NOWOŚCI

niedziela, 13 kwietnia 2014

1119. Straż sąsiedzka, reż. Akiva Schaffer

Oryginalny tytuł: The Watch
Reżyseria: Akiva Schaffer
Scenariusz: Evan Goldberg, Seth Rogen, Jared Stern 
Zdjęcia: Barry Peterson
Muzyka: Christophe Beck 
Kraj: USA
Gatunek: Sci-Fi, Komedia
Premiera: 27 lipca 2012 (Świat) 21 września 2012 (Polska)
Obsada: Ben Stiller, Vince Vaughn, Jonah Hill, Richard Ayoade, Rosemarie DeWitt, Will Forte, Mel Rodriguez, Doug Jones
      Akiva Schaffer nie słynie z tego, że robi jakoś zabójczo dobre filmy. Choć sam staje się aktorem w swoich początkowych filmach, nie wynosi to jego produkcji ponad przeciętność. Po pierwszym tytule- „Hot Road”, który zasadniczo przeszedł bez większego echa pomiędzy nami, Schaffer angażuje gwiazdy kina komediowego i tworzy nowe spojrzenie na popularną za oceanem „Straż sąsiedzką”.

     Evan (Ben Stiller) jest właścicielem jednego z lokalnych marketów. Jednakże kiedy w tajemniczych okolicznościach zamordowany zostaje jeden z jego pracowników, a także przyjaciół, mężczyzna zaczyna obawiać się o bezpieczeństwo miasteczka. Postanawia założyć staż sąsiedzką, która będzie broniła porządku. Niestety, odzew jest bardzo mały, ale Ci, którzy przychodzą na inauguracyjne spotkanie od razu łapią bakcyla. Tworząc czteroosobową drużynę stają się sobie bliżsi niż rodzina, chociaż nie są najlepsi w swoim nowym zadaniu. Wkrótce okaże się, że to od nich będzie zależało życie planety, kiedy będą zmuszeni bronić miasteczko przed inwazją kosmitów.
     Jeżeli kiedykolwiek zastanawialiście się jak wyglądać będzie najgorsza komedia sezonu, to oto macie odpowiedź pod postacią „Straży sąsiedzkiej”. Okazuje się, że wystarczy zaangażować do produkcji kilku błaznów światowej sławy, wcisnąć im w usta dość wulgarne i całkowicie nieśmieszne żarty, a następnie dowalić stertą kosmitów żądnych ludzkich bebechów i tak oto macie zidiociałą fabułę, która ubawić potrafi jedynie swoją durnotą. Ciężko orzec, w czym tkwi tutaj problem, bo przecież obraz ogląda się całkiem nie najgorzej i nie trzeba tutaj zbytnio wysilać naszych mózgów. Nie mniej, każdy jakiś mózg posiada i wie kiedy widzi straszliwą kiszkę. Co prawda, mogłoby być znacznie gorzej. Szczęśliwie, jest całkiem znośnie. Film ten to uosobienie wszelkich lęków dorosłego mężczyzny. Każdy ojciec chciałby dokopać chłopaczkowi dobierającego się do jego ukochanej córeczki, ale przede wszystkim mieć ku temu usprawiedliwienie. Każdy chciałby wykazać się przed niedoszłym szefem, że niezatrudnienie go było największą pomyłką jego życia. Ostatecznie, chodzi tutaj też o przełamywanie pewnych stereotypów, o umiejętność komunikacji w związkach, ale i z otoczeniem. Co ciekawe, fabuła nie prezentuje sztampowej koncepcji. Udaje jej się wybić poza przyjęte ramy i to chwilę pociąga. Jednakże tam gdzie wydawałoby się, że obraz będzie pokazywał dość fascynującą walkę czwórki mało rozgarniętych facetów traktujących się jako straż sąsiedzką z przybyszami z kosmosu, zostajemy zaskoczeni bardzo rozbudowanymi relacjami pomiędzy nimi. Elementy science fiction schodzą więc na dalszy plan ustępując miejsca komedii, takiej, których dziś pełno, czyli pozbawionych subtelności, a niezwykle dosadnych, wulgarnych i w konsekwencji- mało zabawnych. Szkoda, bo naprawdę zapowiadało się ciekawe kino.
     Przez chwilę można było pomyśleć, że przynajmniej kosmici podratują trochę kulejącą fabułę i wzbogacą ją swoją efektywnością. Ci wyglądają dość przerażająco, choć i tutaj reżyserowi udało się dokopać jedynemu fascynującemu elementowi poprzez zabawę z ogłuszonym wrogiem. Żenada, jakich mało. Troszkę tu i wybuchów, trochę głupawych czynów z uroczą zabaweczką, ale przede wszystkim mało fascynujących ujęć, czy też muzycznych wycieczek. A szkoda.
     Zazwyczaj na Bena Stillera zwalałam klapę konkretnej produkcji. Ewidentnie wypadł z formy, udowadnia to także w roli Evana. Wcześniej był irytujący, teraz jest całkowicie niewidzialny. Dotychczas dysponował przesadzonym dowcipem, natomiast teraz w ogóle został go pozbawiony. Pracę za niego wykonują Vince Vaughn (Bob), Jonah Hill (Franklin) oraz Richard Ayoade (Jamarcus). Totalne świry komediowe. Ich humor nie jest jednak zbytnio wyrafinowany, a można rzec, że wręcz prostacki. I choć Jamarcus jest dość znośny dzięki swojemu brytyjskiemu akcentowi, a także spełnianiu swoich ukrytych pragnień (cóż za zbieg okoliczności!), to jednak pozostali dwaj pozostawiają spory niesmak (choć pewnie też nie u wszystkich).
     „The Watch” to, jak dla mnie, spory zawód. Spodziewałam się naprawdę odjechanej komedii ze sporą dawką science ficiton, a dostałam za to jakąś niedorobioną półprodukcję, w której priorytetami są lokalne orgie, czy też walka o większą ilość jednoznacznych i niesmacznych żartów. Kosmici nie robią tak piorunującego wrażenia, a wszystko trochę za bardzo przypomina polowanie rodem z „Predatora”. Zabawne- owszem (w szczególności lokalizacja mózgów kosmitów), ale ostatecznie wydaje się, że cała ta jatka pozbawiona jest większego sensu.
Ocena: 3/10

1 komentarz :

  1. Przyznam, że film jest dość nieciekawy. Przynajmniej mnie zbytnio nie zafascynował.

    OdpowiedzUsuń