Reżyseria:
Noam Murro
Scenariusz: Kurt Johnstad, Zack Snyder
Na
podstawie: komiksu
Franka Millera „Xerxes”
Zdjęcia:
Simon Duggan
Muzyka:
Junkie XL
Kraj:
USA
Gatunek:
Akcja, Dramat
Premiera: 05 marca 2014 (Świat) 07 marca 2014
(Polska)
Obsada: Sullivan Stapleton, Eva Green, Lena Headey, Hans
Matheson, Rodrigo Santoro, Callan Mulvey, Jack O'Connell, David
Wenham
Setki gołych klatek piersiowych.
Hektolitry krwi rozlewanych po całym ekranie. Nie, to nie film z
serii sado-maso, a kolejna odsłona, w zasadzie alternatywna historia
dziejąca się w okresie bitwy pod Termopilami, gdzie ku Persom
podążała armia 300 Spartan przewodzonymi przez Leonidasa. Zack
Snyder oddaje stery w ręce początkującego w klimacie starożytnego
"slow-motion" reżysera- Noama Murro, który z kolei dobrze sprawdza
się w roli następcy. „300: Początek imperium”
jest równie porywające, ale pod pewnymi względami odrobinę lepsze
od pierwszej historii. A oglądanie tej spektakularnej bitwy na
gigantycznym ekranie IMAXa, to wrażenie nie do opisania.

Temistokeles (Sullivan
Stapleton) jest jednym z
najlepszych wojowników, a także przywódców i strategów
starożytnej Grecji. Jego wyczyny na polu bitwy przeszły do
legendy, w szczególności te z walki pod Maratonem, gdzie uśmiercił
perskiego władcę- Dariusa. Teraz, pod doradztwem pięknej Artemizji
(Eva Green),
syn króla- Xerxes
(Rodrigo Santoro), staje
się najokrutniejszym i najpotężniejszym człowiekiem na Ziemi-
Królem Bogiem. Zbliża się największa wojna pomiędzy Grekami i
Persami, dlatego też Temistokeles robi wszystko, aby zjednoczyć
kraj w walce przeciwko największemu wrogowi. Niewielu
przedstawicieli swoich miast wierzy w zapewnienia wojownika, nawet
Sparta odwraca się od niego, a król Leonidas udaje się wraz ze
swoimi 300 Spartanami na samotną walkę. Tymczasem grecka armia
wykorzystuje całą swoją flotę i wyrusza na morze, gdzie
rozpoczyna największą bitwę z potężnymi statkami najlepszego
doradcy i komandora władcy Persji- Artemizji.
Nie ma co się oszukiwać, że na takie filmy jak „300:
Początek imperium” do kina chodzimy, aby zgłębiać swoje
własne emocje i włączać myślenie. Takie obrazy tworzone są
tylko z jednego powodu- dla rozrywki! Nie mniej, żeby całkowicie
nie potraktować powierzchownie tematu wielkich greckich bitew,
scenarzyści urozmaicają produkcję wieloma patetycznymi wstawkami,
ale przede wszystkim ciekawie opowiedzianymi historiami Xerxesa i
Artemizji. Wzbudzają emocje, próbują zmuszać do myślenia, ale to
oczywiście tylko pozory, bo nie taki cel ma ten film. Pokazuje się
tutaj oblicze zjednoczonej Grecji, która przeciwstawia się jednemu
wspólnego wrogowi- oczywiście, po zwalczeniu pewnych swoich oporów.
Przy tej okazji scenę seksu można było sobie darować, choć nie
jestem na tyle obojętna, aby powiedzieć, że mnie nie zaciekawiła.

Oprócz wspomnianych historii genialnie prezentuje się
motyw Leonidasa z jego Spartanami. Z początku dość niepewnie
zagłębiałam się w tę zawiłość chronologiczną, nie mogąc
przypisać aktualnie rozgrywających się wydarzeń, do tych z
poprzedniego tytułu. Nie mniej, świetnie zostało to rozwiązane,
czyniąc tym samym „300” opowieścią w tle, mającą
bardzo istotne znaczenie symboliczne dla Greków i ich walkę o
wolność.
Film kuleje pod względem
fabularnym, nie ma co tu kłamać, że zmusza do większych
refleksji, nie oznacza to jednak, że jest to obraz kiepski.
Dlaczego? Bowiem wszelkie swoje niedostatki nadrabia efekciarstwem,
które najlepiej odczuwalne jest na wielkiej sali kinowej IMAXa z
gigantycznym ekranem w roli głównej i piorunującym nagłośnieniem.
Wszystko stało się wyraźniejsze, wszystko stało się bardziej
widowiskowe, do tego stopnia, że widz wychodzi oszołomiony z sali-
oślepiony i ogłuszony, wręcz wstrząśnięty. To nic, że „300:
Początek imperium” jest
jednym wielkim efektem specjalnym wykreowanym za pomocą komputera,
na szczęście- nie wszystko. Wszystkie scenografie, zjawiskowe
górowanie Xerxesa nad poddanymi, obraz morza będącego polem bitwy-
wszystko to dopracowane w najmniejszym szczególe, nie sposób się
nie zachwycić. W szczególności, że ma to klimat starożytnej
Grecji, a nie może być nic lepszego. Bitwy również prezentowały
się spektakularnie- nie tylko pod względem tempa akcji, ale również
ich wykonania. Temistokeles wraz kompanami wywijali mieczami, że aż
dziw brał jak bardzo są sprawni. Gdy dodać do tego jeszcze
wszelkie zabawy obrazem, które tak bardzo spopularyzowane zostały
przez „300”,
nie trudno nie wpaść w zachwyt, gdyż idealnie podkreślają
sytuacje. Nie mniej, gdzieś wyśmiano przydługie i zbyt częste
stosowanie "slow motion" mówiąc, że wydłużają film o pół
godziny. Tym razem było tego sporo, nie powiem, że nie.

Zniszczone,
zapuszczone jak to na starożytną Grecję uliczki, ale przede wszystkim morze, pięknie wykonane
w tym klimacie scenografie, walka pomiędzy dobrymi i złymi, do tego
wszystkiego idealnie pasują tylko mocne dźwięki- które też stały
się dość powszechne przy filmach tego rodzaju. Tutaj za wspaniałą
zabawę muzyczną odpowiadał Junkie XL, udało mu się stworzyć
charakterystyczne, bardzo mocne brzmienia szybko wpadające w ucho i
zostające z widzem na dłużej. Ze ścieżki dźwiękowej na
szczególną uwagę zasługuje „Marathon”, „From Man to God
King”, no i oczywiście „Fog Battle”. Bardzo fajne kawałki,
dzięki którym od razu można wczuć się w atmosferę filmu.
Aktorsko film również nie
wchodzi na wyżyny. Zaangażowanie do filmu Sullivana Stapletona nie
musiało okazać się wcale błędem i gdy nie patrzy się na jego
twarz to nie wypada wcale tak źle. Nie mniej, ma coś bardzo nie tak
z mimiką, a jego patetyczne przemowy pozbawione są charyzmy.
Momentami sprawiał wrażenie, jakby nie potrafił odnaleźć się w
roli Temistokelesa. Już chyba lepiej sprawdziłby się tutaj Liam
McIntyre- tak, gwiazda serialowego „Spartakusa”. Xerxes tylko z
wyglądu niczego sobie. Głos przerobiony, wzrost powiększony,
innymi słowy- mało przekonujący. Nie mniej zaskakuje przemiana
Rodrigo Santoro, który poddawał się sześciogodzinnej
charakteryzacji (w końcu trochę czasu było potrzebne, aby obłożyć
go jego świecidełkami) tylko po to, aby potem wrzucić go na „green
screen”. Zaskakujące jest to, jak świetnie poradziła sobie ze
swoją rolą Eva Green. Jako Artemizja charakteryzowała się
agresywnością, której nie sposób było się jej oprzeć.
Waleczna, odważna, prowokacyjna- co jakiś czas wskakiwała w
kolejne kuse wdzianko. Robiła wrażenie ogniem w oczach. Zupełne
przeciwieństwo dotychczasowych kobiecych postaci ze starożytności.
Pomimo wszelkich wad „300:
Początek imperium” można
uznać za film bardzo udany. Oczywiście, od strony fabularnej jest
dość marny, nie mniej ma swoje lepsze chwile, dzięki którym da
się przeżyć ogół paplaniny. Twórcy nie unikają licznych
wpadek, a także głupot strukturalnych, jak chociażby taka scena na
statku Artemizji, czy nieoczekiwane pojawienie się konia będącego
bohaterem dnia. Aczkolwiek potrafią zaskoczyć rozwiązaniami,
narracja rozbudza ciekawość, a wkręcenie do opowieści o
Temistokelesie Leonidasa wychodzi bardzo płynnie. Wszelkie
niedostatki nadrabia Eva Green, a dziury w logice fabuły
spektakularność obrazu. Właśnie takie filmy powinny pokazywać
się na wielkim ekranie! Produkcje, które choć nie do końca
potrafią wstrząsnąć nami emocjonalnie, to rozwalą fizycznie.
Takie obrazy, które oszołomią do tego stopnia, że nie będziemy
mogli skleić jednego poprawnego zdania. „300:
Początek imperium” jest
świetną zabawą i wielkim, niezapomnianym widowiskiem, w
szczególności na sali kinowej IMAXa.
Ocena: 7/10
Film obejrzałam dzięki zaproszeniu od Warner Bros.!

Film całkiem dobry, jednak pierwsza część bardziej przypadła mi do gustu. Największą zaletą filmu są chyba efekty specjalne, które wymiatają :) Sporo się naszukałem, bo nienawidzę oglądania kinówek, ale w końcu z kumplem znaleźliśmy w miarę dobrą wersję, a gdzie? najciemniej zawsze pod latarnią- na PlayWatch'u :D Łapcie i nie dziękujcie spartiaci xD
OdpowiedzUsuńhttp://playwatch.pl/6071960ebe/9ed9a46262