NOWOŚCI

środa, 11 lipca 2012

959. 11-11-11, reż. Darren Lynn Bousman

Reżyseria:  Darren Lynn Bousman
Scenariusz: Darren Lynn Bousman
Zdjęcia: Joseph White
Muzyka: 
Joseph Bishara
Kraj: USA, Hiszpania
Gatunek: Horror
Premiera:
10 listopada 2011 (Świat)
Obsada:
Timothy Gibbs, Michael Landes, Wendy Glenn, Angela Rosal, Lluise Soler



     Czekasz na film dość długo. Zaintrygowała Cię zapowiedź i po prostu nie przeżyjesz jak nie obejrzysz filmu w całości. Jednakże, zazwyczaj zwiastun nie do końca przekazuje sens filmu, a stanowi jedynie najlepsze jego elementy, co potem kończy się naszym ogromnym zawodem. Darren Lynn Bousman, znany wszystkim jako jeden z twórców kultowej „Piły” próbuje znowu straszyć widzów. Co zaskakujące, jedyne co może przerażać w jego filmie „11-11-11” to wykonanie ciekawego zamysłu, przez co zbyt wielu fanów to on sobie nie przysporzy.
     Joseph Crone (Timothy Gibbs) jest znanym i szanowanym autorem powieści z dreszczykiem, pomimo swojego agnostycznego podejścia do życia. Kiedy w straszliwym pożarze ginie jego żona i syn, Joseph nie potrafi pogodzić się z tą stratą, a jego niechęć do Boga pogłębia się jeszcze bardziej. Wtedy dowiaduje się od swojego brata, Samuela (Michael Landes), że ich ojciec umiera. Joseph czym prędzej pakuje swoje rzeczy i wyrusza do Hiszpanii, aby w swoim dawnym domu być przy umierającym ojcu. Wówczas zaczyna mieć dziwne halucynacje, a liczby 11-11 prześladują go na każdym kroku. Okazują się być one zapowiedzią okropnych wydarzeń przypadających na dzień 11 listopada, w którym to zostaną otworzone tajemne wrota i nieczyste siły przybędą po Samuela.
     Jedno jest pewne, film ten nie jest tym czego się człowiek spodziewa. Mamy nadzieję na coś prawdziwie niezwykłego. Coś co zmrozi nas do szpiku kości, zaskoczy niespotykanie i może też przerazi. W pewnej części „11-11-11” spełnia swój cel, bo finał jest prawdziwą niespodzianką. Nikt nie spodziewałby się takiego obrotu spraw, no bo i skąd. Najciekawsze jest to, że bardzo wielu widzów, po tym finale pozostaje z pustką, ponieważ to co zostało nam przedstawione jest zupełnie... niezrozumiałe! Nasze rozumki nie są w stanie ogarnąć, jak to się zdarzyć mogło, bo przecież rozwój fabuły był taki daremny. Budowanie napięcia ludzie, budowanie napięcia! Tutaj w sumie ta budowa idzie dość niemrawo. Dzieją się jakieś niewyjaśnione rzeczy, których powodów w ogóle nie trybimy. Oczywiście, sam bohater dochodzi do jakichś konkluzji przeszukując odmęty Internetu. Dziwne jest to, że jak my sobie wpiszemy w Googlach 11-11 to nie wyskakują nam podobne śmieci, no ale w sumie u nas w Polsce miało miejsce zaskakujące wydarzenie tego dnia, czyli zamieszki z okazji 11 listopada. To o tym było głośno, a nie o jakichś posłańcach posługujących się tymi cyframi jako swoim znakiem rozpoznawczym. Cóż to one chcą przekazać naszemu bohaterowi? Ano na pewno, że wydarzy się coś złego. W końcu to nie przelewki, a 11.11.11 trafia się tylko raz na sto lat, choć to i tak spore naginanie rzeczywistości. O co dokładnie chodzi? Nie wiadomo. Źródła internetowe twierdzą, że tegoż dnia otworzy się brama, a aniołowie przychodzą i ostrzegają przed tym. Zaś z drugiej strony jest Samuel, który twierdzi, że to nie anioły, tylko jakieś demony. Komu wierzyć? Okazuje się być to kluczową decyzją w tym filmie.
     Tutaj na ekranie zobaczymy sobie zarys postaci wyłaniający się z obłoku mgły, tam znowuż jakąś paskudną pomarszczoną mordę, która już samym wyglądem straszy, a jeszcze śmie się odzywać i wydawać nieartykułowane dźwięki, a poza tym to jeszcze jest przecież ten niezwykły dom, który mógłby idealnym miejscem do kręcenia większości horrorów. Już on sam przeraża, choć w ogóle zdjęcia i muzyka, jakoś nie sprzyjają dobremu samopoczuciu. Cały film mamy gęsią skórkę, choć zasadniczo niewiele się tutaj dzieje. W końcu cała fabuła skupia się na pisarzu i na jego podejściu do religii. Z tego też powodu to właśnie kwestie wiary są tutaj poruszane i naciągane do granic możliwości. Intryguje trochę działalność brata i ojca Josepha i budzi ona pewien niepokój. Msza, której jesteśmy świadkami pozostawia sporo do życzenia i przywołuje na myśl swoistą sektę, no ale co kraj to obyczaj i wiara. Trzeba jednak przyznać, że to ciągłe rozczulanie się Josepha bywa denerwujące, a to jak ta Sadie mu się naprzykrza wydaje się jeszcze gorsze. Co za kobieta leci za facetem na drugi koniec świata? Za facetem, którego technicznie rzecz biorąc nie zna! Racjonalne posunięcia bohaterów nie są dobrą stroną tego filmu, ale jak się ostatecznie okazuje wszystko ma tutaj głębszy sens. Nawet ten konflikt na linii ojciec-Joseph-Samuel.
     Kolejny maluteńki, ale jakże i potężny plusik tego filmu to ten rozczulający się nad sobą Joseph Crone, a mianowicie Timothy Gibbs. Facet już dość wiekowy, który dopiero robi większe zamieszanie w Hollywood. Cóż też pchnęło Darrena Lynn Bousmana do zaangażowania do tej produkcji właśnie Gibbsa? Pewnie ten jego hiszpański, męski i groźny zarazem wygląd! Głos też niczego sobie i każda w sumie chciałaby, żeby ktoś taki ją chronił. No, ale on gustuje w braciszkach. W każdym bądź razie chyba najlepiej radził sobie z całej tej obsady i jego najmilej się wspomina. Bardziej znaną twarzą jest Michael Landes, który objawiał swoje lico już w takich filmach jak „Oszukać przeznaczenie 2”, gdzie grał dzielnego policjanta lub w „Opętanym” u boku Buffy, gdzie szybko go uśmiercili, ano niestety. Jako cudowny brat Samuel idealnie spełnił swoje zadanie, choć nie do końca przekonywał w swoim uporze i zaangażowaniu. Równie beznadziejna była tylko Sadie aka Wendy Glenn i jej, pożal się Boże, aktorstwo. Daremna, sztywna, bez charyzmy i w dodatku w ogóle nie potrafi grać ciałem.
     „11-11-11” dość mocno zawodzi i naprawdę ciężko jest wytrzymać do tego niesamowitego finału, w którym wszystko staje się jasne, choć, jak się okazuje, w ogóle nie zdawaliśmy sobie sprawy z niejasności tej produkcji. Ale co by było, gdyby nie było tych retrospekcji? Człowiek pozostałby tak samo głupi, jak na początku filmu! Jedyne dobrze, że film jest zaskakujący, jest to jego największa zaleta, bo gdyby nie ten traumatyczny finał to pewnie wylądowałby wśród najgorszych filmów roku, a miał do tego ogromne predyspozycje. Czekałam na ten moment, który zaważy na mojej ocenie i na szczęście, mogę go określić średniaczkiem.

2 komentarze :

  1. Amerykańskie horrory już od dawna przestały mnie interesować, bo - w większości - nie mają już zwyczajnie nic do zaoferowania. Raz na jakiś czas zdarza się wyjątek. Twoja opinia raczej nie sprawia, żebym pomyślał o tym filmie właśnie jako o wyjątku, po który z przyjemnością sięgnę. Pewnie nie dałbym rady wytrzymać do tego zaskakującego finału:)
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  2. Już od dłuższego czasu przymierzam się do tego filmu. Chcę go zobaczyć. Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń