Małe,
słodkie, gadające w dziwacznym języku, pradawne istoty o smaku
bananów. W końcu wszyscy maniacy zaopatrywali się w Tic Taki,
które oferowały nam całą rzeszę Minionków o smaku bananowym.
Drobne, urocze żyjątka zaskarbiły sobie miłość wielu ludzi na
całym świecie za sprawą animowanego hitu od Dreamworks „Jak
ukraść Księżyc”. I
tak jak Pingwiny doczekały się własnego filmu, tak teraz i Miniony
mogą skupić pełną uwagę widza w trakcie seansu „Minionków”.
Pytanie jest tylko jedno, po co?!
Jednokomórkowe
organizmy wraz z ewolucją wytworzyły odnóża, coś na kształt
mózgu, no i jakiś rodzaj świadomości. Od chwili, kiedy tylko
zaczęły myśleć pragnęły jednego- służyć wielkiemu bossowi. I
tak właśnie przez wiele wiele lat przemierzały cały świat, aby
odnaleźć tego jedynego, najgorszemu ze wszystkich. Wkrótce jednak
zaprzestały poszukiwań i osiadły w wygodnym igloo. Niestety,
czegoś było im brak- kopa, który może zaserwować im wielki
złoczyńca. Dlatego też trójka najdzielniejszych z Minionków –
Kevin, Stuart i Bob, wyruszają w świat, aby odnaleźć nowy dom.
Wszystko idzie ku dobremu, w szczególności, że trafiają na
ogłoszenie o konwencie złoczyńców, na którym gościć będzie
największa sława wśród złych- Scarlett O'Haracz (Anna
Gajewska). Minionki mają
nadzieję, że to właśnie ona będzie ich nową panią.
Naiwność
ostatnich animacji dla dzieci jest porażająca, natomiast o
inteligencji twórców sięgających po tak pokraczne pomysły...
lepiej się nie wypowiadać. Tani chwyt jakim jest stworzenie filmu
wokół konkretnej, lubianej przez wszystkich postaci? Nic nowego. W
końcu to właśnie Pingwiny z Madagaskaru doczekały się nie tylko
własnego serialu, ale też i pełnowartościowego filmu. Szkoda, że
przy okazji wyszło, że ptaki w smokingach bez Juliana nie do końca
się liczą i przestają być tak zabawne.
Problem z „Minionkami”
jest zgoła odmienny. Oczywiście, fabuła próbuje skupiać się na
ich istotkach, ale czy to aby na pewno dobry pomysł? W końcu, co za
wrażenia może nam dostarczyć potworek, który się nawet poprawnie
wysławiać nie potrafi!? Co zaskakujące... wszelkie próby
przekazania widzowi informacji nie kończyły się totalną porażką,
wręcz przeciwnie – dało się zrozumieć niemalże każde
przesłanie. Nie zmienia to jednak faktu, że jest to film
praktycznie o niczym, choć można powiedzieć, że rewelacyjnie
sprawdza się jako prequel dla serii „Jak ukraść
księżyc”. W końcu
wielu pewnie zastanawiało się, jak to Miniony trafiły w ręce Gru,
albo dlaczego są takie głupiutkie. Nie ma co, odpowiedzi na te
pytania odnajdziemy w tym filmie. Całość jednak kręci się wokół
durnego tematu poszukiwania władcy i musi być on maksymalnie zły,
bo inaczej Miniony nie będą się czuły wystarczająco dobrze. I
tyle. Cała reszta akcji, to jedynie zlepek dziwnych wydarzeń, które
doczepiają się do głównego wątku niczym rzep do psiego ogona.
Nie można powiedzieć, że nie jest to fajne, ale twórcom udało
się momentami przesadzić.
Cały film opierał się najwyraźniej na tym, aby Miniony mogły
być zabawne i urocze. No i okej, to się sprawdza. Jednakże czy da
się zbudować całą produkcję na podstawie kilku żółciutkich
charakterków? Nie bardzo. Miniony spełniają swoje marzenia.
Odnajdują bossa, niemalże udaje im się zawładnąć światem, a
przynajmniej UK, no i przede wszystkim... nawiązują nowe
przyjaźnie. Nie zmienia to jednak faktu, że ich głupota jest taka
okropna, iż z łatwością doprowadza do jakichś dziwacznych
wpadek. To bawi, nie można powiedzieć, że nie. Aczkolwiek nie jest
to wystarczające dla zachwycenia widza. Twórcy postanowili więc
sięgnąć do licznych odniesień do późnych lat 60tych. Dla
znających tamte czasy może być to nie lada gratka, ale dla małych
dzieci... serio?! Czy twórcy naprawdę sądzą, że milusińscy
zrozumieją ironię w pojawieniu się plakatu kampanii prezydenckiej
Nixona? Wątpię! Pewnie niektórzy dorośli widzowie nie do końca
byli w stanie to zrozumieć. Takich niuansów jest wiele, więc
naprawdę można się przyczepić do tego zwrotu, jakoby film miał
być skierowany do najmłodszych widzów.
Szkoda, że w polskich kinach filmy animowane nie lecą w
oryginalnej wersji. Wtedy można byłoby posłuchać głosu Geoffreya
Rusha podczas narracji, czy Sandry Bullock jako królowej animowanego
zła – Scarlet O'Haracz. O dziwo, polska obsada również daje
radę. Znakomicie odnaleźli się w swoich rolach. Nie należy też
zapominać, że w oryginale jedynie Pierre Coffin podkładał głosy
pod Miniony- mógł wówczas zaoferować szeroką gamę swojego
głosu, natomiast u nas? No oczywiście... trzy postaci to trzech
osobnych aktorów. Jakbyśmy się bali zaangażowania pojedynczych
jednostek. Smutne. Nie mniej, udawać takiego Minionka musi być
strasznie trudno. W szczególności, że włada chyba wszystkimi
językami świata tworząc z nich swój własny. Genialne! Na
szczególną uwagę zasługuje natomiast animowana Scarlet. Jest
chyba najbardziej szajbniętą postacią filmu, aleeee.... wygląda
naprawdę rewelacyjnie! Prawdziwa miłośniczka temperamentnej
czerwieni. Cudownie zanimowana!
Pod
bardzo wieloma względami „Minionki”
zawodzą. Są za bardzo monotonne, nie wnoszą praktycznie nic nowego
do znanej historii poza odpowiedzią na oczywiste pytanie.
Najwyraźniej, kręcenie filmów o pojedynczych bohaterach
wywodzących się z wielkich filmów, nie zawsze musi się udawać.
Tu mamy przykład na to, że choć potencjał był, to umarł w
butach. Ciekawe są tutaj natomiast odniesienia do późnych lat
sześćdziesiątych, no i przede wszystkim... można się przy tym
genialnie bawić! Humor, zabawa, innymi słowy wszystko to, czego
należałoby oczekiwać od prawdziwej rasowej animacji. Gdyby tylko
była choć ciut mądrzejsza, to byłby wręcz ideał. Szkoda, że
większość ludzi, którzy widzieli film uznaje ten czas za
stracony. Jak dla mnie nowy film z żółciutkimi „banana” to po
prostu ciekawy prequel o dość przewidywalnej fabule. Polecić można
go zdecydowanie sympatykom żółciutkich ludzików, ale trudno jest
obiecywać, że i oni się nie zawiodą.
Ocena:
5/10
Recenzja dla portalu A-G-W.info!

Premiera:
17 czerwca 2015 (Świat) 26 czerwca 2015 (Polska)
Prześlij komentarz