Reżyseria: Akiva
Goldsman
Scenariusz: Akiva
Goldsman
Na podstawie:
powieści Marka Helprina „Zimowa opowieść”
Zdjęcia: Caleb
Deschanel
Muzyka: Hans
Zimmer, Rupert Gregson-Williams
Kraj: USA
Gatunek:
Melodramat, Fantasy
Premiera: 13
lutego 2014 (Świat) 14 lutego 2014 (Polska)
Obsada: Colin
Farrell, Jessica Brown Findlay, Russell Crowe, Jennifer Connelly,
William Hurt, Mckayla Twiggs, Ripley Sobo
Jak żyć, gdy na ekranie kinowym pojawia się podobna produkcja.
Jak to przetrwać, kiedy walentynkowy seans udaje się w całkiem
odwrotnym kierunku. Akiva Goldsman, który dotychczas był sprawcą
scenariuszy do „Jestem legendą”, czy „Piękny
umysł” po raz pierwszy staje w roli reżysera. I to nie
przy byle jakim filmie, bo w końcu „Zimowa opowieść”
jest ekranizacją jednej z powieści Marka Helprina będącej
kwintesencją nurtu realizmu magicznego. Jednakże produkcja szybko
udowadnia, że chaos tematyczny, który w niej panuje, może być
bardzo ciężkostrawny i niekoniecznie musi przysporzyć jej
pozytywnych opinii.
Źródło: Warner Bros.
|
Peter Lake (Colin Farrell) jest drobnym złodziejaszkiem,
który za niemowlaka przybył do wybrzeży Nowego Jorku w malutkim
modelu łódki. Odnaleziony i wychowywany został przez człowieka
żyjącego z połowu małż, ale szybko zboczył z kariery mechanika
i wpadł w ręce niejakiego Pearly Soames (Russell Crowe)-
kolekcjonera dusz, demona na usługach Lucyfera, którego obawiają
się wszyscy mieszkańcy. Pewnego dnia wszystko ulega zmianie, gdy
Pearly poznaje prawdziwe przeznaczenie Petera, robi więc wszystko,
aby jego cud się nie ziścił. Uciekając przed wysłannikami demona
Peter odnajduje tajemniczego białego konia, który przyprowadza go
pod drzwi urodziwej rudowłosej, umierającej na suchoty– Beverly
(Jessica Brown Findlay). Zakochują się w sobie od pierwszego
wejrzenia i spędzają ze sobą każdą chwilę. Niestety,
przeznaczenie bywa okrutne i ich losy się rozdzielają. Sto lat
później Peter dalej kroczy po Ziemi, aby wypełnić nieznane mu
przeznaczenie.
Tak bezsensownego misz maszu tematycznego w jednym filmie już dawno
nie widziałam. Wszelkie zwiastuny kinowe dawały nadzieję na to, że
„Zimowa opowieść” będzie nie tylko idealnym
obrazem do obejrzenia we dwójkę w walentynkowy wieczór, ale przede
wszystkim będzie to porywająca, wzruszająca i zdecydowanie
najbardziej magiczna romantyczna podróż. I choć w pierwszym
momencie, tak się właśnie dzieje, to jednak następuje pewien
przełomowy moment, w którym to fabuła całkowicie rozmija się z
naszymi oczekiwaniami. Wydaje się, że naczelnym tematem jest
oczywiście, to co dostrzegamy w zapowiedziach, a mianowicie
przepiękne uczucie, które łączy dwójkę bohaterów, teoretycznie
tych najgłówniejszych. Nie ma co narzekać, gdyby film składał
się tylko z tych i podobnych im scen, to byłby to najbardziej
delikatny, najbardziej romantyczny i najbardziej fascynujący romans
w kinematografii. Gdyby.
![]() |
Źródło: Warner Bros. |
Niestety, kiedy do miłości zaczynają
wtrącać się cuda (!), demony, anioły, czy latające konio-psy, to
wszystko zaczyna tracić swój pierwotny cel. Wszystko nabiera
wymuszonego metaforycznego charakteru, a przede wszystkim sensowności
nastawionej już na standardową i odwieczną oklepaną walkę dobra
ze złem. No i dobrze, nawet to można byłoby jakoś znieść, gdyby
nie zakończenie całkowicie wyrwane z kontekstu. Wszystko przez to,
że nagle z romansu skazanego na niepowodzenie z powodu choroby
bohaterki film przekształca się w totalne science fiction, gdy
bohater ni stąd ni zowąd dożywa dodatkowe sto lat, aby wypełnić
swoje przeznaczenie. I tutaj kolejne zaskoczenie, bo nie chodzi o
przeznaczenie, o cud prawdziwej miłości, która przetrwa śmierć,
ale o coś zupełnie innego, coś tak totalnie nieromantycznego, że
aż szokuje. A wszystko to tak banalnie zakończone, że aż dziw
bierze.
Na szczęście, choć fabularnie film mocno kuleje, to jest naprawdę
pięknie zrobiony. W szczególności w czasie Nowego Jorku z początku
XX wieku, kiedy prostota tak cudownie kontrastuje z elegancją.
Kluczową rolę odgrywały tu kostiumy wspaniale komponujące się z
tą epoką, a także i scenografia- Nowy Jork zasypany śniegiem,
zmarznięte ulice, wspaniałe ośnieżone budowle na miarę domu nad
jeziorem. Wszystko to łączy w sobie subtelność i ostrość
zimowych klimatów, ale przede wszystkim podsyca magiczny nastrój
całego obrazu. Całość upiększają kompozycje muzyczne, a za nie
odpowiadali w duecie Hans Zimmer i Rupert Gregson-Williams. Osobno
tworzą oni wspaniałą muzykę, w szczególności ten pierwszy jest
bardzo charakterystyczny, jednakże w parze nie osiągają niczego
wybitnego, ot przeciętna melancholijna muzyka, która wykorzystując
znane nuty idealnie wkręca się w nastrój. To co jednak najbardziej
dobija w tym filmie, to choć charakteryzuje się on naprawdę
pięknymi zdjęciami, to większość dobrego wrażenia zepsuta
zostaje przez bardzo kiepskie wykorzystanie efektów specjalnych.
Przez to powstają sceny przywołujące na myśl katastrofę
Titanica, czy latające konie z błyszczącymi niewidzialnymi
skrzydłami (anioł, czy co?) . W dużej mierze uwydatnić mają
pewną grozę czarnych charakterów w filmie, aczkolwiek trudno
powiedzieć, że spiczaste zęby Lu wyskakujące znienacka, czy
poszarpana twarz Pearly'ego to coś co mogłoby zachwycić i
faktycznie przerazić. Wypada to o wiele za tandetnie, bo już chyba
lepiej by było, gdyby twórcy poszli na całość i unaocznili
bardziej całe to drzemiące w nich zło- a nie jedynie za pomocą
cienia rzucanego na ceglasty mur.
![]() |
Źródło: Warner Bros. |
Kolejny zawód sprawia nam obsada. Dobór może i drugorzędny, bo
nie są to gwiazdy największego formatu, ale nazwiska sprawiały
wrażenie, że nie może dojść do katastrofy w ich grze. Tragedii
oczywiście nie było, ale i tak denerwujący Colin Farrell, nadaj
takim pozostaje. Jego wizerunek zostaje odrobinę ułagodzony, a
zdecydowanie bardziej podoba się wersja nieogolonego zapominalskiego
o długich włosach. Jego na pozór gładkie lico nie robi zbyt
wielkiego wrażenia, gdyż odkrywa niedoskonałości mimiki jego
twarzy. Choć wydaje się, że całe ciało dostosowuje się do
emocji, które mają zostać przelane na nas z ekranu cała twarz
zdradza, że tak nie jest. Typ czarusia przestał się już
sprawdzać, a całość wypada dość blado. Nadrabia tutaj jedynie
Jessica Brown Findlay, która zachwyca swoim urokiem. Jednakże
aktorsko również wypada dość blado, choć może być to
spowodowane towarzyszem zaniżającym opinię. Zazwyczaj w takich
przypadkach najlepiej sprawdzają się czarne charaktery i na pewien
sposób i w przypadku „Zimowej opowieści” tak
właśnie jest. Russell Crowe, jako Pearly, może nie prezentuje
dokładnie tego, co można by oczekiwać po takim aktorze, ale
zdecydowana zabawa głosem i mimika robią swoje. Największą
niespodzianką w obsadzie jest postać Lu. Nigdzie nie pokazywany w
żadnych zapowiedziach aktor wywołuje jedynie jedno wielkie
niekontrolowane „PFFFF!”, gdy w najbardziej napiętym momencie i
wyczekiwaniu któż może to być w tej roli, pojawia się akurat on.
Serio?
![]() |
Źródło: Warner Bros. |
Nazwisko Akiva Goldsman, a także urokliwie magiczne zapowiedzi
sprawiają, że podróż do kina na tytuł „Zimowa opowieść”
wydaje się być czymś koniecznym do wykonania! Szybko jednak
okazuje się, że choć jest to film całkiem przyjemny, to momentami
całkowicie niezrozumiały. Cóż z tego, że pięknie wykonany- choć
chyba na zawsze w głowie pozostanie wizerunek latającego konia, cóż
z tego, że muzyka jest tak nastrojowa, skoro efekt nie jest w stanie
sprostać naszym oczekiwaniom. Oprócz tego, że scenariusz to
niespójny twór, w którym panuje totalny bałagan wątkowy i
gatunkowy, to w dodatku film jest niesamowicie nudny, a dialogi i
ogólny wydźwięk przesiąknięte banalnością. Zdecydowanie jest
to jedno z największych rozczarowań tego roku.
Ocena: 4/10
Film obejrzałam na zaproszenie Warner Bros.!
Film ogląda się dobrze, póki nie chce się za bardzo myśleć. Lubię Colina Farrella więc w romantycznym wydaniu mi odpowiadał. Fabuła kuleje, ale druga połowa filmu przyprawia o ból głowy. Szkoda, bo zapowiadał się przyjemny i magiczny film.
OdpowiedzUsuńKsiążkę nieprędko obadam, ale doszły do mnie słuchy, że w filmie niewiele z niej zostało.
A zwiastun był nader zachęcający
OdpowiedzUsuńSłabiutko. Zwiastun był tak piękny, że... postanowiłam zdecydowanie przeczytać książkę. :D Jestem nią zachwycona, a jak widać nie można powiedzieć tego o filmie. :( Mam nadzieję, że sięgniesz i sama się przekonasz. :D
OdpowiedzUsuńOj spodziewałem się większej magii - i wyższej oceny. Jak widać, łatwo można się zawieść.
OdpowiedzUsuń