzle z przeciwieństwami i progresywne z pojazdami zakupione na TKK u CzuCzu.

10. "Upiorna opowieść", aut. Peter Straub - zakup na Targach Książki w Katowicach u wydawnictwa Vesper,
11. "Ostatnie dni Jacka Sparksa", aut. Jason Arnopp - zakup na Targach Książki w Katowicach u wydawnictwa Vesper,
12. "Krasnoludki. Fakty, mity, głupoty", aut. Maciej Szymanowicz - do recenzji od Wydawnictwa Nasza Księgarnia
13. "Wojna Światów", aut. H.G. Wells - zakup na promocji u wydawnictwa Vesper,
14. "Mały miliarder", aut. David Walliams - uzupełnienie kolekcji, 
15. "Everlife. Wieczne życie", aut. Gena Showalter - do recenzji od HarperCollins Polska,
16. "Simon oraz inni homo sapiens", aut. Becky Albertalli - do recenzji od Papierowego Księżyca

17. "Wojna o planetę małp", reż. Matt Reeves - na promocji w Biedronce
18. "Jutro będziemy szczęśliwi", reż. Hugo Gelin - j.w.
19. "Avengers. Wojna bez granic", reż. Anthony Russo, Joe Russo - do recenzji od Galapagos Films

+ figurki Funko POP: Elijah z "The Walking Dead", Deadpool, Venom, Immoran Joe z "Mad Max: Fury Road", Corvus Glaive oraz Ebony Maw do kolekcji dzieci z "Avengers. Infinity War", Olaf z kotkami z "Przygoda Olafa", Nocny Król na smoku z "Gry o tron",


20. "Atlas mitów", aut. Thiago Morales - do recenzji od Naszej Księgarni
21. "Zwierzęta, które zniknęły", aut. Nikola Kucharska - j.w. 
22. "Księga Opowieści. Zaklęcie życzeń", aut. Chris Colfer - do recenzji od wydawnictwa Młodzieżówka
23. "Nienawiść, którą dajesz", aut. Angie Thomas - od wydawnictwa Papierowy Księżyc
24. "Małe ogniska", aut. Celeste Ng - j.w.
25. "Powiedz, że zostaniesz", aut. Corinne Michaels - od wydawnictwa Szósty zmysł
26. "Uniesienie", aut. Stephen King - mój prezent mikołajkowy

27. "Ocean's 8", reż. Gary Ross - do recenzji od Galapagos Films
28. "Iniemamocni 2", reż. Brad Bird - j.w.
29. "Pacific Rim. Rebelia", reż Steven S. Knight - zakup mikołajkowy
30. "Ant-Man i Osa", reż. Payton Reed - do recenzji od Galapagos Films

+ "My little book planner" - planner dla książkoholika od wydawnictwa Od deski do deski, w prezencie świątecznym od rodziców,
+ bluza MARVEL - prezent świąteczny od siostry,
+ skarpetki Disneya z Myszką Minnie - prezent gwiazdkowy od przyjaciółki,
+ figurki FunkoPOP: nowa Mary Poppins w prezencie gwiazdkowym od przyjaciółki, Hades z animacji "Hercules" oraz Faun z "Labiryntu Fauna". 









niedziela, 8 lipca 2018

Książka #483: Wielka księga wartości, aut. Teresa Blanch, Anna Gasol

    
Wychowując swoje pociechy dorośli nie zawsze odnajdują dobry środek, aby zrobić bo najlepiej. Wszelkie ważne wartości poznaje właśnie dzięki swoim rodzicom. Ci z kolei mogą korzystać z rad wszystkich dookoła, ale najlepiej byłoby mieć je zebrane w jednym miejscu, prawda? Nic tak nie trafia do młodego człowieka jak nauka przez zabawę, więc teoretycznie nic nie powinno być bardziej pomocne w wychowaniu wartościowego człowieka, jak czytanie mu najrozmaitszych treści z ukrytą puentą. Tym też tokiem poszedł duet pisarski – Teresa Blanch oraz Anna Gasol, który to od lat współpracuje na hiszpańskim rynku. Ich „Wielka księga wartości” porywa od pierwszych stronic.

     Publikacja autorek to zbiór kilkunastu opowiadań ukazujących największe wartości w życiu człowieka zebranych w wielką księgę. Może nie specjalnie opasłą, ale za to rosłą. Szesnaście tekstów traktuje o siedmiu najważniejszych w życiu człowieka wartościach. Są to tolerancja, życzliwość, wysiłek, wspólnota, uczciwość, poczucie własnej wartości i empatia.

     Jak to zwykle bywa w antologiach, tak i jest w tej skierowanej dla najmłodszych. Nie wszystkie opowiadania muszą wszystkim przypasować. Jedne lepiej trafiają do człowieka, inne mniej. Inne są bardziej zrozumiałe, inne bardziej zagmatwane lub z mętnym przesłaniem. Czasami zdarza się tak, że gdyby nie nazewnictwo to w ogóle nie wiedzielibyśmy jakiej wartości dotyczy wybrane opowiadanie. Do moich ulubionych na pewno należą te o tolerancji, u której boku zawsze stoję na straży. Dwa ujmujące teksty, w których kluczową rolę grają dzieci i to ze strony dzieci inne dzieci doświadczają okrutnych zachowań. A to wnuczek nie chce zaakceptować chłopca o śniadej twarzy i kręconych czarnych włosach, który również mieszka u jego dziadków, a to dwójka rodzeństwa ma problemy ze zrozumieniem dlaczego mama darzy sympatią dziewczynkę- przybłędę, która nawet nie ma stałego domu. Już po tych pierwszych opowiadaniach dostrzegamy jakiego rodzaju będzie to książka, bowiem nic nie trafia do dzieci, jak patrzenie na inne dzieci, które dostają nauczkę.

Uwagę sympatyków słodkości zwróci przede wszystkim opowiadanie o człowieku, który traci pracę, a potem pracuje z wielkim zapałem, aby utrzymać rodzinę. W końcu rodzi się z tego konkretny pomysł na biznes, który zabiera jeszcze więcej czasu. Tak, ta historia opowiada o ludzkim wysiłki. Pełne uroku jest za to opowiadanie o uroczej dziewczynce, jej tenisówkach i pewnym bezdomnym. Bardzo wyraźnie ukazuje życzliwość wobec innych osób, patrzenie ponad swoje własne potrzeby i chęć niesienia pomocy innym. Jednym z najbardziej przejmujących opowieści poza tą o córce blacharza, jest ta o poczuciu własnej wartości w połączeniu z uczuciem niewidzialności. Mocno trafi do tych, którzy faktycznie czują się podobnie, jakby mieli super moc. Kolejnym z tej kategorii tekstów jest ten o nowej dziewczynce w szkole, która nie miała nikogo. To konkretnie przekazuje dzieciom wartość empatii, o które tak ciężko w dzisiejszych czasach, gdy każdy biegnie przed siebie każdego dnia.

     Wszystkie opowieści zawarte w tej publikacji są opowiedziane oczami dzieci i do dzieci skierowane. Nie oznacza to jednak, że są infantylne, czy napisane dziecinnym językiem. Wręcz przeciwnie, to lektura skierowana do odrobinę starszych dzieci z prostym przekazem. Przekazem, który zrozumie każdy i który każdego może czegoś nauczyć, pomóc zrozumieć jak być lepszym. Choć proste, historie są niezwykle interesujące. Każda z nich kręci się wokół innej tematyki, w związku z czym każdy z młody czytelników trafi na coś dla siebie i ostatecznie coś w nim zostanie z tej lektury.

     Prawdziwą gratką w tej książce są nie tylko wartości, które serwuje czytelnikowi, ale również przepiękne ilustracje Valentiego Gubianasa. Ten hiszpański artysta zachwyca swoimi pracami. Jego twórczość zdobi nie tylko przepiękne książki, ale również spektakularne murale, czy witryny ciekawych sklepów. Barwne, urocze i po prostu wyjątkowe. Każde nacechowane są poczuciem humoru i nostalgią. Choć mają nieregularne kształty, niekiedy dość makabryczne, to nie wywołują grozy. Idealnie komponują się z opowieścią, której dotyczą, bardzo dobrze podkreślając jej przesłanie. Jest się czym zachwycać.

      „Wielka księga wartości” zbiera w sobie najważniejsze wartości każdego człowieka. Teresa Blanch i Anna Gasol tworzą cudowne historie z myślą o dzieciach, aby nauczyć ich moralnych zachowań i wykształtować z nich dobrych ludzi. Opowieści wielokrotnie wzbudzają bardzo pozytywne emocje, przynajmniej u ich finału. Wzruszają, bawią, ale przede wszystkim zmuszają do refleksji, nie tylko tych najmłodszych, ale też i starszych czytelników. Bardzo dobrze się je czyta, a dzięki przecudownym rysunkom autorstwa Valentiego Gubianasa bardzo dobrze się na nie patrzy. Pobudzają również zmysł wzroku dostarczając estetycznych wrażeń. Razem komponują się w całość idealną, do której chce się wrócić i nad którą wciąż chce się zachwycać.

Ocena: 5/6
Recenzja dla wydawnictwa Nasza Księgarnia!

Tytuł oryginalny: El libro de los valores para ninos / Tłumaczenie: Marta Szafrańska-Brandt / Ilustracje: Valenti Gubians / Wydawca: Nasza Księgarnia / Gatunek: dziecięce / ISBN 978-83-10-13343-4 / Ilość stron: 144 / Format: 200x267mm

Rok wydania: 2018 (Polska) 2016 (Świat)

sobota, 3 marca 2018

Książka #477: Narysuję to, co czuję. Książka o uczuciach, aut. Yasmeen Ismail

     Wydawnictwo Nasza Księgarnia coraz częściej stawia na artystyczne talenty swoich czytelników. Co jakiś czas wypuszcza na rynek fikuśne kolorowanki, czy uzupełnianki- nie tylko dla dorosłych, ale również dla dzieci. Dobrze byłoby, aby takie publikacje niosły za sobą coś więcej niżeli tylko możliwość relaksacji. Naprzeciw tym potrzebom wyszła Yasmeen Ismail, która stworzyła cały szereg książeczek aktywizujących dla dzieci. Wśród nich znajduje się „Narysuję to, co czuję. Książka o uczuciach”, dzięki której najmłodsi mogą czerpać wiedzę o różnych emocjach.
    Książka ta traktuje o trzech uroczych i bardzo humorzastych zwierzętach. Mała Kicia, która uwielbia dostawać kwiatki na swoje urodziny potrafi być jednocześnie szczęśliwa, jak i zrozpaczona. Jej przyjaciel Piesek bywa podekscytowany, gdy leci samolotem, ale z drugiej strony bardzo łatwo wpada w zazdrość i zdenerwowanie. Do tej paczki należy również strachliwy Osiołek, któremu przyjaciele przysparzają wiele stresów, ale też potrafią go zaskoczyć w najodpowiedniejszych do tego momentach.
     W taki oto uroczy, ale jakże bardzo konkretny sposób „Narysuję to, co czuję” przekazuje najrozmaitsze, te najprostsze do zdefiniowania emocje. Same w sobie nie należą one do najprostszych wobec czego przed autorką było nie lada wyzwanie- jak pomóc małemu dziecku je zrozumieć. Poszła najrozsądniejszą z możliwych dróg, czyli wskazała proste przykłady czynników mogących wywołać dane uczucia. Proste? Proste! Z tego powodu układ książeczki jest dość prosty. Każde dwie karty przeznaczone są na jedną emocję. Czytelnie i wyraźnie nazwanie uczucia, obok mała lekka historyjka skutkująca nim, która płynnie przechodzi w zadanie dla odbiorcy. Niezbyt dużo treści, prawda? Owszem, bo nie tylko o tym traktuje książka.
     Publikacja ma za zadanie aktywizować artystycznie dzieciaki, a to oznacza, że trzeba odrobinę zmusić ich do wysiłku. Tutaj nie jest aż tak bardzo skomplikowany, bo w większości przypadków wystarczy jedynie dokończyć ilustrację rozpoczętą przez Yasmeen Ismail. Czasami trzeba dorysować kwiaty do łodyżek, innym razem dołożyć cukierków do słoiczka, aż do bardziej zaawansowanych zadań polegających na stworzeniu wynalazku, dorysowaniu pływających elementów w basenie. Problemem tych zadań nie jest ich wykonanie, problemem jest to, że nijak ma się to do polskiego tytułu książki. Patrząc na oryginał widać, że nie chodzi tutaj o rysowanie uczuć, a jedynie o rysowanie przy okazji czytaniu o uczuciach. Natomiast polska interpretacja wprowadzić może czytelnika w błąd. Zadania polegają bowiem na tworzeniu rzeczy, które odpowiadają za dany stan naszych zwierzęcych bohaterów.
     Sam wygląd stron nie jest jakiś szczególnie spektakularny, bowiem zostawiony jest na pastwę talentów artystycznych najmłodszych czytelników. Cała twórczość Ismail to jedynie czarne kontury na białych kartach, niekiedy wzbogacone o kolorystyczny akcent, jeden akcent! Świetnie si to prezentuje, bo w efekcie możemy pokolorować wszystko w dowolnych barwach lub po prostu zostawić to tak jak jest, a dorysować jedynie elementy z poleceń. Prosto, schludnie, innymi słowy- na pewno trafi prosto w oczy Waszych dzieci.
     Ogólnie nie przywiązuję większej wagi do podobnych książek, jeżeli oczywiście spełniają swój cel. „Narysuję to, co czuję” zdecydowanie przemawia do mnie wizualnie. Treść również jest prosta i łatwo przyswajalna dla dzieci. Z precyzją uczy najmłodszych o ludzkich emocjach, co je wywołuje, jak je określać, choć niekoniecznie jak sobie z nimi radzić. To co boli najbardziej, to że tytuł wprowadza w błąd. Z drugiej zaś strony, jak można narysować uczucia, jeżeli właśnie nie poprzez to, co je wywołuje? Innej drogi chyba nie ma, dlatego właśnie trzeba pójść na skróty za przewodnictwem Yasmeen Ismail, bo ona robi to bezbłędnie. Książka powinna znaleźć się w każdej dziecięcej biblioteczce, zdecydowanie!

Ocena: 4/6
Recenzja dla wydawnictwa Nasza Księgarnia!


Tytuł oryginalny: Happy, Sad, Feeling Glad: Drew & Discover / Tłumaczenie: Joanna Wajs / Ilustracje: Yasmeen Ismail / Wydawca: Nasza Księgarnia / Gatunek: dziecięce / ISBN 978-83-10-13328-1 / Ilość stron: 56 / Format: 205x256mm
Rok wydania: 2018 (Polska), 2017 (Świat)

wtorek, 27 lutego 2018

Książka #475: Feluś i Gucio idą do przedszkola, aut. Katarzyna Kozłowska

     Pójście do przedszkola to wielkie wydarzenie, nie tylko dla samych dzieci, ale również ich rodziców. Przygotowania do tego przełomowego momentu naszych milusińskich warto zacząć już dużo wcześniej. Nie chodzi jedynie o psychiczne nastawienie się na zmianę, ale też i całą masę czynności, na którą warto zwrócić uwagę, aby dziecko nie odstawało od reszty. We wszystkich etapach prowadzących do tej wyjątkowej chwili przygotuje nas najnowsza książeczka Katarzyny Kozłowskiej, gdzie „Feluś i Gucio idą do przedszkola”.
     Nadchodzi wielki dzień w życiu trzyletniego Felusia. Jego rodzice podjęli decyzję o zapisaniu go do przedszkola. Chłopiec pieczołowicie szykuje się do pierwszego dnia i koniecznie nie może zapomnieć o zabraniu ze sobą swojego najlepszego przyjaciela- uroczego pluszaka imieniem Gucio. Razem przeżywają w przedszkolu niesamowite przygody, mogąc pochwalić się przy tym nabytymi umiejętnościami dzięki pomocy rodziców. Okazuje się, że ten pierwszy krok w nieznane wcale nie był taki przerażający jak im się wydawało.
      Przeurocza książeczka! Wypisana prostymi słowami historia, która siedzi w głowie każdego małego dziecka, które udaje się do przedszkola. Dla każdego z nich jest to nie lada wyzwanie- nowe miejsce, nowe znajomości. Na szczęście, co niektórzy mają już znajomości z podwórka, co zdecydowanie ułatwia kontakty. Książeczka w mądry sposób przeprowadza dzieci przez wszystkie bolączki związane z przedszkolem, wszelkie stresy, ale też i radości. Pokazuje tym samym, że każde dziecko jest inne, ale ostatecznie każde jest tylko dzieckiem i zdarzać mogą się najróżniejsze przypadki. Uczy to też swoistej tolerancji, której podstawą jest akceptacja, a nie wyśmiewanie się z rówieśników. Z drugiej zaś strony jest to też pewnego rodzaju przewodnik dla rodzica przedszkolaka. Pomaga zwrócić uwagę na najważniejsze kwestie, a dzięki poradom znajdującym się na początku publikacji jeszcze lepiej uda im się wprowadzić swoje maluchy do społeczności. Nic dziwnego, że książka jest tak prosta w odbiorze- w końcu napisała ją sama pani nauczycielka przedszkolna, która ukończyła pedagogikę, a także tajemną sztukę adaptacji dzieci w przedszkolu.
     „Feluś i Gucio...” to ponadto przepiękne ilustracje. Katarzyna Kozłowska zaprosiła do współpracy Mariannę Schoett- artystkę kochającą ilustrować książeczki dziecięce. Spoglądając na efekt ich wspólnej pracy nie dziwi, że doszło do takiej korelacji. Efekt jest oszałamiający. Większą część kartonowych kart zajmują malunki ilustratorki. Wszystkie barwne, ale nie nazbyt krzykliwe. Są kolorowe, ale w subtelny, bardziej stonowany i niemal pastelowy sposób. Smukłe choć nie charakterne linie nadają więcej uroku obrazkom, które przykuwają uwagę każdego dziecka. Każdy szczegół został dopracowany i skupia na sobie wzrok. Aż ciężko oderwać od nich spojrzenie. Stanowią idealne uzupełnienie treści i pozwalają przekazać jej o wiele więcej. Przyjemnie się na to patrzy.
     Publikacja, którą Katarzyna Kozłowska stworzyła przy współpracy z Marianną Schoett to zdecydowany strzał w dziesiątkę dla każdego dziecka, które ma pójść lada chwila do przedszkola, i jego rodzica. „Feluś i Gucio idą do przedszkola” to przede wszystkim zbiór przygotowań do tego wielkiego dnia, które pomogą usamodzielnić się dziecku na tyle, aby sobie poradzić. Opowiedziane w bardzo prosty, ale też i uroczy sposób trafią do każdego czytelnika. Przepiękne ilustracje i niesamowici bohaterowie, do których z pewnością można zaliczyć żółciutkiego Gucia zdecydowania oswajają ten trudny dzień. Ten mały gość wydaje się być połykaczem wszelkich złych emocji, swoistym zbieraczek smutków i stresów. Ostatecznie, wydaje się być idealnym pomocnikiem w takich chwilach. Książka dla każdego, a przede wszystkim dla maluchów, które przygotowują się na kolejny skok w swoim rozwoju.

Ocena: 5/6
Recenzja dla wydawnictwa Nasza Księgarnia!


Tytuł oryginalny: Feluś i Gucio idą do przedszkola / Ilustracje: Marianna Schoett / Wydawca: Nasza Księgarnia / Gatunek: dziecięce / ISBN 978-83-10-13293-2 / Ilość stron: 40 / Format: 205x250mm
Rok wydania: 2018 (Polska)