NOWOŚCI

poniedziałek, 26 listopada 2012

1000. Ukryte pragnienia, reż. Bernardo Bertolucci

Oryginalny tytuł: Stealing Beauty
Reżyseria: Bernardo Bertolucci
Scenariusz: Bernardo Bertolucci, Susan Minot
Zdjęcia: Darius Khondji
Muzyka: Richard Hartley
Kraj: Włochy, Francja, Wielka Brytania
Gatunek: Dramat
Premiera: 29 marca 1996 (Świat), 12 września 1996 (Polska)
Obsada:
Liv Tyler, Jeremy Irons, Joseph Fiennes, Rachel Weisz, Carlo Cecchi, Sinéad Cusack, Jason Flemyng, Roberto Zibetti, Ignazio Oliva i inni

 

    Ziemie przypalane gorącym włoskim słońcem. Młode kobiety uwodzone przez zmysłowych kochanków. Bernardo Bertolucci, twórca wielokrotnie nagradzanego „Ostatniego cesarza” dobrze wie, jak zaspokoić kobiece zmysły. I bynajmniej nie o cesarskich rządach tutaj mowa, a o pięknej i dojrzałej produkcji o tytule „Ukryte pragnienia”. Wywołuje rumieniec, rozczula, ale przede wszystkim zabiera w podróż po pełnej smaku i pozbawionej niewinności toskańskiej krainie. 
    Wkraczająca w dorosłość dziewczyna, Lucy (Liv Tyler), przybywa do słonecznej Toskanii. Podążając za przeszłością swojej zmarłej matki poetki próbuje rozwikłać zagadkę i poznać tożsamość swojego biologicznego ojca. Przy okazji liczy również na ponowne spotkanie z ukochanym sprzed lat, z którym od tamtej pory namiętnie pisuje listy. Pośród najbliższych, którzy cieszą się pełnią życia, wśród artystycznych dusz, śmiertelnie chorego Alexa (Jeremy Irons), a także przystojnych i namiętnych młodych mężczyzn zaczyna poznawać samą siebie oraz swoje ukryte pragnienia.
    Rozsiadamy się wygodnie w fotelu, załączamy sobie film i od razu bije nas po oczach to wspaniałe miejsce. Przepiękna Toskania. Jej bujna roślinność, daleko rozciągające się polany, a także widok na urzekające rezydencje. Właśnie do takiego miejsca, do takiego domu (który rzeczywiście istnieje) przybywa nasza młodziutka bohaterka. Włochy to kraj, który uwodzi nie tylko widokami, ale również jedzeniem, czy zapachami. Z pewnością ciepły jest nie tylko klimat, ale również gościnność, także mężczyzn. Trudno jest się nie poddać panującej tutaj atmosferze. Darius Khondji i jego praca kamerą idealnie się sprawdziły. Bawi się światłem, bawi się rozmaitymi ujęciami, a ma przecież do dyspozycji cudowne okolice Sieny i Brolio. Nie trudno było więc uzyskać zamierzony efekt. Twórcy manewrowali emocjami widza także przy pomocy muzyki autorstwa Richarda Hartleya. Mężczyzna ten, słynący z prac w bardziej niezależnych produkcjach, zaczarował każdego zmysłowymi kompozycjami. 
     Cała ta pełna dziwnego ciepła otoczka jest tłem dla dość banalnej historyjki. Dziewczę, chłopcy, miłość, seks, śmierć, życie, innymi słowy nic czego wcześniej nie oglądalibyśmy w kinie. Nie wiadomo, co może tutaj urzekać. Jakby nie było to fabuła tak nuży, że trudno jest utrzymać oczy otwarte, a umysł na pełnym skupieniu. Może dlatego, że to wszystko takie filozoficzne. Twórcy nie podają nam nic na tacy, zmuszają bardziej do myślenia nad tym co się ogląda. Próbują wraz z widzem poszukiwać dodatkowych kontekstów. Nie chodzi tutaj tylko o wkraczanie z buciorami w niewinność i przestrzeń osobistą przeciętnej urody dziewczyny. Chodzi bardziej o samo uniesienie i jego intymność, o to jakim wielkim ogniwem zapalającym może być dla związku. Trochę więc może zaskakiwać moment, w którym kończą się przygody młodej Lucy. Ostatecznie nie wiadomo, o co dokładnie jej chodziło, czy priorytetem było znalezienie ojca, czy chłopaka, a może właśnie o wszystko po trosze? Jeżeli nastawiamy się na odbiór jednego typu filmu, to nie ma tutaj mowy o żadnym zaskoczeniu, czy zażenowaniu scenami o lekkim zabarwieniu erotycznym. Nie onieśmiela nas nagość bohaterów, czy też wzajemne poznawanie swoich ciał. Jest to całkowicie niewinne, całkowicie ożywcze. Ciekawie komponuje się tu również i nauka życia. Dziewczyna prowadzona przez mężczyznę w średnim wieku, z którego z dnia na dzień uchodzi życie. Docenianie każdej chwili, cieszenie się nią a nie zamartwianie, to jest chyba najważniejszy cel tego filmu!
   Scenariusz daje nam wielu różnorodnych bohaterów. Jedni bardziej wyraźni, inni całkowicie przezroczyści. Może to przez ten monotonny kurs, w którym biegnie produkcja, ale większość postaci, która się tutaj pojawia sprawia wrażenie zupełnie zbędnej. Wydawałoby się, że taki Joseph Fiennes jakoś szczególnie wpłynie na nasz entuzjazm, aczkolwiek jego Chris jest całkowicie nijaki, wręcz niezauważalny. Sama Lucy w wykonaniu Liv Tayler jest dość taka... niby enigmatyczna, ale jednaka nie do końca sprecyzowana. Śmiem nawet stwierdzić, że jest bo jest i niewiele się wysilać musi. Co prawda niektóre odruchy przychodzą jej z wrodzoną naturalnością, ale nie do końca mi to podchodzi. Kolejne znane nazwisko to oczywiście Jeremy Irons. Jego Alex był chyba najbardziej wyrazisty i najbardziej charyzmatyczny ze wszystkich. Od razu skupia na sobie pełną uwagę widza, bez dwóch zdań. Zawodzi niestety Rachel Weisz. Jest sobie, leży, gimnastykuje się i pachnie. W żaden sposób się nie wykazuje. Ogólnie aktorstwo co niektórych osób można by określić za co najwyżej dostateczne, a szkoda, bo przecież w takim filmie powinno chodzić bardziej o gesty, niż jakieś dokopywanie się głębi i momentami rzeczywiście tak jest, szkoda tylko, że tak rzadko.
    Niby piękny, ale też i niekompletny. Z jednej strony zachwyca, ale z drugiej całkowicie nuży. Beztroski klimat zaczyna wprawiać w bardziej leniwy stan a fabuła chwilami denerwuje swoją ślamazarnością. „Ukryte pragnienia” nie jest filmem złym, ale nie jest to też wybitne dzieło. Bez wątpienia jest co tytuł dla bardziej wymagającego widza, a nie dla kogoś kto chce zwyczajnie się zrelaksować, a przy okazji coś zrozumieć. Wiele tutaj o ludzkich emocjach, odkrywaniu samego siebie, a także swojej seksualności. I choć wszystko rozgrywa się w jednym z piękniejszych miejsc na świecie to zwyczajnie nie urzeka, tak jak powinno.

Film obejrzany na potrzeby Projekt kino.

6 komentarzy :

  1. gratuje okrągłej liczby recenzji ;)a film obejrzałam dopiero w 1/8 więc za dużo nie powiem jeszcze o nim :D

    OdpowiedzUsuń
  2. Nie oglądałam i raczej nie zamierzam - nie lubię tego typu filmów. ;/ Serdecznie gratuluję tysiąca postów! Wytrwałość godna podziwu. :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Zamierzam obejrzeć, ze względu na Ironsa i Liv Tyler, która od zawsze bardzo mnie pociągała. Gratuluje 1000 postów - prowadzisz cudowny blog.

    OdpowiedzUsuń
  4. Ojoj - to po przeczytaniu recenzji ciekawe jak przeżyję seans :-) Bo to jedyny film z Projektu Kino, którego nie widziałem i którego bym nie oglądał pewnie nigdy, gdyby nie udział w Projekcie. Nie przemawia do mnie z innych filmów ciężka poetyka Bertolucciego, nie moje klimaty i jedynym pocieszeniem jak na razie w tym filmie zapowiada się (także po Twojej recenzji) Jeremy Irons.

    p.s. no i koniec zastanawiania się nad tysięcznym tytułem :-) Gratulacje :-)

    OdpowiedzUsuń
  5. DOłączam do grona gratulujących;). A tak swoją drogą, to uważam, że film raczej sili się na jakąś filozofię niż ją posiada (ja jej tu osobiście nie widziałam)- i zgadzam się z zarzutem 'ślamazarności' fabuły.

    OdpowiedzUsuń
  6. Obejrzę na bank! Idealna obsada aktorska <3

    OdpowiedzUsuń