NOWOŚCI
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Targi Książki w Krakowie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Targi Książki w Krakowie. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 21 lutego 2019

GeeKolekcja #87: Geekowa druga połowa roku 2018

Dawno nie było tutaj takiego luźnego postu o wszystkim i o niczym. Totalnie nie wiem, czy w ogóle chcecie oglądać wpisy tego typu, ale szczerze się przyznam, że jest to bardziej dla mnie niż dla Was. Jako osoba, która ostatnio może być określona mianem rybki Dory, dość często zapominam o wielu rzeczach, a posiadając taką biblioteczkę i filmotekę jaką posiadam ja, ciężko się nie pogubić w posiadanych zbiorach. Niejednokrotnie takie zestawienie "stosów" filmowo-książkowych uchroniło mnie przed powtórnym zakupem filmu tudzież książki. Drugie półrocze 2018 roku to oczywiście Targi Książki zarówno w Krakowie, jak i Katowicach. Z Katowic zawsze sprawniej przewieźć mi rzeczy niż z Krakowa- z oczywistych powodów, dlatego to co mogłam kupiłam właśnie w sąsiednim mieście. Ubiegły rok to rok figurek Funko POP przynajmniej u mniej, bo nastąpiła u mnie prawdziwa rozrzutność w tym kierunku. Nie przedłużając dłużej zapraszam do rzucenia okiem na moje geekowskie zdobycze.

1. Trylogia Władcy Pierścieni, aut. J.R.R. Tolkien: "Drużyna Pierścienia", "Dwie wieże", "Powrót króla" - do kolekcji 
2. "Pucio na wakacjach", aut. Marta Galewska-Kustra - do recenzji od Wydawnictwa Nasza Księgarnia
3. "Pucio uczy się mówić", aut. Marta Galewska-Kustra - zakupione do uzupełnienia kolekcji

4. "Gemina", aut. Amie Kaufman, Jay Kristoff - w zestawie wraz z dodatkami zakupione w ramach akcji Wydawnictwa Moondrive

+ zakładki od EpikPage: Batman, Iron Man, Doktor Strange, Yoda oraz Chewie.

 5. "Niebo na własność", aut. Luke Allnutt - zakup na Targach Książki w Krakowie u Wydawnictwa Otwartego
6. "Zabawa w chwanego", aut. Jack Ketchum - zakup na Targach Książki w Krakowie u Wydawnictwa Papierowy Księżyc
7. "Mam tak samo" oraz "Wygodniej być sobą", aut. Sarah Anderson - zakup na Targach Książki u Wydawnictwa Moondrive - do tego torba "Jeszcze tylko jeden rozdział" oraz kalendarz w gratisie,

+ zakładki od EpikPage: Wonder Woman, Thanos, Spiderman oraz Lordzio Voldemordzio,
+ skarpetki i zakładki od Molom.pl

8. "Elmer", aut. David McKee - zakup na Targach Książki w Krakowie u grupy wydawniczej Publicat
9. "Dzielna Małpka", aut. Marta Altes - zakup na TKK u wydawnictwa TAKO

+ puzzle z przeciwieństwami i progresywne z pojazdami zakupione na TKK u CzuCzu.

10. "Upiorna opowieść", aut. Peter Straub - zakup na Targach Książki w Katowicach u wydawnictwa Vesper,
11. "Ostatnie dni Jacka Sparksa", aut. Jason Arnopp - zakup na Targach Książki w Katowicach u wydawnictwa Vesper,
12. "Krasnoludki. Fakty, mity, głupoty", aut. Maciej Szymanowicz - do recenzji od Wydawnictwa Nasza Księgarnia
13. "Wojna Światów", aut. H.G. Wells - zakup na promocji u wydawnictwa Vesper,
14. "Mały miliarder", aut. David Walliams - uzupełnienie kolekcji, 
15. "Everlife. Wieczne życie", aut. Gena Showalter - do recenzji od HarperCollins Polska,
16. "Simon oraz inni homo sapiens", aut. Becky Albertalli - do recenzji od Papierowego Księżyca

17. "Wojna o planetę małp", reż. Matt Reeves - na promocji w Biedronce
18. "Jutro będziemy szczęśliwi", reż. Hugo Gelin - j.w.
19. "Avengers. Wojna bez granic", reż. Anthony Russo, Joe Russo - do recenzji od Galapagos Films

+ figurki Funko POP: Elijah z "The Walking Dead", Deadpool, Venom, Immoran Joe z "Mad Max: Fury Road", Corvus Glaive oraz Ebony Maw do kolekcji dzieci z "Avengers. Infinity War", Olaf z kotkami z "Przygoda Olafa", Nocny Król na smoku z "Gry o tron",


20. "Atlas mitów", aut. Thiago Morales - do recenzji od Naszej Księgarni
21. "Zwierzęta, które zniknęły", aut. Nikola Kucharska - j.w. 
22. "Księga Opowieści. Zaklęcie życzeń", aut. Chris Colfer - do recenzji od wydawnictwa Młodzieżówka
23. "Nienawiść, którą dajesz", aut. Angie Thomas - od wydawnictwa Papierowy Księżyc
24. "Małe ogniska", aut. Celeste Ng - j.w.
25. "Powiedz, że zostaniesz", aut. Corinne Michaels - od wydawnictwa Szósty zmysł
26. "Uniesienie", aut. Stephen King - mój prezent mikołajkowy

27. "Ocean's 8", reż. Gary Ross - do recenzji od Galapagos Films
28. "Iniemamocni 2", reż. Brad Bird - j.w.
29. "Pacific Rim. Rebelia", reż Steven S. Knight - zakup mikołajkowy
30. "Ant-Man i Osa", reż. Payton Reed - do recenzji od Galapagos Films

+ "My little book planner" - planner dla książkoholika od wydawnictwa Od deski do deski, w prezencie świątecznym od rodziców,
+ bluza MARVEL - prezent świąteczny od siostry,
+ skarpetki Disneya z Myszką Minnie - prezent gwiazdkowy od przyjaciółki,
+ figurki FunkoPOP: nowa Mary Poppins w prezencie gwiazdkowym od przyjaciółki, Hades z animacji "Hercules" oraz Faun z "Labiryntu Fauna". 









sobota, 2 grudnia 2017

[Relacje]: Zaczytany tłum badający granice wytrzymałości i elegant zawstydzający innych, czyli wyprawa na Targi do Krakowa


     Każdego roku, gdy tylko moja stopa staje na powierzchni EXPO w Krakowie powtarzam, że to jest mój ostatni raz. Zmasakrowana przez dziki tłum, który usilnie zderzał się z moim brzuchem ciążowym sprzed dwóch lat, a także przegrzana przez nadmiar ludzi w zeszłym roku, postanowiłam ponownie pojawić się w Krakowie. Jednakże teraz było inaczej!
     Zawsze zastanawiałam się po co ja w ogóle jadę na te durne targi. Książki kupić mogę wszędzie, niejednokrotnie po atrakcyjniejszych cenach niż tych na książkowym międzynarodowym wydarzeniu. Nie mniej, człowiek nie jedzie tam tylko dla książek- tak... zawsze przyjeżdżam obładowana, ale nie o to chodzi. Przede wszystkim chodzi o ludzi. I nie jakiś pisarzy, bo w tym zakresie to organizatorzy nie mieli zazwyczaj nic do zaoferowania- poza niektórymi przypadkami, ale mądry Polak po szkodzie. Najważniejsi byli znajomi czytelnicy, którzy też z chęcią pojawiali się u wrót EXPO.
    Po raz pierwszy od kilku lat pojechałam na Targi nie po książki, nie na spotkania blogerskie, a... zobaczyć się z pisarzami. Nie zmienia to faktu, że i tak przyjechałam z walizką książek i spotkałam się z blogerami. Początkowo myślałam, że będzie to spotkanie z jednym pisarzem. Z człowiekiem, który stworzył niesamowitą serię thrillerów przygodowych przepełnionych zagadkami. Książki Dana Browna były jednymi z pierwszych, które przeczytałam w całości więc oczywistym jest, że darzę go ogromnym sentymentem. Gdy tylko dowiedziałam się, że będzie w Krakowie w ramach festiwalu Conrada i że wejście będzie darmowe, stało się oczywiste- „Muszę tam być!”. Koleżanka załatwiła wejście, ja zarezerwowałam nocleg i mogłam cierpliwie czekać na realizację marzenia. Kilka dni później zwaliła mi się na głowę informacja, że otóż dnia następnego po moim spotkaniu z Brownem, na samych Targach Książki pojawi się sam Nicholas Sparks! Nie dowierzałam. To naprawdę niesamowite, że przez tyle lat nie było na Targach nikogo wartego mojej uwagi, a tu proszę- dwa, a nawet trzy dni pod rząd (bo w sobotę był także Eric-Emmanuel Schmitt- ale to już byłby za długi czas bez Mikusia!), mogę spotkać się z moimi ulubionymi pisarzami. Pełna ekscytacji i lekkiego zdenerwowania dotarłam do Krakowa. I chociaż podróż nie przebiegała bezproblemowo nie byłam w ogóle przygotowana na to, co spotkało mnie w tych przepięknym mieście.
     Na starcie przeceniłam wytrzymałość swojego telefonu, który po obfoceniu targów książki i kilku strategicznych stoisk zaczął do mnie krzyczeć „Kobieto! Opanuj się! Masz tylko 15% baterii!”. Hm. No, ale cóż zrobić, że na targach pojawiły się epickie dziewczyny a zakładki były tak osom, że trzeba było obcykać stoisko. Nic nie mogłam poradzić również na to, że na hali spotkałam również Roberta Cichowlasa, który ponownie pamiętał mnie- choć widzieliśmy się rok, dwa lata temu (przecież ja z Mikim w ciąży byłam!), no więc przeszliśmy na „ty” i choć nie miałam przy sobie żadnej jego książki zgodził się zrobić sobie ze mnie selfiaczka.
Sami rozumiecie- telefon nie miał szans przetrwać przy takiej eksploatacji. Zważywszy na to, że po targach planowałam jedynie wpaść na chwilę do hostelu, rzucić gratami o podłogę i wyruszyć na Rynek coś zjeść, po drodze do Kijów Centrum na spotkanie z Brownem, stanowiło to pewien problem. Nawet spory. Udało mi się trochę podładować, ale w sumie dawno w mieście nie byłam więc trzeba było strzelać selfiki na każdym kroku. Potem pobiegałam po pobliskich knajpach szukając czegoś lekkostrawnego do jedzenia, co nie zamorduje mojej wątroby, bo w końcu woreczka nie mam zaledwie od pół roku, a także kontaktu, gdzie będę mogła podłączyć ładowarkę. Nic się nie martwcie. W Kijów Centrum podłączyłam się również do listwy przypodłogowej, a i tak bateria zdychała mi zanim weszłam na salę. Przez to skutecznie udaremniłam sobie spotkanie z koleżanką, która pisząc do mnie na Facebooku nie skontaktowała się ze mną, bo co chwilę wyłączałam przesyłanie danych- próbując zaoszczędzić baterię, bo a nuż widelec Dan Brown da sobie strzelić ze mną selfika, a mnie akurat telefon odmówi posłuszeństwa. Ostatecznie nic takiego nie miało miejsca, ale kogo to obchodzi.

     Spotkanie z Danem Brownem przebiegło bardzo sympatycznie. Tłumy nie postanowiły mnie staranować, pomimo tego, że byłam jedną z pierwszych osób w kolejce (choć może to być też kwestia rozwarstwienia się kolejki na trzy gałęzie- do trzech różnych wejść). Wszyscy, no dobra- większość, odbierali słuchaweczki, gdzie mogli słuchać głosu tłumacza, podpisywali oświadczenia, a ja stwierdziłam, że w końcu nie po to pół życia uczyłam się angielskiego, żeby teraz nie skorzystać z moich magicznych zdolności. Dobrze zrobiłam, bo mogłam się w pełni skupić na wykładzie i głosie Dana Browna- choć niektórzy tłumaczenie mieli tak głośno zapuszczone, że z każdej strony otaczał mnie szept. Nie! To nie były głosy w mojej głowie!
     Kiedy pisarz wszedł na scenę, przeżyłam jedno z najbardziej niesamowitych uczuć, jakie było mi dane doświadczyć- czystą ekscytację połączoną ze wzruszeniem. Możecie się śmiać, ale autentycznie oczy zaszkliły mi się od wzruszenia, bo po raz pierwszy mogę na żywo zobaczyć kogoś takiej sławy. Dan Brown okazał się być bardzo dobrze wychowanym człowiekiem, w przeciwieństwie do prowadzącego spotkanie Bartka Węglarczyka, który postanowił cały czas wisieć nad pisarzem, pomimo przygotowanego miejsca siedzącego tuż obok. Niby go krępował. A mnie niezręcznie było patrzeć na ten cyrk! Niesamowicie popisali się też fotoreporterzy. Strzelali fotki ze swoich potężnych aparatów z prędkością karabinu maszynowego, na co Dan Brown dowalił im tak, że aż im w pięty poszło i zaprowadziło daleko od sceny. Rozpoczął się wykład. Cała sala zamilkła i zaczęła się magia, od której na pewnym etapie zaczęły mi się oczy kleić. Zawsze tak mam, gdy ktoś za długo mówi o rzeczach, o których nie mam pojęcia. Niestety, „Początku” jeszcze nie czytałam. Nawet sam Bruce Willis nie skupiłby na tyle mojej uwagi, gdyby gadał o tym co Dan Brown. Nie mniej, okazał się być człowiekiem bardzo inteligentnym i dowcipnym, w ten mój ulubiony sarkastyczny sposób. Żadnego pytania nie pozostawiał bez odpowiedzi, bo po zakończonym wykładzie, w trakcie którego trochę się śmialiśmy, trochę wzruszaliśmy, a trochę nudziliśmy, był czas na serię pytań. Każdy zgłaszający się mógł liczy na komentarz. Niestety, każdy. Miałam niefart siedzieć koło człowieka, z najgłupszym pytaniem we wszechświecie. Żałowałam, że nie mogę się zapaść pod ziemię i osłaniając się szalikiem niczym tarczą Wonder Woman krzyczałam w duchu do Browna, że nie mam nic wspólnego z tym kosmitą, który wypala z tekstem typu: „Czy nie czujesz się już trochę stary?!”. Po czym stwierdza, że pracuje nad pomysłem i żeby dał mu namiar do siebie w celu przedyskutowania, itp., itd. Serio? Człowiek wyglądał na całkiem ogarniętego, dopóki nie wstał i nie przemówił. Dan Brown był o tyle kulturalny, że odpowiedział na to dziwne pytanie. Tak, nawet na to. Oczywiście, ludzie chcieli wiedzieć wiele rzeczy. Dziewczyny mówiły o tym, jak książki pisarza zmieniły ich życie ukierunkowując kariery. Inni chcieli wiedzieć, co pisarz myśli o problemie dzisiejszego świata, w którym każdy wierzy w co chce, a jeszcze inni pragnęli, aby Langdon przyjechał na misję do Polski- w końcu tyle jest tu pięknych zabytków. Bardzo dużo fajnych pytań, na pewno łechtających ego autora. Kiedy jednak padło pytanie z publiczności, czy chłopaczek dostanie autograf na książce, gdy Brown powiedział, że nie ma szans, a Węglarczyk dowalił, że pod trzema fotelami są naklejki i te osoby dostaną autograf- nie wiedziałam czy się modlić o to, aby tej naklejki tam nie było, czy żeby jednak się pojawiła- najlepiej z egzemplarzem książki, bo przecież swojego nie brałam- skoro i tak miało nie być podpisów. Odeszłam bez książki, ale za to z całą masą emocji i wspomnień, które trzymają się mnie po dziś.

    Piątek był dniem, który z zamysłu miał być mocno zakręcony. Zjedzenie śniadania w okolicy Rynku (Tutaj muszę wtrącić, że w Bistro Bene jadłam najwspanialsze gofry na świecie. Pysznie waniliowe z karmelizowanymi owocami, serkiem wiejskim i syropem klonowym- MNIAM!), ogarnięcie smoka dla Mikusia, wymeldowanie się na czas, odeskortowanie bagażu na przydworcową przechowalnię i dojazd do EXPO, gdzie miałam spotkać się z Nicholasem Sparksem. Oczywiście po drodze umyśliłam sobie, że skoro i tak mam być wcześniej, to równie dobrze mogę przyspieszyć kroku i uderzyć na spotkanie blogerów z domem wydawniczym Publicat. Bo taki miałam kaprys i już. I tak miałam sterczeć w gigantycznej kolejce do Sparksa, więc stwierdziłam, że trochę spożytkuję ten czas. Niestety, marsze dnia poprzedniego sprawiły, że moje durne białe trampki mnie obtarły i nie do końca udało mi się wymierzyć czas dotarcia. Wobec czego dotarłam zmaltretowana do sali lwowskiej, gdzie doczekałam spokojnie spotkania. Koło mnie młoda mama karmiąca, z dzieckiem- sorka, ale nigdy tego nie zrozumiem. Ja bym tak małego dziecka nie zabrała w takie zatłoczone miejsce. Pamiętacie zapewne, że rok temu mój wówczas ponad półroczny beboczek został z tatą swoim w samochodzie, kiedy ja buszowałam szaleńczo po hali wystawienniczej. Anyway... spotkanie ciekawe. Postanowiłam znowu rozruszać swoje kontakty z wydawcą, a że Pani Małgosia bardzo do tego zachęcała- również cudownymi podarunkami, moja tęsknota jest usprawiedliwiona. Po tym spotkaniu nastąpiła długo wyczekiwana chwila- ustawienie się w kolejce do podpisywania książek przez Nicholasa Sparksa.
     Już na starcie zobaczyłam jedną dziewczynę, w której teczce kątem oka dostrzegłam książkę Sparksa więc niczym Sherlock a'la Poirot wywnioskowałam, że tu jest właściwa kolejka i trzeba zagadać. Byłam 5 w kolejce. Jednakże wiecie... my formowałyśmy kolejkę dla tych do podpisu, a pół godziny wcześniej było jeszcze spotkanie VIPowskie dla wybranych, więc wiadomo- ich ta kolejka nie dotyczyła. Półtorej godziny stania w kolejce (bo w końcu stałam tam praktycznie od 13), zdążyłam poznać kilku ciekawych ludzi. Chłopaka, który stał tam specjalnie dla żony. Kobietę, która nauczyła się języka angielskiego tylko po to, żeby przeczytać książki Nicholasa, a potem sama skończyła jako nauczycielka. Każdy z nich miał różne książki. Ja wzięłam oczywiście „Jesienną miłość”, bo to moja pierwsza książka jaką kupiłam sobie za własne pieniądze, podczas wycieczki w liceum do Krakowa. I to nie zakupiona w jakimś Empiku, a małej księgarence przy Rynku. Piękne czasy. Drugą był „Pamiętnik”. Uwielbiam tę historię. W oczekiwaniu dowiedziałam się, że autor podpisuje maksymalnie 3 książki. No więc się mieściłam. Niektórzy przynieśli ich aż 11 i próbowali poupychać tym, którzy nie mieli wielkiej trójki. No, ale takie spędy rządzą się swoimi prawami, a organizatorzy najwyraźniej nie spodziewali się takiego nawału, bo to co działo się na godzinę przed planowanym podpisywaniem książek przeszło moje i zapewne organizatorów oczekiwania, ale to tylko ja użyłam wulgarnych słów, aby dać upust swojej agresji wobec durnego tłumu, dzikiego tłumu, z pozoru oczytanych i całkiem kulturalnych ludzi. Nieważnym jest, że z drugiej strony drzwi zaczęła się formować odrębna kolejka, bo ludzie z zaproszeniami na VIPowe spotkanie zaczęli się zbierać. Jak widać okazja czyni cwaniaka, w szczególności w sytuacjach, gdy mamy spotkać ulubionego pisarza. Takie wydarzenie zabiera ludziom maniery, a przede wszystkim zdrowy rozsądek i zamiast przejść na koniec kolejki, jak nakazywała ochrona, pchali się na przód, czyli na ludzi na przodzie, których po jednej strony mieli napierający tłum, a po drugiej betonową ścianę. Dziwicie się czemu wybuchłam? I jeszcze te komentarze: „Ale o co Pani chodzi? My tutaj staliśmy od 14, tylko, że z boku”. Jak można nie dogadać takim ludziom: „Serio? To ciekawe, bo ja tu stoję od 13, nikogo wokół mnie nie było poza 4 osobami”. A chciałam zaznaczyć, że przez pierwsze półtorej godziny formowała się całkiem zgrabna kolejeczka za nami. Stwierdzam, że takie wydarzenia to nie dla mnie. Na początku tworzenia tej masy ludzi byłam 5 w kolejce. Na salę weszłam jako 20, mniej więcej. Ważne, że weszłam i mogłam oddychać. Na sali okazało się, że Sparks podpisze tylko jedną książkę: „Wybierzcie Państwo swoją ulubioną. Pan Sparks tylko podpisuje książki, bez dedykacji”. Potem jeszcze pamiątkowe zdjęcie- tak jestem na nim! Nadeszła moja kolej. Szybkie podanie telefonu Pani Agacie, podanie książki Sparksowi z uśmiechniętym „Hi”. Uśmiech do zdjęcia „Thank you” za podpisanie książki, ano jakże, i tyle. Nie trwało to chyba nawet 2 minut. A ja tutaj ćwiczyłam całą litanię, żeby opowiedzieć czemu ta książka. Ćwiczyłam jak przeliterować „Agniecha”. Napisałam na karteczce swój pseudonim... Ech. Przynajmniej mam podpisaną „Jesienną miłość”. To był wybór oczywisty! Wypadłam zdyszana.

Jestem wśród pierwszych uciętych głów!
Źródło: fan page Wydawnictwa Albatros
Pierwszy plan z "Jesienną miłością" w ręce
Źródło: fan page Wydawnictwa Albatros

      Poleciałam do szatni, zabrałam manele i ruszyłam w drogę powrotną. Oczywiście, w biegu. Najwyraźniej krakowiacy nie mają rozmienić kasy na tramwaj. No cóż. Najwyraźniej wydarzyły się na drogach w piątkowy wieczór jakieś dramatyczne rzeczy, bo autobus się spóźniał. Nogi praktycznie miałam w tyłku po dwóch dniach chodzenia. Nie mówiąc o tym, jak bardzo byłam zmęczona i głodna, bo przecież żyłam praktycznie na obwarzankach- w szczególności w piątek, bo poza pysznym goferowym śniadaniem zjadłam tylko obwarzanka na targach i obwarzanka w busie. Cud, że w ogóle od niego wsiadłam. Na ostatnie miejsce siedzące. Byłam gotowa koczować na dworcu kolejną godzinę w oczekiwaniu na następny, bo nie było szans, żebym ustała w mikrobusie półtorej godziny (jak się później okazało, przez korki podróż wydłużyła się do 2,5h). Dobrze, że miałam walizkę, a w niej większość książek, które kupiłam w czwartek.

     Zmęczona dotarłam do domu o 20, a miałam być godzinę wcześniej. Mikuś już spał. Miałam nadzieję przywitać go pluszowym smoczkiem Wawelskim, którego upolowałam dla niego w Sukiennicach. Przywitał się z nim dopiero na następny dzień. Poza tym smokiem i książkami została mi masa różnorakich wrażeń z pobytu w Krakowie, a także kilka wniosków. Na pewno nigdy więcej nie pojadę tam sama (nieważne, że na przyszły rok ostatni czwartek i piątek października zaplanowałam urlop), następnym razem powinnam wziąć dwie walizki, muszę wracać wcześniejszym autobusem (a najlepiej w sobotę rano), koniecznie muszę zaopatrzyć się w powerbanka na wypadek awarii energetycznych telefonu, muszę kupić wcześniej bilety komunikacyjne, muszę poćwiczyć panowanie nad agresją i rozwścieczonym tłumem, zabrać książkę Roberta Cichowlasa do podpisu. Nie oszukujmy się, za rok na pewno tam będzie. ZNÓW! Poza tym w tym roku zrobiłam o tyle dobrze, że ogarnęłam targi przed weekendem. Brawo ja! 

czwartek, 19 listopada 2015

[Relacja] Międzynarodowe Targi Książki w Krakowie vs. Śląskie Targi Książki w Katowicach

Koniec roku to czas wymarzony dla wszystkich książkoholików. Targi książki w Krakowie, targi książki w Katowicach, targi książki we Wrocławiu... jest w czym wybierać. W tym czasie można ogołocić swój portfel do cna, ale przy okazji zdobyć też wymarzone prezenty gwiazdkowe dla domowników z autografami ich ulubieńców- o ile na nich trafimy.
19. Międzynarodowe Targi Książki w Krakowie / 22.-25. października

Dla mnie tegoroczne targi książki były niemałym wyzwaniem. Jako, że jestem w tak zwanym „stanie błogosławionym” do ostatniej chwili biłam się z myślami, czy pojadę na moje ukochane targi do Krakowa. Nauczona zeszłorocznym wypadem wiedziałam czego się spodziewać- tłumów, niemożliwej do wytrzymania duchoty na sali, a także ścisku w autobusie, bo EXPO Bus zawsze był zawalony po brzegi. Jednakże w tym roku praktycznie wszystko było przeciwko mnie, w szczególności, że już tydzień przed imprezą ogłoszono, że będzie problem z dojazdem z uwagi na maraton. Lekko zbladłam na tę wieść i byłam niemalże pewna, że nie będę miała siły tłuc się autobusami po nie do końca znanym mi Krakowie. I kiedy w ostatniej chwili nawalił mi kierowca, a także tragarz książek w jednym totalnie podupadłam na siłach i byłam bliska darowania sobie tego wypadku, który będzie koszmarem dla mojego kręgosłupa. Na szczęście z pomocą zjawiła się moja kochana Basieńka, która postanowiła być moim bodyguardem. Spotkałyśmy się zatem na dworcu w Krakowie i ruszyłyśmy w drogę. Do tej pory jestem Basi wdzięczna za wynajdowanie mi miejscówek siedzących w komunikacji miejskiej i że z uporem maniaka opiekowała się berbeciem! Muszę jednak przyznać, że i tak byłam zaskoczona luzami w tramwaju i autobusie. Oczywiście, gdyby nie Basia zgubiłabym się dwa razy, ponoć z kobietą w ciąży się nie kłóci, choć akurat w tej kwestii powinno się! Dotarłyśmy o dziwo, a tam... zaczęło się piekło!
Jak jeszcze bez problemu i kolejek przeszłam przez bramkę dla blogerów, to potem zaczęły się schody. Oczywiście, biegi wprowadziły drobne poślizgi w dojeździe na czas i nawet już mój mały busik z Sosnowca do Krakowa opóźnił się z 10 minut. Niby niedużo, ale jak ktoś ma dopracowany plan co do ostatniej sekundy, to wiecie... Na miejsce dotarłam więc na 15 minut przed rozpoczęciem się spotkania blogerów organizowanego przez wortal Granice oraz Śląskich Blogerów Książkowych. Uderzam do szatni, a tam kolejka w nieskończoność... zgrzana i zdyszana stwierdziłam, że nie ma bata, abym tam stała. Udałam się odwiesić płaszcz po zjeździe. I wtedy spotkał mnie pierwszy szok- bezpłatna szatnia! Brawo. Rok temu trzeba było zapłacić 2 złote więc zmiana na plus. Kolejnym pozytywem był sam zjazd. Najpierw ŚBKowcy wręczyli Złote Zakładki laureatom- w tym Marcinowi Prokopowi, który pozdrowił nas z filmiku, potem Granice nagrodziły blogerów. Po rozdaniu nagród przeszliśmy do części integracyjnej. Niestety, kiedy blogerzy dostali prezenty większość się zmyła. Szkoda, aczkolwiek jest to zrozumiałe po części, bo to w końcu Targi, w dodatku sobota, więc kumulacja atrakcji, więc większość pognała smyrać ulubionych autorów o autografy. Kiedy inni zapoznawali się z halą, w tym Ania i Gabrysia, które super było zobaczyć ponownie, ja zostałam na spotkaniu. Miałam wielkie oczekiwania, które zostały spełnione! Na pewno było 100 razy lepiej niż w zeszłym roku. Trochę się pozwierzaliśmy z naszych sekretów książkowych, choć szczerze przyznam, że ja osobiście nie znoszę udzielać się na forum i za każdym razem jak piłeczka wpadała mi do rąk, to przeżywałam mikrozawał. Już pomijam fakt, że niewiele miałam do powiedzenia, jako, że tyle czytam i tak mało uwagi do tego przykładam. Nawet nie byłam w stanie wybrać najlepszej według mnie powieści w tym roku. Hm. Po spotkaniu wyściskałam się z Kasiek, którą znam z sieci już baaardzo długo, a nie widziałyśmy się ani razu- obie byłyśmy uradowane, że w końcu nam się udało, a także z Kasią z ŚBKów, którą ostatnio widziałam... kurde, z rok czasu już będzie. Cieszyłam się z tych chwil, z każdej sekundy spędzonej z blogerami, których znam i lubię, i z wielkim smutkiem uzmysłowiłam sobie, że być może minie sporo czasu zanim znowu ich spotkam...

 (kliknij, aby powiększyć)
Po spotkaniu przyszedł czas na najgorsze i najlepsze zarazem- łażenie po hali. Już na samą myśl robiło mi się słabo, ale ucieszyłam się, że mam bardzo okrojone plany zakupowe- miałam się kusić jedynie na wyjątkowe okazje. To nic, że kilka przegapiłam, bo nie miałam już siły targać więcej książek. Już wychodząc ze spotkania blogerów byłam obładowana dwiema. Zostaliśmy obdarowani książkami, a w ogóle się na to nie przygotowałam! Ruszyłam więc zaczynając od sekcji A i tak dalej wzdłuż po kolejnych stoiskach, względnie ułożonych, choć jednego musiałam się naszukać. Łażenie po hali okazało się być nie lada wyczynem, jeszcze większym niż sądziłam. Te wszystkie kolejki do sławnych i bogatych, ci ludzie zachowujący się jak bydło... przerosło mnie to i już w połowie chodzenia, czyli po pół godziny miałam serdecznie dość i chciałam stamtąd uciekać. W szczególności, że przy stanowisku z Piotrem Fronczewskim jakiś wyrośnięty smarkacz mnie potrącił, gdy z turbodoładowaniem wyruszył zza moich pleców, rozpychając się i biegnąć w stronę prezydentowej Kwaśniewskiej. Totalnie jednak rozbroiło mnie, jak musiałam się cofnąć do wcześniejszej alejki, aby dojść do jednego wydawcy, bo cała droga przede mną zawalona była ludźmi, którzy wręcz wisieli przy stanowisku Burdy nad biedną Martyną Wojciechowską i machali jej książkami nad głową, aby dała im autograf. Serio? Nie dało się ustawić w kolejce jak cywilizowani ludzie?! Porażka. Więcej klasy zachowano przy Jolancie Kwaśniewskiej, aczkolwiek to wiadoma sprawa ochrony, która dzielnie odgradzała zafascynowany tłum od pięknej kobiety. Ukradkiem udało mi się zrobić jej zdjęcie. Żałuję, że już byłam taka obładowana i obolała, może wtedy sama stanęłabym w kolejce, aby i dla mnie podpisała kolorowankę!
Po niecałej godzinie miałam dość. Rozbolało mnie już ramię od prezentów ŚBKowców, wielgachnego ilustrowanego Pottera, Magnusa Chase'a, a także dwóch książek od Repliki. Tak... wiem, że to mało, ale ciążyło strasznie. Na szczęście udało mi się dorwać gdzieś jakieś ostatki picia i błagałam męża, aby jak najszybciej po mnie przyjechał. Chciałam zobaczyć więcej, chciałam odwiedzić wydawnictwo SQN i dorwać się do zombiaków oraz gadżetów, no ale cóż zrobić.

 
 (kliknij, aby powiększyć)
Najpozytywniejszym wydarzeniem z targów była dla mnie wizyta na pierwszym stoisku po wyjściu ze spotkania blogerów, a mianowicie na stanowisku Repliki. Większość już zna tę historię, ale stwierdziłam, że chce mieć wszystkie wspomnienia z tego dnia w jednym miejscu. Rzecz miała się następująco. Podbiłam do stoiska Repliki, gdzie już na Facebooku widziałam, że książkę, którą od nich chciałam, a mianowicie „17 szram” mieli w ultra promocyjnej cenie. Wzięłam ją więc, a przy okazji poprosiłam sprzedawcę również o „Czas zamykania” Ketchuma. Wtem podbija drugi pan z wydawnictwa, spogląda na moje zakupy i rozgrywa się oto taka dyskusja:

Pan z wydawnictwa (patrząc na okładkę "17 szram"): "A nie chciałaby Pani może autografu jednego z tych autorów?"
Agniecha (z zaintrygowaniem i błyskiem w oku): "Hmmm.... a którego?"
PzW (wskazując nazwisko Roberta Cichowlasa): "A tego tutaj!"
A (uchachana z bananem na ryjku): "JAAAASNE!"
Agniecha rozgląda się na stoisku za Panem Robertem, lekko zdziwiona. Nagle Pan z Wydawnictwa do mężczyzny, który sprzedawał mi książki: "Robercie, trochę się napracujesz!".
Agniecha do pana Roberta (strzelając buraka i mordując siebie samą w myślach, że nie poznała swojego ulubionego pisarza grozy w Polsce):
"Przepraszaaaam! W ogóle Pana nie poznałam!"RC: "Bo ja tu jestem incognito, ale kolega każdemu musi zdradzać moją tożsamość! Dla kogo będzie?"A: "Dla Agniechy!"
RC (z lekkim zwiasem nad pseudonimem): "Agniecha... Skądś kojarzę. Nie udziela się Pani może na Lubimy Czytać?"
A: "A tam od razu udziela, czasem tylko coś tam dodam jak obejrzę. Tzn. przeczytam! Aczkolwiek oglądam też filmy, choć horrory mniej. Raz jednak wygrałam u Pana na blogu książkę "Szóstą erę" i też dostałam od Pana autograf."
RC: "Wiedziałem, że skądś kojarzę."

(kliknij, aby powiększyć)
Takie wydarzenia zawsze są dla mnie mega pozytywne, choć oczywiście nie obyło się bez tego, że o mało zawału nie dostałam! Ach, jaka ja nerwowa w tej ciąży. Nie mniej, dla takich niespodzianek, jak spotkanie z Robertem Cichowlasem, zobaczenie Jolanty Kwaśniewskiej i Piotra Fronczewskiego oraz dla wsparcia ze strony Basieńki [Orcia na diecie], dla spotkania z Gosią [Gosiarella], Anią [Wyznania książkoholiczki], Gabrysią [Zanim zajdzie słońce], Kasiek [Z pasją o dobrych książkach] i Kasią [Przekładaniec kulturalny], warto było przeżywać te koszmary i być po prostu w tym miejscu! Nie żałuję żadnej z tych chwil, choć po powrocie do domu ledwo mogłam się ruszać! Dziwne natomiast, że na te wszystkie stresy, męczarnie i kilka godzin na nogach mały bobek, który w czasie Targów miał być jeszcze Natanem w ogóle się nie poruszył. Hm.

I Śląskie Targi Książki w Katowicach / 6.-8. listopada 2015

Po krakowskich targach byłam już tak wydojona z gotówki, że do Katowic pojechałam w zasadzie tylko dla rozrywki. Pogoda zapowiadała się ładnie, ja miałam na targi aż 15 minut jazdy autobusem, więc w zasadzie- czemu nie! Wybrałam się więc 6 listopada, w piąteczek i w dodatku w samo południe. Pierwszy raz odwiedzałam Międzynarodowe Centrum Kongresowe i zrobiło na mnie piorunujące wrażenie. Tak wielkie, jak ono same! 


(kliknij, aby powiększyć)
Weszłam do wielkiego holu, tak wielkiego, że sama nie ogarniałam i zapytałam uprzejme panie w samotnej recepcji na środku tego ogromu, w którą stronę na targi książki. Na szczęście, były schody ruchome, bo ogrom schodów mnie przeraził. Pozostało tylko oddać kurtałkę do bezpłatnej szatni i ruszyć przez drzwi na mikroskopijną wręcz halę, jeżeli przyrównać ją do holu. Hm. Już na starcie rzucił mi się w oczy luz. Szerokie alejki i tak niewiele ludzi. Innymi słowy bajka! Przy samych drzwiach Śląscy Blogerzy Książkowi ogarniali wymianę. Miałam jedną książkę, ale wiecie... nie bardzo miałam chęć się schylać z brzuchem, żeby pogrzebać w tej stercie, a to co rzuciło mi się w oko zbytnio mnie nie fascynowało, więc sobie darowałam wymianę. Drugi rzut oka padł na stoisko Sklepu Komiksowego, a mianowicie na rozrzucone komiksy, które sprzedawca sobie układał. Bowiem tam dostrzegłam plakat z Supernatural. Podekscytowana pytam po ile komiks, na co pan z uśmiechem odpowiada, że to jest tylko reklama. Lekko się podłamałam, ale długo smutna nie byłam, bowiem okazało się, że komiksy z Winchesterami też są! Musiałam jednak poszwendać się trochę po hali i wrócić, bo gdzieś zaginęły w akcji. Niestety, za bardzo nie było gdzie chodzić. Choć przyznam szczerze, że obeszłam halę kilka razy, bo nie mogłam odnaleźć wydawnictwa ZNAK, u którego chciałam kupić Paddingtona. Na szczęście, wcześniej na recepcji dorwałam mapkę i program targów więc wiedziałam gdzie szukać. No cóż... taką klitkę trudno zauważyć, a i obawiałam się, że raczej nie będzie tam miśka. Nie myliłam się. Zrezygnowana poszłam dalej. Nie spodziewałam się zobaczyć stoiska wydawnictwa SQN i ucieszyłam się niezmiernie, że znowu miałam szansę dostać torbę Zawodowego czytelnika i ekipę zombiaków! Jako, że nie miałam nic- dla odmiany, mogłam zacząć od zakupu u nich. Miły pan najwyraźniej rozpoznał mnie z Facebooka, jako tę maniaczkę napastującą ich o The Walking Dead- no chyba, że mój śladowy fejm wyprzedza mnie dalej niż wiem (hehe!) i dostałam zniżkę, a także torbkę. Sympatycznie! Wtedy postanowiłam, wracam na komiksy! Supernatural się odnalazł i znowu dostałam go taniej, niż zakładaliśmy z panem sprzedawcą. Do tego dobrałam sobie jeszcze kochanej Sailorki i stwierdziłam, z radością, że wystarczy mi tego dobrego. Ruszyłam do domu.


(kliknij, aby powiększyć)
 

Całość łażenia po targach łącznie z podróżą na nie zajęło mi godzinę. Hm. Nie spotykałam się ani ze znajomymi, ani z gwiazdami. Dajcie spokój, był dopiero piątek rano. Większość wydawców nie miała nawet książek porozkładanych. Przerażająca była wielkość stanowisk i słabe wyposażenie, w zasadzie... same nowości. Ech. Trzeba stwierdzić, że Śląskie Targi wypadły zdecydowanie lepiej przed rokiem. Zniknęły sprzęty narciarskie i innego rodzaju bzdety, choć zaczęłam się śmiać na widok jacuzzi... Nie mniej, organizacyjnie wszystko wypadło lepiej, pewnie dlatego, że pieczę sprawowali organizatorzy Warszawskich Targów Książki.

Kraków kontra Katowice

Tych dwóch wydarzeń nie ma co w ogóle porównywać. Krakowskie wydarzenie jest na miarę międzynarodową. Ludzi jest tam zawsze od groma, tak samo zresztą jak różnego rodzaju gwiazd oraz wydawców. Naprawdę wiele się dzieje więc nic dziwnego, że warunki jakie tam panują wyglądają tak a nie inaczej. Dobrze jedynie, że organizatorzy wychodzą naprzeciw i znieśli opłaty na szatnie, uzbroili się w bankomat, no i odwiedzanie łazienek obyło się bez opłat.
Natomiast Katowice to zdecydowanie mniejsze wydarzenie, z mniejszą ilością ludzi, wystawców i gwiazd. Nie było żadnych fascynujących spotkań, ani warsztatów, czy wykładów. Tu więc już wszystko było za free, począwszy od wejścia poprzez szatnie, na łazienkach skończywszy. Szkoda tylko, że nie uzbrojono się w bankomat, choć może też go nie zauważyłam. Zdecydowanie więcej przestrzeni, aczkolwiek hala nieporównywalnie mniejsza od tej krakowskiej. Odnoszę wrażenie, że hol MCK był 5 razy większy od hali wystawowej. Niestety, wystawcy byli o wiele słabiej zaopatrzeni, widać było, że to taki odpoczynek po krakowskich targach.
Oczywiście, ciężko jest porównywać te wydarzenia, jako, że na targach w Krakowie byłam w sobotę- gdzie to dzień wolny, więc nawał ludzi, a Katowice odwiedziłam w zwykły dzień roboczy. Nie mniej, w kwestiach organizacyjnych te dwa wydarzenia mogłyby się wzajemnie uzupełniać.